Stefan Molyneux

Stefan Molyneux „Libertarianie i podatki – płacić albo nie płacić?”

Kwestia uczestnictwa w społeczeństwie państwowym może stanowić dla nas, jako libertarian, wielkie wyzwanie. Jak możemy twierdzić, że jesteśmy zdecydowanie przeciw państwu, przeciw wojnie i przeciw przemocy, skoro jednocześnie jeździmy po drogach publicznych, korzystamy z usług państwowych i płacimy te właśnie podatki, które umożliwiają istnienie opartej na przymusie władzy państwa?

Skoro jesteśmy antypaństwowi, czy to hipokryzja moralna, jeśli posyłamy nasze dzieci do szkoły państwowej? Skoro opowiadamy się przeciw redystrybucji bogactwa w społeczeństwie, czy to nie dwulicowość korzystać z rządowych pożyczek i subwencji, żeby chodzić na uniwersytet? Skoro sprzeciwiamy się monopolistycznej władzy związków zawodowych, czy postępujemy nieuczciwie, starając się o gwarantowaną na lata posadę profesora i przyjmując ją?

Jeśli, próbując sformułować odpowiedź, spojrzymy na problem w szerszej perspektywie, na początku dostrzeżemy dwie postawy skrajne. Z jednej strony twierdzenie, że to niemożliwe, aby moralne było uczestniczyć w jakimkolwiek stopniu w społeczeństwie, którym kieruje rząd. Możemy nazwać to stanowisko „Walden” – jako że generalnie wymaga ono od nas, abyśmy czmychnęli gdzieś do lasu, zbudowali sobie jakieś schronienie i utrzymywali się przy życiu dzięki orzechom, jagodom i rozgoryczeniu. Przyjęcie takiego stanowiska gwarantuje, że nie oddajemy państwu żadnych zasobów.

Druga skrajność to całkowite oddzielenie wartości od działań – stanowisko „Rambo”. Ta postawa oznacza, że moralnie właściwe jest, jeśli libertarianin wstępuje do armii i prowadzi walkę z „wrogami” państwa – innymi słowy, sprzeciwia się państwowej przemocy pod względem moralnym, ale płacą mu słono za jej używanie.

Przymus i odpowiedzialność moralna

Niewielu etyków dowodziłoby, że przymus pozostaje bez wpływu na odpowiedzialność moralną. Jeżeli pod groźbą użycia broni zmusisz mnie, abym skoczył z klifu, trudno będzie nazwać to „samobójstwem”. Jeśli groźba użycia przemocy nie wpływałaby na odpowiedzialność moralną, nie istniałyby takie przestępstwa jak gwałt, kradzież i morderstwo – bo nie byłoby różnicy między działaniem dobrowolnym a przymusem. Jeżeli nie zgadzamy się z tym, że przemoc zmienia moralną naturę interakcji, „kradzieży” nie da się odróżnić od „darowizny”, zaś „gwałt” staje się zbytecznym synonimem „uprawiania seksu”.

Odwołując się do tego rozróżnienia, możemy zasadnie stwierdzić, że sytuacja moralna człowieka, który zostaje wcielony do armii w ramach poboru jest inna niż człowieka, który zgłasza się na ochotnika.

Jednak oceny związane z tymi sytuacjami moralnymi mogą być wielce skomplikowane. Człowiek powołany do wojska faktycznie może zdecydować się na wyjście pod tytułem „Walden” (znane też jako „opcja kanadyjska”) i po prostu zniknąć ze społeczeństwa zamiast zostać przymuszonym do walczenia i zabijania dla państwa.

Z drugiej strony człowiekowi, który dobrowolnie wstępuje do armii, mogło być od niemowlęctwa wmawiane, że życie żołnierza jest bohaterskie, szlachetne, odważne itd. Trudno sobie wyobrazić, że kiedykolwiek wyraźnie wyjaśniono mu, na czym polega zasadnicza rzeczywistość służby wojskowej – na gotowości do używania przemocy, kiedykolwiek politycy będą mieli taki kaprys. On autentycznie wierzy, że służy współobywatelom, a nie, że wstępuje do złożonego z zawodowych morderców gangu przebierańców. Prawdopodobnie nawet nie jest dla niego jasne, skąd biorą się jego wypłaty. Wydaje mu się, że chroni współobywateli, nie pojmując, że muszą oni płacić na jego utrzymanie w podatkach – albo zostać zastrzeleni.

Kwestia etyki w sytuacji braku wiedzy jest bardzo złożona. Raczej nie nazwalibyśmy średniowiecznego medyka słabym lekarzem, gdyby nie przepisał komuś antybiotyków – bo jeszcze ich nie wynaleziono. „Moralność” to forma technologii, tak jak nawigacja. Trudno winić człowieka pozbawionego kompasu, że się zgubił – do pozostania na dobrej drodze brakuje mu istotnego narzędzia. Podobnie trudno nazwać człowieka „złym”, gdy przez całe jego życie wady przedstawiano mu jako cnoty. Jeżeli uczę moje dzieci, że czekolada jest dobra, a warzywa i ćwiczenia – złe, nie można obarczać ich [dzieci] wyłączną odpowiedzialnością za wynikające z moich wskazań słabe zdrowie.

Dzieciom – szczególnie tym w szkołach państwowych – mówi się na okrągło o szlachetności, odwadze i bohaterstwie wojska. Filmy, książki i kultura popularna zazwyczaj wspierają tę propagandę – tak jak niekończące się sznury samochodów z żółtymi wstążkami. Czy przeciętne dziecko ma możliwość wygramolić się z wypełnionej państwową propagandą studni bez dna? Nieuprawnione jest spodziewać się, że człowiek odkryje na nowo od podstaw całą etykę – sprzeciwiając się nieskończonym normom kulturalnym. Tak samo niesprawiedliwe byłoby przypisywanie mu wyłącznej odpowiedzialności za zaciągnięcie się do wojska.

Z drugiej strony nie może być mowy o postępie etycznym, jeśli nikt nie odpowiada za swoje błędy. Odwołując się znów do przykładu antybiotyków: nie można potępić lekarza za to, że ich nie przepisuje, jeśli nie ma czegoś takiego jak antybiotyki. Gdy doktor usłyszy o nich po raz pierwszy, nie powinien od razu rozdawać ich jak cukierków – dopóki nie będzie dostępnych więcej informacji o ich długoterminowej skuteczności i związanych z ich stosowaniem zagrożeniach. Jednak w pewnym punkcie „krzywej adaptacji leku” lekarz faktycznie zaniedbuje swoje obowiązki, nie przepisując antybiotyków.

W istocie libertarianie są współczesnymi etykami, usiłującymi zredefiniować pojęcie moralności. Jesteśmy badaczami na zupełnym skraju zrozumienia moralnego, a naszym głównym celem musi być dostarczenie wiedzy, która wytrzyma starcie z historycznymi i nieracjonalnymi uprzedzeniami istniejących iluzji moralnych.

Jesteśmy jak lekarze w trakcie straszliwej epidemii; odkryliśmy, że choroba przenosi się przez wodę pitną. Jednak według powszechnej wiedzy medycznej chorobie zapobiega się i leczy się ją przez picie coraz większych ilości wody – czyli dokładnie przez to działanie, które rozszerza zasięg epidemii.

Oczywiście, większość ludzi słucha przytłaczającej większości lekarzy i pije jak smoki, mając nadzieję na zapobieżenie chorobie lub jej wyleczenie. Libertarianie wiedzą, że państwowa przemoc i oszustwa powodują wiele zła, deprawują społeczeństwo i destabilizują gospodarkę – ale rozwiązanie wysuwane przez większość ekspertów to użyć większej przemocy i większej liczby oszustw, aby walczyć z tym złem.

Jako jedyni pośród epidemii lekarze, którzy znają prawdziwy lek, jakie mamy realne możliwości?

Możemy, rzecz jasna, zniknąć ze społeczeństwa, zabierając ze sobą naszą mądrość i spędzając życie w dziczy – jak Thoreau. To rozwiązanie z pewnością zmniejszy naszą frustrację – i stworzy w nas bezwartościowe poczucie prawości – ale jednocześnie skaże miliony ludzi na wielkie cierpienie: jeżeli znikną wszyscy prawdomówni, wyłącznie kłamcy posiądą ziemię.

Z drugiej strony moglibyśmy wyłgaszać mowy przeciw piciu zanieczyszczonej wody, a mimo to sami pić ją w obfitych ilościach. Taka hipokryzja nie służyłaby naszej sprawie – byłoby zupełnie oczywiste, że działamy w całkowitej sprzeczności z tym, co głosimy.

Wydaje się, że najbardziej owocne działanie leży gdzieś pomiędzy stanowiskami „Walden” i „Rambo”. Ucieczka ze społeczeństwa pozostawia je na pastwę kłamców, oszustów i morderców. Całkowite zanurzenie się w systemie, o którym wiemy, że jest zły, podważa naszą wiarygodność po tego stopnia, że cnoty nie da się już odróżnić od hipokryzji.

Jeśli woda jest zanieczyszczona, ale musimy ją pić, aby żyć w społeczeństwie, wtedy najrozsądniejsze postępowanie – jeżeli chcemy pomóc innym ludziom – to pić tak mało, jak to tylko możliwe, i przekonywać ludzi o wartości tej postawy, mówiąc o niej i wskazując na to, że my jesteśmy zdrowi – przy każdej okazji.

Wracając ze świata metafor na ziemię – nie możemy żyć w społeczeństwie, nie płacąc podatków, nie korzystając z usług rządowych i nie współfinansując działań, o których wiemy, że są złe. Nie można nawet czytać tego artykułu, nie korzystając z protokołów danych zaprojektowanych po raz pierwszy przez rząd i finansowanych z użyciem przymusu.

Ponieważ każdy, kto czyta ten artykuł, musiał z definicji zgodzić się na pewien stopień interakcji z przymusem, pytanie nie brzmi już „Czy powinniśmy płacić podatki?” – ale: „Do jakiego stopnia powinniśmy uczestniczyć w etatyzmie?”.

Uczestnictwo i akceptacja

Po pierwsze, musimy zrozumieć, że uczestnictwo to nie akceptacja. Zaciągnięcie ateisty przemocą do kościoła nie czyni go osobą religijną. Zamknięcie człowieka na klucz w piwnicy nie czyni go twoim gościem. Płacenie mafii pieniędzy za „ochronę” nie czyni cię orędownikiem przestępczości zorganizowanej.

Po drugie, idee ocenia się na podstawie logiki i dowodów, a nie absolutnej konsekwencji ich zwolenników. Fakt, że Hitler nie wierzył w krasnoludki, nie czyni ich istnienia bardziej prawdopodobnym. Człowiek gruby może być świetnym źródłem skutecznych wskazówek dotyczących diety. Zbyt często atakuje się libertarian jako hipokrytów za to, że w jakiś sposób uczestniczą w społeczeństwie etatystycznym. Tak, korzystamy z dróg. Tak, korzystamy z internetu. Tak – niektórzy z nas korzystają nawet z bibliotek, uczą w szkołach państwowych i biorą pożyczki studenckie. Nie ma to żadnego związku z prawdziwością zasady nieagresji jako normy moralnej. Kleptoman może być zdolny do wysunięcia bezbłędnej teorii praw własności, tak jak lekarz zajmujący się chorobami płuc może palić.

Ponadto – jeżeli hipokryzja ma być kryterium, według którego ocenia się argumenty moralne – kto jest bardziej obłudny: libertarianin zmuszony do uczestnictwa w etatyzmie, czy etatysta, który zaleca korzystanie z przemocy rządu do rozstrzygania sporów, ale sam nie wyciąga broni?

Rozsądne granice

Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie formy uczestnictwa w etatyzmie są równie uprawnione. Fakt, że żadna woda nigdy nie będzie idealnie czysta, nie oznacza, że powinniśmy dawać wyraz naszemu poczuciu beznadziei, pijąc wyłącznie wodę morską.

Dwadzieścia lat temu rozważałem, czy wziąć pożyczkę studencką i skorzystać z subwencji, żeby iść na uniwersytet. Przedstawiłem sobie problem w taki sposób: jeżeli ktoś ukradnie mi rower, a potem gdzieś go zostawi, mam pełne prawo „odebrać” go. Jeśli mój pracodawca niesprawiedliwie wstrzymuje mi wynagrodzenie, mam pełne prawo zabrać mu taką ilość dóbr, której wartość odpowiada należnej mi wypłacie.

Wyobraź sobie, że lokalny don mafijny latami wymusza od ciebie pieniądze. Pewnego dnia zasypia na ławce z dużą torbą gotówki u boku. Jeżeli będziesz akurat tamtędy przechodził i znajdziesz go w tej sytuacji – czy to kradzież, jeśli zabierzesz „jego” pieniądze? A jeśli przez te wszystkie lata naprawdę nie masz pojęcia, ile dokładnie pieniędzy w rozbójniczy sposób od ciebie wymuszono? Byłbyś zupełnie usprawiedliwiony zabierając wszystko – szczególnie, że wiesz, iż będziesz płacił haracz przez resztę swojego życia.

To analogiczne w stosunku do sytuacji, w jakiej znajdujemy się względem rządu. Przez całe życie płaciłem niesamowicie wysokie podatki – szczególnie, że byłem przedsiębiorcą i współzałożycielem firmy, która płaciła państwu miliony dolarów. Ilość pieniędzy, którą otrzymałem w ramach rządowych subsydiów na opłacenie studiów miała wartość równą temu, co później wpłaciłem w ramach podatków osobistych w przeciągu kilku miesięcy. (Trzymanie mnie przez czternaście lat w psychuszkach, jakimi są szkoły państwowe, to jeszcze nikczemniejsza forma rozboju!)

Skoro z góry wiedziałem, że będę okradany przez całą resztę życia, czy było to złe, że pewną część tych pieniędzy wziąłem sobie z góry? Raczej na to nie wygląda. W społeczeństwie etatystycznym pieniądze z podatków istnieją w stanie natury – tak jak ryby w morzu. Nigdy nie można ich zwrócić prawowitym właścicielom, bo nie da się ponad wszelką wątpliwość ustalić, do kogo należą – a dług państwowy zaciemnia sprawę, zupełnie uniemożliwiając jej rozwiązanie. Z punktu widzenia moralności to, co dzieje się z pieniędzmi po tym, jak zostały skradzione, jest o wiele mniej ważne niż fakt, że w ogóle nie powinny zostać skradzione.

Między skrajnościami

Fakt, że mafia kradnie twoje pieniądze, nie usprawiedliwia decyzji o zostaniu zawodowym mordercą. Ponieważ kradzież pieniędzy jest zła, ale odbieranie skradzionego – nie, bezpośrednie angażowanie się w inicjowanie przemocy pozostaje czymś niemoralnym. Wstąpienie do policji lub wojska powoduje, że zmieniasz się z ofiary w funkcjonariusza systemu przemocy – a to całkiem inna kategoria moralna. Co innego ukraść kawałek chleba strażnikowi w obozie koncentracyjnym – a co innego samemu dobrowolnie zostać takim strażnikiem.

Zatem – choć uczestnictwo w społeczeństwie etatystycznym ma wielką wartość i powoduje, że najbardziej rozsądni ludzie uczestniczą w dyskusji na temat przyszłości społeczeństwa – przyłączenie się do szeregów ciemiężców jest moralnie nie do obrony. Jak w większości kontinuów etycznych, w kwestii „właściwego” postępowania w grę wchodzi jeszcze taka drobna kwestia jak aspekt osobisty, ale niebezpieczeństwa moralne związane ze skrajnościami są oczywiste.

Pozostań w społeczeństwie, walcz o prawdę, ale nigdy nie sprzedaj swojej duszy.

***

Tłumaczenie Łukasz Kowalski

na podstawie:
Stefan Molyneux, Libertarians and Taxation: To Pay or Not to Pay?, http://freedomain.blogspot.com/2007/08/liberations-and-taxation-to-pay-or-not.html

Libertarians and Taxation: To Pay or Not to Pay? opublikowano na stronie http://www.freedomain.blogspot.com/ 21 sierpnia 2007 r.

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Luke7777777.blogspot.com

Autor tłumaczenia prowadzi bloga Luke7777777.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *