Tomasz Primke

Tomasz Primke “Wygodne życie na czyjś koszt”

Z ekonomii wiadomo, że ludzie wolą konsumować więcej, niż mniej. Wiadomo również, że ludzie chcieliby płacić jak najmniej za to, co konsumują. Są to stwierdzenia na tyle trywialne i oczywiste, że w zasadzie nie da się poddać ich w wątpliwość. Ekonomiści, opierając się na takich stwierdzeniach i posługując się logiką, dochodzą do wniosków, które można określić mianem praw ekonomii.

Ale nie będę się zajmował ekonomią. Z tej ciekawej nauki wezmę tylko owe dwa stwierdzenia: że ludzie wolą konsumować więcej, niż mniej – i że chcą konsumować jak najmniejszym kosztem. Wyciągnę z nich prosty wniosek: każdy lubi dostać coś za darmo, gdyż jest to sytuacja, w której konsumpcja wiąże się z najniższymi możliwymi kosztami.

Nic więc dziwnego, że slogany oferujące nam różne darmowe towary i usługi są tak popularne. Również nasze opiekuńcze państwo stara się nam wiele takich usług oferować. Wszystkim nam znane są przecież hasła o tym, że każdy ma prawo do darmowej opieki medycznej (w publicznych placówkach), do darmowej edukacji (w publicznych szkołach). Ponadto większość z nas korzysta z publicznych dróg, nie ponosząc za to żadnych opłat – w przeciwieństwie do tych nielicznych prywatnych autostrad, które już można w naszym kraju znaleźć.

Na tym oczywiście oferta darmowych usług naszego państwa się nie kończy, bowiem są jeszcze różne zasiłki (dla bezrobotnych, dla samotnych matek itp.). Co jakiś czas pojawiają się pomysły o „becikowych”, czy „senioralnych”…

Stara prawda jest taka, że konsument jest panem. Tłuszcza rządzi, czy się to komuś podoba, czy nie – i nawet władza musi spełniać jej żądania. Chce lud darmochy – to ją dostaje, pod postacią darmowej opieki medycznej, czy też becikowego. Ot – tak już działa ten nasz świat.

Jest tylko jeden, zasadniczy problem. Otóż wszystko w życiu kosztuje. Dobra, które konsumujemy, nie spadają nam z nieba niczym manna. Usługi, z których korzystamy, nie są świadczone przez duchy czy przez krasnoludki. Każdy towar został wytworzony przez jakiegoś człowieka, każda usługa jest przez jakiegoś człowieka świadczona. Żeby wytworzyć te wszystkie towary i usługi, ludzie ciężko pracują. To właśnie z tej pracy ludzie mają pieniądze, za które mogą kupić towary i usługi będące owocem pracy innych ludzi.

Opiekuńcze państwo, które zapewnia nam darmową służbę zdrowia, darmowe szkoły, darmowe drogi oraz wszystkie te zasiłki, samo nie wytwarza żadnych dóbr, ani żadnych usług, które nam oferuje. Państwo płaci ludziom, którzy wytwarzają te dobra i usługi, kupując dla nas ich pracę. Problem w tym, że to państwo nie wytwarza tyle dóbr i usług, żeby z ich sprzedaży zarobić tyle pieniędzy, którymi mogłoby zapłacić lekarzom, nauczycielom, z których można by było utrzymać publiczne drogi i których by jeszcze starczyło na te wszystkie zasiłki.

Oferując jednak nam te wszystkie dobra i usługi, państwo skądś po prostu musi czerpać na nie środki. A skoro samo nie jest w stanie na to wszystko zarobić – to pieniądze może odebrać tylko tym, który ciężko pracują i wytwarzają konsumpcyjne dobra oraz usługi. A więc nam – szarym obywatelom, zwanym w urzędniczej nomenklaturze podatnikami.

Tutaj jednak zataczamy koło: jak można nazywać służbę zdrowia darmową, skoro pieniądze dla lekarzy pochodzą z płaconych przez nas podatków? Jak można twierdzić, że edukacja w Polsce jest za darmo, skoro pensje nauczycieli są wypłacane z pieniędzy, które państwo wcześniej nam odbierze w formie podatków?

Prawda jest taka, że absolutnie nic z tego, co opiekuńcze państwo daje nam, rzekomo za darmo, darmowe w istocie nie jest. Ani usługi medyczne, ani edukacja, ani publiczne drogi – wszystko to nas kosztuje. I to kosztuje więcej, niżby kosztowało wówczas, gdybyśmy za to wszystko płacili sami – bo państwo musi mieć pieniądze na opłacenie urzędników, którzy się tą całą redystrybucją dóbr zajmują (to też jest praca, której nikt za darmo nie zrobi).

Dla każdego, kto się na tym choć przez chwilę zastanowi, będzie to oczywiste. Darmowe usługi państwa opiekuńczego są fikcją – nie istnieją, istnieć nie mogą. Wszystko ma swój koszt – każde dobro konsumpcyjne i każda usługa. Jeśli więc państwo coś komuś daje, to musi to najpierw komuś innemu odebrać.

Z tego, co już napisałem, można by było wyciągnąć wniosek, że ludzie powinni się zbuntować – wszak państwo odbiera im efekty ich pracy (w postaci podatków), a następnie za te środki świadczy im różne usługi, których ci ludzie potrzebują lub nie (nie każdy korzysta z usług medycznych w takim zakresie, w jakim płaci podatki; nie każdy chodzi do szkoły lub posyła do niej swoje dzieci). Co więcej – część poświęcanych na to pieniędzy jest przeznaczana na urzędników, którzy w ogóle nie byliby potrzebni, gdyby taki system nie istniał – a więc w praktyce te „darmowe” usługi państwa opiekuńczego wychodzą ludziom drożej! A skoro jest tak źle, jak to opisuję – to dlaczego ludzie się przeciwko temu nie burzą?

(Mała dygresja: trochę się burzą. Są ludzie o poglądach prawicowych, wolnorynkowych, którzy sprzeciwiają się idei państwa opiekuńczego, ingerencji państwa w gospodarkę oraz fiskalizmowi. Ale jest ich, niestety, niewielu.)

Powodów może być przynajmniej kilka. Pierwszy i najbardziej prozaiczny jest taki, że większość ludzi się nad tym wszystkim po prostu nie zastanawia. Niestety, wielu jest takich ludzi, których jedyne zmartwienia sprowadzają się do tego, skąd wziąć na kolejne piwo, oraz tego, gdzie się położyć w spokoju po pracy delektując się tym piwem. Ludzie ci będą narzekać na problemy w służbie zdrowia i pomstować na rząd, że jakoś tego problemu nie rozwiąże – ale nie przyjdzie im do głowy zastanowić się nad tym, że ta „darmowa” służba zdrowia wcale taka darmowa nie jest. A skoro się nad tym nie zastanawiają – to ten problem w ich świadomości po prostu nie istnieje, choć dotyczy ich tak samo, jak każdego z nas.

Drugim powodem jest zamiłowanie większości ludzi do życia w spokoju. Ogólnie rzecz biorąc wcale nie chcemy wychodzić na barykady i domagać się naszych praw. Zdecydowanie bardziej wolimy przebywać z rodziną, wyjechać gdzieś na piknik, czy miło spędzić czas w towarzystwie przyjaciół. Nie lubimy więc tego, co nasz tryb życia zakłóca, pokazując nam, że świat wokół nas nie jest taki piękny, jak to się nam wydaje.

Myślę, że do takich ludzi ten argument nie trafi z bardzo prostego powodu – przecież w takim opiekuńczym państwie da się żyć (co zresztą widać), a kto wie, co będzie, jak te „darmowe” usługi takiego państwa zastąpimy… czymś innym? Jedna wielka niewiadoma. A poza tym – przecież „wszędzie” na świecie państwo zajmuje się opieką zdrowotną, edukacją, drogami… Więc po co to zmieniać, skoro – jak widać – jakoś to przecież działa? Łatwiej żyć nadal tak, jak się żyło do tej pory.

No i jest chyba jeszcze jeden powód, dla którego ludzie w ogólności chcą państwa opiekuńczego. Ludzie łatwo dostrzegają „zyski”, jakie z tego państwa opiekuńczego czerpią. Każdy widzi, że może pójść do lekarza i nie zapłacić za tę wizytę. Każdy może posłać swoje dziecko do szkoły bez uiszczania czesnego. Każdy może korzystać z publicznych dróg bez konieczności uiszczania za to opłat w jakimś konkretnym punkcie. I to widzimy wszyscy.

Nie widzimy natomiast tego, że gdyby nie było tych wszystkich „darmowych” usług ze strony naszego państwa opiekuńczego, to nasze wypłaty byłyby znacznie wyższe, niż obecnie. Jest to fakt – ale tego po prostu nie widać, bo pieniędzy zabieranych nam przez państwo po prostu nigdy nie widzimy na oczy! A czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal…

Stawiam tezę, że gdyby tak każdy z nas otrzymywał na ręce całą wypłatę, z której jakiś państwowy urzędnik, na oczach pobierającego pensję, zabierał część pieniędzy – to wielu z nas przestałoby patrzeć na nasze państwo jak na naszego dobroczyńcę, a zaczęłoby dostrzegać w nim po prostu rabusia. Rabusia, który zabiera nasze pieniądze, bez pytania o naszą zgodę, i w zamian dostarcza nam usług, z których czasami korzystamy (ale nie zawsze i w różnym zakresie), a które bez tego wtrącania się w nasze sprawy byłyby tańsze.

Innymi słowy: socjalizm może się wydawać dobry wówczas, kiedy coś na nim zyskujemy, a nie wówczas, kiedy na nim tracimy. Jak wszystko w naszym życiu, zresztą. Dopóki jest nam wygodnie, dopóty nie przejmujemy się ceną tej wygody.

Ludzie mogą się domagać od państwa „darmowej” opieki medycznej, „darmowych” szkół, braku opłat (uiszczanych ”bezpośrednio”) za korzystanie z publicznych dróg, czy różnych „becikowych” dla matek, bądź „senioralnych”. Ale czy będą tacy chętni tym samym pomysłom, jeśli się im powie wprost, że muszą za to wszystko zapłacić z własnych kieszeni? Albo jeśli poprosi się ich o wytypowanie (najlepiej z imienia i nazwiska) tych ludzi, którzy mają na to wszystko dać pieniądze?

Nawet jeśli część ludzi byłaby skora do tego, by bezpośrednio wskazać tych, którym odbierze się pieniądze, które zostaną przeznaczone na te wszystkie „darmowe” usługi – i nie miałaby żadnych wyrzutów sumienia, że odbiera się ludziom owoce ich własnej pracy, to zawsze gdzieś tam w zakamarku ich umysłów tliła by się iskierka jednej myśli: skoro ja mogę kogoś wskazać, to przecież ktoś inny może wskazać również i mnie!

Może wówczas ludzie by się przekonali, że przyzwolenie na państwo opiekuńcze, będące realizacją różnych idei socjalistycznych, które jest przez tak wielu z nich pożądane, opiera się w rzeczywistości na najzwyklejszym rabunku obywateli tego państwa. Ale to już kwestia oceny moralnej państwa opiekuńczego i temat na zupełnie inny artykuł.

Tomasz Primke

29 czerwiec 2006 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany w blogu A życie mija

Autor artykułu prowadzi bloga A życie mija

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *