Per Bylund

Per Bylund „Ratowanie świata przez ratowanie samego siebie”

Libertarianie wpadają zazwyczaj w zakłopotanie, kiedy spytać ich o to, jak doprowadzić do powstania wolnego społeczeństwa, które sobie wyobrażają. Sprowadzenie Państwa do formy „minimum” wydaje się niemal niemożliwe, a całkowita jego likwidacja i osiągnięcie bezpiecznego stanu anarchii – jeszcze trudniejsze. Jak to zrobić? Jaką strategię powinniśmy przyjąć? Od czego zacząć nasze zmagania o zdeprogramowanie, likwidację efektów prania mózgów i uświadomienie mas oraz danie im swobody wyboru?

Czy kiedykolwiek zadawałeś sobie raz po raz pytania o to „jak”, znajdując w odpowiedzi jedynie zwątpienie i rozczarowanie? Ja to robiłem. Ratowanie świata – jeśli w ogóle jest możliwe – wymaga działań na gigantyczną skalę. Może coś jest nie tak z najbardziej podstawową ideą libertariańską – zasadą nieagresji – skoro nie udaje się dzięki niej przyciągnąć ludzi i uwolnić ich z okowów niewiedzy? Nie, to nie to. Problem istnieje wyłącznie w twojej głowie – w tym, jaką wybierasz misję.

Upór, z jakim trzymasz się swojej wizji, uniemożliwia ci zrozumienie, że całkowicie się mylisz. Wydaje ci się, że nie potrafisz znaleźć drogi naprzód – dlatego, że zrobiłeś o jeden krok za dużo w złym kierunku. Prawda jest taka, że cierpisz na Kompleks Wybawcy. Dlaczego podejmować próbę ratowania świata, skoro nie potrafisz uratować nawet samego siebie?

Przyjrzyjmy się faktom: pewne pojęcia nie określają realnych bytów. Innymi słowy, nie ma czegoś takiego jak „świat” czy „społeczeństwo”. Istnieją tylko ludzie; poszczególne osoby decydujące się na wspólne z innymi osobami działanie albo łączenie się w pary małżeńskie, rodziny, drużyny, bractwa, związki zawodowe, sekty, kościoły i tak dalej.

Oczywiście, tak sprawa przestawia się dla libertarian. Przynajmniej znamy ten styl sformułowań, ale większość wolnościowców nie rozumie ich znaczenia. Co to znaczy, że istnieją tylko poszczególne osoby? Cóż, oznacza to, że ludzie zasadniczo się różnią. Mogą wyznawać te same wartości, wspólnie posiadać własność i mieszkać w tej samej okolicy, ale nie są jednakowi. To oznacza, że mogą wyznawać różne wartości, mieć odrębną własność i mieszkać w różnych miejscach. Zdajemy sobie z tego sprawę, ale zazwyczaj nie uprzytamniamy sobie, że ponadto oznacza to, iż nie ma jednego argumentu, który czyniłby wszystkie pozostałe bezwartościowymi. Nie da się przekonać wszystkich ludzi do znaczenia zasad libertariańskich; zawsze są osoby gotowe zrezygnować z wolności na rzecz czegoś innego.

Sprawdźmy, czy rozumiemy wynikające z tego wnioski, formułując to samo stwierdzenie, ale z innego punktu widzenia: Nie jest możliwe uczynienie świata libertariańskim. Nie da się przemocą narzucić innym wolności; to nie byłaby wolność, tylko przemoc. Nie można dawać ludziom swobody wyboru, zmuszając ich do podejmowania decyzji; byłoby to poddawanie ich niczyjej innej tylko twojej woli (przez to, że musieliby wybierać). Nie da się zlikwidować albo osłabić władzy samemu roszcząc sobie od niej prawo; polityka to nie metoda na osiągnięcie wolności od polityki.

A więc widzisz, że diabeł nie tkwi w szczegółach, ale w samym celu, do którego dążysz. Jeśli naprawdę uważasz, że istnieją tylko poszczególni ludzie, dlaczego poświęcasz tak dużo czasu i wysiłku na ratowanie „społeczeństwa”? Jeśli wierzysz w zasadę nieagresji i w to, że ludzie mają prawo do własnego zdania, dlaczego nieustannie, godzina za godziną, próbujesz przekonywać ludzi, że twój pogląd jest właściwy? To jasne, że nie zrozumiałeś słów, które tak chętnie głosisz innym.

Pewnie, miło byłoby żyć w „społeczeństwie” przywiązanym do libertariańskich ideałów. Ale coś takiego nie istnieje, a w świecie nieprzyjaznych Państw długo by nie przetrwało. A może twój cel to wybawienie świata? W takim razie mocno przeliczyłeś się z siłami, przyjacielu. Naprawdę sądzisz, że dasz radę zmierzyć się z sześcioma miliardami ludzi i setkami Państw? (Jeśli tak, na co czekasz? Do boju!)

Jeśli o mnie chodzi, nie jestem w stanie tego zrobić. I, szczerze, wybawianie świata wcale mnie nie interesuje. Żyję po pierwsze dla siebie, a w dalszej kolejności dla mojej rodziny i przyjaciół. Nie obchodzi mnie wybawianie świata, jeśli zdołam bez tego znaleźć wolność dla siebie i tych, których kocham. Dlaczego miałbym go wybawiać? Nie jestem niczyim niewolnikiem; robię to, na co mam ochotę – po prostu dlatego, że ja tak chcę. Miło byłoby żyć w wolnym świecie, ale nie sądzę, że warto zadawać sobie w tym celu taki trud. Lepiej być wolnym teraz, samemu, niż oswobodzić się razem z milionami nieznajomych za czterdzieści czy pięćdziesiąt lat.

Czy nie o to właśnie chodzi w indywidualizmie? Każdy musi podjąć własne decyzje, dla siebie samego i dla tych, którzy chcą za nim podążać. Jeśli nie chcą tej samej co ja wolności, dlaczego, u diabła, miałbym zużywać czas i pieniądze na próbę spowodowania, aby podzielali moje ideały i szli razem ze mną? Nie jestem bezinteresownym Samarytaninem ani niewolnikiem ludzi; należę do samego siebie.

Jako libertarianie musimy uwolnić się od kolektywistycznego światopoglądu związanego z Kompleksem Wybawcy. Nie ma powodu pracować dniem i nocą, żeby wyzwalać ludzi, których nie znasz, nigdy nie poznasz i którzy wcale nie doceniają tego, co próbujesz dla nich zrobić. Po co kurczowo trzymać się idei jednorodnego wolnego społeczeństwa, skoro w głębi w nią nie wierzysz?

Pomyśl: czy faktycznie potrzebujesz uciekać przed każdą ustawą i każdą regulacją, które łączą się z istnieniem Państwa? Istnieją takie przepisy, które, jako libertarianie, z zasady popieramy – takie jak zakaz mordowania, kradzieży oraz innych działań naruszających prawa [ludzi]. Są też przepisy, na które możemy się zgodzić, chociaż w bardziej wolnym społeczeństwie nie uważamy ich za niezbędne – takie jak zmuszanie wszystkich, aby stosowali się do zasad ruchu prawo- lub lewostronnego. Po co uchylać takie przepisy, skoro wcale ci nie szkodzą?

Znalezienie wolności niekoniecznie oznacza likwidację rządu, ale pozostawanie poza jego zasięgiem. Jeśli rząd cię nie zabija, ani nie więzi, nie kradnie twojej własności, ani nie przymusza do zmiany postępowania – czy rzeczywiście jesteś prześladowany? Nie bardzo. Zatem najskuteczniejsza metoda „wydostania się na wolność” to po prostu wystrzegać się tych elementów rządu, które uważasz za ciemiężycieli. Oszczędzanie i inwestowanie pieniędzy za granicą to dobry początek. Jeśli dysponujesz stałymi wpływami, które nie podlegają opodatkowaniu, odzyskałeś już dużą część swojego życia i wolności. Zarejestruj samochód i dom na swoją zagraniczną fundację w Panamie czy Kostaryce. Uruchom na czarnym rynku własną sieć [wymiany handlowej], aby uniknąć podatku obrotowego i regulacji – handluj ze znajomymi, krewnymi, sąsiadami, znajomymi znajomych itd. Uruchom działalność w internecie, rejestrując stronę pod nie swoim nazwiskiem, aby ustrzec się przed schwytaniem. Istnieje wiele prostych sposobów na uniknięcie irytujących regulacji. Wolność dzięki unikom.

W twoim interesie leży, aby zainwestować swój czas i pieniądze w to, co przyniesie jak największe korzyści tobie, a nie komuś innemu. Zwykle oznacza to też zaprzestanie karmienia bestii [państwa] – jeśli tak, z pewnością robisz to, co należy. A zapewniając sobie wolność i bezpieczną przyszłość, inspirujesz innych, aby robili to samo. Jeśli za twoim przykładem pójdzie wiele osób, może to w końcu doprowadzić do rzucenia Państwa na kolana. Ale nie czyń z jego likwidacji głównego pola działania – niech to będzie raczej hobby niż priorytet. Pamiętaj, robisz to dla samego siebie – nie dla wszystkich innych.

_______

Tłumaczenie: Łukasz Kowalski
na podstawie:
Per Bylund, Saving the World Through Saving Yourself, http://www.strike-the-root.com/52/bylund/bylund6.html

Saving the World Through Saving Yourself opublikowano na stronie Strike The Root 15 listopada 2005 r.
***
Tekst zostało wcześniej opublikowane na blogu Łukasza Kowalskiego

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *