Ekonomia i wolny rynek

Steven Horwitz: „Wolny rynek zawodzi? Wcale nie!”

Nie ulega wątpliwości, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy amerykańska gospodarka przechodziła fatalny okres. Jak zawsze, kiedy problemy ekonomiczne trafiają na pierwsze strony gazet, rozmaite autorytety pośpieszyły aby oznajmić, że kapitalizm „jest w opałach”, „kuleje” czy nawet że „upadł”. Reakcje tego typu są tak stare jak sam kapitalizm.

I jak zwykle są błędne. To, czego powszechnie uznane autorytety nie są sobie w stanie uświadomić to fakt, że problemy ekonomiczne (poczynając od aktualnych kryzysów: na rynku nieruchomości i kredytowego, a kończąc na Wielkim Kryzysie), są w przeważającej mierze, o ile nie w stu procentach, spowodowane właśnie próbami interweniowania w wolny rynek, a nie wynikają z samej natury kapitalizmu.

Znakomitym przykładem takiego jednowymiarowego rozumowania jest artykuł E. J. Dionne’a Juniora z New York Times’a z dnia 11 lipca 2008 roku. Dionne argumentuje w nim, że mnogość problemów, na które napotykała gospodarka w 2008 r. doprowadziła do „upadku założeń, które zdominowały debatę ekonomiczną na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat”. Założenia, do których odwołuje się autor, w skrócie opierają się na zasadzie, że: „Regulacja sprawia problemy, a deregulacja je rozwiązuje. Natomiast dystrybucja dochodów i zasobów nie ma żadnego znaczenia… [a] wolny rynek zapewnia uczciwą dystrybucje dochodu pochodzącego ze wzrostu gospodarczego”. Według Dionne’a przytoczone poglądy „zawodzą” i „nawet konserwatyści zaczynają zdawać sobie sprawę, że kapitalizm kuleje”.

Na nieszczęście dla Dionne’a, wcale tak nie jest. Większość jego artykułu upstrzona jest argumentami mającymi dowieść, że obecny kryzys na rynku nieruchomości i jego efekty rozszerzające się na sektor finansowy są rezultatem, jak to określił kongresman Barney Frank, „nadmiernej deregulacji”. Oczywiście, w ciągu ostatnich paru dekad wprowadzono parę przepisów deregulujących działanie rynków finansowych i większość z nich przyczyniła się do uzyskania przez amerykańskie społeczeństwo zysków na naprawdę ogromną skalę. Oprócz korzyści dotyczących obsługi klienta, wynikających z zalegalizowania międzynarodowej bankowości i możności oferowania szerokiego wachlarza usług pod jednym dachem, zwiększenie zakresu inwestycji, które może przeprowadzić bank, umożliwiło zróżnicowanie i obniżenie związanego z nimi ryzyka.

W ostatnim roku pewna liczba banków napotkała problemy finansowe, jednakże liczba banków, które zmuszone były ogłosić upadłość od momentu wejścia w życie przepisów deregulacyjncych (1999), była w rzeczywistości wyjątkowo niska. Pomiędzy 1999 a 2007 rokiem tylko 40 amerykańskich banków upadło. Jest to znacząco mniejsza liczba w porównaniu do takich samych 9–letnich okresów zaczynających się w latach 1969, 1979 i 1989. Co więcej, poczynając od roku 1934, tylko na przestrzeni dwóch lat nie zanotowano upadłości żadnego banku: były to lata 2005 i 2006. Jeśli zatem mające miejsce w 1999 r. obalenie tzw. przepisów Glassa-Steagalla pochodzących z ery Wielkiego Kryzysu jest przyczyną obecnych problemów, to dlaczego nastąpiły po nim jedne z najzdrowszych ośmiu lat w historii północnoamerykańskiej bankowości? Zakładając, że przepisy deregulacyjne nie posiadają wbudowanych zapalników z opóźnionym zapłonem, tegoroczne problemy sektora bankowego muszą mieć swoje źródło w innym miejscu.

Wszystkie wspomniane problemy powiązane są połączone z zawirowaniami dotykającymi rynku nieruchomości. Tutaj również obwinianie deregulacji stoi w sprzeczności z wieloma istotnymi faktami. W istocie, firmy finansowe wypracowały w ciągu ostatnich 25 lat wiele nowych narzędzi finansowych. Niektóre z nich, jak kredyty hipoteczne o zmiennym oprocentowaniu, znajdujące się w centrum problemów, zostały wymuszone przez uprzednie interwencje państwa w rynek – w tym przypadku przez inflację wywołaną przez FED w latach 60-tych i 70-tych.

Bardziej istotna jednak jest rola odgrywana przez instytucje takie jak Freddie Mac i Fannie Mae, gwarantujące kredyty hipoteczne, które z pewnością nie są produktem leseferystcznego kapitalizmu ani żadnego typu „deregulacji”. Te finansowane przez państwo przedsięwzięcia w sztuczny sposób wspierały elementy rynku nieruchomości, dla których istnienia nie da się znaleźć żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Inne państwowe regulacje, takie jak Ustawa o Reinwestycjach Społecznych, która wymaga od banków udzielania pewnego procentu pożyczek osobom ubogim, zmusiły banki do podejmowania nadmiernie ryzykownych inwestycji na rynku nieruchomości. W końcu, mieszający się do wszystkiego politycy, mogą spowodować upadek poszczególnych banków poprzez rozpowszechnianie nieuzasadnionych obaw co do ich płynności finansowej, co, jak zwraca uwagę wiele osób, zaszło w przypadku wypowiedzi senatora Charlesa Schumera dotyczących upadłego niedługo potem IndyMac Banku.

W sumie, nic w obecnym kryzysie w sektorach nieruchomości i bankowym nie wykazuje systematycznego upadku kapitalizmu, który można by złożyć na karby deregulacji.

Kwestia Problematyczna

Dionne mimochodem napomyka również o sposobie w jaki „Wielki Kryzys zdyskredytował radykalny leseferyzm ery Coolidge’a”. Stwierdzenie to wydaje się problematyczne pod trzema względami. Po pierwsze, lata 20. prawie w ogóle nie miały nic wspólnego z leseferyzmem, zwłaszcza na rynkach finansowych. USA posiadały wtedy administrowany przez aparat państwowy bank centralny z mnóstwem przepisów regulujących działanie sektora bankowego, nie wspominając już o pozostałych, a zrodzonych przez Erę Progresizmu i I wojnę światową. Po drugie, Wielki Kryzys nie był wynikiem niedomagań kapitalizmu, ale niewłaściwie prowadzonej przez FED polityki monetarnej w latach 20. i 30. Jego długość i głębia wynikały zaś z protekcjonistycznej i interwencyjnej polityki prowadzonej prze administrację Hoovera i Roosevelta. Nowy Ład (New Deal) i II wojna światowa również nie wyciągnęły Stanów z dołka ekonomicznego; było to zasługą eksplodującego wzrostu ekonomicznego spowodowanego uwolnieniem gospodarki w okresie powojennym. Po trzecie, właśnie te regulacje, które wyłoniły się z odmętów Wielkiego Kryzysu, takie jak rezerwa federalna, umożliwiły bankom robienie właśnie tego, za co Dionne wini wolny rynek: bogacenia się, kiedy jest taka możliwość i zwalania kosztów porażek na innych.

Na koniec, twierdzenie Dionne’a, przywoływane przez Franka, że wolny handel i kapitalizm przynoszą w większym stopniu dochody bogatym, przerzucając jednocześnie koszty na biednych, nie trzyma się kupy. Troska „o najbardziej narażonych na krzywdę ludzi w kraju” prezentowana przez Franka jest godna pochwały, ale nie zmienia w żaden sposób faktu, że to wolny rynek, poprzez udostępnianie ubogim Amerykanom tańszych produktów z importu, a także poprzez tworzenie nowych miejsc pracy w przedsiębiorstwach eksportowych, uczynił więcej dla „najbardziej narażonych na krzywdę ludzi w kraju” niż jakikolwiek program rządowy.

Jest paradoksem, że człowiek lewicy skupiłby się raczej na dowodzeniu możliwości ekonomicznego krzywdzenia obywateli Stanów, a zignorowałby masowy wzrost poziomu życia, który wolny rynek zapewnił najbardziej pokrzywdzonym ludziom na całym świecie. Miliardy Chińczyków i Hindusów, którzy wydostali się ze skrajnej nędzy w ciągu ostatnich dziesięciu lat, są znaczącym osiągnięciem właśnie wolnego rynku. Wspomniany wzrost bogactwa przyniósł korzyści również Amerykanom. Standardy życiowe ubogich Amerykanów, mierzone poprzez ich zdolności konsumpcyjne, przewyższają standardy dotyczące klasy średniej sprzed 35 lat. Jeśli wolny rynek jest tak okropny dla ubogich, Dionne i Frank muszą wyjaśnić, w jaki sposób okres ekspansji wolnego handlu wyprodukował te wszystkie dobra, które przyczyniły się do polepszenia warunków życiowych ubogich Amerykanów i miliardów ludzi na całym świecie, o których wydają się nie myśleć.

Jeszcze raz autorytety naszych czasów chwytają najmniejszy kawałeczek złych wiadomości, by obwieścić światu śmierć kapitalizmu, jednocześnie ignorując ciągły rozrost aparatu rządowego, interweniującego w rynek i stwarzającego problemy, za które obwiniają wolny handel. Ta błędna analiza jest dopasowana do ciągle obwieszczanego przez nich pomysłu, że standardy życiowe w USA obniżają się, pomimo istnienia obfitych danych poświadczających coś dokładnie odwrotnego. Nawet ze wszystkimi rządowymi interwencjami, pomimo przeszkód, tylko wolny rynek jest zdolny poprawić warunki życia każdego człowieka, szczególnie biednego. Wyobraźmy sobie jak wyglądałoby życie, gdyby politycy i autorytety kiedyś wreszcie przestali próbować go przed tym powstrzymywać.

Steven Horwitz
***

tłum. Piotr Toboła-Pertkiewicz

Powyższy artykuł ukazał się pierwotnie w grudniowym numerze magazynu „The Freeman”. Tłumaczenie i publikacja za zgodą i wiedzą The Foundation for Economic Education (www.fee.org).
Steven Horwitz jest profesorem ekonomii na St. Lawrence University w Canton, NY; doktoryzował się na George Mason University. Jest autorem dwóch książek: Microfoundations and Macroeconomics: An Austrian Perspective (Routledge, 2000) oraz Monetary Evolution, Free Banking, and Economic Order (Westview, 1992) napisanych z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii. Ponadto jest członkiem Mont Pelerin Society. Jego artykule regularnie ukazują się w magazynie „The Freeman”.
***
Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego