Wolę ludzi od pozoranctwa.
Znów zacznę artykuł od linka: http://www.cepr.net/index.php?option=com_content&task=view&id=486&Itemid=45
Dość nietypowe dla mnie ujęcie problemu. Taki świeży powiew. Kiedyś wierzyłem w to, że pewne sposoby radzenia sobie z gospodarką są bezdyskusyjne. Miałem wątpliwości i zabijałem je wolnorynkową mantrą, która teraz nie tyle wydaje mi się fałszywa, co pozbawiona treści. Uważam większość wyjaśnień np. szkoły austriackiej jest kompletnie pusta. To znaczy, są tak sformułowane, że jakiekolwiek ich jednoznaczne doprecyzowanie jest niemożliwe. Świetnie obrazuje to artykuł Mateusza Machaja „Słów kilka o ekonomii dobrobytu” ( http://www.mises.pl/303 ). Zasadniczo z artykułu wynika, że zdefiniowanie tego, co jest dla kogo stratą lub zyskiem jest zależne od ustaleń etycznych. W ten sposób ekonomia przestaje być w ogóle narzędziem do projektowania dobrych pomysłów na gospodarkę. Język „austriaków” pozwala twierdzić, że coś jest stratą lub zyskiem w zależności od tego, jakie ktoś ma poglądy etyczne (w ujęciu Machaja przynajmniej). To, że istnieje bardzo wiele systemów etycznych i nie istnieją w jakieś sensowne sposoby rozstrzygania, które z nich są ostatecznie i nieodwracalnie słuszne w zasadzie rozkłada ekonomistów Szkoły Austriackiej „zabetonowanych” w jakiś określonej postulatach, moim zdaniem, na łopatki. Bo najpierw musi minąć miliard lat, zanim ustali się jasno, co robić. Etyka jest taką dziedziną, w której różnorodność stanowisk jest porażająca i która na razie nie dorobiła się powszechnie przyjętych zasad rozstrzygania sporów.
W dodatku austriacy olewają bardzo szeroko empirię. Nigdy nie zmartwi ich to, że np. w Waszyngtonie, pomimo wysokiej płacy minimalnej nic na razie się nie rypło, jak twierdzi Barbara Ehrenreich. I tak się rypnie. Bo tak i już. Takie sobie a priori. Jest to metoda na zegar – ktoś powtarza, ze jest szósta przez cały dzień. I wiecie co? Dwa razy na dzień się nie myli!
Natomiast analiza kosztów nie opierająca się o etykę np. sieciowa analiza kosztów zaproponowana przez Friedmana w „Laws Order” ma to do siebie, że może jest ciekawa, ale już użycie jej przez Friedmana jeży włosy na głowie, bo Friedman ocenia koszty tylko behawioralnie (tak samo zresztą jak austriacy). Jeśli np. kobiety sprzedają się żołnierzom ONZetu za jajka (gdzieś tak było, nie pamiętam gdzie), to ewidentnie jest to dla tych kobiet korzystne, bo to robią. Tak jakby chęć zachowania życia była tylko li zwyczajną decyzją. Ja wiem, że ludzie zatracili wiele instynktów, ale trudno mi uwierzyć, że chęć przetrwania nie jest instynktowna – czyli nie ma mowy o żadnym wartościowaniu, czyli też o zysku czy stracie, jak na moją optykę. I tak, ryzykuję tą wątpliwą hipotezę, że jeśli ktoś musi się kurwić, żeby mieć jedzenie, to nie może go zdobyć inaczej – co innego prostytucja za pieniądze. Zawsze w końcu można kraść albo szukać w śmietnikach. Ale wszystko wskazuje, że w takiej sytuacji te kobiety tego nie potrafiły – czyli w zasadzie nie miały wyjścia. A jeśli tak, to znów wystrzelę z niezwykle ryzykowną tezą – nie da się żyć bez jedzenia zazwyczaj. Jeśli więc alternatywa pomiędzy śmiercią a życiem to żadna alternatywa, to kobiety wychodziły co najwyżej na zero. A nie zyskiwały – bo śmierć nie jest mniejszą stawką, nie jest stawką w ogóle dla człowieka, który chce żyć. Czyli analiza sieciowa, tak samo jak subiektywizm austriaków, nic nie jest warta dla mnie w interpretacji, która jest niedorzeczna. Jasne, może istnieją lepsze interpretacje. Ale w takim razie analiza sieciowa też jest za pusta, żeby być narzędziem do ustalania, co należy robić. Nawet jeśli już wiemy, jaki ma być ostateczny cel – bo mnie chodzi akurat o ocenę tego, czy cel, który sobie wyznaczyłem jest dobry dla ludzi, da im szczęście i zmniejszy cierpienie. Jakoś nie widzę, jak mogę to ocenić, korzystają z analizy cenowej. Ostatecznie lepiej byłoby znać się choćby na jakiejś psychologii społecznej.
Tak więc wolnorynkowcy, Ci których znam, strasznie oszukują chyba, może nieświadomie, ale jednak. Nie twierdzę, że ci panowie, którzy piszą o pomocy społecznej amerykańskiej nie oszukują. Mogą. Chodzi jednak nie o to, czy panowie chroniący Social Security mają racje, tylko o to, co jest ważne. Dla mnie ważny jestem ja, jak ja się czuję i jak się czują inni ludzie. Dobrym kompasem wydaje mi się współczucie. To ono sprawia, że cieszę się, gdy inni są szczęśliwi i nie cierpią, i oczywiście cieszę się, gdy sam jestem szczęśliwy i nie cierpię. Stąd czuje wstręt do więzień, do wymuszania na ludziach zachowania przemocą, stąd rozumiem przemoc, która służy obronie przed przemocą, stąd uważam, że ład oparty o swobodne umowy byłby rajem na ziemi. I wydaje mi się, że przynajmniej ci wolnorykowcy, którzy zostali wymieni w tym artykule, zwyczajnie starają się odciągnąć ludzi o takiego fajnego urządzonka ułatwiającego podejmowanie decyzji, jakim jest współczucie wobec wszystkiego co czuje na rzecz dość wątpliwych dla mnie i rachitycznych bubli.
Jaś Skoczowski
13 maj 2007 r.
***
Autor artykułu prowadzi bloga Król Jest Nagi