Krzysztof Śledziński „Prekarium”

Żyjemy w średniowieczu. Feudalizm, nieodłączny element tej rzekomo dawno minionej epoki, w swojej zmodyfikowanej wersji, czyli kapitalizmie państwowym, panuje niepodzielnie – oparł się nawet Rewolucji Przemysłowej, Rewolucji Informatycznej i gigantycznemu wzrostowi gospodarczemu. Nie mogę się więc zgodzić z Jacquesem le Goffem, iż epoka feudalizmu zakończyła się w wieku XIX. Ona jeszcze nie przeminęła. Trwa nadal, ma się dobrze i nic nie wskazuje na to, żeby miała zostać zastąpiona przez jakiś inny system. Możemy od razu zadać pytanie: czy to dobrze, czy źle (przepraszam jednocześnie Waltera Blocka za wartościowanie)? Czy powinniśmy się cieszyć z takiego biegu rzeczy, czy raczej dążyć do zmiany stanu zastanego? Odpowiedź wydaje się jasna: na przekór konserwatystom twierdzę, iż status quo jak najbardziej nie jest stanem pożądanym. Czego jednak należy pożądać? Nadal obowiązującym systemem jest niewolnictwo, tym razem zawoalowane, dalekie od tego, czego człowiek doświadczał w poprzednich epokach historycznych, lecz, parafrazujac Franka Chodorova, niewolnictwo jest niewolnictwem, i żadna ilość słów nie jest w stanie tego zmienić. Jeśli uznamy z jednej strony wolność, a z drugiej niewolę jako punkty skrajne pewnego kontinuum, to dojdziemy do wniosku, iż tak naprawdę średniowiecze niewiele różniło się od czasów nam współczesnym. Gdy zauważymy jakieś odmienności, będą one w części wypadków na korzyść panującego obecnie kapitalizmu państwowego, pomimo niechęci, jaką powinniśmy go darzyć, w innych zaś przewagę będzie miało średniowiecze. Franz Oppenheimer zwykł mówić, że kapitalizm jako system wyzysku klasowego był bezpośrednim sukcersorem feudalizmu. Czy miał rację?

Jakie są zatem punkty wspólne pomiędzy feudalizmem a kapitalizmem państwowym? Po pierwsze struktura społeczeństwa dziś jest prawie idealnym odzwierciedleniem tej średniowiecznej: 1%, który stanowią najbogatsi – państwowcy i, co ważniejsze, lobbyści (używając terminologii Sama Konkina: nadpaństwowcy) – jest odpowiednikiem władcy (monarchy) i jego najbliższego otoczenia (które, wbrew powszechnemu mniemaniu, miało ogromny wpływ na prowadzenie polityki tak wewnętrznej, jak i zewnętrznej), czyli najwyższych urzędników i rady królewskiej; 9% – to ci, którzy korzystają na istnieniu państwa w nie mniejszym stopniu niż opisany wyżej 1% – jest to klasa średnia państwowców, nie mająca takich pokładów energii i przedsiębiorczości, żeby przebić się do elity, będąca ekwiwalentem szlachty, tj. posiadaczy ziemskich; wreszcie pozostałe 90% – klasa wyzyskiwana, „niewolnicy”, a dawniej: chłopi i w znacznej mierze mieszczaństwo. Co więcej, ta ostatnia grupa społeczna trzymana jest za „zasłoną niewiedzy” przez klasy znajdująca się wyżej na drabinie. Sprzyja to alienacji poszczególnych klas i tworzeniu się swoistej nadbudowy, „zaprojektowanej w ten sposób, aby legitymizowała władzę klasową[i].

Po drugie, w obu systemach występuje tzw. triple helix (potrójna spirala). Feudalizm spajało porozumienie władców, szlachty (feudałów, wielkich posiadaczy ziemskich, magnatów) i Kościoła, kapitalizm zaś: polityków, wielkiego biznesu i intelektualistów. Każda z tych grup korzysta na działalności pozostałych, gdyż dobrze zdaje sobie sprawę, iż może utrzymywać swoją pozycję tylko w sytuacji, gdy status quo pozostanie niezmieniony. Bez owego porozumienia żaden z tych systemów nie mógłby istnieć.

Po trzecie, podział społeczeństwa jest zawsze zalegalizowany, tj. znajduje odzwierciedlenie w obowiązującym systemie prawnym, bez znaczenia czy jest to prawo zwyczajowe (występujące w dużej mierze w średniowieczu), czy stanowione (będące podstawą w kapitalizmie państwowym). Tak w wiekach średnich, jak i dziś mamy do czynienia z rozróżnieniem na stany uprzywilejowane (dawniej: szlachta i duchowieństwo; obecnie: państwowcy i nadpaństwowcy) i nieuprzywilejowane (dawniej: mieszczaństwo i, przede wszystkim, stanowiące większość społeczeństwa chłopstwo; obecnie: serfs, czyli reszta populacji).

Po czwarte wreszcie, można zauważyć pewną paralelę pomiędzy prawem własności w feudalizmie i w kapitalizmie. Mianowicie, owa zbieżność występuje w charakterze praw własności (własność podzielona) i sposobie ich nabywania (umowa, w której strony nie mają takich samych praw). O tym właśnie będzie traktować ten esej.

Feudalizm jest to, używając definicji Marca Blocha, system społeczny, w którym „charakterystyczną więzią ludzką była zależność podwładnego od bliskiego zwierzchnika[ii]. System ten jest więc nierozerwalnie połączony ze społeczeństwem klasowym, w którym to klasy posiadają różne prawa, przywileje i obowiązki. Jest to węższa definicja tego terminu. Szersza z kolei głosi, iż feudalizm to ustrój gospodarczy oparty o podzieloną własność ziemską. „[W] ramach stosunku lennego występował podział własności lenna między nadającego ziemie w lenno seniora, który zachowywał własność ziemską (dominium directum, eminens) ziemi, i wasala-lennika, który otrzymywał własność podleglą, czyli użytkową (dominium utile). Mógł także w pewnych systemach wykształcić się, charakterystyczny dla stosunków własności podzielonej, podział naprawo do ziemi między właścicielami ziemskimi a bezpośrednimi jej użytkownikami – chłopami[iii] . Obie te definicje są poprawne, a w pracy tej postaram się udowodnić, że (węższa w całej rozciągłości, szersza – z pewnimi modyfikacjami dotyczącymi podmiotów stosunków gospodarczych) można je zastosować do obecnie funkcjonującego systemu, tj. kapitalizmu państwowego.

Kapitalizm państwowy możemy zdefiniować jako system gospodarczy odznaczający się daleko idącą interwencją państwa, mającą na celu chronienie interesów wielkiego biznesu. Model ten należy oddzielić od kapitalizmu laissez-faire, który, żartobliwie ujmując, różni się tym od kapitalizm państwowego, co krzesło od krzesła elektrycznego. Oddajmy głos Murrayowi Rothbardowi: „Różnicą pomiędzy kapitalizmem wolnorynkowym a kapitalizmem państwowym jest różnica dokładnie między pokojową, dobrowolną wymianą z jednej strony, a wyzyskiem z drugiej[iv]. Co więcej, Kevin Carson pisze: „Kapitalizm, wyrastający, jako nowy typ społeczeństwa klasowego, bezpośrednio z poprzedniego społeczeństwa klasowego ze średniowiecza, powstał na akcie rabunku tak ogromnym jak poprzedni, feudalny podbój ziemi. Jest on utrzymywany aż po dziś dzień dzięki ciągłej interwencji państwa mającej na celu chronienie tego systemu przywilejów, bez którego jego przetrwanie jest niewyobrażalne. Obecna struktura własności kapitału i organizacji produkcji w naszej tak zwanej „rynkowej” ekonomii, stanowi odbicie opresywnej interwencji państw [...]. Od początków Rewolucji Przemysłowej, to co nostalgicznie zwiemy „laissez-faire”, było w rzeczywistości systemem stałej interwencji państw, aby subsydiować akumulację, gwarantować przywileje i utrzymywać dyscyplinę pracy[v].

Własność w średniowieczu

Dla średniowiecznego pojmowania własności najbardziej charakterystyczne są dwie instytucje: beneficium (później feudum) oraz precarium (albo później precaria, gdyż „precarium (…) w wyniku pewnej metamorfozy gramatycznej, która zwróciła szczególną uwagę historyków, z rodzaju nijakiego przeszło na żeński: precaria; na potrzeby tej pracy stosował będę te dwa terminy zamiennie). Początkowo terminy te oznaczły to samo, lecz z czasem nabyły odmienne znaczenia. Beneficium (feudum), jako bardziej zaszczytne i nie połączone z prośbą, dotyczyło głównie stosunków między feudałami i między feudałem a władcą. Biorąc pod uwagę liczebność szlachty, nie było więc aż tak powszechne jak odnoszące się do chłopów precarium.

Precarium jest formą własności podzielonej, czyli takiej, która podlegała kilku podmiotom. Nazwa precarium wywodzi się od słowa preces, które oznacza prośbę. Początkowo bowiem chłop występował z prośbą do pana feudalnego (względnie Kościoła), aby ten wziął go pod opiekę. Precarium było chyba najpowszechniejszą formą własności podzielonej.

Przyjrzyjmy się sposobowi, w jaki precarium się wykształciło. Oddajmy głos Jerzemu Strzelczykowi: „Wieśniak, wolny, lecz słaby, nie mogąc często w razie potrzeby i zagrożenia – a we wczesnym średniowieczu były one czymś zupełnie zwyczajnym – liczyć na pomoc ani, jak to było z dawien dawna, współrodowców (jako że ród jako archaiczna forma więzi społecznej wiele był utracił ze swego pierwotnego znaczenia), ani odległego na ogół i wielorako zaabsorbowanego księcia (króla), w poszukiwaniu jakiegoś społecznego i efektywnego (a to znaczyło: niezbyt odległego) wsparcia, pragnąc zarazem uchylić się od coraz bardziej uciążliwego obowiązku służby zbrojnej na rzecz panującego, wolał utracić abstrakcyjną „wolność” i stać się czyimś, jakiegoś klasztoru lub możnego sąsiada świeckiego, „człowiekiem”, poddanym[vi]. Chłop tracił więc niezależność faktyczną, godził się na utratę znacznej części swojej wolności. Nie stawał się jednak niewolnikiem sensu stricto - miał przecież własność ziemi, którą uprawiał, i mógł korzystać z dóbr, które wyprodukował. Owa utrata niezależności polegała na tym, że chłop, w zamian za przyrzeczenie opieki, oddawał swoją ziemię panu feudalnemu (ewentualnie Kościołowi), a później zyskiwał ją z powrotem w charakterze użytkownika. Dodatkowym przywilejem było również zwolnienie z służby wojskowej na rzecz panującego. Często jednakże chłop podlegał pewnym ciężarom, które określamy ogólnym terminem renty feudalnej (w formie renty odrobkowej, naturalnej, a następnie czynszu), wynikającym właśnie z uprawnień zwierzchnich pana do ziemi uprawianej przez chłopa. Sama umowa wyglądała następująco: „Panu zawsze mojemu (takiemu a takiemu). Gdy z dnia na dzień cierpiałem nędzę i daremnie szukałem wszędzie pracy dla zarobku, wówczas zwróciłem się do dobroci waszej łaskawości, abyście okazali pomoc przez oddanie mi na prawie prekaryjnym ziemi do uprawy w miejscowości łwaszej, która nazywa się (tak a tak); na co też zgadzając się wasza łaskawość prośbie mej zadośćuczyniła i raczyła oddać mi, jak o to prosiłem, na prawie prekaryjnym ziemię w wymienionej miejscowości za (tyle a tyle) modiów[vii]. Dlatego też w tym moim akcie prekaryjnym uroczyście przyrzekam nigdy w żadnym czasie z powodu tych ziem nie okazać wam żadnego sprzeciwu ani też uczynić jakiegoś uszczerbku. [...] Gdy zaś, niepomny na wszystkie przyrzeczenia wyrażone wyżej w tym moim akcie prekaryjnym, usiłował je złamać w najmniejszym przez swoją krąbrność, przysięgam na Boga i królestwo pana naszego najsławniejszego (takiego a takiego) króla, będziecie mieć pełne prawo wypędzić mnie ze wspomnianych ziem i rozporządzić się nimi na nowo według swego prawa, jak być powinno[viii]. Umowa ta była więc faktycznie nierozwiązywalna, tj. obowiązywała chłopa całe życie, a często również przechodziła na potomków poddanego, niezależnie od zgody słabszej strony. Świadomy nieścisłości prawnych dotyczących precarium oraz swojej, ugruntowanej prawnie, wyższej pozycji na drabinie społecznej, pan feudalny mógł zmuszać chłopa do pozostawania pod swoją „opieką”, dowolnie zwiększając obciążenie chłopa różnego rodzaju świadczeniami. Co więcej, miał możliwość ukarania, a nawet wypędzenia chłopa, gdy ten nie wywiązywał się ze swoich obowiązków wyrażonych w takim akcie prawnym. Prekaryjny, czyli „prośbowy”, dobrowolny, charakter precarium występował jednakże tak naprawdę tylko w teorii. Faktycznie bowiem, feudał miał do zastosowania całe spektrum środków, w tym rozwiązania siłowe, aby przymusić pozostawionego sobie samemu chłopa do podporządkowania. Jak pisze Jerzy Strzelczyk: „Prekarium tylko teoretycznie miało charakter dobrowolnej umowy pomiędzy prekarzystą a panem; ten ostatni miał do dyspozycji różne argumenty nacisku, skłaniające [...] wolnego sąsiada do nawiązania stosunku prekaryjnego[ix]. Nie było jednak tak, że jedyną stroną, która zyskiwała był pan feudalny. Co prawda, areał ziemi pozostający pod jego władaniem powiększał się, lecz i chłop wychodził na takiej transakcji całkiem korzystnie, jako że nie musiał się troszczyć o ochronę siebie, ani swojej rodziny.

Podobna procedura zachodziła, gdy jedną ze stron był Kościół. Jak pisze Tadeusz Manteuffel: „Dzięki ofiarności wiernych [Kościół] stał się właścicielem rozległych obszarów, których niejednokrotnie nie był nawet w stanie zagospodarować. Godził się więc chętnie oddawać je w użytkowanie tym wszystkim, którzy go o to prosili, pod warunkiem wszelako uiszczenia niewielkiego czynszu rocznego i odnawiania umowy dzierżawnej co pięć lat„.[x] Wyróżniamy trzy rodzaje prekariów kościelnych: precaria data, renumeratoria i oblata. Pierwsza polegała na tym, że chłop oddawał się w opiekę Kościoła pod warunkiem płacenia czynszu. Druga była dożywotnim nadaniem przez Kościół ziemi chłopu, który zobowiązany był darować Kościołowi „ziemię o znacznie mniejszej powierzchni„. Trzecia, precaria oblata, opierała się na umowie, w której chłop posiadający ziemię, oddawał ją Kościołowi i natychmiast otrzymywał ją z powrotem. „Poza zaspokojeniem celu dewocyjnego, zyskiwał on opiekę Kościoła, co w tych niespokojnych czasach nie było bynajmniej rzeczą bez znaczenia[xi]. Jeśli jednak chodzi o prekaria kościelne, to po pierwsze nie były one tak rozpowszechnione (pomijając okres początkowego średniowiecza, kiedy pozycja feudałów jeszcze nie wzrosła tak bardzo), a po drugie, Kościół jako organizacja ogólnoeuropejska, dbając o swoją renomę, przestrzegał zawartych umów.

Możemy się zastanawiąc, dlaczego chłop, dysponując przecież znaczym zakresem wolności, godził się na tak daleko idące ograniczenie możliwości dysponowania sobą i swoją ziemią (własnością). Będzie to jednak spojrzenie ahistoryczne: dopiero od czasów oświecenia poczęto traktować wolność jako wartość absolutną, w średniowieczu zaś pojęcie to było w większości nieznane i obce. Kwestią zdecydowanie istotniejszą dla człowieka wieków średnich były ciężary, jakich musiał on doświadczać, i spokój, którego pożądał. Te kryteria decydowały o podjęciu jakichkolwiek działań przez chłopa mających na celu poprawę jego położenia, jakkolwiek może się to wydać nam niezrozumiałe.

Podsumuwując zatem powyższe rozważania, można stwierdzić, że: a) główną formą własności w średniowieczu była własność pośrednia; b) chłop nie zawsze oddawał się pod opiekę pana feudalnego dobrowolnie; c) pan feudalny miał do dyspozycji całe spektrum środków mających „przekonać” chłopa do pozostania pod jego protektoratem i nie omieszkiwał z nich korzystać. Widać więc wyraźnie, iż uznawanie, powszechnie występujące w środowisku prawicowych libertarian, szczególnie zaś manarchistów, średniowiecza za „najbardziej wolnościowe czasy” jest obarczone błędem merytorycznym, jako że tak sytuacja była zgoła inna, co widać powyżej w charakterystyce praw własności.

Własność w kapitalizmie

A jak wygląda problem własności dziś, w czasach określanych często jako najbardziej wolnościowe? Czy można stwierdzić, że byliśmy świadkami postępu i że jednak porównując z feudalizmem wychodzimy in plus? Na drugie pytanie można odpowiedzieć twierdząco, jeśli przez postęp zrozumiemy zmianę mentalności ludzi: są oni zdecydowanie bardziej świadomi, lepiej zdają sobie sprawę z grożących im niebezpieczeństw i w związku z tym radzą sobie z nimi efektywniej. Są tym samym dobrze przygotowani do pielęgnowania praw własności. Jednakże, czy to wystarcza, żeby nazwać nasze czasy w ogóle wolnościowymi? Zdecydowanie nie. Poza tym, co z postępem rozumianym ogólnie, jako proces zmian na lepsze? Czy czasy, w których żyjemy są „bardziej doskonałe” pod względem zabezpieczenia praw własności niż poprzednia epoka? Według mnie nie, co postaram się wykazać, odpowiadając na pierwsze z postawionych przeze mnie pytań.

W kapitalizmie państwowym możemy wyróżnić dwa główne rodzaje własności: własność prywatna i własność państwowa. W przypadku własności państwowej sprawa jest jasna: środki produkcji pewnych dóbr należą do państwa (czasem tylko i wyłącznie do niego, jak w przypadku usług policyjnych). We współczesnej doktrynie przyjmuje się, że państwo powinno mieć wyłączność (monopol) na produkcję takich dóbr, jak ochrona własności prywatnej, szkolnictwo, bezpieczeństwo itd. Można więc stwierdzić, że działalność państwa polega na zastępowaniu rynku albo raczej, jak jest to określane w nauce, takiej alokacji zasobów, do której wolny rynek nie byłby zdolny (państwo, jako bardziej racjonalne niż rynek, ma robić to lepiej). Pozostawię to bez komentarza.

Kwestia jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, jeśli chodzi o własność prywatną. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem powinna być to taka kategoria własności, która podlega osobie fizycznej (prywatnej), a także umożliwia nieograniczone cieszenie się produktami swojej pracy. Będzie to odpowiadać w znacznej mierze rzeczywistości, jednak nie do końca. Co prawda, dana osoba jako właściciel jest uprawniona, zgodnie jeszcze z prawem rzymskim, do posiadania i używania rzeczy, do pobierania z niej pożytków oraz do rozporządzania ją, jednak nie są to uprawnienia absolutne. Przykładowo, nie można zgodnie z prawem nabywać narkotyków, nie można pobierać z rzeczy maksymalnych pożytków (podatki) czy nie można nawet posiadać rzeczy, jeśli państwo tak postanowi (wywłaszczenie). Czy te ograniczenia pozwalają w ogóle uznać własnośc prywatną jako „prywatną”? Przecież, jeśli jakaś instytucja może wskazać jednostce, co jest dla niej lepsze i rozkazać zrobienie danej czynności, to oznacza to, że taka instytucja ma pierwotne prawo do własności jednostki i produktów jej pracy. Aplikując terminy właściwe dla feudalizmu, stwierdzamy, iż państwo (będące seniorem w tym stosunku) ma dominium directum, a wasalowi-lennikowi przysługuje tylko własność użytkowa (dominium utile).

Jednym z najbardziej złożonych i przez to najbardziej niebezpieczych sfer, w których przejawia się supremacja państwowych praw własności, jest sfera podatkowa. Wyróżniamy dwa rodzaje podatków: pośrednie i bezpośrednie. Naruszanie własności prywatnej w przypadku pierwszych polega na zmuszeniu producenta danego dobra do dodania do wartości produktu pewnej kwoty, która ma zasilić kiesę państwa (opodatkowanie kwoty zakupionej), a jeśli chodzi o drugie – na odmówieniu jednostce prawa do części jej własności (opodatkowanie kwoty posiadanej). Co więcej, jest to całkowicie spójne z prawdopodobnie wymyśloną na tę potrzebę ideą dobra wspólnego i społecznej gospodarki rynkowej. Jak pisze Frank Chodorov: „„potrzeba społeczna” jest przyczyną całej produkcji, tego, że człowiek pracuje albo że powinien pracować dla dobra całości. Opodatkowanie jest świetnym sposobem rozpraszania efektów pracy[xii].

Można w końcu zapytać: jak to jest w końcu z tą własnością? Z tego, co napisałem wynika, że i obecnie mamy zdecydowaną przewagę własności podzielonej: państwo dzierżawi jednostkom część swojej własności, wspaniałomyślnie pozwalając im na korzystanie i czerpanie z niej pożytków. Państwo posiada również roszczenie do dóbr jeszcze niewyprodukowanych, a zatem nabywa do nich własność z chwilą ich produkcji. Sytuacja ma się więc inaczej niż ta w średniowieczu. Nastąpiła również zmiana podmiotów biorących udział w transakcji, a sama „umowa” wygląda następująco: państwo, jako absolutny właściciel wszystkich dóbr w państwie, daje jednostce w wieczyste użytkowanie ziemię, z tym, że owa jednostka zobowiązana jest do pewnych świadczeń i do wykonywanie każdego polecenia wydanego przez państwo, przy czym państwo, jako że faktycznie własność taka pozostaje w rękach prywatnych, nie rozpościera nad nią takiej ochrony jak nad własnością faktycznie państwową. Silniejszą stroną jest zatem rząd, a jego potęga wielokrotnie przekracza możliwości jakiegokolwiek szlachcica i króla w średniowieczu. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że umowa zawierana przez jednostkę z państwem wprowadzana zostaje w życie bez jej zgody. Nie może być tu więc mowy o Proudhonowskiej wizji umowy społecznej, w której to jednostka decyduje o zaistnieniu pewnej sytuacji. W omawianym przypadku człowiek, z faktu życia w państwie odbierającym mu jakąkolwiek możliwośc wyboru, jest istotą w znacznej mierze zależną od państwa – każda decyzja dotycząca własności regulowana jest przez państwo, w końcu pierwotnego właściciela wszystkich dóbr, łącznie z tymi jeszcze niewyprodukowanymi. W szczególności uwagę zwraca przymusowość i niezrywalność tego kontraktu. Państwo, jeśli uzna, że obywatel złamał zasady zawarte w „umowie”, może danego obywatela ukarać. Zauważmy ponadto, że to właśnie
[n]ajcięższymi zbrodniami w kodeksie Państwa nie są naruszenia prywatnej własności czy osoby, lecz niemal zawsze są to zagrożenia jego własnej wartości, jak zdrada, dezercja na stronę przeciwnika, odmowa zaciągnięcia się, spiskowanie, konspiracja, zamachy stanu czy przestępstwa gospodarcze wymierzone w Państwo, jak podrabianie pieniędzy czy unikanie podatku dochodowego” [podkreślenie moje - K. Ś.][xiii]. Mając to na uwadze, dochodzimy do wniosku, że społeczeństwo właściwe dla kapitalizmu państwowego musi być społeczeństwem klasowym: występują poddani i władcy. Możemy zatem definicję Marca Blocha dotyczącą feudalizmu zastosować równie dobrze do „state capitalism„: kapitalizm to więc system społeczny, w którym „charakterystyczną więzią ludzką była zależność podwładnego od bliskiego zwierzchnika„.

Reasumując, można stwierdzić, że: a) charakter własności w czasach nam współczesnych jest niemal identyczny jak w średniowieczu, tj. dominującą formą jest własność podzielona; b) umowa z pańtwem o nabycie własności jest zawsze przymusowa, jako że państwo dysponuje pierwotnym prawem własności do wszelkich produkowanych przez obywateli dóbr, łącznie z tymi jeszcze nie wyprodukowanymi; c) osoba uchylająca się od płacenia podatków, a tym samym gwałcąca zawartą pod przymusem umowę z państwem, musi liczyć się z możliwością pociągnięcia do odpowiedzialności za naruszenie interesów gospodarczych państwa. W obliczu tych faktów nie można stwierdzić, że czasy kapitalizmu państwowego należą do wolnościowych w jakimkolwiek rozumieniu, bowiem skala wyzysku i przymusu dorównuje temu, co ludzie musieli znosić w wiekach poprzednich. Akceptowane przez libertarian i jedyne zgodne uniwersalizmem etycznym zasady: samoposiadania oraz „original appropriation” (zwanej także „homestead principle„)[xiv] nie mają w tym przypadku żadnego przełożenia na rzeczywistość; zostały zastąpione przez państwową „umowę”, w której to państwo decyduje o każdym szczególe, nie zważając na jednostkę. Jak pisze Hans Herman Hoppe: „z wyzyskiem mamy do czynienia wtedy, gdy nastąpi jakieś odstępstwo od zasady zasiedlenia. Wyzyskiwaczem jest osoba, która żąda kontroli nad dobrami, których nie zasiedliła, nie zaoszczędziła, nie wyprodukowała, ani nie zdobyła na drodze dobrowolnej umowy od ich poprzedniego właściciela. Wyzysk sprowadza się do wywłaszczania tych, którzy pracują, oszczędzają i zasiedlają przez innych, którzy tego nie robią; jest to żerowanie ludzi, których żądania biorą się z powietrza, na tych, którzy uczciwie pracowali i zawierali ze sobą umowy[xv].

Doszliśmy zatem do przerażających wniosków: nic tak naprawdę nie jest nasze. Może powinienem uściślić: nic, co zostanie wyprodukowane zgodnie z państwowymi wymogami, bowiem właścicielem tego jest państwo. Z drugiej strony, możemy spodziewać się, że wolny rynek, będący wypadkową preferencji biorących w nim osób, znajdzie rozwiązanie. I faktycznie: sposobem na pozyskanie prawdziwego prawa właności jest kontrekonomia. „Rzeczywista praktyka ludzkich działań, która uchyla się od, unika i przeciwstawia się interwencji państwa jest działalnością kontrekonomiczną[xvi] . Na przekór tzw. białemu rynkowi, będacemu rynkiem „państwowym”, istnieje również tzw. szary i czarny rynek. Jak pisze Samuel Edward Konkin: „„[C]zarny rynek” jest czymkolwiek zabronionym przez państwo i przekazywanym dalej niezależnie od tego[xvii]. Szary rynek [...] oznacza handlowanie dobrami i usługami, które jako takie nie są nielegalne, ale zostały uzyskane lub dystrybutowane w sposób zabroniony przez prawo[xviii]. Statystyki mówią nam, że „praca na czarno” będąca właśnie działalnością kontrekonomiczną jest w Polsce dość popularna. W 2004 roku w szarej strefie pracowało ponad milion ludzi[xix], a „wielkość transakcji w polskiej szarej strefie szacuje się na 15% PKB[xx].

Okazuje się jednak, że szara strefa w dzisiejszym wymiarze nie jest panaceum na chorobę zwaną „brak praw własności”. Zdecydowana większość produktów powstaje bowiem na białym rynku, co powiększa wpływy do budżetu nadające pęd interwencjonistycznej machinie państwa mającej na celu ograbienie ludzi z należącej się im własności. Powstaje w ten sposób błędne koło, które jest tym straszniejsze, że może napędzać się w nieskończoność i trwać już zawsze, aż do wymarcia gatunku ludzkiego. Można zadać, całkiem zasadnie, pytanie: dlaczego tak się dzieje? Przecież już Etienne de la Boetie w swoim „The Politics of Obedience: The Discourse of Voluntary Servitude” w XVI wieku pisał: „Wszakże ten, kto was tyranizuje, (…) nie ma w rzeczywistości żadnej władzy nad wami poza tą, którą sami mu nadaliście, aby mógł was zniszczyć. Skąd wziąłby tyle oczu, by was szpiegować, gdybyście sami mu ich nie oddali? Gdzie zaopatrywałby się w broń, przy pomocy której zmusza was do poddaństwa, gdybyście sami mu jej nie dawali? Skąd brałyby się stopy tratujące wasze miasta, jeśli nie byłyby waszymi własnymi stopami? Jakże mógłby posiąść władzę nad wami inaczej niż za waszym własnym pośrednictwem? Jak śmiałby was atakować, gdyby nie mógł przy tym liczyć na waszą współpracę? Cóż mógłby wam zrobić, gdybyście sami nie byli w zmowie z rabującym was złodziejem, gdybyście nie byli wspólnikami czyhającego na waszą śmierć mordercy, gdybyście sami nie byli własnymi zdrajcami? Obsiewacie wasze pola po to, by on mógł je spustoszyć, budujecie i meblujecie swe domy, by dostarczyć mu dóbr, które mógłby zrabować; wychowujecie wasze córki po to, by on mógł dać upust swej chuci; chowacie wasze dzieci po to, by on mógł uhonorować je najwyższym zaszczytem – by mógł je poprowadzić do boju w swych bitwach, przeznaczyć je na rzeź i uczynić z nich wykonawców swoich zachcianek i narzędzia zemsty; pracujecie w pocie czoła, by on mógł dogadzać swym pragnieniom i pławić się w ohydnej rozpuście; uginacie własne karki, by uczynić go jeszcze silniejszym i potężniejszym, by mógł trzymać was w szachu„.[xxi] Dlaczego więc ludzkość nie dąży do uwolnienia się spod tyranii? Dlaczego nie zmierzamy w stronę prawdziwego społecznego kontraktu, o którym pisał Benjamin Tucker[xxii]? Te pytania pozostaną, niestety, bez odpowiedzi. Przyszłość pokaże, czy ludzie zdadzą sobię sprawę, że Konstytucja jest tak naprawdę bujdą[xxiii], a król od zawsze był nagi, co od dawno próbują przekazać libertarianie. Niestety, bez skutku.



[i] Hoppe H. H., Analiza klasowa: marksizm a szkoła austriacka, http://www.mises.pl/108[ii] Bloch M., Społeczeństwo feudalne, Warszawa 2002, s. 16[iii] Sójka K., prawa, Warszawa 2005, s. 116.[iv] Rothbard M., A Future of Peace and Capitalism, http://www.mises.org/article.aspx?Id=1559[v] Carson K., Studies in Mutualist Political Economy, http://www.mutualist.org/id71.html[vi] Strzelczyk J., powszechna. Średniowiecze, Poznań 2001, s. 181-182.[vii] modius - 566 cali3[viii] Sobańska-Bondaruk M., Wiek V-XV w źródłach,Warszawa 1999, s. 215.

[ix] Strzelczyk J., powszechna. Średniowiecze, Poznań 2001, s. 183.

[x] Manteuffel T., powszechna. Średniowiecze, Warszawa 1978, s. 95.

[xi] Tamże.

[xii] Chodorov F., Taxation Is Robbery, http://www.mises.org/etexts/taxrob.asp

[xiii] Rothbard M., Anatomia Państwa, http://www.mises.pl/86

[xiv] Więcej o homestead principle w: Rothbard M., Ethics of Liberty, www.mises.org/rothbard/ethics.pdf, s. 87-93,

[xv] Hoppe H. H., Analiza klasowa: marksizm a szkoła austriacka, http://www.mises.pl/108

[xvi] Konkin S., New Libertarian Manifesto, agorism.info/NewLibertarianManifesto.pdf, s. 18.

[xvii] Trzeba jednak odróżnić czarny rynek od „rynku czerwonego”, czyli działalności będącej przymusową, tj. działania czy zachowania mające na celu ograniczenie czyjegoś prawa własności (również własności swojego ciała), czyli również sytuację, gdy jednostka niezależnie od swojej woli poddawana jest przemocy. „Red market” to np. morderstwo czy kradzież.

[xviii] Konkin S., New Libertarian Manifesto, agorism.info/NewLibertarianManifesto.pdf, s. 24.

[xix] http://www.stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/PUBL_praca_nierejestrowana_2004.pdf

[xx] Szczepańczyk P., Pochwała szarej strefy, http://www.obywatel.org.pl/index.php?module=subjects&func=viewpage&pageid=386

[xxi] http://prawo.uni.wroc.pl/~kwasnicki/CytatyEkon.htm

[xxii] Tucker B., The Relation of the State to the Invididual, http://flag.blackened.net/daver/anarchism/tucker/tucker3.html

[xxiii] Spooner L., Konstytucja bez autorytetu, www.libertarianizm.pl/spooner.htm

***
Krzysztof Śledziński
2 stycznia 2008

  • RSS
  • Print
  • PDF
  • Add to favorites
  • Wykop
  • Facebook
  • Twitter
  • Blip
  • Pinger
  • Flaker
  • MySpace
  • Grono
  • LinkedIn
  • del.icio.us
  • Digg
  • Technorati
  • Google Bookmarks
Tagi:
Podobne wpisy:

113 komentarzy dla wpisu “Krzysztof Śledziński „Prekarium””

Strony: « 1 2 [3] 4 5 6 7 8 9 10 11 … 12 » Show All

  1. 21
    Timur mówi:

    Widzę że Apfelbaum niestety pogrywa tak jak to czynili aparatczycy w póżnym PRL.
    Co się zmienia gdy przemianujemy krawat na zwis męski elegancki?
    Co się zmienia gdy przemianujemy mydło na kostkę higieniczną?

    Trikster wymienił:

    - opłata za korzystanie z młyna czy karczem, monopolizowanych przez władcę.

    I co ciekawe ta opłata obowiązywała bez względu na to czy chłop w tej karczmi pijał czy nie.

    Czym to się rózni od dzisiejszych podatków na szkołę które się płaci bez względu na to czy ma się dzieci czy nie?

    Wszelkie daniny SĄ podatkami bez względu na to czy płaci się je włądzy centralnej ( Królowi ) czy też władzy lokalnej ( Panu Dziedzicowi ) czy też Kościołowi ( w warunkach braku tolerancji religijnej ). Wystarczy że istnieje aspekt przymusu. Zaś obowiązek świadczenia nieodpłatnej pracy czy służby POD PRZYMUSEM to mamy do czynienia z niewolnictwem. I nie ważne czy to jest wspólczesna Służba Wojskowa na rzecz Władzy Centralnej czy też Obowiazkowe Służebności w Średniowieczu.

    Trzymając się niewolniczo definicji niewolnictwa czy podatków doprowadzamy do zaciemniania rzeczywiśtości.
    Dokłądnie tak samo jak to czynili onegdaj komuniści w PRL.

    Tak jak propaganda PRL nazywała służbe wojskową zaszczytnym obowiazkiem i ludziom nie przychodziło na mysl że jest to zwykłe niewolnictwo, tak i fanatyczni mediewiści i arystokraci poprzez czepianie się definicji starają się wygloryfikować tę jakże pełną zniewolenia epokę.

  2. 22
    Timur mówi:

    A Chłopów oczywiscie czytałem. Oczywiscie nie wiiem skąd Pan wywnioskował że nie czytałem.

  3. 23
    Apfelbaum mówi:

    Ma pan obsesję na punkcie PRL-u. Ja natomiast nie mam zamiaru odpowiadać na obelgi tylko na argumenty. Monopol nie jest podatkiem, co może pan sprawdzić w każdym słowniku, a historycy wyceniają podatki w średniowieczu na mniej niż 10 %. Wiem, że zacietrzewienie ideologiczne uniemożliwia przyjęcie prawdy, która nie pasuje do doktryny, więc nie będę się podejmował misji jej obrony. W komunistach było więcej uczciwości niż w panu oni przynajmniej zawsze niezależnie od wyniku fałszowali wybory.

  4. 24
    Apfelbaum mówi:

    Tymczasem panu Trikster muszę przyznać przynajmniej częściową rację. W wczesnym średniowieczu wymiana elit była mniej zamknięta i system działał lepiej jednak z czasem szlachta stała się w pełni dziedziczna i przewodnictwo zaczęło się przekształcać w półniewolnictwo.

  5. 25
    qatryk mówi:

    „Monopol nie jest podatkiem, co może pan sprawdzić w każdym słowniku”
    of kors. tylko dajmy na to można sobie wyobrazić że jednak rezygnuje z usług monopolu. Np rezygnuje z dostarczania mi elektryczności. Elektryczność dostarcza mi monopolista i tu nie spierajmy sie o to czy monopole sa dobre, czy zle i w jakich warunkach.
    Sedno jest w tym że jeden monopol jest zawsze zły – monopol na przymus. Jeżeli nie możesz zrezygnować z jakiejś „usługi” bo dostaniesz inaczej wpierdziel to to jest złe. Idąc dalej tym tokiem myślenia wszelkie pobieranie ode mnie pieniędzy czy jakiejkolwiek efekty mojej pracy zabierane mi są czymś ala podatek. Niezależnie czy pobiera to król, pan na włościach czy mój sąsiad.

  6. 26
    Timur mówi:

    Zacietrzewienie ideologiczne uniemozliwia przyjęcie prawdy która nie pasuje do doktryny? Zgadzam się.
    Właśnie ta cecha charakteryzuje zarówno totalitarnych komunistów jak i konlibów.

    Nie wiem na jakiej podstawie historycy wyceniają podatki na mniej niż 10 procent. Jeśli to dotyczyło mieszczan czy panów na włościach to może i racja. Szlachta za sprawą przywilejów szybko uzyskała sobie moc wywijania się od płacenia dziesięciny. Ale te grupy społeczne to było zaledwie 10-20 % ówczesnego społęczeństwa.

    Nie mam obsesji na punkcie PRL-u. Tylko zauważam, że konlibowie stosują te same metody zafałszowania rzeczywistości aby tylko było po ich mysli.

    Za Gierka inflacja wynosiła 0% bo co prawda drożało mięso ale taniały lokomotywy. Z cyferek wynikał piękny obrazek kwintesensji dobrobytu ale z reala NIJAK tego dobrobytu nie było widać. Przynajmniej z perespektywy Szarego Ludzia.
    Dokłądnie te same sztuczki robią konlibowie i Pan Apfelbaum. Też cyferki niby się zgadzają a jednak nie zgadzają.

    Próbują wmówić że w Średniowieczu było byczo a tymczasem byczo było nielicznym.
    Tak samo gloryfikują XIX wiek że niby paszportów i wiz nie było a tymczasem wciąż jeszcze trwał w wielu krajach feudalizm lub postfeudalizm i 70% narodu nie tylko nie mogła pojechać za granicę ale na dodatek nie mogła się ruszyć z własnej wioski tytułem przypisania do ziemi.

    „Sedno jest w tym że jeden monopol jest zawsze zły – monopol na przymus. Jeżeli nie możesz zrezygnować z jakiejś “usługi” bo dostaniesz inaczej wpierdziel to to jest złe. Idąc dalej tym tokiem myślenia wszelkie pobieranie ode mnie pieniędzy czy jakiejkolwiek efekty mojej pracy zabierane mi są czymś ala podatek. Niezależnie czy pobiera to król, pan na włościach czy mój sąsiad.”

    Zgadzam się Quatryku w całej rozciągłości.
    A o tym, że we wczesnym Średniwieczu stan rycerski nie był zatrzaśnięty na głucho tak jak później ( z powodu ciągłego ubytku rębajłów ) oczywiscie wiem, co nie zmienia faktu że faudalizm uważam za zło samo w sobie.

    Czyż nie jest przejawem Podwójnych Standardów Moralnych gloryfikować wczesnośreniowieczny feudalizm i traktowac jak OBELGĘ „fakty nie po mysli” takie jak degrengolada późnego feudalizmu przy jednoczesnym „ściganiu” każdego kto gloryfikuje wczesny etatyzm ( na początku dość przyjemny i wyrównujący szanse ) nie zauważywszy postępującej degeneracji tegoż etatyzmu za jakiś czas?

  7. 27
    Trikster mówi:

    Dzięki Patryku, o to mi chodziło. :)

    Timur:
    „Nie wiem na jakiej podstawie historycy wyceniają podatki na mniej niż 10 procent”
    Bo patrzą ahistorycznie, wliczając do podatków tylko daniny składane władcy.

    „Ale te grupy społeczne to było zaledwie 10-20 % ówczesnego społęczeństwa”
    Szlachta w większości państw średniowiecznej Europy nie stanowiła więcej niż 10% społeczeństwa.

    Apfelbaum:
    „W wczesnym średniowieczu wymiana elit była mniej zamknięta i system działał lepiej jednak z czasem szlachta stała się w pełni dziedziczna i przewodnictwo zaczęło się przekształcać w półniewolnictwo.”
    Nie do końca. Nawet we wczesnym średniowieczu fluktuacja wśród elit była czymś bardzo rzadko spotykanym (jak zresztą i dziś): możne rody (1% ludności) nie łatwo oddawały to, co kiedyś, w warunkach chaosu towarzyszącego społecznym przemianom, udało się im zdobyć. Jeśli natomiast chodzi o szlachtę, to faktycznie, możliwość awansu społecznego faktycznie istniała, ale w znacznym stopniu zależała od monarchy, jego widzimisię i wojen.
    A feudalizm z samego założenia jest niewolniczy. Wywodzi się bowiem z kolonatu, kolonat z kolei z niewolnictwa. Stosunki między kolonem a jego „panem”, a później: chłopem a szlachcicem, bardzo przypominały te panujące w wielkich latyfundiach, gdzie pracowali niewolnicy jeszcze za czasów Cesarstwa. Różnice są naprawdę niewielkie, trzon pozostaje ten sam: przymus i brak możliwości uwolnienia się spod stosunku zależności.

  8. 28
    Timur mówi:

    „“Nie wiem na jakiej podstawie historycy wyceniają podatki na mniej niż 10 procent”
    Bo patrzą ahistorycznie, wliczając do podatków tylko daniny składane władcy.”

    Czyli jest tak jak podejrzewałem. :-(

    „“Ale te grupy społeczne to było zaledwie 10-20 % ówczesnego społęczeństwa”
    Szlachta w większości państw średniowiecznej Europy nie stanowiła więcej niż 10% społeczeństwa.”

    Ależ ja nie liczę samej szlachty. Uwzględniłem i szlachtę i mieszczaństwo. Mieszczaństwo nie płaciło dziesięciny bo nie uprawiało roli. Poza tym ówczesne cechy były dobrze zorganizowane i prowadziły lobbing tak jak dzisiejsi przemyśłowcy. I w takich warunkach dało się wywalczyć spore zwolnienia z danin wszelakich przez co jest całkiem możliwe, że średniowieczni rzemieślnicy płacili 10 % podatków albo i mniej.

    Lecz dokładnie to samo mamy teraz. Zamiast cechów mamy wielkie korporacje które prawie podatków nie płacą bo dają w łapę komu trzeba lub/i przerzucają koszty do Spółki Córki znajdującej się w raju podatkowym.
    Więc nie zdziwcie się gdy za 200 lat jakiś potomek właściciela korporacji nazwię etatyzm złotym ustrojem gdzie były niskie pofatki.
    Tak jak dziś gloryfikują feudalizm konlibowie wywodzący się w większości z arystokracji lub starych zachodnich rodów mieszczańskich. ( to bardziej dotyczy Europy Zachodniej gdzie było silne mieszczaństwo ).

    No i oczywiście zarówno to co się działo w Średniowieczu i to co mamy dzisiaj niewiele ma wspólnego z Wolnym Rynkiem.

    No to na razie tyle Drodzy forumowicze. Niedługo będę miał spotkanie trzeciego stopnia z chirurgiem. Nie wiem kiedy wrócę ale mam nadzieję, że jak najrychlej.

    Pozdro wszystkim,

  9. 29
    Timur mówi:

    uff! Jeszcze żyję :D

    „Nawet we wczesnym średniowieczu fluktuacja wśród elit była czymś bardzo rzadko spotykanym (jak zresztą i dziś): ”

    I już sam fakt, że przeskok między sferami społęcznymi był trudny lub wręcz niemozliwy już w moich oczach z automatu czyni feudalizm systemem niegodziwym i nieludzkim.

    Chłop nie tylko nie mógł zostać szlachcicem ale nie mógł być też mieszczaninem bo był przypisany do ziemi i to DZIEDZICZNIE.

    I w tym momencie wali mnie serdecznie czy mieszczanie płacili w średniowieczu mniej czy więcej niż 10 procent podatków.

    „Jeśli natomiast chodzi o szlachtę, to faktycznie, możliwość awansu społecznego faktycznie istniała, ale w znacznym stopniu zależała od monarchy, jego widzimisię i wojen.”

    Tak też jest i teraz. Tylko na szczęście wojen jest mniej. Monarchy też nie ma ale możni nadal istnieją.
    A zatem dekoracje się zmieniły a faudalizm trwa.

    „A feudalizm z samego założenia jest niewolniczy. Wywodzi się bowiem z kolonatu, kolonat z kolei z niewolnictwa. Stosunki między kolonem a jego “panem”, a później: chłopem a szlachcicem, bardzo przypominały te panujące w wielkich latyfundiach, gdzie pracowali niewolnicy jeszcze za czasów Cesarstwa. Różnice są naprawdę niewielkie, trzon pozostaje ten sam: przymus i brak możliwości uwolnienia się spod stosunku zależności.”

    Zgadzam się z tobą całkowicie Trikster.
    Powiem więcej że podejrzewam, że po to powymyslano Oficjalne i Jedynie Słuszne Definicje Niewolnictwa aby… zaciemniać obraz i aby ukryć fakt zniewolenia jaki miał miejsce w średniowieczu a także …. ma miejsce teraz tyle że z ładneijszymi zabawkami i w innych dekoracjach.

    To na razie tyle,

  10. 30
    Apfelbaum mówi:

    Nie gloryfikuję średniowiecza, tylko stwierdzam fakt, że podatki były niższe niż 10 %. Nie mówię nic o wielu dzisiejszych swobodach i nie mam zamiaru wprowadzać średniowiecza jednak fakt pozostaje faktem. Wyliczenia pochodzą z ksiąg Kościelnych, urzędniczych kwoty ściąganego podatku i mniej dokładnie dochody chłopskie, Ksiąg kupieckich i cechowych, oraz prywatnych, więc policzenie nie jest trudne. Najpierw obraża pan mnie nazywając aparatczykiem następnie wyzywa i przyrównuje mnie pan do jakiś koliberałów. Jak widać prawda w oczy kole.

Strony: « 1 2 [3] 4 5 6 7 8 9 10 11 … 12 » Show All

Skomentuj:

Możesz używać: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>