Łukasz Kowalski

Łukasz Kowalski: Myśli dość uczesane: Dobre zasady są po to, żeby się ich trzymać 2 – Większe dobro czy mniejsze zło (niekonieczne)

Niniejszy tekst można potraktować jako ciąg dalszy dyskusji, do której włączyłem się artykułem Dobre zasady są po to, żeby się ich trzymać. Spróbuję odnieść się do komentarzy, które pojawiły się po jego publikacji na portalu Liberalis.pl (Łukasz Kowalski, Dobre zasady są po to, żeby się ich trzymać, http://liberalis.pl/2008/09/22/lukasz-kowalski-dobre-zasady-sa-po-to-zeby-sie-ich-trzymac/) oraz zasygnalizować kilka wątków związanych z tematem prawa każdego człowieka do życia.

_______


Na początek warto zacytować fragment eseju A Defence of Baby Worship, w którym Gilbert Keith Chesterton pisał o tajemnicy dziecka, zdumieniu dzieckiem i swego rodzaju lekkim uczuciu strachu, które przeżywamy, gdy przyglądamy się dłoni dziecka:

“The two facts which attract almost every normal person to children are, first, that they are very serious, and, secondly, that they are in consequence very happy. . . . The most unfathomable schools and sages have never attained to the gravity which dwells in the eyes of a baby of three months old. It is the gravity of astonishment at the universe, and astonishment at the universe is not mysticism, but a transcendent common-sense. The fascination of children lies in this: that with each of them all things are remade, and the universe is put again upon its trial. As we walk the streets and see below us those delightful bulbous heads, three times too big for the body, which mark these human mushrooms, we ought always primarily to remember that within every one of these heads there is a new universe, as new as it was on the seventh day of creation. In each of those orbs there is a new system of stars, new grass, new cities, a new sea.”

“The very smallness of children makes it possible to regard them as marvels; we seem to be dealing with a new race, only to be seen through a microscope. I doubt if anyone of any tenderness or imagination can see the hand of a child and not be a little frightened of it. It is awful to think of the essential human energy moving so tiny a thing; it is like imagining that human nature could live in the wing of a butterfly or the leaf of a tree. When we look upon lives so human and yet so small, we feel as if we ourselves were enlarged to an embarrassing bigness of stature. We feel the same kind of obligation to these creatures that a deity might feel if he had created something that he could not understand.”

(Gilbert Keith Chesterton, A Defence of Baby-Worship, The Defendant, 1903, http://www.gutenberg.org/files/12245/12245-h/12245-h.htm#A_DEFENCE_OF_BABY-WORSHIP)

Wraz z każdym nowym dzieckiem – pisze Chesterton – jakby na nowo pojawia się cały wszechświat: nowy system gwiezdny, nowa trawa, nowe miasta, nowe morze.

_______


Próba odpowiedzi na komentarze (dziękuję za wszystkie miłe słowa pod adresem tekstu).

Ignorant napisał: „brakuje mi dwóch rzeczy (albo je przeoczyłem). Stosunku autora do sytuacji gdy ciąża jest (a) wynikiem gwałtu, (b) zagraża zdrowiu/życiu kobiety. Ja osobiście w obu tych przypadkach _dopuszczam_ zabicie dziecka. W przypadku (a) oczywiście jest wskazane namawianie kobiety do urodzenia, oferowanie jej pomocy w trakcie ciąży i zajęcie się dzieckiem po ciąży (i chwaliłbym ją gdyby urodziła) ale nie potrafiłbym jej zmusić do tego.”

Ignorant celnie zauważył: „w praktyce ciężko jest stwierdzić czym faktycznie może grozić ciąża (wiele jest przypadków gdy kobiety mimo zastrzeżeń lekarzy decydowały się na urodzenie i wszystko okazywało się być w porządku).”

Każda ciąża jest w pewnym stopniu zagrożeniem dla życia matki (może ujmijmy sprawę tak: choć zazwyczaj nie jest stanowi bezpośredniego zagrożenia). Dla jej zdrowia jest zagrożeniem chyba zawsze.

Jeśli traktowalibyśmy kategorię zagrożenia zdrowia jako mogącą decydować o przyzwoleniu na zabijanie, to musielibyśmy właściwie wyrazić zgodę na aborcję każdego jeszcze nienarodzonego człowieka. Ryzyko uszczerbku na zdrowiu (fizycznym, emocjonalnym) istnieje bowiem zawsze – nie tylko zresztą podczas ciąży. Decydujące powinno zatem być się inne zagadnienie: czy niewinną osobę wolno kiedykolwiek pozbawiać życia?

Przyglądamy się przypadkom, gdy ciężarna kobieta zapada na poważną chorobę, którą – jak nierzadko twierdzą lekarze – dałoby się łatwiej leczyć, gdyby dziecka nie było. Otóż o tym, czy po zabiciu dziecka uda się uratować życie kobiety, czy jej stan zdrowotny poprawi się, będzie rokował większe nadzieje – z całą pewnością nie wiemy. Z całą pewnością wiemy za to, że – jeśli rodzice zdecydują się na dokonanie aborcji – życie niewinnej osoby zostanie w brutalny sposób zakończone.

Budujące są przykłady matek, które (zazwyczaj przy wsparciu mądrych ojców) – mimo dramatycznych nieraz okoliczności – decydują się ryzykować własnym życiem i zdrowiem dla dobra dziecka.

Jest jakąś wielką tajemnicą (po części logicznie wytłumaczalną), że jednocześnie istnieją na świecie osoby traktujące swoją i innych godność, człowieczeństwo z wielką nonszalancją, osoby nie dostrzegające wartości swojej i każdego innego człowieka – a jednocześnie są i tacy rodzice, którzy decydują się na wielkie poświęcenie. Kobiety, które w trudnych sytuacjach życiowych opowiadają się za życiem; mężczyźni, którzy wspierają swoje żony w warunkach po ludzku nie do zniesienia. I ludzie ci niekoniecznie traktują swoje postępowanie jako coś „nadludzkiego”, „heroicznego” – uważają, że robią to, co należy robić.

Do osób tych należy na przykład zmarła w 2007 roku w święto Apostołów Piotra i Pawła Barbara Paradowska, o której można poczytać na stronach miesięcznika W drodze:

Marcin Mogielski OP, Poste restante, http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr409/10.htm

Wojciech Prus OP, Różaniec Basi, http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr409/08.htm

Barbara Paradowska, O radiu, bezsennym różańcu, serze i…, http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr409/09.htm

_______


Jeśli chodzi o sytuację kobiety, która nosi w sobie dziecko poczęte w wyniku gwałtu, pozwalam sobie odesłać do tekstu „Przedludzie” i aborcja w społeczeństwie libertariańskim i przywołanego w nim artykułu Johna Walkera Abortion in the Case of Pregnancy Due to Rape.

Istota rzeczy polega na tym, że aksjomat nieagresji nie uprawnia jednego człowieka do naruszania praw drugiego człowieka (w tym przypadku prawa do życia) dlatego, że ktoś jeszcze inny, trzeci człowiek, naruszył prawa tego pierwszego. Gwałciciel narusza zresztą nie tylko prawa kobiety, ale – jeśli dojdzie do poczęcia – również jej dziecka (choć w chwili popełniania swojego okrutnego czynu nie może jeszcze z pewnością stwierdzić, że jego efektem będzie ciąża). Dziecko ma prawo do obojga rodziców i prawo do miłości obojga rodziców. Człowiek dokonujący gwałtu nie liczy się z tą rzeczywistością. Nie zmienia to jednak faktu, że nie wolno konsekwencjami brutalnego przestępstwa obarczać niewinnego nienarodzonego człowieka.

Ignorant napisał, że – gdyby ofiara gwałtu zdecydowała się zabić dziecko –„[dowaliłby] gwałcicielowi […] jeszcze oprócz zarzutu gwałtu zarzut »nieumyślnego zabójstwa«”. To podejście do sprawy wydaje się bardzo logiczne.

Może przy okazji warto zwracać większą uwagę na to, że dramat związany z sytuacją kobiety będącej w ciąży wskutek gwałtu nie musi i nie powinien rozgrywać się według scenariusza: 1. Bandyta gwałci kobietę. 2. Niewinne dziecko płaci życiem za czyn bandyty. 3. Schwytany bandyta otrzymuje tym surowszą karę. Taki rozwój wydarzeń powoduje, że przegrywają wszyscy – i dziecko, które traci życie; i jego matka, która go tego życia pozbawia; i ojciec dziecka, który swoim czynem najbardziej przyczynił się do całej tragedii.

Jakkolwiek trudno wypowiadać się w tej sprawie ludziom, którzy nigdy bezpośrednio nie zetknęli się z podobnymi sytuacjami, pociesza i napawa nadzieją fakt, że wiele kobiet, które padły ofiarą gwałcicieli, kocha swoje dzieci i rodzi je.

Analiza przeprowadzona swego czasu w stanie South Dakota wskazała, że czyni tak 70% przebadanych kobiet, które zaszły w ciążę w wyniku gwałtu (por. Rape and Incest Victims Don’t Want Abortion, Say It Doesn’t Help Women, http://www.lifesitenews.com/ldn/2006/sep/06090702.html). To bardzo cenna wiadomość – która wiele mówi o odpowiedzialności i wielkoduszności osób, które zostały tak głęboko zranione.

Komentując wyniki badań, David Reardon zauważył, że te kobiety – które przed zajściem w ciążę w wyniku gwałtu deklarowały, że w takiej sytuacji zabiłyby dziecko, nie czyni tego – chce „przerwać krąg przemocy” (“They want to break the cycle of violence.”)

_______

Jaką mamy perspektywę patrzenia: czy widzimy w matce i w ojcu, w rodzicach i w dziecku wrogów – czy osoby zawsze i bez względu na okoliczności powołane do troski o wzajemne dobro?

W dyskusji nad temat prawa każdego człowieka do życia i aborcji zazwyczaj podsuwa się do rozważania sytuacje szczególne, skrajne, nietypowe. Jasne, powinniśmy je rozważać, bo pozwalają w bardziej niż mniej wyraźny sposób wytyczać pewne granice. Ale nie zapominajmy o tym, z jakimi sytuacjami mamy do czynienia najczęściej.

Czy własnym postępowaniem zachęcamy do tego, aby do sytuacji trudnych, skrajnych dochodziło raczej częściej, żeby stawały się społeczną normą, czy raczej – sprzeciwiając się zabijaniu kogokolwiek – w pierwszej kolejności sami czynem i słowem działamy na rzecz zdrowych, normalnych małżeństw, rodzin, właściwego stosunku matek i ojców do dzieci?

Starajmy się zaczynać od pytania o to, jak powinno być i poświęcać najwięcej uwagi głoszeniu swoim postępowaniem właściwych wzorców (przy jednoczesnej świadomości istnienia zła).

_______

Czy te osoby, które chcą dopuścić się aborcji bądź już to zrobiły – niezależnie od deklaracji dotyczących wyznawanej wiary (np. ateizmu, albo wiary w to, że nienarodzone dziecko to „kawałek tkanki” itd.) – nie czują czasem w głębi, że jednak robią (lub już zrobiły) coś złego? Czy coś się w nich nie burzy?

Czy każdy ma w sobie jakiś pierwiastek wspólny całej ludzkości? Czy coś nas łączy? Czy faktycznie istnieją osoby „bez sumienia”?

_______

Może za mało staramy się o duchowe i materialne wsparcie tych matek i ojców, których dziecko poczęło się w wyniku nieroztropnego działania. Ale to dziecko już istnieje, już jest – zabicie go nie zmieni tego faktu. Znajdujemy się w konkretnych okolicznościach, w obliczu określonej sytuacji. Pytanie tylko: co z tym zrobimy?

_______


Z moralnego punktu widzenia świadome pozbawienie niewinnego człowieka życia nigdy nie jest do przyjęcia.

Jak jednak rozwiązać tę kwestię pod względem prawnym? Jak ująć zasadę nieagresji wobec nienarodzonego dziecka w przepisach i paragrafach? Czy i kogo w pierwszej kolejności karać – i w jaki sposób – jeśli do zabójstwa już dojdzie? Czy i w jaki sposób stosować prewencję?

Staramy się rozważać możliwe sytuacje, które mogą zaistnieć w warunkach społeczeństwa normalnego, a więc wolnościowego, agorystycznego; społeczeństwa, w którym panuje powszechne przekonanie o niemoralności agresji.

Wydaje mi się, że w pewnym sensie byłbym w stanie tolerować (choć nie akceptować) rzeczywistość społeczeństwa agorystycznego, w którym wskutek wolnych, choć błędnych decyzji jego członków – istnieliby i działaliby „lekarze”-zabójcy – i nawet jeśli ich czyny uchodziłyby bezkarnie. Przynajmniej miałbym świadomość, że nie jestem przemocą lub groźbą jej użycia zmuszany do finansowania ich zbrodniczych działań.

Może nawet w większym stopniu faktycznie przyczyniam się do dzieciobójstwa dziś, w rzeczywistości nieco nienormalnej, bo przesiąkniętej etatyzmem. Osobiście nie ścigam zbrojnie osób odpowiedzialnych za dokonywanie aborcji. Nie zmuszam kobiety do rodzenia dziecka – nie używam wobec niej fizycznej przemocy, mimo że zdaję sobie sprawę z faktu, że obecnie z pieniędzy ukradzionych mi w podatkach na pewno finansowane są mordy dokonywane przez funkcjonariuszy państwowych na nienarodzonych dzieciach.

_______

Trzeba liczyć się z tym, że społeczeństwo anarchiczne może – poprzez powszechne przyzwolenie na aborcję – w wolny sposób wybrać drogę samozagłady (podobnie jak w nieunikniony sposób czyni to społeczeństwo etatystyczne). To jest właśnie koszt wolności, ryzyko związane z wolnością.

Wiemy, że w świecie, w którym istnieją i działają funkcjonariusze państwowi zło jest i będzie przez nich czynione z zasady – ponieważ etatyści podważają prawdę o człowieku jako o istocie wolnej. Uważają, że stoją ponad uniwersalnymi zakazami kradzieży i mordowania niewinnych osób – zakazami, które obowiązują niezależnie od tego, w jaki kolor munduru ubiera się łamiący je człowiek, jakie przyczepia sobie insygnia albo jakimi pieczątkami, papierami, numerami identyfikacyjnymi, blachami, krzyżykami lub ptaszkami na „kartach do głosowania” się legitymuje.

Dopóki powszechnie przyzwala się funkcjonariuszom państwowym na bezkarne przestępstwa – dopóty zło będzie się działo na wielką skalę i na pewno. Na tym polega „logika” systemu etatystycznego.

Osoby tworzące społeczeństwo bezpaństwowe także mogą wybierać zło – ale nie są do tego przemocą zmuszane. To właśnie jedna z jego głównych cech: powszechne przeświadczenie o niemoralności zmuszania do czynienia zła.

Zwolennicy różnych odcieni libertarianizmu (agoryzmu, woluntaryzmu, anarchokapitalizmu, secesjonizmu itd.) nie obiecują nikomu raju na ziemi, bo próby stworzenia go w doczesnym świecie zawsze spełzną na niczym. Libertarianie troszczą się o to, aby powszechnie uznawano, że człowiek jest istotą wolną i aby powierzać każdemu maksymalnie duży obszar wolności – by mógł w tym obszarze realizować dobro.

Przyjaciele wolności nie tyle proszą różnego rodzaju etatystów (minarchistów, narodowych socjalistów, komunistów, konserwatywnych liberałów itd.) o to, aby (nawet jeśli sami etatyści chcą pozostawać niewolnikami) przynajmniej pozwolili innym żyć jak ludziom wolnym. Każdy człowiek jest wolny niezależnie od tego, co roją sobie zwolennicy istnienia funkcjonariuszy państwowych – i tylko indywidualna decyzja konkretnej osoby może oznaczać wyrzeczenie się wolności. Libertarianie raczej zachęcają wrogów wolności do realistycznego spojrzenia na świat i do uznania oczywistych faktów – i apelują o nieutrudnianie nikomu korzystania z jego praw i wypełniania obowiązków.

To właśnie społeczeństwo libertariańskie daje możliwie najszersze pole do działania osobom, które cechuje swego rodzaju wiara w człowieka, pewna nadzieja – tak, każdy może działać racjonalnie; tak, każdy może pomagać innym w stawaniu się lepszymi; tak, każdy może współpracować z innymi w pokojowy sposób; tak, każdy jest wyposażony w instrumenty pozwalające mu na wypełnianie swoich zadań; tak, każdy może wybierać dobro. Pytanie tylko: czy chce?

_______

Bardziej niż zewnętrzne przepisy liczy się chyba wewnętrzne przekonanie poszczególnych członków społeczeństwa o wartości i godności życia każdego człowieka.

Oczywiście, w społeczeństwie wolnościowym osobiście mógłbym starać się – i prawdopodobnie tak bym czynił – o to, aby przekonanie o prawie każdego człowieka do życia stało się społeczną normą.

Odnoszę natomiast wrażenie, iż – podobnie jak ignorant – nie potrafiłbym „zmusić” kobiety do urodzenia dziecka.

Nie – nie w imię wolności oznaczającej możliwość czynienia wszystkiego, co nie narusza wolności innych osób – aborcja z pewnością narusza prawo człowieka do życia.

Może bardziej w imię tego i wskutek tego, że wierzę, liczę na to, iż każdy człowiek w naturalny sposób może i powinien odnieść się do drugiego człowieka z szacunkiem i miłością. Może dlatego, że istotnie żywię wiarę w to, że każdy człowiek jest w stanie się zmienić – żałować popełnionego zła, postanowić poprawę i troszczyć o czynienie dobra.

Może bardziej dlatego, że popełnienie aborcji to ten szczególny przypadek, w którym człowiek dokonuje zamachu na życie kogoś, zdawałoby się, najbliższego – trudno więc mówić nawet w prawnym, legislacyjnym wymiarze o bliskiej sercu wolnościowca idei zadośćuczynienia rodzinie ofiary zabójstwa. (Choć może być o nim mowa, jeśli np. jedno z rodziców sprzeciwia się zabójstwu. Taka sytuacja, nie ukrywajmy, rodzi kolejne problemy prawne i świadczy o bolesnym rozbiciu jedności małżeńskiej. Może więc – nawet z „czysto ludzkiego” punktu widzenia – najprościej jest nie zabijać?)

_______

Ignorant napisał: „[B]rakuje mi potraktowania tematu »kary«. Znaczy się, jeżeli aborcja ma być niedozwolona, to co ma grozić za jej wykonanie? Co innego, gdy aborcja jest tylko »naganna moralnie«, a co innego, gdy jest zabroniona.”

Logiczne wydawałoby się rozwiązanie przewidujące dla człowieka, który bezpośrednio targnął się na życie nienarodzonego dziecka, karę taką samą, jaką otrzymałby za morderstwo człowieka już narodzonego.

Jeżeli kogoś za dokonywanie aborcji karać, to w pierwszej kolejności chyba „lekarzy”-zabójców. Chociaż – z drugiej strony – aby taki „lekarz” dokonywał agresji przeciw życiu, musi najpierw znaleźć osoby gotowe żądać takiej „usługi”. Wstępem do „usunięcia” dziecka jest domaganie się tego przez jego rodziców (lub jednego z nich). Czy „lekarz”-zabójca nie jest czasem w takiej sytuacji traktowany jako wygodne „narzędzie” – którego wina jest bezsporna – a taką samą lub nawet większą odpowiedzialnością za popełniony czyn obarczają się przede wszystkim rodzice zabitego dziecka? Może więc w pierwszej kolejności należałoby karać właśnie ich?

_______

W rozmowach dotyczących sprawiedliwego kształtu społeczeństwa często nienajszczęśliwiej stawiamy pytania. Nierzadko sami libertarianie padają ofiarą zbytniego koncentrowania się na zagadnieniach typu: „Jak społeczeństwo powinno rozwiązać kwestię kary śmierci? Jak kodeksy prywatnych agencji arbitrażowych winny traktować próbę zabicia dziecka przez jego matkę – bez udziału »fachowca«-lekarza? Jakie kroki należałoby podjąć w stosunku do matki, która »usuwa« dziecko mimo sprzeciwu jego ojca?”. Te pytania bywają zasadne i bardzo cenne, niemniej jednak zwracają uwagę rozmówców raczej w kierunku myślenia wyłącznie „kolektywistycznego”.

Pytając o godziwy „kształt całości”, nie zapominajmy o najistotniejszym chyba wymiarze ludzkich decyzji, postaw w odniesieniu do konkretnego problemu – o postawie osobistej, o osobistym odniesieniu do danej sytuacji. Zastanówmy się: A co ty robisz – i co ja robię – w tej sprawie? Jak wykorzystuję swój czas, talent, posiadane środki materialne?

_______

Qatryk poczynił niegdyś bardzo celną uwagę: „Zasadniczo nie widzę różnicy między zabijaniem płodu a »nikomu niepotrzebnej« staruszki. Jeżeli społeczności, w której się to dokonuje, nie będzie to odpowiadać, to na pewno znajdzie na to rozwiązanie.”

Wiele zależy od tego, czy powszechnie uznaje się istniejące normy za właściwe, moralne. W każdej chwili oglądamy skutki tego, jakiego wyboru w tym zakresie „dokonało społeczeństwo”. Mówimy: „dokonało społeczeństwo” – w tym sensie, że każdy czyn każdego człowieka w jakiś sposób zawsze wpływa na innych. Tak więc społeczeństwo, w którym znaczna większość osób opowiada się po stronie życia będzie naturalnie wyglądało inaczej od społeczeństwa, w którym dzieciobójstwo się akceptuje.

Nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć, jak będzie działać społeczeństwo wolnościowe (por. Stephan, Dlaczego nie możemy dokładnie przewidzieć, w jaki sposób będzie działać społeczeństwo anarchiczne, http://luke7777777.blogspot.com/2008/05/tumaczenie-stephan-dlaczego-nie-moemy.html). Jeśli jednak wiemy, czego na pewno nie wolno nam robić i o co warto się starać, to mogą nam przyjść do głowy rozwiązania, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Pytajmy więc po pierwsze, kontynuując myśl Qatryka: Czy nam, jako członkom społeczności, „zabijanie płodu” czy też „[zabijanie] »nikomu niepotrzebnej« staruszki” odpowiada?

W sytuacji normalnej, w społeczeństwie libertariańskim, mógłbym podpisywać umowy wyłącznie z takimi osobami lub firmami świadczącymi usługi bezpieczeństwa (prywatnymi agencjami arbitrażowymi, prywatnymi firmami ochroniarskimi itd.), które zadeklarowałyby co najmniej powstrzymanie się od współpracy z „lekarzami”-zabójcami i ośrodkami oferującymi aborcję – a może nawet, gdyby finansowy nacisk klientów był wystarczająco silny – ściganie i karanie morderców nienarodzonych dzieci.

Mógłbym również stosować inne formy bojkotu osób, które przyczyniają się do zadawania śmierci niewinnym dzieciom (zarówno tych, którzy bezpośrednio dokonują ich „usunięcia”, jak i na przykład uczestników agresywnych kampanii pro-death albo w ogóle wszystkich zwolenników aborcji – to już zależałoby od indywidualnych zapatrywań): nie wpuszczać ich do mojego sklepu, odmawiać podpisywania z nimi kontraktów, a zatwardziałych i nieprzejednanych przeciwników życia w ogóle ignorować i tak dalej. A może należałoby raczej z nimi rozmawiać, przekonywać, pokazywać prawdę o życiu i godności każdego człowieka?

Można by próbować różnych rozwiązań kwestii handlu pigułkami wczesnoporonnymi. Żywię cichą nadzieję, że pod wpływem nacisku uczestników wolnego rynku mogłoby się okazać, iż nikt nie chce handlować tymi śmiercionośnymi specyfikami.

Jednego możemy być pewni – w społeczeństwie agorystycznym mielibyśmy dostęp do nieporównywalnie większego niż dziś wachlarza działań zmierzających do obrony życia nienarodzonych. Nie będąc okradanymi w podatkach, moglibyśmy przeznaczyć znacznie więcej środków finansowych na pomoc rodzicom dzieci (tzw. „niechcianych”), których rodzice aktywnie działali przeciw ich poczęciu, ośrodkom adopcyjnym, osobom angażującym się w pomoc samotnym matkom. Można przypuszczać, że dużo więcej małżeństw – nie musząc borykać się z tak poważnymi jak dziś problemami finansowymi, będącymi przeważnie wynikiem prowadzonej przez funkcjonariuszy państwowych grabieży – byłoby gotowych adoptować dzieci.

Wolny rynek oznacza możliwość dokonywania między ludźmi dowolnych transakcji, na które jej strony dobrowolnie się zgadzają. Oznacza także prawo do dyskryminacji konsumentów (bez używania przemocy fizycznej), niesprowadzania określonych towarów, nieudostępniania klientom tego, czego się nie chce sprzedawać. Oznacza też prawo do dyskryminacji (bez używania przemocy fizycznej) osób oferujących takie towary (np. środki wczesnoporonne, narkotyki, środki antykoncepcyjne, czasopisma etatystyczne), które konsumenci uważają za szkodliwe i których dystrybutorów chcą w pokojowy sposób „karać” za ich udostępnianie. Na wolnym rynku można również nawoływać do bojkotu producenta lub dystrybutora danego produktu.

Możliwości nacisku finansowego i bojkotu istnieją również dziś (choć funkcjonariusze państwowi walczą z naturalnym prawem do dyskryminacji). Czy świadomie z nich korzystam? Czy wspieram duchowo i materialnie dzieci, których rodzice ich nie chcieli (wciąż nie chcą?), ośrodki adopcyjne? Czy sam jestem gotów podjąć się adoptowania kogoś „niechcianego”? Może od tego należałoby zacząć działania na rzecz ochrony życia każdego człowieka?

_______


Może po prostu w opartym o zasadę nieagresji społeczeństwie libertariańskim zwiększyłby się szacunek dla życia wszystkich ludzi i naturalną koleją rzeczy byłoby coraz mniej i mniej zabójstw nienarodzonych – tak że w końcu zaniechanoby ich zupełnie.

Może mniej chodzi o to, żeby usiłować z góry przewidzieć wszystkie ewentualności i znaleźć jakieś (idealne?) rozwiązania wszelkich wyobrażalnych i niewyobrażalnych sytuacji prawnych, a bardziej starać się o to, aby ludzie w sposób naturalny odnosili się do drugiej osoby z miłością, szacunkiem – tak aby nikomu nie przychodziło do głowy, że mógłby targnąć się na życie dziecka. Warto położyć większy nacisk na osobisty przykład, pokazywanie innym właściwych wzorców i zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności za to, jaki system wartości proponujemy, przekazujemy drugiemu człowiekowi w piśmie, w rozmowie, w kontakcie osobistym.

Przecież osoby, które decydują się na aborcję albo „tylko” ją rozważają, też żyją w społeczeństwie – mają jakichś przyjaciół, znajomych, ktoś się nimi interesuje, kontaktuje się z nimi, spotyka, rozmawia. (A może nie? Może za mało czynimy w tej sprawie? Może kogoś nie dostrzegamy?) Przynajmniej część spośród nich zna kogoś, kto winien służyć wsparciem, dobrym słowem, a jednocześnie twardo stać na straży prawdy o człowieczeństwie nienarodzonego dziecka.

_______


Związane z powszechną akceptacją agoryzmu jako sprawiedliwego sposobu funkcjonowania społeczeństwa tendencje do decentralizacji, rozwoju patriotyzmu lokalnego, samozatrudnienia, różnorodności stosowanych rozwiązań opartych o uniwersalną zasadę nieagresji (por. np. Kevin Carson, Free Market Anti-Capitalism, http://distributism.blogspot.com/2007/09/libertarianism-and-distributism.html. Tekst w języku polskim: Kevin Carson, Libertarianizm i dystrybutyzm, http://www.personalizm.yoyo.pl/blog/?p=6) z dużym prawdopodobieństwem skutkowałyby większym zainteresowaniem tym, co dzieje się w bezpośredniej bliskości każdego człowieka. Zaangażowanie w sprawy „własnego podwórka”, włączanie się w wydarzenia o charakterze lokalnym pomogłoby przypomnieć sobie o podstawowym, bezpośrednim wymiarze kontaktu między ludźmi – niespiesznej rozmowie (bez uważanego dziś często za „nieodzowny” nerwowego pośrednictwa SMSa, maila, telewizora albo orędzia wycelowanego w miliony). Działanie człowieka wydaje się pod wielu względami tym bardziej ludzkie, im bardziej kierowane jest troską o dobro konkretnego, żywego człowieka, którego co dzień widuję, z którym współpracuję, którego znam od lat, którego zachowania są dla mnie raczej bardziej niż mniej przewidywalne.

Większe zainteresowanie losem najbliższych, krewnych, sąsiadów, regularny kontakt z nimi – mogłyby pomóc w zapobieżeniu wielu dramatycznym sytuacjom rozpaczy czy samotności, których efektem bywają tzw. „niechciane” ciąże.

Kształt świata w sporej mierze zależy od konkretnych decyzji poszczególnych ludzi. Zatem najważniejsze jest chyba podjęcie starań o to, aby wszyscy – a w szczególności te konkretne osoby, które znam, za które jestem najbardziej odpowiedzialny, opowiadały się po stronie życia.

Może zmienić perspektywę myślenia – z globalnej (nie lekceważąc faktu, że moje zachowanie również w pewien sposób na nią wpływa) na bardziej lokalną. Jak w pierwszej kolejności pomagać tym osobom, które są mi z różnych względów szczególnie bliskie? (Problem w tym, że jeśli ktoś nie chce, żeby mu pomagać, doradzić, z góry odrzuca możliwość zmiany postępowania – to bardzo utrudnia sprawę. Nie oznacza to, że nie da się zrobić nic, ale znacznie zawęża pole do działania. Jednocześnie tu właśnie widzimy wolność człowieka: Czy chcesz wybierać dobro? Czy chcesz wybierać zło? Każdy jakoś na te pytania odpowiada.)

Coś takiego starałem się nakreślić w tekście Dobre zasady są po to, żeby się ich trzymać – może mniej myśleć o tym, jak od razu, niczym za jednym zamachem, zreformować cały świat, jak dokładnie powinny wyglądać przepisy w społeczeństwie libertariańskim, a zacząć od siebie, od swoich najbliższych. Może świat podąży za tym przykładem. Nie wiem na pewno, czy świat się od tego zmieni; być może nie mam nań przytłaczającego wpływu, ale mam wpływ na siebie i osobiście mogę podjąć decyzję, czy chcę postępować dobrze, czy źle.

Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty, zapytana niegdyś przez pewnego dziennikarza o to, jak zmienić świat na lepsze, odpowiedziała: „Ja się zmienię (stanę się lepsza), pan się zmieni…”

Ten kierunek działań wydaje się bardzo cenny, szczególnie jeśli połączymy go z drugą postawą, zalecaną przez Matkę Teresę:

„Nie czekajcie na liderów; sami to róbcie, pomagając sobie nawzajem.”

(“Do not wait for leaders; do it alone, person to person.”)

(Blessed Teresa of Calcutta, http://saints.sqpn.com/saintt1v.htm)

_______

Ignorant napisał: „nie zgadzam się z »wymową« sekcji zatytułowanej »Antykoncepcja prowadzi do aborcji«. Jak rozumiem autor jest katolikiem i z tej pozycji stara się pisać. Twierdzenie że (przepraszam za wyrażenie) »założenie gumy« prowadzi do aborcji jest śmiechu warte. Jaka jest tu różnica pomiędzy »stosowaniem termometru«, badaniem śluzu i tego typu (co czasem jest wyśmiewane jako »watykańska ruletka«) a stosowaniem antykoncepcji? Dla mnie żadna! Kiedyś jeszcze w technikum na religii mieliśmy całkiem ciekawe zajęcia »na ten temat« i zapamiętałem jedno zdanie, że chodzi o to by »być otwartym na rodzinę«. Ale gdzie tu jest otwartość jak się bawię w takie rzeczy?! Imputowanie, że Ci którzy stosują antykoncepcję są wrogami dzieci jest niepoważne (w ten sam sposób można nawrzucać katolikom używającym kalendarzyka małżeńskiego).”

Jeśli spoglądalibyśmy na powiązanie zjawisk antykoncepcji i aborcji, biorąc pod uwagę dane statystyczne, moglibyśmy prowadzić długą dysputę obfitującą w przerzucanie się liczbami i nie dojść do żadnych wspólnych wniosków. I choć zdarza się, że sami działacze i pracownicy „przemysłu aborcyjnego” przyznają, że im powszechniej używa się antykoncepcji, tym więcej jest zabójstw nienarodzonych (por. np. Abortion-Contraception Connection – Abortion Industry Comments, http://www.physiciansforlife.org/content/view/1138/26/), i choć nie przypadkiem środowiska najgłośniej zachęcające do aborcji jednocześnie usilnie promują środki antykoncepcyjne – nie przesądza to o moralnej ocenie zagadnienia.

Ignorant dotknął problemu właśnie od tej strony – poniżej również podejmiemy próbę spojrzenia na antykoncepcję z perspektywy moralności.

Na początku warto zastanowić się przez chwilę nad terminami, którymi się posługujemy.

„Antykoncepcji”, a więc sztucznym, nienaturalnym metodom mającym na celu zmniejszenie prawdopodobieństwa poczęcia dziecka w wyniku współżycia płciowego, przeciwstawia się postępowanie zwane „naturalnym planowaniem rodziny” (NPR), „naturalnym planowaniem poczęć” albo „naturalną regulacją poczęć”. Określenia te są nieprecyzyjne, ponieważ w istocie rzeczy małżonkowie mogą jedynie podjąć decyzję o tym, czy dojdzie między nimi do zbliżenia – nie zaś o poczęciu dziecka.

Może więc należałoby mówić raczej o (naturalnych) metodach rozpoznawania płodności (ang. fertility awareness methods).

Korzystanie z wiedzy dotyczącej funkcjonowania organizmu kobiety, pełna szacunku postawa jej męża, którego wrażliwość seksualna pozwala mu panować nad sobą, są zupełnie różne od mentalności antykoncepcyjnej.

Fakt, że stosowanie sztucznych środków mających zapobiec powstaniu nowego życia może stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia tylko utwierdza w przekonaniu, że to, co jest niemoralne, niewłaściwe, jest również szkodliwe z „czysto ludzkiego” punktu widzenia.

_______

W książce O małżeństwie Karol Meissner OSB i Bolesław Suszka zwracają uwagę na to, że zamierzeniem osób uciekających się do antykoncepcji jest „oddzielenie zdolności przekazywania życia od stosunku seksualnego, rozumianego jako źródło zadowolenia, przyjemności czy satysfakcji. Osobom tym w ich działaniu seksualnym przeszkadza ich zdolność do przekazywania życia.” (Karol Meissner OSB i Bolesław Suszka, O małżeństwie, Poznań 2001, s. 96)

W podrozdziale zatytułowanym Na czym polega różnica pomiędzy antykoncepcją, a kierowaniem płodnością przez powstrzymywanie się od zbliżeń małżeńskich w dniach płodności? autorzy piszą:

„Pierwsza różnica, zasadnicza, między tymi dwoma sposobami postępowania wiąże się z tym, że w istocie każde małżeństwo woli współżycie normalne. Żadne nie wybrałoby stosunków antykoncepcyjnych, gdyby wiedziało, że w danej chwili normalny stosunek płciowy nie da początku nowemu życiu. W przeciwieństwie do współżycia prawidłowego, postępowanie antykoncepcyjne wiąże się z rozczarowaniem, gdyż nie odpowiada ono tej głębokiej potrzebie każdej pary małżeńskiej. Uciekanie się do antykoncepcji jest wprawdzie często tłumaczone miłością, czy jednak wynika naprawdę z autentycznej potrzeby duchowej godnej tego miana? Czyż nie wynika ona po prostu z jakiejś bezradności wobec tego, co określa się mianem potrzeby seksualnej czyli nałogowego szukania doznań płciowych, postawy będącej wyrazem niedojrzałości psychoseksualnej? Natomiast planowanie poczęć przez podejmowanie lub niepodejmowanie współżycia w dniach płodności żony pozwala na zachowanie prawidłowości zbliżeń małżeńskich w pozostałym czasie, co odpowiada głębokim pragnieniom małżonków.

Druga różnica polega na tym, że w naturalnym planowaniu poczęć małżonkowie kierują swoim działaniem płciowym w sposób wolny, a więc ludzki. Pragnąc zachować prawidłowość tego działania, umieją się powstrzymać od działania seksualnego przeżywanego jako nieprawidłowe. Osiągnięta wolność wewnętrzna sprawia, że współżycie płciowe małżonków może być prawdziwie znakiem miłości.

Przeciwnie, uciekanie się do stosunków antykoncepcyjnych, przecież samych w sobie zbędnych i zdecydowanie sprzecznych z pragnieniami obojga małżonków, spowodowane jest brakiem wewnętrznej wolności w odniesieniu do doznań seksualnych. Mężczyzna nie potrafi powstrzymać się od szukania tych doznań, musi mieć stosunek, bo np. tłumaczy, że w przeciwnym razie straci zdrowie. W tych warunkach braku wolności wewnętrznej stosunek płciowy nie może być znakiem miłości, bo jest po prostu wyrazem wewnętrznego przymusu. To właśnie ten przymus wewnętrzny sprawia, że człowiek zamiast kierować w wolny sposób swoim działaniem (tzn. nie podejmować nieprawidłowego współżycia płciowego) zmienia samo działanie lub zakłóca czynności swego ustroju, aby uniknąć skutków swoich decyzji, podejmowanych pod wpływem takiego przymusu.

Z tym wiąże się trzecia różnica: w naturalny planowaniu poczęć każde z obojga małżonków liczy się ze współmałżonkiem. Żona świadoma tego, że ślubowała przecież uczciwość małżeńską, stara się rzetelnie poznać działanie swego ustroju, co umożliwia połączenie uczciwego współżycia z planowaniem rodzicielstwa. Mąż potrafi dostosować swoje działanie do wymagań miłości. Będąc wewnętrznie wolnym człowiekiem, nie ma poczucia straty rezygnując w danej chwili ze zbliżenia, wręcz przeciwnie – dostrzega, że wzrasta skarb wspólnego dobra. Żona docenia wysiłek męża i przestaje się lękać niezamierzonego poczęcia. Oboje rozumieją coraz lepiej, że poczęcia powinny być następstwem wolnego działania, a dzieci upragnionym owocem miłości rodziców.

Zupełnie inaczej ma się rzecz w postępowaniu antykoncepcyjnym. Dla człowieka, który nie nauczył się kierować swoim działaniem seksualnym, rezygnacja ze współżycia płciowego jest dramatem nawet wtedy, gdy tej rezygnacji domaga się miłość (np. w przypadku niedomagania czy choroby współmałżonka). Toteż chcąc uniknąć przekazania życia, a nie umiejąc rezygnować ze zbliżenia płciowego, ludzie dotknięci taką niedolą zmieniają działanie swego ustroju tylko po to, żeby uzyskać doznanie seksualne za wszelką cenę, z pominięciem odpowiedzialności za skutki swego działania. Żona boi się męża jako możliwego ojca, mąż boi się żony jako możliwej matki. Mimo to oboje podejmują działanie, które rani ich wzajemną więź i narusza ludzką godność po prostu dlatego, że przynajmniej jedno z nich nie chce zrezygnować z doznań seksualnych. Nie inaczej jest też w stosunkach płciowych przedmałżeńskich i pozamałżeńskich, ze swej natury etycznie złych i grzesznych. W tych warunkach płodność przeżywana jest jako klęska, a dzieci traktowane są jako wrogowie szczęścia rodziców. Nic dziwnego, że ostatecznie postawa antykoncepcyjna prowadzi rodziców do targnięcia się na życie dziecka, jeżeli – pomimo ich zabiegów – pocznie się.

Po czwarte: po antykoncepcję sięga przede wszystkim kobieta, która przeżywa trudność w akceptacji swej płciowości: nie chce ona rozpoznać działania swego kobiecego ustroju, nie zależy jej na tym. Posługiwanie się naturalnymi metodami planowania poczęć wiąże się z jakimś szacunkiem, który kobieta winna przecież mieć wobec siebie samej. Wiąże się także z miłością do męża, który – jeśli kocha żonę – gotów jest podjąć zadanie uczynienia ze zbliżenia prawdziwego daru miłości. Sięganie po antykoncepcję jest wyrazem braku szczerości i prawdziwej miłości we współżyciu seksualnym.

Po piąte: uciekanie się do antykoncepcji opiera się na przekonaniu, że płodność nie jest darem Bożym, a zatem nie nakłada żadnej odpowiedzialności wobec Boga. W tym postępowaniu ciało ludzkie i sama płodność są sprowadzane do roli przedmiotów manipulacji, a nowe życie traktowane jest jako nie zobowiązujący do niczego dodatek do przeżyć seksualnych. Stąd już tylko krok do przekonania, że przypadkiem poczęte życie jest tylko niepożądanym produktem ubocznym tych przeżyć, nie stojącym w żadnym związku z miłością.

W przeciwieństwie do takiej postawy, uczciwe życie płciowe małżonków jest pośrednio wyrazem wiary w Boga jako Stwórcy każdego ludzkiego życia. Małżonkowie żyjący uczciwie traktują każde poczęte przez siebie dziecko jako dar Boga i owoc wzajemnej miłości.

Trzeba ponadto zauważyć, że postępowanie antykoncepcyjne jest niesprawiedliwe dla kobiety. Większość kobiet na skutek wadliwego wychowania nie jest specjalnie zainteresowana współżyciem płciowym w małżeństwie. Metody antykoncepcyjne obciążają dodatkowo te nieszczęśliwe kobiety: np. stosunki przerywane odczuwają one na ogół jako budzące wstręt, nierzadko takie postępowanie jest czynnikiem nerwicorodnym. Poza prezerwatywą wszystkie inne środki antykoncepcyjne ma stosować tylko kobieta i to po to, żeby mąż bez żadnego zaangażowania i odpowiedzialności mógł zaspokoić swe seksualne potrzeby – jak to się słyszy – z żoną. Hormonalne pigułki antykoncepcyjne są taką niesprawiedliwością w najwyższym stopniu. Kobieta, która i tak jest przez większą część swego cyklu miesiączkowego niepłodna z natury, ma zażywać pigułkę przez 20 dni w miesiącu przez 12 miesięcy w rok, narażać się na poważne nieraz skutki uboczne dlatego tylko, żeby mąż miał do dyspozycji obezpłodnioną żonę w każdej chwili, kiedy tylko doświadczy potrzeb odczuwanych jako pewnego rodzaju przymus.

Tymczasem dochowanie uczciwości małżeńskiej stwarza warunki, w których tak mężczyzna, jak i kobieta wnoszą do wspólnego dobra swój wkład we współżycie płciowe. Stwarza to podstawę do stałego rozwoju ich więzi i pogłębiania wzajemnych uczuć. Jeżeli dołożą starań, to sytuacja taka może korzystnie wpłynąć na ich pełny i prawidłowy rozwój psychoseksualny.”

(Karol Meissner OSB i Bolesław Suszka, O małżeństwie, Poznań 2001, s. 98-101)

_______

Postawa antykoncepcyjna zawiera w sobie taki komunikat pod adresem drugiego człowieka: „Ja użyję ciebie, ty użyjesz mnie, a potem się rozejdziemy – każdy w swoją stronę”. Osoby prezentujące takie podejście przyczyniają się do zafałszowania prawdy o człowieku. Nie patrzą na niego jak na całość, ale „wybierają sobie” pewien jego „fragment”, resztę jego człowieczeństwa ignorując.

Żona lub mąż, którzy stosują antykoncepcję, mówią swoim zachowaniem: „Nie chcę ci dać siebie całego – w istocie to chcę części ciebie i oferuję ci część siebie; wykorzystamy się wzajemnie za obopólną zgodą – po czym rozejdziemy, każdy w swoim kierunku”.

Nic dziwnego, że to brzydkie, przedmiotowe i nieromantyczne traktowanie drugiej osoby nie jest pokazywane przez większość współczesnych twórców kultury, mimo że milcząco przyjmują oni postawę antykoncepcyjną za normę. W grach komputerowych, których półnagie wojowniczki przelewają bez ładu i składu hektolitry krwi, w filmach, których reżyserowie uznają za swój obowiązek dokładne zapoznanie widza z trzewiami kolejnych wybebeszanych ofiar oraz szczegółami wszelkich możliwych zdrad i zboczeń, w książkach, których bohaterowie współżyją z kim popadnie – trudno znaleźć choćby wzmiankę o stosowanych przez uczestników akcji sztucznych środkach przeciw poczęciu.

_______

Ginekolog Włodzimierz Fijałkowski wskazywał na to, że antykoncepcja niszczy cieleśnie i duchowo: „Czyniąc bezpłodnym ciało, jednocześnie czynisz bezpłodnym ducha, zatem kastrujesz całego siebie”. Przypominał, że „układ płciowy jest układem wyjątkowym, bo wpisanym w strukturę osoby ludzkiej. W wypadku układu oddechowego, pokarmowego, nerwowego czy układu ruchu takie powiązanie nie istnieje – nie ma wszak takich pojęć, jak: życie oddechowe, życie pokarmowe, życie ruchowe. A życie płciowe – owszem. I oznacza ono coś więcej niż tylko żywotność gruczołów. Chodzi tu o zintegrowane przeżywanie własnej męskości czy kobiecości”. Tłumaczył: „Płciowość jest przecież dialogiem. Dopełnianie się polega na tym, że jedna płeć wzbogaca się odmiennością spojrzenia, przeżywania wrażliwości drugiej płci. Dialog to aktywność w przeżywaniu płciowości. […] Płciowość składa się z dwóch nierozłącznych elementów. Są nimi ciążenie płci ku sobie oraz płodność. Jeśli chcemy wiedzieć, czy współżycie jest właściwe, odpowiedzmy sobie na pytanie, czy płodność nie stanowi dla nas przeszkody. Jeśli nie, to w takim wypadku w pożyciu seksualnym – dodajmy, pożyciu seksualnym małżonków – nie ma nic zdrożnego”.

Wskazywał na związek między stosowaniem antykoncepcji i aborcją: „Jak wiadomo, antykoncepcję stosuje się po to, by nie doszło do poczęcia dziecka. W praktyce jednak prędzej czy później do niechcianej ciąży dochodzi. Pojawienie się dziecka przeżywane jest wtedy jako katastrofa i bardzo często kończy się to śmiercią dziecka”.

Mówił: „Płciowość jest formą bycia, przeżywania, jest dopełnieniem tego, czego brakuje pojedynczej – w pewien sposób niepełnej – istocie ludzkiej. Te słowa Boga z raju trzeba słyszeć w sobie, one rozbrzmiewają również w naturalny sposób, są zapisane w naturze. Trzeba sobie uświadomić, czym jest seksualność i na czyj obraz i podobieństwo jesteśmy stworzeni. […] Miłość to obdarowywanie się, dzielenie się. […] [Życie erotyczne przeżywane w czystości pomaga człowiekowi rozwijać się duchowo, co] wynika z nierozdzielności ducha i ciała. Równocześnie musimy jednak zobaczyć, że człowiek jest z jednej strony osobą cielesną, a z drugiej strony jest ciałem uduchowionym. Jedność. To bardzo ważne. Czystość zachowań w sferze ciała jest nieodłącznym, koniecznym elementem wzrostu duchowego. Niektórzy powątpiewają, że stosunek do własnego ciała i stosunek do ciała małżonka ma rzeczywisty wpływ na nasz rozwój duchowy. »Ciało to tylko ciało, a duch to duch«. Tymczasem Kościół głosi, że ciało ma udział w rozwoju ducha, a duch w integracji ciała. Ciało wyraża, symbolizuje ducha”.

Włodzimierz Fijałkowski zwracał uwagę na zagrożenia płynące z postawy antykoncepcyjnej: „Płciowość przeżywana wyłącznie biologicznie uzależnia. W sferze seksualnej widzimy wyraźnie uzależnienie od blokowania płodności. Blokowanie sił reprodukcyjnych blokuje również płodność duchową. Dziś panuje przekonanie, że aby żyć, trzeba się chwilowo uczynić niezdolnym do bycia płodnym. Temu służy pigułka hormonalna, spirala, stosunek przerywany, wszelkie środki antykoncepcyjne. Postawa antykoncepcyjna wymaga terapii. […] O co chodzi w antykoncepcji? Otóż, antykoncepcja to czynienie się bezpłodnym, to blokowanie twórczych sił w człowieku. A to już jest patologia. Mentalność antykoncepcyjna polega na tym, że człowiek nie potrafi przyjąć własnej płodności i z niej rezygnuje. Natomiast gdy stosuje się naturalne metody planowania rodziny, biologiczny rytm płodności pozostaje nienaruszony. W ten sposób nie odcinamy się od tego, co w nas płodne. Małżonkowie świadomie niestosujący antykoncepcji zawsze pozostają płodni”.

Twierdził, że „jest prawem małżeństwa, żeby planowało rodzinę zgodnie ze swoimi pragnieniami i możliwościami. Bo są ludzie bardziej zdolni, mniej zdolni, niekoniecznie tylko bardziej moralni czy mniej moralni w tym obszarze, ale po prostu mniej zaradni. W wypadku niektórych pierwsze dziecko, w wypadku innych drugie czy trzecie sprawia, że stwierdzają, iż jako rodzice nie dadzą już rady. Zatem – są różne dyspozycje i różne możliwości. Co wobec tego jest istotne? Człowiek ma prawo do tego, żeby realizować swoje zamiary zgodnie ze swoimi pragnieniami i możliwościami, ale na drodze ekologicznej – w naturalnym planowaniu rodziny. […] Ekologiczne życie płciowe, życie w czystości małżeńskiej, w tym naturalne planowanie rodziny oznacza, że człowiek nie tyle zachowuje bojaźliwie wszystkie restrykcyjne przykazania kościelne i moralne, ile po prostu żyje ekologicznie. Czyli nie zastępuje swojej zdolności panowania nad własnym ciałem i instynktami technicznym zabezpieczeniem. Takie życie wymaga wczytywania się w to, co ciało ma nam do powiedzenia, w jego mowę. Kościół nie wymaga niczego więcej niż tego, aby respektować wymogi ekologiczne, które są wpisane w całą biologiczną sferę przeżywania naszej płciowości”.

Mówił: „Płodność jest zjawiskiem biologicznym, jest owocem ciała, które jednocześnie uczestniczy w duchowym obdarowywaniu się małżonków. W antykoncepcji to, co duchowe, stopniowo jest wymazywane, odrzucana jest nie tylko płodność biologiczna, ale i duchowa. Uczynienie się bezpłodnym nie dotyczy wyłącznie ciała. Niemożliwe jest, żeby człowieka uczynić sterylnym tylko cieleśnie. Jest to równocześnie osłabianie ducha. Albo jesteśmy czyści i zdolni do duchowej kreatywności, albo nieczyści i pozbawieni możliwości, które w nas tkwią. Jedno albo drugie, trzeba wybierać. Czyniąc bezpłodnym ciało, jednocześnie czynisz bezpłodnym ducha, zatem kastrujesz całego siebie”.

(Nikodem Brzózy OP, Człowiek realizuje się w ciele – niepublikowana rozmowa z prof. Włodzimierzem Fijałkowskim, http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr421/01.htm)

_______

Naturalne metody rozpoznawania płodności można wykorzystywać w dwóch celach: dla zmniejszenia prawdopodobieństwa poczęcia dziecka albo dla zwiększenia prawdopodobieństwa poczęcia dziecka.

Inaczej jest w przypadku antykoncepcji, gdzie nastawienie jest zawsze takie: „żeby »go« tylko nie było, żeby siebie poużywać i uniknąć konsekwencji naszego działania, żeby »bronić się« przed »intruzem«, »zawadą«”.

Cenną analizę takiej antydziecięcej mentalności przeprowadziła Bogna Białecka w tekście pod tytułem Niewolnica antykoncepcji (Bogna Białecka, Niewolnica antykoncepcji, http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr421/04.htm).

Autorka przebadała wypowiedzi kobiet, które stosowały antykoncepcję i wskazała, że takie działanie – „choć teoretycznie wymyślon[e] po to, by uchronić kobietę przed nieplanowaną ciążą i przed lękiem z nią związanym” – zamiast tego skutkuje życiem w ciągłym strachu, frustracją, uzależnieniem i problemami zdrowotnymi.

Przytoczmy kilka spośród wypowiedzi przywołanych w artykule:

„Moją aborcję miałam w tym roku. Żyłam z moim facetem i baliśmy się ciąży. Brałam pigułki codziennie, dokładnie o tej samej porze, każdego pieprzonego dnia, z pieprzoną, świrowatą wręcz dokładnością, a i tak zawiodły. Teraz dziewczyny mi mówią, jak byłam głupia, że polegałam tylko na pigułkach, że to oczywiste, że trzeba się zabezpieczyć na kilka sposobów”.

„Miałam aborcję, bo nas zawiodła antykoncepcja. Teraz się pilnuję. Mam spiralę, ale na wszelki wypadek zawsze po seksie biorę też pigułkę dnia następnego”.

„Miałam pierwszą aborcję w wieku 16 lat. […] Po tym doświadczeniu brałam swoją pigułkę z nabożnością wręcz religijną. Nie zażywałam żadnych innych leków (np. antybiotyków), które mogłyby wpłynąć negatywnie na jej skuteczność. I znowu zaszłam w ciążę, mając 19 lat. OK, takie rzeczy się zdarzają. Druga aborcja. Znowu na pigułce (tym razem o wiele silniejszej formule), ZAWSZE z prezerwatywą, jestem w ciąży – lat 21”.

„Boję się, że musiałabym to [aborcję] przechodzić znowu, więc nikt inny na świecie nie jest bardziej dokładny niż ja w braniu pigułki. Zawsze mam jej zapas, a jak zbliża się do końca, czuję, że wpadam w panikę i lecę po kolejne opakowania. Po prostu muszę je mieć zawsze przy sobie. Kto wie, czy się nie zdarzy, że pójdę na niespodziewaną imprezę. Mogę nie mieć szczoteczki do zębów czy zmiany bielizny, ale pigułka musi być. To moje bezpieczeństwo”.

„Nie chciałam brać pigułki, bo po niej nie miałam ochoty na seks, ale mój chłopak naciskał, więc jednak ją brałam. Musiałam, nie mogłam przecież zajść w ciążę. I niech mi Bóg świadkiem, że byłam naprawdę staranna, że chociaż mi się to nie podobało, brałam ją zawsze o tej samej godzinie, a i tak zaszłam w ciążę”.

Niekiedy „niechciana” ciąża lub doświadczenie zabójstwa własnego dziecka nie tylko nie powodują zmiany jego rodziców na lepsze – ale wręcz przeciwnie: stają się bodźcem do jeszcze bardziej „starannego”, „skrupulatnego”, nerwowego i frustrującego stosowania antykoncepcji – „z nabożnością wręcz religijną”.

Postępowanie mężczyzn, którzy naciskają na stosowanie antykoncepcji, świadczy o ich jakimś szalenie pogardliwym stosunku wobec kobiety. Ona ma być „świnią”, która na żądanie dostarczy „partnerowi” niezobowiązującej rozrywki – rozrywki, za którą nie stoi absolutnie nic, która nic wartościowego nie oznacza i której naturalnych konsekwencji obie współżyjące osoby będą usiłowały uniknąć. Nie ma tu radości, nie ma wspólnego dobra, nie ma traktowania swojej płodności w sposób uczciwy i otwarty – jest tylko egoizm, lęk i nienawiść wobec życia.

Niekiedy udaje się z nałogu antykoncepcji wyzwolić. Nadzieją napawają świadectwa takie jak to: „Czuję się świetnie, bo przestałam traktować mój organizm jak wroga, którego muszę obezwładniać podstępnymi metodami, ale który i tak ciągle na mnie czyha, ale jak przyjaciela, który pracuje dla mnie” („Fundamenty Rodziny”, 1999/31).

Bogna Białecka zwraca uwagę na to, że w dyskusji dotyczącej różnic między antykoncepcją a uczciwym podejściem do płodności człowieka nie bez znaczenia pozostaje element finansowy zagadnienia: „Nie są potrzebne skomplikowane obliczenia. Koszt pigułek antykoncepcyjnych plus prezerwatyw (liczę w ten sposób, ponieważ większość »świadectw« mówiła o konieczności podwójnego zabezpieczenia), środków nawilżających pochwę oraz przeciwgrzybicznych to około 45 zł miesięcznie. […] Dziewięć milionów kobiet w Polsce w wieku rozrodczym to rynek, na którym firmy farmaceutyczne mogą zarobić 4 860 000 000 zł rocznie. […] A są to pieniądze zarobione wyłącznie na samej antykoncepcji. Gdyby doliczyć do tego koszty aborcji (no bo przecież metody antykoncepcyjne bywają zawodne), zapłodnienia in vitro (naiwnością byłoby mieć nadzieję, że wieloletnie zażywanie sztucznych hormonów nie rozreguluje równowagi hormonalnej organizmu), zyski stają się porównywalne z zyskami pochodzącymi z handlu narkotykami.”

Na zakończenie autorka zachęciła do spojrzenia na własną płciowość bez uprzedzeń: „Kwestia stosowania antykoncepcji to nie sprawa przynależności lub nie do Kościoła katolickiego. To kwestia odrobiny zdrowego rozsądku, dbania o swoje zdrowie i decyzji, czy ma nami kierować lęk przed zajściem w ciążę, czy niezmącona lękiem radość ze zbliżenia seksualnego. Decyzji, by przestać traktować swe ciało jak wroga, a płodność jak przekleństwo, a zacząć się cieszyć takim ciałem, jakie stworzył Bóg.”

(Bogna Białecka, Niewolnica antykoncepcji, http://www.mateusz.pl/wdrodze/nr421/04.htm).

_______

Bogna Białecka wspomniała w swoim tekście o „presji »autorytetu« lekarskiego” – o tych lekarzach, którzy powodowani ignorancją lub złą wolą zachęcają swoje pacjentki do stosowania antykoncepcji.

Jednocześnie istnieją lekarze podchodzący do kwestii związanych z płodnością człowieka świadomie i uczciwie. Publicznie deklarują poszanowanie życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci, promocję metod rozpoznawania płodności oraz oświadczają, że nie będą podejmować ani zalecać „żadnych działań, których celem jest przejściowe lub stałe uszkodzenie płodności pacjenta” (http://npr.pl/images/stories/przychodnia/formularz.pdf). Dokładniejsze informacje dotyczące tych lekarzy można znaleźć na przykład na stronie Wirtualnej Przychodni „Pro Vita”.

_______

Istotna trudność związana z odróżnianiem stosowania metod rozpoznawania płodności (zwanych też nienajfortunniej chyba „naturalnym planowaniem rodziny”) polega na tym, że wielu osobom wyznania rzymskokatolickiego wydaje się, że są one obowiązkowe – a tymczasem są tylko dopuszczalne, dozwolone.

Nie da się ukryć, że prowadzona przez niektóre osoby agresywna kampania pro-NPR może wywoływać wrażenia takie, jak ignoranta; jakby „trzeba było” stosować naturalne metody planowania rodziny właśnie pod szyldem „katolickiej antykoncepcji”. Klucz stanowi tu chyba postawa, jaką przyjmują małżonkowie. Jeśli prezentują nieco faryzejskie podejście „nie chcę dzieci, muszę się przed nimi bronić – ale zrobię to »zgodnie z przepisami«, będę »w porządku pod względem technicznym«” – to faktycznie mamy do czynienia z problemem. Liczy się więc intencja.

O mentalności antykoncepcyjnej, której nie wyzbyły się niektóre osoby stosujące metody rozpoznawania płodności dla zmniejszenia prawdopodobieństwa poczęcia dziecka, pisał Ryan Grant:

“Of course there are differences between NFP and contraception. The former is the use of a natural infertile period, while the latter takes an act which is fertile and makes it infertile. Hence the latter is always immoral, while the former from the physical dynamic is neutral. What morally charges the action one way or another is the intention employed by those practicing it. In my opinion some have been crass in condemning all NFP all the time. I know some Traditionalists who go way too far the other way. It is not even a question of Humanae Vitae, which should be sufficient to show that use of natural methods are morally neutral, but of reason and Thomistic logic. If it is immoral to abstain from marital relations at any time when a woman is fertile (which is what you would have to hold to claim NFP was per se immoral), then God could not have created infertile periods; or at least not made it so most women are infertile a majority of the time. The majority of women can only get pregnant for a quarter of the month, and not all women fall into such a neat cycle. The body can be rather unpredictable. Some women have trying pregnancies. There is nothing wrong with her spacing births for a time in order to recover.

This is where in my opinion the problem lies: I have met people, who I call NFP crusaders (to distinguish them from a Catholic couple using NFP and trying their best to follow God’s law) who do their best to spread the Gospel of NFP, who act childish in reality, treating anyone who does not use NFP as the next Margaret Sanger. You would not believe this one marriage coordinator I met on a plane, who claimed that you can not be Catholic unless you use NFP. I told her my wife and I trust in God to provide us what we need and don’t give it another thought, and lo and behold, I was branded a mindless relic of the middle ages!

It would be great to write that person off as a rare basket case, but unfortunately that is not reality. There are now many Catholics whom we might describe as ‘conservative’ who rightly would not dare use birth control, but apply a contraceptive mentality to procreation, deciding to use NFP right off the bat in marriage or even indefinitely, for no grave reason or even for no reason other than that they want to ‘enjoy each other’.”

(Ryan Grant, Humanae Vitae: 40 years, http://athanasiuscm.blogspot.com/2008/08/humane-vitae-40-years.html)

Autor zwrócił uwagę na to, że spotyka się katolików, którzy „nie ośmieliliby się” używać antykoncepcji, ale „stosują względem prokreacji mentalność antykoncepcyjną”, bez wahania decydując się na stosowanie NPR od chwili zawarcia sakramentu małżeństwa – nawet na stałe, na czas nieokreślony – bez żadnej ważnej przyczyny, a czasem w ogóle bez żadnej przyczyny – poza tą, że małżonkowie chcą „cieszyć się sobą”.

Ryan Grant zaznaczył, że problem rzeczywiście istnieje, skoro nawet Papieska Rada do spraw Rodziny uznała za stosowne zabrać w tej sprawie głos. 13 maja 2006 r. opublikowała ona dokument zatytułowany Rodzina i ludzka prokreacja (Famiglia e procreazione umana), w którym czytamy:

“[T]he situation of spouses with a single child or at most two children predominates. This means that the fulfillment of potentially procreative conjugal acts is no more than a sort of sum of brief parentheses within an entire conjugal life voluntarily rendered sterile. This fact obviously indicates a serious obscuring of the value of procreation.”

(Pontifical Council for the Family, The Family and Human Procreation, Vatican 2006, http://www.wf-f.org/FamilyandHumanProcreation.html)

Autorzy dokumentu wskazują na to, że w przeważającej większości rodzin jest jedno lub dwoje dzieci. To oznacza, że do potencjalnie płodnych aktów małżeńskich dochodzi jakby w nawiasie całego życia małżeńskiego dobrowolnie uczynionego bezpłodnym. Ten fakt bez wątpienia wskazuje na poważne „zaciemnianie”, „czynienie niezrozumiałym” (“obscuring”) wartości prokreacji.

W encyklice Humanae Vitae Pawła VI czytamy:

„[C]i małżonkowie realizują odpowiedzialne rodzicielstwo, którzy kierując się roztropnym namysłem i wielkodusznością, decydują się na przyjęcie liczniejszego potomstwa, albo też, dla ważnych przyczyn i przy poszanowaniu nakazów moralnych, postanawiają okresowo lub nawet na czas nieograniczony, unikać zrodzenia dalszego dziecka.”

(Humanae Vitae, II, 10, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pawel_vi/encykliki/humane.html)

„Jeśli więc istnieją słuszne powody dla wprowadzenia przerw między kolejnymi urodzeniami dzieci, wynikające bądź z warunków fizycznych czy psychicznych małżonków, bądź z okoliczności zewnętrznych, Kościół naucza, że wolno wówczas małżonkom uwzględniać naturalną cykliczność właściwą funkcjom rozrodczym i podejmować stosunki małżeńskie tylko w okresach niepłodności, regulując w ten sposób ilość poczęć, bez łamania zasad moralnych […]”

(Humanae Vitae, II, 16, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pawel_vi/encykliki/humane.html)

Ujawnia się tu olbrzymie zaufanie Kościoła do małżonków, którzy – „zobowiązani dostosować swoje postępowanie do planu Boga-Stwórcy, wyrażonego z jednej strony w samej naturze małżeństwa oraz w jego aktach, a z drugiej – określonego w stałym nauczaniu Kościoła” (Humanae Vitae, II, 10, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pawel_vi/encykliki/humane.html) – podejmują decyzje dotyczące tego, co stanowi „ważną przyczynę”, „słuszny powód” dla powstrzymywania się od zbliżeń małżeńskich w dniach płodności.

_______

Uczciwość małżeńska to sprawa niełatwa, ale wartościowa. Rodzina, w której mąż i żona rzeczywiście stają się jednym ciałem, szanują swoją płciowość, są zawsze gotowi na przyjęcie daru nowego życia, cieszą się i zdumiewają swoimi dziećmi – taka rodzina wygląda jakoś inaczej; dzieci w takiej rodzinie są jakieś inne od dzieci wychowujących się w atmosferze niechęci wobec dzieci-„wypadków”, w atmosferze skażonej mentalnością antykoncepcyjną.

Czy mogę uczciwie powiedzieć własnemu dziecku, które już się narodziło: „Wiesz, istniejesz, bo akurat środek antykoncepcyjny »zawiódł«. Gdyby zadziałał »właściwie« nie powinno ciebie tu być”? Albo: „No, już jesteś, ale nie chcemy dla ciebie brata lub siostry; ty nam przeszkadzasz – jakoś to zniesiemy, ale twoje rodzeństwo byłoby już nie do przyjęcia”?

Trudno wierzyć w to, że rodzice, którzy stosują antykoncepcję, kochają swoje dzieci.

Czy postawa „Zawsze ciebie chciałem, ciągle jestem wdzięczny za to, że jesteś, zawsze będę otwarty na nowe życie” nie jest bardziej ludzka i po prostu lepsza?

_______

Warto wykorzystać czas na lekturę encyklik:

Pius XI, Casti connubii, http://www.nonpossumus.pl/encykliki/Pius_XI/casti_connubii/

Paweł VI, Humanae Vitae, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pawel_vi/encykliki/humane.html

Tutaj można zapoznać się z adhortacją apostolską Jana Pawła II o zadaniach rodziny chrześcijańskiej w świecie współczesnym:

Jan Paweł II, Familiaris Consortio, http://www.vatican.va/holy_father/john_paul_ii/apost_exhortations/documents/hf_jp-ii_exh_19811122_familiaris-consortio_pl.html

Rozwinięcie tematyki zasad etyki seksualnej, omówienie znaczenia tego, co jest naturalne, a co przeciwne prawu naturalnemu oraz rozważanie na temat relacji między małżeństwem a celibatem, znajdziemy w książce Karola Meissnera OSB Wiara i płeć:

Karol Meissner OSB, Wiara i płeć, Poznań 2003, rozdział 4: Zasady etyki seksualnej a antykoncepcja, s. 43-74

O historii nauczania Kościoła na temat NPR można poczytać tutaj:

Brian W. Harrison, Is Natural Family Planning a ‚Heresy’?, http://www.rtforum.org/lt/lt103.html

Część katolików – przyjmujących nauczanie Kościoła w kwestii metod NPR – osobiście ich nie stosuje i podchodzi do nich z dużą ostrożnością. Tę kwestię porusza w serii tekstów Ted Turner:

Ted Turner, Tuscan Orchard – An Un-Aesthetic Tale, http://www.thecontrariansreview.com/Feature_a1.html

Ted Turner, Opening Questions, http://www.thecontrariansreview.com/Feature_a2.html

Ted Turner, What is Human Action?, http://www.thecontrariansreview.com/feature_a3.html

Papież Pius XII w przemówieniu do położnych zaznaczył:

“The mere fact that husband and wife do not offend the nature of the act and are even ready to accept and bring up the child, who, notwithstanding their precautions, might be born, would not be itself sufficient to guarantee the rectitude of their intention and the unobjectionable morality of their motives. […] Serious motives, such as those which not rarely arise from medical, eugenic, economic and social so-called ‘indications,’ may exempt husband and wife from the obligatory, positive debt for a long period or even for the entire period of matrimonial life. From this it follows that the observance of the natural sterile periods may be lawful, from the moral viewpoint: and it is lawful in the conditions mentioned. If, however, according to a reasonable and equitable judgment, there are no such grave reasons either personal or deriving from exterior circumstances, the will to avoid the fecundity of their union, while continuing to satisfy to tile full their sensuality, can only be the result of a false appreciation of life and of motives foreign to sound ethical principles.”

Pope Pius XII, Address to Midwives, 29 October 1951, http://www.fisheaters.com/addresstomidwives.html

Ryan Grant tak opisał podejście swoje i swojej żony do otwartości na każde nowe dziecko:

“Contrast that [Pius XII’s teaching] with those who want to say that you are reckless if you have more than say 7, or 8, or that having too many children will lessen the attention that all of them get, or that we need to be regulating our births for greater discipline (someone told me that last one!). At the very beginning, my wife and I determined, for ourselves and our marriage, not for anyone else, not our interpretation of the magisterium, but for us, that NFP seemed to be an affront to the trust in God necessary not only for our sanctification and salvation. Others may decide differently, and some may use it to get pregnant, of course. That’s not my business. Yet what seems clear, is among some there is an NFP cult that has embodied the same mentality as Planned Parenthood but cloaked it in Catholic language, perhaps even innocently, which eats away at the framework of the family, and at the least, it represents a denial of God’s providence. […]

All in all, as with everything in modern culture, we need a return to trusting in the providence of almighty God, and not in ourselves, not merely for our needs, but also for the most intimate things which we believe we have under our control, because they are not under our control, but under God’s.”

Ryan Grant, Humanae Vitae: 40 years, http://athanasiuscm.blogspot.com/2008/08/humane-vitae-40-years.html

Warto zapoznać się z komentarzami do tekstu – szczególnie z tym, co napisała Lefdawg.

_______


Wśród „ważnych przyczyn” skłaniających małżonków do okresowego powstrzymywania się od współżycia płciowego wymienia się czasem „powody ekonomiczne”, „trudności finansowe”. Współcześnie trudniej spotkać rodziny, w których byłoby pięcioro, sześcioro albo więcej dzieci, mimo że – jakby się zdawało – „standard życia” (jeśli chodzi o jego wymiar materialny) jest dziś wyższy niż dawniej.

Jackowi Salijowi OP przedstawiono niegdyś następujący problem: „Jest takie powiedzenie: Pan Bóg daje dzieci, da i na dzieci. Czy można sobie wyobrazić, żeby ktoś mówił to na serio? Czy faktycznie są to słowa prawdziwej wiary? Chyba bardziej świadczą one o nieodpowiedzialnej niefrasobliwości! A może istotnie ktoś może mieć wiarę tak wielką, że wpływa ona nawet na jego sytuację materialną?”

Ojciec Jacek Salij napisał w odpowiedzi:

„Pomoc Boża ani nie zastępuje pracy człowieka, ani nie jest jej uzupełnieniem. Kiedy bowiem modlimy się o pomoc Bożą, prosimy Boga o to, żeby naszą pracę i w ogóle całą naszą sytuację zechciał umieścić w tej przestrzeni, w której wszystkie sprawy człowieka uzyskują swój najgłębszy sens i najgłębszą moc. Wprawdzie to ja pracuję nad sobą, to ja pokonuję trudności, przeżywam nieszczęście itp. – a jednak z Boga to jest, że wszystkie te konkretne sytuacje nie są ode mnie większe, ale ja nad nimi panuję i właśnie przez nie zbliżam się do życia wiecznego.

Opatrzności Bożej nie należy więc rozumieć w taki sposób, jak gdyby to była siła działająca obok naturalnych układów przyczynowo-skutkowych, ingerująca niekiedy w te układy, zawieszająca ich działanie itp. O Opatrzności trzeba myśleć raczej jako o Kochającym Bogu, który przenika swoją transcendentną wobec wszystkiego wszechobecnością wszystko, co istnieje, z całą pieczołowitością dla natury wszelkiego bytu (do tego stopnia, że Wszechmocny znosi, jak nadużywamy swojej wolności, nawet jeśli krzywdzimy bezbronne dzieci). Zarazem jednak Opatrzność jest ostatecznym dnem wszystkiego, co istnieje, jest więc również ostatecznym dnem wszelkich układów przyczynowo-skutkowych, w jakie jesteśmy zanurzeni: nie uwalnia nas z nich, ale pozwala nam je wspaniale przekraczać, nawet jeśli są nam one wrogie. Do nas należy takie kształtowanie struktur przyczynowo-skutkowych, żeby pracowały one raczej na naszą korzyść niż przeciwko nam; ale nawet jeżeli jakieś przyczyny działają przeciwko nam i nie jesteśmy w stanie tego zmienić, z każdego miejsca i w każdym momencie człowiek ma bezpośredni dostęp do Opatrzności, która ma moc tak nas uzdolniać, że w ostatecznym wymiarze wszystko, nawet najbardziej złowrogie siły, będzie pracowało dla naszego dobra ostatecznego.

Pyta Pani, co myśleć o powiedzeniu: »Pan Bóg dał dzieci, da i na dzieci«. Skąd się wzięło takie powiedzenie? Czuję w tych słowach ciężkie troski wielu małżonków, którym trudno było przyjąć następne dziecko i którzy prawie już nie wiązali końca z końcem. Słowa te wyrażały ich wiarę, że – jakby na przekór faktom – świat jest naprawdę Boży i jego ostatecznym dnem jest jasność, a nie ciemność. Słowa te wydają mi się bardzo dalekie od pustej niefrasobliwości, przebija z nich głęboka wiedza o znojnej pracy na chleb powszedni. Człowiek, który w wierze wypowiedział takie słowo, nie chciał się wymigiwać od tej pracy. On tylko wierzył, że jego praca oraz sprawiedliwość, jaką Bóg wzbudza w ludzkich sercach, wystarczą, żeby jego dzieciom nie zabrakło chleba.

Tego ostatniego motywu nie podkreśliliśmy jeszcze w naszym opisie, czym jest wiara w Opatrzność. Mianowicie – jednym z elementów wiary w dobrotliwą opiekę Opatrzności jest wiara w naszych bliźnich: Jeśli świat jest Boży, a wszyscy ludzie są Bożymi stworzeniami, to przecież egoizm, kłamstwo i przemoc na pewno nie są ostatecznymi zasadami, którymi rządzi się ród ludzki. Chociaż wiele jest w nas grzechu, przecież wiele też w nas dobrej woli, poświęcenia, pragnienia sprawiedliwości. To jest znak naszego pochodzenia od Boga, że jesteśmy zdolni do dobroci i solidarności. Bóg swoją Opatrzność nad nami sprawuje również przez innych ludzi: przecież od Boga to mamy, że jesteśmy zdolni do dobrego.”

(Jacek Salij OP, Boża Opatrzność a sprawy materialne, http://mateusz.pl/ksiazki/js-sd/Js-sd_17.htm)

Pytanie o to, czy i jak mąż i żona podołają swoim obowiązkom wobec dzieci i na przyjęcie ilu dzieci są gotowi, w ogólniejszym wymiarze dotyka jednego z centralnych zagadnień dotyczących dążeń i motywów postępowania każdego człowieka. Czy będę starał się podchodzić do życia w nieco strachliwy sposób, koncentrując się na obawie, że „ja sobie nie poradzę”? Czy też raczej w pierwszej kolejności będę się troszczył się o to, aby postępować dobrze, czynić to, co do mnie należy – a reszta w pewien sposób zostanie mi „dodana”?

_______

I tu mamy miejsce na jeszcze jeden cytat z Chestertona w znakomitym, jak zwykle, tłumaczeniu Jagi Rydzewskiej:

„»Czy kobiety, żyjące w warunkach gorszych niż zwierzęta, koniecznie muszą mieć po tuzin dzieci?« – z listu czytelnika do gazety. W naszym piśmie [„G.K.’s Weekly”] chcielibyśmy docierać do sedna spraw, toteż gratulujemy czytelnikowi tego pytania, które istotnie trafia prosto w sedno. […] Czytelnik nie zaczyna swego rozumowania od wizji normalnej ludzkiej rodziny, i nie pyta następnie, w jakich warunkach ta rodzina powinna żyć. Odwrotnie – zaczyna od warunków, w jakich ta rodzina już żyje, od ponurych slumsów w ponurym mieście, i dochodzi do wniosku, że w takim razie ta rodzina w ogóle nie powinna być rodziną.”

(Gilbert Keith Chesterton, Dzieci ze slumsów, http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=kl&dat=20080411&id=kl12.txt)

Może warto bardziej starać się o stworzenie młodym osobom lepszych niż obecnie warunków do zakładania rodzin i posiadania dzieci? Może bardziej nastawić się na pomoc osobistą, bezpośrednią, a mniej liczyć na „instytucje”, „organizacje” i „struktury”?

Rodzice i dzieci, którym pod względem materialnym jest ciężko, którzy nie mają idealnych warunków mieszkaniowych – ale którzy się kochają, którzy razem jedzą posiłki, którzy wiedzą, że mogą liczyć na wzajemne wsparcie, którzy odnoszą się do siebie z życzliwością, zainteresowaniem, którzy widzą w sobie kogoś bliskiego – mają w sobie jakąś wewnętrzną radość. Nawet jeśli niekoniecznie wyrażają ją słowami. Może dlatego, że tej radości słowami do końca wyrazić się nie da.

_______


Metalurg87 zadał pytanie: „Panie Łukaszu, czy uważa się Pan za libertarianina?”

Tak.

Spośród przyjaciół idei wolnościowej szczególnym szacunkiem darzę agorystów – którzy łączą głoszoną teorię z praktycznym działaniem.

_______

Wypada powrócić jeszcze do prób sterowania zachowaniami ludzi przez żądne krwi media. W lecie 2008 r. te same środki przekazu, które wychwalały pod niebiosa Agatę Mróz – która uważała nienarodzone dziecko za człowieka – niedługo później nawoływały do zamordowania nienarodzonego dziecka pewnej nastolatki. Autorzy tych apeli jakby nie widzieli w swoich zachowaniach żadnej sprzeczności.

Czy ci konkretni, znani z imienia i nazwiska ludzie, którzy w znacznej mierze przyczynili się do zamordowania dziecka „Agaty”, zastanawiają się nad tym, co zrobili, czy interesują się dalszymi losami tej biednej dziewczyny, czy są przy niej, czy służą jej pomocą? Co jej powiedzą, co zrobią dziś, jutro, za tydzień, miesiąc, rok, za dwa lata, za pięć? Przecież to, do czego przyłożyli rękę, będzie się przypuszczalnie za „Agatą” ciągnęło do końca życia.

_______

„Gość Niedzielny” opublikował wspomnienie kobiety, która uległa naciskowi psychicznemu swojej matki, przymuszającej ją do „usuwania” kolejnych dzieci. Tekst pomaga uzmysłowić sobie, jak wielką wagę należy przykładać do tego, jakie postawy proponuje się w szczególności osobom najbliższym i w jakim stopniu jeden człowiek może wpływać na drugiego – dla jego dobra lub zniszczenia.

(Renata Manikowska, Zabiłam cztery razy, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZR/gn200825-agata1.html (tekst opublikował „Gość Niedzielny”, 22 VI 2008, s. 19))

_______

Dostępne dane statystyczne mówią o tym, że obecnie rocznie rodzi się na świecie około 150 milionów osób. W tym samym czasie dokonuje się około 50 milionów aborcji. (Por. http://en.wikipedia.org/wiki/Abortion oraz UN Reports 45 Million Abortions Per Year Worldwide, http://www.cwnews.com/news/viewstory.cfm?recnum=57)

Przyglądając się tym liczbom, warto zdawać sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie orzec o ich wiarygodności. We wspomnianych badaniach nie uwzględniono na przykład aborcji dokonywanych za pomocą pigułek wczesnoporonnych. Ponadto do danych statystycznych podawanych przez funkcjonariuszy państwowych lub ponadpaństwowych (np. Unii Europejskiej czy Organizacji Narodów Zjednoczonych) trzeba zawsze podchodzić z podwójną dozą ostrożności. Trudno przypuszczać, aby ludzie działający jako funkcjonariusze instytucji z zasady promujących morderstwa i rabunek mieli jakieś moralne opory przed fałszowaniem wyników badań.

_______

Każdy dzień potwierdza, że jakiekolwiek próby chodzenia na kompromis z funkcjonariuszami państwa – organizacji, u której podstaw stoi łamanie zakazów zabijania oraz kradzieży – są skazane na niepowodzenie. Współdziałanie z państwem, odwoływanie się do funkcjonariuszy państwowych, układanie się z nimi, próby „przyklepania” czegokolwiek drogą „ustawy” skutkują tylko utwierdzaniem tych ludzi w przekonaniu, że wolno im „rządzić” – podczas gdy nie mają ku temu żadnych moralnych podstaw.

Część katolików na Filipinach wzięła udział w akcji zbierania miliona podpisów pod protestem przeciw uchwalaniu „ustawy o zdrowiu reprodukcyjnym i rozwoju populacji” (Reproductive Health and Population Development Act of 2008). Część prowadziła czuwania przed siedzibą Izby Reprezentantów, mając na celu dokładne monitorowanie przebiegu prac nad proponowanym aktem „prawnym”. (Por. Genevieve Pollock, Philippines Threatened By a 2-Child Policy, http://www.zenit.org/article-23673?l=english)

Projekt definiuje „idealną wielkość rodziny” jako trzy lub cztery osoby (rodzice lub jeden z rodziców oraz dwoje dzieci) i przewiduje represje (porwanie i uwięzienie lub grzywna) wobec tych, którzy – jak to określa sekcja 21 podpunkt e) – będą szerzyć „dezinformację” na temat celów i zapisów tej ustawy (“Any person who maliciously engages in disinformation about the intent or provisions of this Act.”) Niejako za jednym zamachem usiłuje się wprowadzić w życie projekt inżynierii społecznej i niszczyć wolność słowa.

Niektóre sformułowania użyte przed autorów projektu mogą być nastawione na uśpienie czujności osób, których dotyczą zapisy ustawy. Czytamy:

„Ideal Family Size. – The State shall assist couples, parents and individuals to achieve their desired family size within the context of responsible parenthood for sustainable development and encourage them to have two children as the ideal family size. Attaining the ideal family size is neither mandatory nor compulsory. No punitive action shall be imposed on parents having more than two children.”

(Full text of House Bill No. 5043 (Reproductive Health and Population Development Act of 2008), http://jlp-law.com/blog/full-text-of-house-bill-no-5043-reproductive-health-and-population-development-act-of-2008/)

Jeśli zgodzimy się na to, aby pewna grupa ludzi miała prawo ustalać, przykrawając wszystkie osoby według jednego wzorca, jaka jest „idealna wielkość rodziny”, to nie dziwmy się, że – korzystając z powszechnego przyzwolenia na swoją działalność – na przykład jutro lub za tydzień ludzie owi ustalą, że „idealna wielkość rodziny” to trzy osoby albo zero osób. Jeśli poważnie traktujemy człowieka, który pisze na kawałku papieru, że „osiągnięcie idealnej wielkości rodziny nie jest przymusowe” i „nie będzie karane” – to milcząco przystajemy na to, że ten sam człowiek jutro napisze „osiągnięcie idealnej wielkości rodziny jest przymusowe” i użyje siły fizycznej, aby doprowadzić do zrealizowania zaplanowanego „ideału”.

Dlaczego ci, którzy usiłują z funkcjonariuszami państwowymi „negocjować”, dziwią się, że nie daje to pożądanych rezultatów?

Jeśli z góry dobrowolnie przyznajemy funkcjonariuszom państwowym prawo do decydowania o życiu, śmierci i własności człowieka, to inne rzeczy stanowią tylko wynik tej podstawowej decyzji. Warto zacząć zmiany na lepsze od ponownego przemyślenia i określenia fundamentów. Jeżeli zarówno zwolennik ochrony życia nienarodzonego człowieka jak i jego przeciwnik poruszają się w obszarze „myślenia etatystycznego”, będą w stanie spierać się wyłącznie o to, kogo będzie się za ich przyzwoleniem mordować i okradać – ale nie będą mogli uczciwie powiedzieć, że z zasady nie zgadzają się na niesprawiedliwe zabójstwa i nieuczciwe pozbawianie ludzi własności.

Jak zatem reagować na niemoralne działania takich samozwańczych „regulatorów” – ludzi, którym wydaje się, że mają prawo decydować, komu wolno żyć, komu wolno co mówić, komu funkcjonariusze państwowi pozwolą żyć w miarę spokojnie, a kogo porwą, zamkną do więzienia, okradną albo zabiją?

Najskuteczniejszą chyba metodą byłby bojkot, powstrzymywanie się od jakiegokolwiek współdziałania z tymi niemoralnymi osobami. Do realizacji takiego zamierzenia potrzeba przede wszystkim jak największej liczby rodzin, których członkowie są ze sobą silnie związani oraz skutecznego działania na poziomie lokalnym. Ludzie mający oparcie w najbliższych, osoby mogące w razie potrzeby liczyć na pomoc sąsiadów nie potrzebują wykorzystywać uzurpatorskiej „władzy” państwa do realizowania powierzonych sobie zadań. Jeśli na poziomie rodzin, społeczności lokalnych poszczególne osoby będą przekonane o możliwości i sensie pokojowej, dobrowolnej współpracy, wyrażą gotowość do akceptacji istnienia każdego nowego człowieka, dostrzegą rozbudowaną i bardzo logicznie powiązaną sieć zależności między sakramentalnym małżeństwem, czystością, wiernością, otwarciem na każde nowe życie, opieką nad tymi, których inni się wyrzekli, których porzucili – wtedy grupa pewnych osób, tytułujących się „posłami”, „królami”, „senatorami”, „regentami”, „reprezentantami narodu” nie zdoła im narzucić fałszywego widzenia świata ani zmusić do przestrzegania niemoralnych zarządzeń. Społeczeństwo silne rodzinami nie będzie przejawiało tak wyraźnych jak dziś samobójczych skłonności etatystycznych. Dzieci wychowywane w atmosferze miłości, przyjaźni, współpracy i odpowiedzialności z większym prawdopodobieństwem przejawią w późniejszym życiu skłonności do rozsądnego postępowania i samodzielności. Do tego, co usiłują robić funkcjonariusze państwowi, odniosą się raczej z nienawiścią i pogardą niż bezkrytyczną aprobatą. Nigdy nie staną się funkcjonariuszami państwowymi. Dostrzegą, że państwo to zło niekonieczne. Nie odczują potrzeby odwoływania się w jakiejkolwiek sprawie do próbującego wymuszać posłuszeństwo niemoralną przemocą państwowego żołnierza, policjanta, urzędnika, sekretarza, sekretarki, burmistrza, prezydenta, żandarma – po pomoc zwrócą się do matki, ojca, córki, syna, wuja, krewnego, przyjaciela, sąsiada, może do gotowego na to nieznajomego. Dostrzegą w sobie i innych – ludzi.

_______


Dopóki godzę się na to, że funkcjonariusz państwowy, a więc osoba działająca w oparciu o przemoc i kradzież, a nie poszanowanie wolności innych i dobrowolne umowy, ma jakiekolwiek prawo głosu w kwestii życia lub śmierci nienarodzonego człowieka, dopóty godzę się na rozwiązania takie, jak obowiązujące w drugiej połowie XX wieku w Jugosławii:

„Przed II wojną światową aborcja w tym kraju uznawana była za przestępstwo i podlegała karze. Sytuację prawną zmieniła dopiero ustawa z 1952 roku, a potwierdziła ją konstytucja z roku 1974. Aborcja stała się legalna, zaś życie dziecka znalazło się pod ochroną dopiero od momentu zaczerpnięcia przez nie pierwszego łyku powietrza, czyli od chwili wydania pierwszego krzyku. Dlatego w świetle prawa legalna była aborcja nawet w siódmym, ósmym, a niekiedy dziewiątym miesiącu ciąży. […] zdarzały się przypadki, iż wywoływano przedwczesny poród, a noworodkowi – zanim wciągnie powietrze w płuca i zapłacze – zatykano usta i topiono w wiadrze z wodą. Wszystko zgodnie z literą prawa.”

(Grzegorz Górny, Przestrogi abortera, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZR/przestrogi_abortera.html)

_______

W tworzeniu wspomnianego wyżej projektu legislacyjnego mającego obowiązywać na Filipinach wzięły udział International Planned Parenthood (Międzynarodowa Federacja Planowanego Rodzicielstwa) oraz United Nations Population Fund (Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych) (por. Genevieve Pollock, Philippines Threatened By a 2-Child Policy, http://www.zenit.org/article-23673?l=english).

Fakty te skłaniają do poważnego zastanowienia, czy jakikolwiek sens mają działania takie, jak na przykład wystąpienie Papieża Benedykta XVI na forum ONZ (Benedykt XVI, Przemówienie Benedykta XVI na forum Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, http://www.niedziela.pl/wiad.php?p=200804&idw=374). Członkowie tej organizacji oraz funkcjonariusze jej agend zdają się nie wykazywać absolutnie żadnej dobrej woli i otwartości na dialog; od lat konsekwentnie promują dostęp do usług związanych z tzw. „zdrowiem reprodukcyjnym” – pod tą nazwą kryje się m.in. finansowanie aborcji z pieniędzy skradzionych w podatkach. Czy dobrowolne uczestnictwo w wydarzeniach na forum ONZ nie skutkuje swego rodzaju uwiarygodnianiem tej przestępczej organizacji?

_______

Występowanie do funkcjonariuszy państwowych o „ochronę”, apele o pomoc w jakiejkolwiek sytuacji określanej mianem „kryzysowej” przedstawiają dość groteskowy widok. Często żąda się, aby tych samych ludzi, którzy wcześniej nie zapobiegli pojawieniu się „kryzysu” albo sami do niego doprowadzili, a usiłując go rozwiązać wywołali jeszcze większy chaos, wyposażyć w nowe, jeszcze szersze uprawnienia – aby „za następnym razem” wszystko zostało załatwione właściwie. Tym samym wysuwa się postulat, aby niemoralnej grupie ludzi, która zawsze dowodziła, że zależy jej wyłącznie na utrzymaniu władzy i trzymaniu uczciwych ludzi pod butem, dać nowe przywileje. To tak jakby państwowemu policjantowi, który zamordował niewinnego człowieka, strzelając do niego z pistoletu, wręczyć ze służalczym ukłonem karabin maszynowy – żeby „za następnym razem” zrealizował swoje zadania „skuteczniej”.

Historia pokazuje, że „kryzysy”, które funkcjonariusze państwowi celowo wywoływali albo którym biernie się przyglądali, zazwyczaj prowadziły do poszerzania zakresu władzy, jaką dysponowała ta uprzywilejowana w społeczeństwie etatystycznym grupa. Wojny, ataki terrorystyczne, planowa eksterminacja wybranych osób, nieustająca grabież prywatnej własności – te nieuniknione owoce działalności funkcjonariuszy państwowych oglądały niezliczone pokolenia na przestrzeni dziejów.

Funkcjonariusze państwowi wzniecają nienawiść między różnymi osobami (odwołując się np. do różnic religijnych lub narodowościowych), skrzętnie pilnując, aby każdy z uczestników sprowokowanego konfliktu odwoływał się jako do sędziów lub rozjemców właśnie do nich [do funkcjonariuszy państwowych]. W ten sposób status głównych odpowiedzialnych za kryzys ma pozostać nienaruszony, a ludzie mają się wzajemnie zabijać i nienawidzić dla kaprysu ich samozwańczych „panów”.

Ilu wojen, konfliktów między narodami, grupami religijnymi, ateistami a wierzącymi, rzezi plemiennych, kradzieży i innych dramatycznych wydarzeń dałoby się uniknąć, gdyby tylko powszechnie uznano tę prawdę, że każde morderstwo jest morderstwem – zarówno gdy dokonuje go bandyta „prywatny”, jak i bandyta-funkcjonariusz państwowy, a każda kradzież jest kradzieżą – zarówno gdy dopuszcza się jej bandyta „prywatny”, jak i bandyta-funkcjonariusz państwowy.

_______


Henry David Thoreau pisał: „Na tysiąc osób rąbiących gałęzie zła przypada jedna, która uderza w jego korzenie” (“There are a thousand hacking at the branches of evil to one who is striking at the root.” Cytat tłumaczony również jako: „Na tysiąc ludzi odrąbujących gałęzie zła tylko jeden karczuje korzenie” (por. http://en.wikiquote.org/wiki/Henry_David_Thoreau).)

Dopóki każdy z nas z osobna, a także jako pewna wspólnota, społeczność, wierzymy, że funkcjonariuszom państwowym wolno rościć sobie pretensje do decydowania o czymkolwiek i że nam (jako „tym dobrym”) uda się „wykorzystać” system etatystyczny albo „naprawić” go od środka, dopóty ta fikcja się utrzymuje.

Wielu obrońców życia wypowiadających się przeciw aborcji z pozycji religijnych wciąż jest przekonanych, że wolno czynić zło w celu osiągnięcia jakiegoś dobra – i w związku z tym stara się „wykorzystać” państwo – najbardziej zbrodniczą organizację w dziejach ludzkości – do ochrony życia nienarodzonych. Te próby są jednak skazane na niepowodzenie. Nie da się osiągnąć dobrych celów posługując się niegodziwymi metodami. Rozumiem, że pespektywa ogłoszenia przez aktualnie urzędujących funkcjonariuszy państwowych, że „państwo zakazuje aborcji” może wydawać się kusząca – ale jeśli zaprzeczymy tej prawdzie, że cel nie uświęca środków, to przegraliśmy już na starcie.

Czym grozi zatrucie myślenia ślepą wiarą w błędny dogmat o konieczności istnienia kogoś, kto niesprawiedliwą przemocą usiłuje regulować rozmaite obszary życia ludzkiego, doskonale ilustruje opublikowany w Gościu Niedzielnym wywiad, jaki przeprowadził z Jarosławem Gowinem (zwanym dalej Funkcjonariuszem) Jacek Dziedzina (zwany dalej Dziennikarzem) (Jacek Dziedzina, Kompromis albo horror – rozmowa z posłem Jarosławem Gowinem, http://goscniedzielny.wiara.pl/wydruk.php?grupa=6&art=1228469475&dzi=1207812935&katg=).

Rozmówcy koncentrują się na tematyce zapłodnienia metodą in vitro. Funkcjonariusz prezentuje postawę antykatolicko-etatystyczną, zaś Dziennikarz katolicko-etatystyczną. Funkcjonariusz twierdzi, że „dobre prawo musi być prawem kompromisowym” i z wyciąga stąd wniosek, że „Postulat całkowitego zakazu zabiegów in vitro jest zupełnie nierealistyczny i zamykałby drogę do przyjęcia jakichkolwiek regulacji prawnych”.

Funkcjonariusz popełnia błąd już na samym początku swego rozumowania. Według niego – jeśli jedna osoba opowiadałaby się za prawem do okradania pewnej grupy ludzi z siedmiu procent tego, co posiadają, a druga – z dwudziestu dwóch, to „kompromisowe”, „dobre” rozwiązanie polegałoby na uchwaleniu prawa do okradania ich z czternastu i pół, powiedzmy: piętnastu, procent ich własności.

Albo szanujemy własność prywatną (i potępiamy każdą kradzież) – albo godzimy się na rabunek (i dyskutujemy tylko o jego skali). W tym przypadku nie ma miejsca na kompromis.

Dobre prawo to wynik właściwego odczytania pewnych ludzkich powinności, zadań, słusznego rozeznania zasad pomagającym ludziom podejmować rozumne działanie – wolności, odpowiedzialności, własności. Może być skutkiem kompromisu, ale nie musi. Kategorie „kompromisowy” oraz „sprawiedliwy” są od siebie niezależne.

Funkcjonariusz utrzymuje, że „w sprawach bioetyki, a zwłaszcza w sprawie zapłodnienia in vitro, najgorsze jest utrzymanie stanu obecnego, czyli całkowitego braku prawa. Gdzie nie ma prawa – wszystko wolno. Każda regulacja poprawia zatem stan rzeczy.”

Takie, zdaje się, jest również stanowisko redakcji Gościa Niedzielnego, skoro zdjęcie ilustrujące artykuł opatrzyła podpisem: „Każda regulacja w sprawie in vitro będzie lepsza niż obecna sytuacja”.

Funkcjonariusz, któremu wydaje się, że można oddzielić postawy moralne wyznawane prywatnie od deklarowanych publicznie („[S]am nie skorzystałbym z metody in vitro. Ale prawo nie może wyrastać z przesłanek religijnych […]”), sugeruje przeznaczanie ukradzionych w podatkach pieniędzy na pewne działania (finansowanie zapłodnień metodą in vitro). Jego rozmówca, Dziennikarz, sprzeciwia się przeznaczaniu ukradzionych w podatkach pieniędzy na ten cel („[D]laczego jako podatnik miałbym współfinansować tak drogie zabiegi [in vitro] w sytuacji, gdy brakuje pieniędzy na refundację leków ratujących życie”), ale rzekomej legalności samej grabieży wcale nie kwestionuje.

Obserwujemy klasyczną sytuację niepotrzebnego sporu, którego przyczynę opisał Stefan Molyneux w tekście pod tytułem Broń w pokoju: „Prawda jest taka, że absolutnie nie obchodziły mnie poglądy tej kobiety na kwestię edukacji – tak jak jej absolutnie nie obchodziły moje – ale musieliśmy debatować, ponieważ nie wolno nam posiadać odmiennych poglądów bez ryzyka, że jedno z nas zostanie rozstrzelane. To była istota sprawy i jak długo nie uznaliśmy tego faktu, tak długo nasza dyskusja nie prowadziła do niczego” (Stefan Molyneux, Broń w pokoju, http://luke7777777.blogspot.com/2007/08/tumaczenie-stefan-molyneux-bro-w-pokoju.html).

W podejściu prezentowanym obecnie przez obu dyskutantów dostrzegamy jakieś chore, nienaturalne dążenie do odgórnego regulowania życia „mas ludzkich”, tysięcy nieznajomych osób, spośród których co najmniej część wcale nie życzy sobie cudzej ingerencji opartej o agresję.

Mniej narzucanych przemocą regulacji, a więcej życia; mniej odgórnych nakazów egzekwowanych siłą przez „drabów, [p]olicyjantów różnych, żandarmów, konstabów”, a więcej bezpośredniego kontaktu, rozmowy, osobistego i wspólnego zastanawiania się nad tym, jaka jest prawda, jak należy postąpić w konkretnej sytuacji życiowej; zaprzestanie prowadzenia przez funkcjonariuszy państwowych zorganizowanej grabieży prywatnej własności – to pomogłoby obrońcom życia i godności każdego człowieka w działaniu, a z całą pewnością byłoby lepsze niż nawoływanie do rozstrzygania sporów poprzez łamanie zasady nieagresji.

W wolnościowym społeczeństwie prawa prywatnego Jarosław Gowin mógłby porzucić schizofreniczne podejście, przejawiające się w tym, że uważa się za katolika „prywatnie”, ale już nie „publicznie” – wesprzeć swoimi pieniędzmi i słowem osoby i dobrowolne inicjatywy nakierowane na ochronę godności ludzkiej i praw każdego człowieka. W wolnościowym społeczeństwie prawa prywatnego Jacek Dziedzina mógłby porzucić schizofreniczne podejście, przejawiające się obecnie w tym, że zachęca do respektowania zakazu zabijania w odniesieniu do ludzi nienarodzonych, jednocześnie zgadzając się na mordowanie osób już narodzonych (por. opis sekwencji zdarzeń wynikających z niepodporządkowania się państwowej przemocy w artykule Stefana Molyneuxa Broń w pokoju (Część 2) – Subordynacja to nie wolność: Stefan Molyneux, Broń w pokoju (Część 2) – Subordynacja to nie wolność, http://luke7777777.blogspot.com/2007/08/tumaczenie-stefan-molyneux-bro-w-pokoju_06.html), a pośrednio także i nienarodzonych (Jacek Dziedzina, popierając istnienie funkcjonariuszy państwowych, przystaje na mordowanie pewnych kategorii ludzi – np. poczętych w wyniku gwałtu; zgadzając się na niemoralną działalność funkcjonariuszy państwowych, tym samym godzi się z narzucanymi przez nich regulacjami – a kto zaręczy, że

11 comments

  1. Czytelnik

    Panie Łukaszu litości , niech pan skróci swój nick 🙂 Zresztą i sam artykuł można było podzielić na kilka części . bo nie wiadomo do czego się odnosić.

  2. jaś skoczowski

    post jest za długi na to, by ludzie zajęci czymkolwiek innym czytali go w całości, ale i ta część, którą przeczytałem, zawiera błędy.

    Autor napisał:”Nie – nie w imię wolności oznaczającej możliwość czynienia wszystkiego, co nie narusza wolności innych osób – aborcja z pewnością narusza prawo człowieka do życia.”

    prawo do życia jest prawem tylko wtedy, gdy może je ktoś świadomie realizować. w przypadku płodu jest najprawdopodobniej tak, że świadomości nie posiada przynajmniej w pierwszym trymestrze. stąd jego prawo do życia musi mieć inne, niż wolnościowe podłoże. śpieszę (bo znam pewne schematy odpowiedzi) z wyjaśnieniem, że tak, to może dotyczyć też noworodka. tylko, że noworodek nie narusza tak wolności, jak płód. można go porzucić i to nie zabijając go. stąd wolność pozostaje wyżej jako wartość, od życia. a życie i wolność to nie to samo. życie jest niezbędne, by być wolnym, ale nie jest wystarczające.

    chciałbym też, żeby Autor wytłumaczył mi, co jest bardziej naturalnego w stosowaniu świadomym tzw. metody kalendarzykowej w odróżnieniu od kondomów lub pigułek. i jedno jest pewnych, intencjonalnym działaniem. dlaczego to owulacja ma być wyrazem natury kobiety, an ie umiejętność świadomego i celowego działania?

  3. jaś skoczowski

    wkradł się błąd, nie wpisałem jednego słowa. w moim komentarzu napisałem:”prawo do życia jest prawem tylko wtedy[…]” a chciałem napisać: jest prawem wolnościowym.

  4. butters

    I jeszcze w kwestii aborcji.
    Wciąż fundament problemu jest ten sam i jakoś nikt nie może go wyjaśnić, ani rozbić. Niech mi koledzy prolife udowodnią, że płód jest człowiekiem.
    Inaczej mówiąc, niech wskażą cechy, które wyróżniają człowieka i które są wspólne dla każdego człowieka. Które są podstawą człowieczeństwa, jego istoty, esencji, czy czego tam chcecie (a co nie istnieje, ale spoko:)).
    A potem niech wykażą, że z tych cech (i żadnych innych) wynikają niezbywalne prawa.
    I, żeby uprzedzić Kamila, argumentacja:
    „Płód jest człowiekiem, więc przysługują mu takie same prawa jak człowiekowi”
    jest niepoprawna.
    Naprawdę o to proszę. Podajcie definicję człowieka.

    Jaka ona będzie?
    Bo mi się wydaje, że wyjdzie nam taka definicja człowieka, z której nijak nie będzie można wywnioskować, że temu właśnie stworzeniu należy się przywilej życia. Niechybnie wyjdzie nam, że człowiek w kontekście moralności jest jak roślina. Że można go zdeptać.
    Taki humanizm, panowie.

  5. Marcin

    butters napisał: „Niech mi koledzy prolife udowodnią, że płód jest człowiekiem.”

    To akurat jest dość proste: płód jest organizmem żywym; każdy organizm należy do jakiegoś gatunku, w tym przypadku to homo sapiens, potocznie: człowiek.

  6. Bob

    „Niech mi koledzy prolife udowodnią, że płód jest człowiekiem.”

    „Naprawdę o to proszę. Podajcie definicję człowieka.”

    A może Ty sam podasz jakąś definicję i udowodnisz że jesteś człowiekiem?
    Niezależnie od tego jaka to będzie definicja, ja i tak wiem, że jestem człowiekiem i że moje dziecko – niezależnie od tego czy od jego poczęcia minął dzień, miesiąc czy 10 lat – też jest człowiekiem.

  7. qatryk Post author

    butters – czy niemowle jest samodzielne i przeżyje bez opieki? Po mojemu raczej nie a chyba da rade nazwać niemowlaka człowiekie.
    W swojej niewypowiedzianej definicji zakładasz że rozpatrujesz dane życie w jednej chwili, w jednym momencie czasowym a to jest moim zdaniem błąd.
    Dla mnie człowiek to wszystkie te jego etapy rozwoju w których w którymś z punktów strzałki czasowej ten byt może samodzielnie decydować o sobie. To że w jednym z etapów rozwoju jest kompletnie uzależnione od innego bytu nic nie zmienia. Tak samo jak niedołęrznego starca, który w zasadzie jest już li tylko warzywem, bo nastapił np. całkowity paraliż jego ciała, mózg praktycznie działa tylko na zasadzie emocji a nie racjonalnych osądów itd, dalej nazywamy człowiekiem.

    Rzecz oczywiście w tym czy dopuszczamy zabicie takiego zależnego bytu. Ja dopuszczam. Wręcz dopuszczam to aby gdy niemowleciem niechce się nit zająć i niemowle mogło byc uśmiercone. W zasadzie nie tyle mogło bo takie rzeczy się dzieją zwyczajnie i nikt na to nie zwraca uwagi. I dobrze. Z takiego zoologicznego punktu widzenia, oczywiście.

    Z punktu widzenia moralnego jest to zło. I poprzez własnie zaszczepianie moralności w ludziach z nim należy walczyć, żadnymi innymi metodami. Z tego co zrozumiałem Łukasz też właśnie o tym napisał – może w mniej drastyczny sposób ale własnie o to chodzi.
    Nie ma problemu zabić niemowlaka o którym nikt nie wie że w ogóle istnieje. Ale ludzie tego nie robią – w przeważającej większości nie dlatego że boją się że ktoś ich za to ukarze; nie robią tego bo mają sumienie i tkwi w nich jakieś tam prawo moralne.

  8. butters

    No właśnie nie. Nie mam żadnej definicji człowieka ani wypowiedzianej ani niewypowiedzianej.
    W skrócie:
    Marcin popełnił ten sam błąd logiczny, o którym pisałem wcześniej. Poza tym świadomie, czy nie, pominął kontekst w jakim zadaję pytanie oraz rozwinięcie (te słowa po „inaczej mówiąc…”).
    Kamil jak zwykle wykazał się brakiem błyskotliwości, natomiast qatryk po prostu chybił. Najśmieszniejszy zaś był Bob, który powiedział ni mniej ni więcej: „płodu nie można zabić i chuj”. Jak wariat twierdzi, że jest Napoleonem Bonaparte, to jest nim, czy nie? 😉 Pytanie filozoficzne.

    A teraz do rzeczy. Naprawdę nie sądzę, że napisałem coś bardzo skomplikowanego. Mało tego, nie sądzę, żeby takie podanie definicji człowieka, o którą usilnie proszę, było dla prolife’ów czymś trudnym. Jeżeli tak jest, proszę skończcie z tym pierdoleniem o człowieczeństwie i posłuchajcie qatryka (w jakimś tam stopniu oczywiście).
    Dlatego ponawiam prośbę o taką definicję człowieka, która zawierałaby wszystkie te cechy, z których wnioskujemy o prawach naturalnych oraz które będą wspólne dla płodu i dla dorosłego człowieka. I proszę wykazać, że płód te cechy posiada.
    Już wam powiem, jak się to skończy. Będzie trzeba odrzucić w ogóle kategorię człowieczeństwa (tylko w tym sporze oczywiście). Będzie niepotrzebna, będzie powodować logiczne nieporozumienia itd., natomiast celem prolife’ów będzie wykazanie, że z jakichś cech płodu wynikają prawa naturalne.
    Jeszcze raz powtarzam, że argumentacja na zasadzie: „płód jest człowiekiem, zatem ma, tak jak człowiek, prawa naturalne” jest logicznym błędem. Tyle razy to wyjaśniałem, że już mi się nie chce. Najlepiej sobie poczytać, co mówił Mill o dedukcji i indukcji. A jak ktoś będzie miał czas to polecam Carnapa. Wszystko ładnie wyjaśnione.
    Co zaś do zarzutu o rozpatrywanie człowieka w jednym momencie, o „nierozciągłość”, to niestety nie ma racjonalnych, językowych narzędzi, by tego dokonać. Budowa definicji człowieka musi się opierać na tym wszystkim, co buduje definicję szklanki, młotka, płyty CD, na cechach wspólnych każdemu człowiekowi, czy w przypadku szklanki – każdej szklance.

    I dodam jeszcze, że „niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” to największa bzdura, jaką Kant napisał. Na szczęście poza tym pisał bardzo do rzeczy.
    Acha, kiedy domagam się definicji, to nie znaczy, że uważam, że ona istnieje. Przyjmuję strategię świadomego esencjalizmu, którego jestem wrogiem, a na którym wspiera się libertarianizm i konliberalizm.

    A na koniec, pytanie poza problemem. Prawo do życia wynika z niezależności? Bo jeśli tak, to qatryk właśnie udowodnił, że cała teoria praw naturalnych jest po prostu gówniana, niewrażliwa i niebezpieczna. 😉

  9. qatryk Post author

    „Będzie trzeba odrzucić w ogóle kategorię człowieczeństwa (tylko w tym sporze oczywiście). Będzie niepotrzebna, będzie powodować logiczne nieporozumienia itd.,”
    no bo to tak czy inaczej jest to kategoria abstrakcyjna wymykająca się logice.

    „Co zaś do zarzutu o rozpatrywanie człowieka w jednym momencie, o “nierozciągłość”, to niestety nie ma racjonalnych, językowych narzędzi, by tego dokonać. Budowa definicji człowieka musi się opierać na tym wszystkim, co buduje definicję szklanki, młotka, płyty CD, na cechach wspólnych każdemu człowiekowi, czy w przypadku szklanki – każdej szklance.”
    ale życie wymyka się takiemu definiowaniu. Albo inaczej jeżeli masz krzem w jakis tam warunkach naturalnych nie powstanie z niego szklanka ot tak, do tego potrzeba ingerencji człowieka. Albo jeszcze inaczej – wino nie staje sie winem gdy winogron odpowiednio nie przygotujemy. Ale proces w którym już ten wywar jest w beczce prowadzi do samoistnego wytworzenia dobrego wina – dla mnie sam wywar tez już jest winem gdyż gdy pozostawiasz go naturze nieuchronnym jest że będzie on miłym napojem w przyszłości, nic juz nie trzeba robić tylko czekać a czas jest dla nas jedynie abstraktem który w naszej świadomości umożliwia zaistnienie procesu.
    Zatem jedynym momentem zgodnym z naturą w którym mamy wpływ na zaistnienie życia jest moment poczęcia i czy do niego dopuścimy czy nie.
    Kiedy powstaje życie rozwija się ono samo – tak jak szklanka po wyprodukowaniu przez człowieka pozostaje szklanka póki w ten czy inny sposób się nie rozpadnie tak coś co jest życiem (i tu właśnie nie jest istotne że to życie ewoluuje dopiero) nie potrzebuje już de facto żadnej ingerencji. Oczywiście potrzebuje pożywienia, potrzebuje opieki itd ale samo z siebie sobie poradzi. A wręcz nie mamy juz de facto żadnego wpływu w jaki sposób ewoluuje.

    „I dodam jeszcze, że “niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” to największa bzdura, jaką Kant napisał. Na szczęście poza tym pisał bardzo do rzeczy.”
    Mógłbys to rozwinąc bo mi sie to w sumie bardzo podoba, ale może to jakieś zdanie wyrwane z kontekstu i nie do końca wiem co Kant de facto miał ma mysli.

    „Acha, kiedy domagam się definicji, to nie znaczy, że uważam, że ona istnieje.”
    Tu troche wróce – ja nie uważam że istnieje definicja człowieka. Opieram sie jedynie na intuicji a jej nie da rady zdefiniować. Inaczej mówiąc mam sobie siebie, siebie uważam za człowieka i to jest intuicja. Teraz sobie moge juz logicznie na zasadzie indukcji definiowac inne „obiekty” rzeczywistości jako cżłowieka. Tu pojawia sie logika o której mozemy dyskutować. O samej definicji człowieka chyba nie warto.

    „A na koniec, pytanie poza problemem. Prawo do życia wynika z niezależności? Bo jeśli tak, to qatryk właśnie udowodnił, że cała teoria praw naturalnych jest po prostu gówniana, niewrażliwa i niebezpieczna. ;)”
    Tu nie koniecznie chodzi o niezalezność. Po mojemu jak chyba zdążyłes sie zorientowac, nie ma czegos takiego jak prawo do życia. Tzn jest o ile wynika z naszego sumienia. Ale obiektywnie patrząc zoologicznie czegoś takiego nie ma.

  10. Kamil

    butters potwierdziles wlasnie moje przypuszczenia do co tego kim jestes.

    jak sadzilem, nikim wartego zainteresowania lub powaznej filozoficznej dyskusji, kims w rodzaju Dornowskiego wyksztalciucha.

    „I dodam jeszcze, że “niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” to największa bzdura, jaką Kant napisał.”

    ale rozumiesz chociaz co mial przez to na mysli?

    watpie..

    a co do poszukiwania istoty czlowieczenstwa czy szklankowosci, to polecalbym zapoznanie sie ze sporem nominalistow vs realistow w sredniowieczu, z mysla Tomasza z Akwinu oraz wspolczesnych filozofow, ktorzy owa mysl rozwineli (Krapiec, Gogacz, Gilson)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *