Ekonomia i wolny rynek

Adam Hajduk: „Przepaść” płacowa

Tzw. „wage gap”

Feministki przekonują nas do swojego nie tyle nawet religijnego co magicznego (wolicjonalne wyjaśnianie zjawisk zamiast przyczynowego) dogmatu, że za różnice płacowe kobiet i mężczyzn odpowiada zła wola pracodawców. Dowodem na to miałby być fakt, że różnice te nie wynikają z zakresu obowiązków związanych z zajmowanymi przez przedstawicieli obu płci stanowiskami, gdyż zajmują oni stanowiska podobne. Abstrahując od przymusu zatrudniania „słusznej” ilości kobiet na wszelkich stanowiskach (który sprawia, że przedstawiciele płci wydajniejszej mogą sobie zapracować na przeciętnie wyższe wynagrodzenie w jakikolwiek sposób oprócz tego, że zasłużą sobie na awanse na bardziej odpowiedzialne stanowiska); falsyfikacja jednego z wyjaśnień danego faktu, nie powoduje, że wyjaśniany fakt znika. Fakt ten muszą wyjaśniać inne czynniki. To, iż wiemy, że przypływów nie powoduje wiatr, nie świadczy o tym, że są one iluzją, albo że wywołuje je czyjaś wola, lecz że istnieje inne wyjaśnienie tego zjawiska – grawitacja księżyca. To że wyższych zarobków mężczyzn nie wyjaśnia zakres podejmowanych przez nich wraz ze stanowiskami zobowiązań, nie znaczy ani, że faktu tego nie trzeba wyjaśniać, ani że jest on wynikiem czyichś zachcianek. Niniejszy artykuł opisuje zarówno od strony teoretycznej (podstawy ekonomi) jak i empirycznej pomijane przez feministki przyczyny wyższych zarobków mężczyzn.

Rozpowszechnił się, albo raczej został rozpowszechniony przez pewną bardzo dobrze zorganizowaną i wpływową grupę, pewien absurdalny pogląd, że kobiety za tę samą pracę otrzymują mniej pieniędzy niż mężczyźni. Stwierdzenie to jest pewnym nieuprawnionym wnioskiem błędnie wyciąganym ze zdania, że kobiety na tych samych co mężczyźni stanowiskach zarabiają (statystycznie) mniej.

Teza, że kobiety zarabiają mniej za tę samą pracę, oznacza dokładnie, że za (posiadający postać pracy) towar o określonej wartości kupujący gotowi są zapłacić i płacą więcej, kiedy jest on oferowany przez mężczyznę. Już w tym miejscu widać, że teza ta jest absurdalna. Z doświadczenia wiemy, że ludzie niechętnie dają coś komuś za darmo (choć gdyby chcieli tak czynić, to należy bronić ich prawa do rozdawania własnego majątku, komukolwiek zechcą, niezależnie od płci, a więc też np. samym tylko mężczyznom). Wątpliwe wydaje się więc, że przedstawicielki bądź co bądź lewicowego ruchu (a w filozofii społecznej następczynie marksizmu i komunizmu), które oskarżają pracodawców o wyzysk, mogłyby mieć inne doświadczenia. Ale nawet gdyby miały, to również abstrahując od zwykłego ludzkiego doświadczenia, teza że ktoś mógłby płacić za ten sam towar więcej, po to tylko, aby kupić go od mężczyzny jest sprzeczna z podstawami ekonomi, z odkrytymi przez ekonomię obiektywnym zasadami dotyczącymi relacji zachodzących między ludźmi.

Jeżeli bowiem ktoś rozdawałby swoje pieniądze, przepłacając za towar (w postaci pracy czy jakiejkolwiek innej), to nie przetrwałby na rynku zbyt długo. W konsekwencji pozostałyby na tym rynku jedynie osoby i przedsiębiorstwa płacące uczciwie. To dlatego nie ma na rynku przedsiębiorców dyskryminujących miejskie widoki względem widoków górskich; każdy kto zdecydowałby się lokować swoje fabryki w górach, miałby może przez krótki czas piękny widok, ale podniósłby koszty tak, że szybko by splajtował. Podobnie nie widać smażalni ryb dyskryminujących zimę względem lata; każda smażalnia, której właściciel miałby urlop w tym samym czasie co wszyscy, tj. w lecie, a „pracował” w zimie, splajtowałby.

Kiedy tłumaczy się ludziom, że przedsiębiorca nie może, choćby nawet chciał, faworyzować ani miejsca lokalizacji swoich zakładów ani pory pracy odbywającej się w tych zakładach ani zatrudnianych grup społecznych, nie dociera to do ludzi. Pięćdziesiąt lat komunizmu wyrobiło w społeczeństwie przeświadczenie, że przedsiębiorca równa się opasły burżuj, którego jedyna „praca” polega na wydawaniu pieniędzy, gdy tymczasem jego pracą jest właśnie pieniędzy oszczędzanie; a starając się wykonywać swój fach, musi się on stosować do obiektywnych praw w takim samym stopniu, w jakim do obiektywnych praw musi stosować się mechanik, starający się dobrze wykonywać swoją robotę. Lekkomyślnie wydając pieniądze na swoje zachcianki, nie jest się dobrym przedsiębiorcą, niezależnie od tego, czy taką zachcianką jest jacht czy zatrudnianie mężczyzn. A klienci, nie kupując od nich towaru, nie zatrudniają lekkomyślnych przedsiębiorców, tak jak nikt nie zatrudni mechanika psującego samochody.

To, że przedsiębiorcy faworyzujący górskie widoki lub lato splajtowaliby, nie oznacza wcale, że nie są uprzedzeni do miejskich widoków albo zimy i nie wolą górskich widoków albo lata. Oni po prostu nie mogą faworyzować gór ani lata, chociaż w tym wypadku faktycznie by chcieli. W przypadku zatrudniania kobiet mam spore wątpliwości, czy mężczyźni chcieliby je dyskryminować. Szczerze mówiąc przypuszczam, że nawet wolą oni zatrudniać w swoich zakładach pracownice. Ujawnia się w tym męskie dążenie do aprobaty ze strony kobiet, tak typowe dla prawie wszystkich gatunków zwierząt. Mężczyźni przejawiają naturalną opiekuńczość wobec kobiet, o które muszą przecież rywalizować między sobą – czego nie muszą czynić kobiety czekające na mężczyznę. Świadectwem tej opiekuńczości niech będzie (zbyteczna w warunkach rynkowych) amerykańska ustawa z 1963, nakazująca taką samą płacę za taką samą pracę. Uchwalona została ona pięć lat przed pojawieniem się wraz z kontrkulturą jakichkolwiek symptomów drugiej fali feminizmu, nie mówiąc już o czasie jaki ów feminizm potrzebowałby, żeby się najpierw rozwinąć a następnie zacząć wpływać na politykę gospodarczą. Zresztą nawet gdyby szefowie próbowali dyskryminować pracownice a rynek im tego, wbrew logice, nie utrudniał, to i tak nie byliby w stanie tego uczynić. Przecież w działach ds. zatrudnienia i działach ds. zasobów ludzkich stanowiska zajmują głównie kobiety i to one podejmują decyzje na szczeblu, na którym da się rozróżniać mężczyzn i kobiety. Wyobrażacie sobie szefa wielkiego zakładu, który zatrudnia każdego ze swoich 200 000 pracowników dopiero po osobistym odbyciu rozmowy kwalifikacyjnej z nim…?!

Zresztą ci, tak podobno seksistowscy, szefowie już takimi samymi rasistami, antysemitami czy patriotami wcale nie są, mimo że skala tych zjawisk (przynajmniej rasizmu i patriotyzmu) jest w dużo większa niż nawet tego insynuowanego i urojonego seksizmu. Tymczasem jankeskie i Europejskie przedsiębiorstwa przenoszą się do Meksyku, Chin i Indii bez mrugnięcia okiem na czerwony, żółty czy czarny kolor nowych pracowników albo na interes narodowy. Potrzebnych podzespołów do swoich produktów amerykańskie zakłady nie wahają się kupić w Izraelu zamiast w Wielkiej Brytanii, jeżeli tylko w tym pierwszym kraju są one choćby odrobinkę tańsze. Zresztą empiryczne świadectwa braku uprzedzeń na rynku nie pojawiły się z chwilą nadejścia globalizacji. Od zawsze ci „obleśnie chciwi” (przecież tak ich postrzega lewica) przedsiębiorcy kupowali jak najtaniej. Każdy kupujący wybiera afrykańskie bogactwa naturalne zamiast bogactw europejskich, gdy te pierwsze są tańsze. Przykładem może być Polska, która pod koniec lat 90-tych, kiedy na węgiel nie było popytu, sprowadzała tańszy w wydobyciu węgiel z RPA, jednocześnie zamykając własne kopalnie.

Takie empiryczne dowody są bardzo ważne dla feministów. Bowiem niezależnie od tego, czy przechodząc na feminizm, człowiek traci rozsądek, czy nierozgarniętą osobę łatwiej zbałamucić feminizmem, nierozgarnięty człowiek zazwyczaj posiada znikomą zdolność analizy a od logiki (oraz matematyki) zupełnie ucieka, trzeba mu więc podstawić pod nos tak proste empiryczne fakty, aby nie musiał na ich podstawie wyciągać, żadnych wniosków. (Ewentualnie można posłużyć się jakimś szanowanym przez niego autorytetem. Najlepiej którymś z postmodernistów, których bełkot – w sensie technicznym, czyli „nonsens” – każdy może rozumieć jak zechce, a więc nie musi rozumieć go wcale, a podczas czytania których, czytelnik może też zlekceważyć swoje braki charakteru, gdyż autorzy ci piszą to, co w kulturze akurat dominuje. A więc schlebiają masom, nie skłonnym do wysiłku czy odpowiedzialności.)

To właśnie przez niechęć do myślenia i analizowania, kiedy mówię komuś, że dyskryminacja na rynku pracy jest niemożliwa do przeprowadzenia, odpowiada mi on, że tak nie może być, bo przecież on zna osobiście taki a taki przykład, kiedy kobieta pracuje dobrze a zarabia gorzej. Kiedy pytam się wtedy, czemu przedsiębiorca jest tak głupi, żeby rozdawać pieniądze, i czemu jego niegospodarne przedsiębiorstwo nie splajtowało, mój rozmówca nie jest w stanie odpowiedzieć (podobnie jak kreacjoniści nie są w stanie odpowiedzieć, w jaki sposób możliwe jest, żeby naturalna selekcja nie działała?). Nie przychodzi mu do głowy, że przedsiębiorca patrzy, jaki dochód zyskuje od każdego pracownika, i w zależności od tej informacji owego pracownika odpowiednio wynagradza; mojemu rozmówcy nie przychodzi też do głowy, że po prostu nie zna wszystkich informacji na temat pracownika albo pracownikiem jest jego krewna i to z jej narzekań mój rozmówca czerpie informacje o solidnej pracy przy marnych zarobkach. 84% osób uważa się za niedocenianych w pracy a tylko 3% za przeceniane (co oczywiście jest niemożliwe, bo każdy może być niedoceniany lub przeceniany tylko względem innych). W takiej sytuacji każde wyjaśnienie tego niedocenienia staje się dobre. Zazwyczaj jest to spisek kolegów czy koleżanek z pracy, zazdrość szefa o naszą „wysoką inteligencję” itp. (a ludzi w ten sposób się tłumaczących uznaje się za zarozumialców). Kobiety dostały tutaj do ręki inne wytłumaczenie: dyskryminację. Nic dziwnego więc, że ją wykorzystują. To samo uczyniliby mężczyźni, gdyby mówiło się bez przerwy o dyskryminacji mężczyzn, to też zaczęli by oni widzieć w nim przyczynę niedoceniania siebie.

O dowody empiryczne niższej wydajności kobiet jest w erze feminizmu niemal równie trudno jak o wyniki testów inteligencji w nazistowskich Niemczech (żydowskie dzieci wypadały w nich lepiej od niemieckich). Ponadto kiedy już jakieś badania przypadkowo zaprzeczą feministycznym dogmatom, nie powtarza się ich w kolejnych latach i w przypadku statystyk po prostu się one urywają. Na szczęście jednak jest ich wystarczająco dużo, aby nawet feministkę wprawić w zakłopotanie lub raczej w złość. Wiele z badań i statystyk (w tym ogólnokrajowych amerykańskich) przytoczonych jest w książce, czterokrotnego przewodniczącego NOW, największej feministycznej organizacji na świecie, Warrena Farrella „Dlaczego mężczyźni zarabiają więcej. Prawda o przepaści płac i co kobiety mogą na to poradzić”[1]. Oto podsumowanie tych badań i statystyk.

Otóż kobiety są mniej wydajnie, a zatem zarabiają mniej, gdyż:

  • 1) Pracują pod każdym względem krócej: częściej biorą urlopy, biorą mniej (wyjątkowo wysoko płatnych) nadgodzin, dwukrotnie częściej biorą urlopy chorobowe (co odbija się na średnim wieku śmierci kobiet i mężczyzn i jest własnym wyborem kobiet: życia zamiast pieniędzy) a nawet krócej pracują w jednej i tej samej firmie (co odbija się na ich doświadczeniu).
  • 2) Wybierają nisko dochodowe gałęzie gospodarki.
  • 3) Wybierają bezpieczniejsze zawody. 94% wypadków w pracy dotyczy mężczyzn. Mało jest kobiet w najniebezpieczniejszych zawodach: drwala, górnika (na Ukrainie 300 wypadków śmiertelnych rocznie), taksówkarza. A kiedy kobiety w tych zawodach już są, specjalnie dla nich obniża się efektywność tych zajęć, śrubując standardy bezpieczeństwa.
  • 4) Wybierają mniej odpowiedzialne zawody: np. lekarza pediatry zamiast lekarza chirurga.
  • 5) Wybierają wygodniejsze zawody, nie wymagające wystawiania się na uciążliwe warunki atmosferyczne i nieprzyjemne czynniki: np. recepcjonistki zamiast parkingowego, kelnerki zamiast kucharza.
  • 6) Wybierają bardziej satysfakcjonujące zawody: często pracują z ludźmi, wybierają prace zgodne ze swoimi priorytetami i filozofią życiową, częściej wiążą się ze sztuką. Być może mężczyźni też woleliby woleli by zamienić część pensji na satysfakcję z pracy, ale mają oni do utrzymania rodzinę. Nie mają wyboru, o którym tak krzyczą feministki.
  • 7) Są mniej skłonne do poświęcania się na rzecz firmy: wybierają pracę bliżej miejsca zamieszkania, nie decydują się na przeniesienia do fili firmy znajdujących się w nieciekawych regionach, rzadziej jeżdżą w delegacje.

Mimo że książka Farrella jest podręcznikiem dla kobiet, jak uczciwie podnieść swoją pensję, doganiając mężczyzn w efektywności zamiast zdawać się na łaskę panów z rządu, którzy wymuszą niezasłużone przywileje dla mniej efektywnych pracowniczek, to spotkała się ze strony feministek z zarzutem o anty-feminizm (ciekawe czy w takim razie w ogóle ją czytały czy wybrały zarzut o anty-feminizm w sposób wyrachowany?). Czyżby strategia wiktymizacji kobiet została posunięta już tak daleko, że jakakolwiek strategia polepszenia sytuacji kobiet inna niż wymuszanie przywilejów, jęczeniem „jak to im źle”, musi, jako odstępstwo od raz podjętej drogi, być uważana za herezję…?!

Wnioski płynące z obszernych statystyk przeanalizowanych przez Farrell-a i jego współpracowników potwierdzają również inni naukowcy.

Wnioski ujęte przez mnie w punkcie pierwszym i ostatnim potwierdza w swojej książce „Feminism and Freedom”[2] profesor City College w Nowym Jorku Michael Levin. Zbadał on i opisał w swojej książce fakty, że pracownice biorą mniej nadgodzin, dwukrotnie więcej pracownic niż pracowników oświadcza, że woli pracę na niepełnym etacie, pracownice, planując rozwój zawodowy, nie tak konsekwentnie jak pracownicy wiążą go z obecną firmą zatrudnienia (co skraca ich staż u konkretnego pracodawcy i zmniejsza doświadczenia w konkretnej firmie), są mniej skłonne do przenosin.

Wnioski ujęte w punkcie pierwszym potwierdzają nawet badania przeprowadzone w ramach realizowanego za pieniądze Unii Europejskiej przez Fundację Świętego Mikołaja programu wyrównującego sukcesy zawodowe mężczyzn i kobiet – chociaż rzecz jasna autorzy tych badań nie wyciągnęli z nich wniosków, które musiałyby być „niesłuszne”, co więcej wyciągnęli z tych badań wnioski „słuszne”. Zgodnie z tymi badaniami, liczba opuszczonych przez kobiety dni pracy jest o 25% większa niż dni opuszczonych przez mężczyzn, nadgodziny w ciągu ostatniego przed badaniem tygodnia wzięło 51% mężczyzn i tylko 17% kobiet, a 85% kobiet woli mieć nudną i źle płatną pracę kończącą się punktualnym fajrantem niż ciekawą i dobrze płatną pracę wymagającą pozostawania w niej po godzinach.

Wniosek ujęty w punkcie szóstym, tj., że kobiety zamieniają pensję na satysfakcję z pracy, potwierdzają autorzy głośniej i wyklętej przez feministki książki „Płeć mózgu”[3]. Piszą w niej oni: „Kobietom praca dostarcza satysfakcji (…) przede wszystkim są to pielęgnowane tam związki z ludźmi”. Potwierdzają oni również wnioski ujęte w punktach pierwszym, trzecim szóstym i siódmym, zauważając, że pracując „mężczyźni gotowi są na nadzwyczajne ofiary ze swojego szczęścia osobistego, zdrowia, czasu, związków przyjacielskich i uczuciowych”.

A wnioski ujęte we wszystkich punktach poza drugim potwierdza w swojej książce „The Inevitability of Patriarchy” Steven Goldberg[4]. Konstatuje on, że mężczyźni wykazują większą gotowość do poświęcenia swego czasu, bezpieczeństwa, zdrowia, odpoczynku, przyjemności i swojej sfery uczuciowej, aby wspiąć się w hierarchii.

Ogólnie rzecz biorąc, jak pisze Callahan-Levy w swojej książce „Sex differences in the allocation of pay”[5], kobiety słabiej wiążą swoje wynagrodzenie ze swoją pracą, bo czerpią z niej inne korzyści. A profesor Michael Levin, wiążąc fakt większego zawodowego wysiłku mężczyzn z wiedzą ekonomiczną, zauważa, że: „Nie ma żadnego kosmicznego kasjera, rozdającego pensje za zmaskulinizowany umysł. Nikomu się nie płaci, jeśli nie osiąga on rezultatów. Ale ponieważ mężczyźni częściej bardziej się starają, to jeśli nie przeszkodzi im się siłą, częściej niż kobiety osiągają wysoko płatne stanowiska”. Natomiast autorzy „Płci mózgu” dodają na temat programów wyrównujących sukcesy zawodowe mężczyzn i kobiet, że „Sztucznie wprowadzony system limitów powodowałby pewne zmniejszenie wydajności” i pytają retorycznie „Czy pozwolilibyście swoim dzieciom latać linią lotniczą affirmative action?”

Trzeba jednak oddać feministkom jedno, w kwestii wpływu urlopów rodzicielskich na gospodarkę poszły dobrą drogą. Faktycznie mężczyźni i kobiety powinni w równym stopniu zajmować się dziećmi. I to nie tylko po to, aby przywrócić związek między czasem pracy kobiet a ich – do tej pory zawyżanym – wynagrodzeniem, ale również dlatego, że dzieci wymagają opieki obojga rodziców, a ojcowie też mają prawo do swoich dzieci (o ile matka ich wcześniej nie wyskrobie albo nie zostawi w szpitalu).

Niestety feministki z tej drogi schodzą, nie potrafiąc się powstrzymać od schlebiania prawdziwym potrzebom kobiet. A te chciałby zajmować się dziećmi, a jednocześnie wyrobiono w nich przekonanie, że równa ilość pieniędzy za ich krótszą pracę im się należy. W takiej sytuacji zamiast nauczyć kobiety tego, że wybierając coś, tracą coś innego, wraca się do przymuszania pracodawców do zatrudniania mniej efektywnych pracownic za taką samą stawkę co resztę pracowników. Zatem łatwość ulegania przekonaniu o kobiecie jako ofierze znów daje o sobie znać wśród feministek, którym lżej jest wmówić sobie, że kobiety są dyskryminowane w pracy, niż że schlebiają one im, nie informując rzetelnie o tym, że między wychowywaniem dziecka a dochodami trzeba wybierać.

Wielu mogłoby się wydawać, że wnioskiem płynącym z przedstawionych tu faktów i analiz powinna być chęć zachowania obecnego status quo na rynku i jedynie zaprzestanie wszelkich prób dalszego wyrównywania płac mężczyzn i kobiet. Problemem jest jednak fakt, że zabiegów wyrównujących te płace podjęto już tyle, że już teraz płace są bardzo wypaczone na niekorzyść mężczyzn.

Przed nadejściem feministycznej wścieklizny, to jest w latach 50-tych, kobiety na wolnym amerykańskim rynku zarabiały średnio 59% tego co mężczyźni. No może na nie do końca wolnym amerykańskim rynku, bo w branży prywatnej zarabiały mniej, podczas gdy w branży państwowej, przymykającej oko na efektywność, łatwiej im było zaciemnić drobniejsze braki i zarabiać więcej niż owe 59% tego co mężczyźni. Od tamtego czasu systematyczna i radykalna ingerencja reżimu amerykańskiego w rynek, wolność i własność, dokonywana w imię feminizmu, doprowadziła do wzrostu wynagrodzenia kobiet do 85% w stosunku do wynagrodzenia mężczyzn. Ingerencja prowadzona przy pomocy takich metod jak:

a) ustawy o ilościowo równym zatrudnieniu w danych zawodach, o równych płacach, o równie szybkich awansach, o równej ilości kobiet i mężczyzn wśród kadr,

b) powoływanie ministerstw, pełnomocników i komisji mających za zadanie monitorowanie równości płciowej w przedsiębiorstwach oraz

c) procesy o dyskryminację,

doprowadziła zatem do niezasłużonego podniesienia zarobków kobiet o około 45%.

Co więcej, posunięto się nawet do takiego absurdu, że zaczęto likwidować „dyskryminację” wobec prywatnych przedsiębiorczyń, chociaż nie wiadomo, kto miałby je dyskryminować. Firmom państwowym nie tylko zakazano kierowania się przy wyborze wykonawców kryterium ceny i jakości a nakazano zastąpienie go kryterium równości płci, ale wręcz nakazano stosować przywileje wobec firm prowadzonych przez kobiety po to, aby wyrównać nierówności płynące z „dyskryminowania” tych firm przez sektor prywatny. W ten sposób państwowi zleceniodawcy, którzy zazwyczaj pewnie nawet nie wiedzieli jakiej płci jest „dyskryminowany” przez nich przedsiębiorca lub przedsiębiorczyni, teraz mieli obowiązek zaglądać przedsiębiorcy w majtki i po analizie wyników firmy na Wall Street węszyć narządów rozrodczych jej akcjonariuszek.

A trzeba dodać, że wbrew dogmatom feministycznym to właśnie wśród osób, których nie ma kto dyskryminować, tj. przedsiębiorców, różnice w dochodach między mężczyznami a kobietami były i nadal są największe. W czasach sprzed feministycznej gorączki przedsiębiorczynie były w stanie uzyskać dla swoich firm dochód w wysokości jedynie 39% tego dochodu, jaki swoim firmom wypracowywali mężczyźni. Po wielu ułatwieniach obecnie są w stanie uzyskać dla swoich firm dochód w wysokości 59% tego, co zarabiają firmy prowadzone przez przedsiębiorców.

Tak więc rozwiązaniem kwestii dochodów kobiet i mężczyzn nie jest zachowanie status quo obecnych przepisów ale uelastycznienie tych przepisów przywracające je do dawnej formy. Będzie się to musiało stać niezależnie od roli, jaką w tym odegra Ruch Obrony Praw Mężczyzn, gdyż wymusi to sama ekonomia. Co prawda przedsiębiorstwa konkurujące ze sobą w kraju, w którym państwo narzuca przywileje kobiet, demotywują swoich pracowników do pracy, wysiłku i inwencji w takim samym stopniu, a zatem taki feministyczny system może się utrzymać, gdyż między firmami utrzymuje się stan równowagi; ale sukcesy przedsiębiorstw i krajów konkurujących ze sobą na rynku międzynarodowym są zależne od wolności w sferze zatrudnienia i płac w takim samym stopniu, jak są zależne od wszystkich pozostałych wolności gospodarczych. Tak samo zwolennicy dalszego wyrównania płac jak i zwolennicy tylko dotychczas przeprowadzonych zmian niszczą gospodarkę, dlatego muszą być albo usunięci przez nas, dla naszego własnego dobra, albo usunie ich rynek międzynarodowy w postaci chińskich i indyjskich produktów.

A forsowana przez feministki teza o luce płacowej nie jest jedyną szkodliwą ekonomiczną tezą feminizmu. W podobny sposób, choć na trochę mniejszą skalę szkodliwe są jego tezy – i wynikające z nich pomysły „naprawcze” – dotyczące rzekomej dyskryminacji kobiet przez system bankowy. Miałby on krzywdzić kredytowane przez siebie kobiety. Tak, ci ponoć pazerni i bezduszni bankierzy w cylindrach mieliby hamować swoją zachłanność i uszczuplać swoje portfele po to tylko, aby gnębić biedne kobietki… A ich banki miałyby przy tym świetnie prosperować i nie ponosić żadnych ekonomicznych konsekwencji za swoją lekkomyślność… Na szczęście jednak, aby udzielać kredytów, trzeba zbierać informacje na temat zdolności kredytowych. W tym więc wypadku znacznie łatwiej jest społeczeństwu nie tylko logicznie ale też empirycznie pokazać, że feministki nie mają racji. Postulaty feministyczne dotyczące bankowości pojawiają się więc dosyć rzadko.

Wracając jednak do luki płacowej, ciekawe, że feminiści walczący o wyrównywanie płac marnowali w latach 60-tych swój cenny czas na marsze, demonstracje, manify, rzucanie kamieniami, prelekcje i wykłady zamiast zwietrzyć interes w tym, że podobno 50% siły roboczej jest ekstremalnie niedopłacane. Przecież zatrudniając jedynie kobiety, mogliby oni, płacąc swoim pracownicom jedynie 60% tego, co normalnie płaci się za daną pracę, ściągnąć do swoich przedsiębiorstw najlepszych pracowników, których inni by lekceważyli, a dodatkowo obcięliby 40% kosztów zatrudnienia. Każdy, kto miał choć trochę do czynienia z rynkiem, wie, że takie korzyści dają gigantyczną przewagę nad konkurencją.

Może jednak ci demonstranci nie byli pazerni i nie zależało im na pieniądzach, może zależało im na sprawiedliwości. W takim razie czemu nie wykorzystali w tym celu właśnie możliwości założenia własnego interesu? Przecież płacąc kobietom zawsze odrobinę więcej niż tyle, ile płaci się im gdzie indziej, nie tylko powinni nieprzerwanie zbijać kokosy, wykańczając konkurencję, ale też sprawiać, że pensja kobiet będzie nieubłaganie zbliżać się do pensji mężczyzn – ostatecznie zrównując się z nią. Przecież firmy, nie chcąc być skazanymi jedynie na męskich pracowników (których pensje – podobno nieprzyzwoicie zawyżane – muszą doprowadzać interesy do ruiny) i przegrać konkurencji z firmami feministów musiałyby z tymi firmami konkurować o kobiety, powoli podnosząc paniom stawki do wysokości tych, które proponowaliby kobietom przedsiębiorczy feminiści. Feminiści, aby zapewnić sobie nieprzerwane zyski a jednocześnie stopniowo wzbogacać kobiety, powinni jedynie nieprzerwanie podnosić paniom stawkę trochę powyżej średniej krajowej dla kobiet, a ta średnia krajowa goniłaby stawkę obowiązującą w feministycznych przedsiębiorstwach. W przeciągu dekady stawki kobiet i mężczyzn wyrównałyby się zupełnie, jeżeli nie poprzez świadome wyrywanie sobie tańszych pracowników, to przez kolejne plajty firm, które przed takim wyrywaniem sobie pracowników miały seksistowskie opory.

Jednak uczestnicy marszów w głębi serca wcale nie widzieli w pracownicach tańszej siły roboczej i szansy dla siebie na zbicie majątku. Szansę dla siebie widzieli w stworzeniu stanowisk ministrów ds. psucia gospodarki i demografii, tj. ministrów ds. równości płci. Tymczasem jedynym sposobem na wywołanie niesprawiedliwej nierówności jest nierównouprawnienie, a za te może być odpowiedzialne tylko – jak sama nazwa wskazuje – prawodawstwo. A te jest obecnie w rękach feministek. Dlatego nic dziwnego, że mężczyźni zarabiają za tę samą pracę mniej, podlegając dyskryminującemu ich prawu, w którym mnóstwo jest płacowych i zatrudnieniowych przywilejów kobiet. Praca kobiet zamieniających swoją efektywność na: satysfakcję z pracy, bezpieczeństwo czy wolny czas (np. na pójście do lekarza) warta jest jedynie 59% tego, co praca mężczyzny; w takim wypadku przymus płacenia za nią dzisiejszych 85% tego co za pracę mężczyzny jest zaniżaniem płacy mężczyzn wobec płacy kobiet o aż 32%. I miejmy nadzieję, że jeżeli nawet dotychczasowa niesprawiedliwość zostanie nieprędko cofnięta, to przynajmniej nie będzie się posuwać w kierunku jeszcze większej skrajności.

Przypisy:

[1] Warren Farrell, Dlaczego mężczyźni zarabiają więcej. Prawda o przepaści płac i co kobiety mogą na to poradzić, One Press, Warszawa 2007.

[2] Michael Levin-a, Feminizm and Freedom, Transaction Books, New Brunswick, Nowy Jork, 1979.

[3] Anne Moir, David Jessel, Płeć mózgu, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2002.

[4] Steven Goldberg, The Inevitability of Patriarchy, Temple Smith, Londyn 1977.

[5] Callahan-Levy i inni, Sex differences in the allocation of pay w „Jurnal of Personality and Social Psychology”, nr. 37 1997, str. 433-446.

Adam Hajduk

Text ukazał się także na blogu autora:
maskulizm.blog.onet.pl