Filip Paszko

Filip Paszko: Gospodarka w myśli neokonserwatywnej – spojrzenie libertarianina

Słowo wstępne

Ilekroć mam tylko okazję do prezentowania opinii libertarian[1] w jakiejkolwiek kwestii, mam spore problemy. Nie dlatego, że moja wiedza o teorii libertariańskiej jest niepełna, choć z pewnością jest, a dlatego, że libertarianizm jest raczej wspólną bazą, mówiąc po marksistowsku, lecz nadbudowa z niej może być różna. Syn Miltona Friedmana, ojca monetaryzmu, David Friedman jest obecnie jednym z najbardziej znanych libertarian. Zapytany kiedyś o libertarianizm, powiedział: być może znajdzie się gdzieś dwóch libertarian, zgadzających się we wszystkim, ja jednak nie jestem jednym z nich. Tak właśnie jest z tym światopoglądem (gdyż libertarianizm nie wyczerpuje się na ideologii politycznej; jest niejako filozofią życiową): każdy wolnościowiec z samej definicji musi akceptować pewne podstawy.

Do tych podstaw możemy zaliczyć aksjomat nieagresji, zasadę samostanowienia i wynikające z nich prawa własności (poczynając od aksjomatu samoposiadania). To jest właśnie baza, to są fundamenty libertarianizm, z których różne domy można zbudować. I tak możemy zrobić wiele podziałów: z jednej strony mamy libertarian utylitarystów, jak choćby David Friedman, z drugiej strony są libertarianie prawnonaturalni, jak choćby Murray N. Rothbard. Możemy rozróżnić libertarian pod względem stosunku do nauk ekonomicznych i gospodarki. Najliczniejszy nurt stanowią tzw. „Austriacy”, reprezentujący szkołę austriacką w ekonomii (np. Rothbard). Znajdziemy również libertarian neoklasycznych (David Friedman), czy mutualistycznych, czerpiących obficie z Marksa i Proudhona (Kevin Carson). Wszystkie te szkoły dosyć znacznie się różnią, choć można znaleźć między nimi różnice. Zarówno „Austriacy”, jak i neoklasycy dochodzą z tych samych przesłanek do tych samych wniosków, robią to jednak odmiennymi drogami. Z kolei mutualiści są bardzo „Austriaccy”, a główna różnica polega na stosunku do „kapitalizmu”[2] . Mamy wreszcie podział ze względu na drogi do uzyskania wolności. Z jednej strony mamy libertarian, takich jak niedawny kandydat na prezydenta USA, Ronald Paul, zaangażowanych w politykę i uważających, że rozmontowanie państwa od środka jest właściwą metodą. Jednak znajdziemy również libertarian, którzy za cel stawiają sobie doprowadzenie do sytuacji, gdzie każdy człowiek będzie miał prawo do ogłoszenia secesji. Jest to forma obywatelskiego nieposłuszeństwa, ukazana po raz pierwszy przez Henry’ego Davida Thoreau. Libertarianie, którzy popierają tę formę działania to głównie Hans-Hermann Hoppe i Ludwig von Mises (który nigdy nie określał się mianem libertarianina, choć w pełni na to zasługuje). Jest jeszcze trzecia grupa, agorystów. Agoryści uważają, że działalność polityczna nie może doprowadzić do demontażu władzy i skupiają się na idei i praktyce tzw. kontrekonomii. Agoryści twierdzą, że rząd jest przestępczym procederem, a kulminacja rewolucji następuje, gdy państwo zostaje wyparte przez rynkowych producentów bezpieczeństwa i prawa. Popyt rynkowy na te usługi doprowadzi do ich powstania. Rozwój tego popytu będzie spowodowany przez wzrost gospodarczy w tym sektorze gospodarki, który otwarcie odcina się od współpracy z państwem (i dlatego nie może zwrócić się do państwa jako monopolistycznego producenta bezpieczeństwa i prawa). Ten sektor gospodarki to kontrekonomia – czarne i szare rynki.[3] Trzeba tutaj nadmienić, że agoryści zwrotu „rewolucja” nie traktują jako opisu krwawych i brutalnych działań, a jako gwałtowną zmianę systemu: od państwowego, do anarchistycznego. Do najbardziej znanych agorystów należą m.in. Samuel Edward Konkin III i (a chyba przede wszystkim) Karl Hess. Istnieje jeszcze najważniejszy podział; podział, który niejako najpełniej obrazuje podziały w myśli libertariańskiej. Mówię oczywiście o stosunku do władzy państwowej. Podział na anarchistów[4] i minarchistów. Zasadniczo obie strony uznają za zasadne takie wytłumaczenie różnic, między nimi: „jedziemy tym samym pociągiem, ale minarchiści wysiadają o jedną stację wcześniej”. Nie jest to jednak do końca jasne rozróżnienie. Libertariańskie credo, czyli aksjomat nieagresji i samoposiadanie, prowadzi do ostatecznego odrzucenia państwa[5] . Do najbardziej znanych anarchistów zaliczyć można oczywiście Rothbarda, Friedmana, Longa czy Hoppe’go. Z kolei minarchistów reprezentują (oprócz tych, wspomnianych w przypisie) Llewellyn H. Rockwell, Jr., czy Ludwig von Mises.

Proporcje między tymi grupami nie są do końca jasne, granice bowiem często są zamazane. Można popierać na przykład każdy rodzaj dążenia do wolności, łącząc działanie polityczne i kontrekonomię. Można być z przekonania anarchistą, ale z doświadczenia minarchistą. W zasadzie jedyna sztywna granica istnieje między ekonomiczną szkołą neoklasyczną i austriacką, choć David Friedman często „skręca” w stronę podejścia austriackiego. Wszystko to tworzy takie zawiłości, że ciężko stwierdzić, czy istnieje jakieś wspólne stanowisko libertariańskie. Z pewnością spoiwem jest niechęć do państwa. W niniejszej pracy będę prezentował raczej szkołę austriacką, niż neoklasyczną, choć i tą będę się podpierał. Będę nie stronił od uciekania z gospodarki w politykę, bowiem wydaje mi się, że nie jest obecnie możliwe całkowite oddzielenie tych dwóch kwestii.

I podobnie prezentuje się sytuacja w myśli neokonserwatywnej. Irving Kristol mówi o ludziach o neokonserwatywnych poglądach, Sol Schindler opisuje ideologię o luźnej strukturze, Suzanne Moore twierdzi, że neokonserwatyzm to nie ideologia, lecz moralność, Norman Podhoretz mówi o tendencji do neokonserwatyzmu i tak dalej, kolejni intelektualiści o neokonserwatywnych przekonaniach. Moglibyśmy wymienić jeszcze Williama Kristola, Adama Wolfsona, Jamesa Q. Wilsona, czy Joshuę Muravchik’a. Wszyscy ci ludzie sprzeciwiali się generalizacji neokonserwatyzmu do jednej przewodniej doktryny. I tak, jak dla libertarianizmu spoiwem jest niechęć do instytucji państwa, tak spoiwem dla neokonserwatystów jest przekonanie, że liberalna demokracja jest najlepszym z dotychczas wypróbowanych ustrojów.

I tak, jak libertarianie mają różne poglądy na temat aborcji, imigracji, czy stosunku do demokracji i monarchii, tak neokonserwatyści mają różne przekonania, dotyczące spraw gospodarczych. Od poglądów keynes’owskich, przez neoklasyczne, kończąc na podpieraniu się Rothbardem[6] .

To są te podstawowe trudności w opisywaniu postulatów gospodarczych wśród neokonserwatystów. Stąd też wydaje mi się, że najwygodniejszym sposobem zrobienia tego będzie skupienie się na kilku tekstach, kilku różnych rozwiązaniach i libertariański, tj. mój, stosunek do nich. Nie są to jednak wszystkie przeciwności. Dużym problemem jest sama terminologia. Z jednej strony Ryszard Legutko dowodzi, że nazwa „neokonserwatyzm” została użyta niejako przypadkowo, lecz z braku lepszej alternatywy, została. Termin „neoliberalizm” […] okazał się jeszcze mniej fortunny.[7] Z drugiej strony Max Boot twierdzi, że neoliberałowie to skrzydło w Partii Demokratycznej, ideologicznie zbliżone do neokonserwatystów[8] . Prowadzi to do wielu nieporozumień: Reagana raz określa się mianem neoliberała, innym razem z kolei, mianem neocona. Naomi Klein pisze o amerykańskiej „reaganomice”, która na całym świecie znana jest pod pojęciem „neoliberalizmu”, choć w samych Stanach Zjednoczonych określa się ją mianem „neokonserwatyzmu”[9] .

Mało tego! Sami neokonserwatyści mają problemy ze zdefiniowaniem kto „do nich” przynależy, a kto nie.[10] To tylko podstawowe trudności z jakimi musiałem się zmierzyć przy pisaniu tej pracy. Różne podejścia do gospodarki zmusiły mnie do odejścia od szerszego omówienia wszystkich, zasługujących na to, kwestii. Wydaje mi się jednak, że omówienie większej ilości spraw przy nieznacznym tylko ubytku treści będzie lepszym rozwiązaniem.

Wolny rynek, ale z regulacjami

Zasadniczo można stwierdzić, że zarówno libertarianie, jak i neokonserwatyści znajdują wspólne podłoże, jeśli chodzi o sprawy gospodarcze. I jedni, i drudzy popierają ideę wolnego rynku, i jedni, i drudzy nie chcą, by państwo odgrywało znaczącą rolę w gospodarce. A jednak, jeśli się głębiej w to wedrzeć, okazałoby się, że różnice są – a przynajmniej mogą być – fundamentalne. Jacob G. Hornberger pokusił się o rozróżnienie, czym różni się libertarianin od konserwatysty[11] . Chociaż zarówno jeden, jak i drugi popierają wolności osobiste, wolny rynek, czy ograniczony rząd, to libertarianin nie czyni tu żadnych wyjątków. Konserwatysta z kolei zgadza się z postulatami libertariańskimi, ale robi wyjątek choćby dla opieki medycznej, edukacji, prawa antynarkotykowego, regulacji gospodarki, państwowego, papierowego pieniądza, podatku dochodowego, pomocy socjalnej, stałej armii, kontroli imigracji, czy łamania konstytucyjnych praw w imię mistycznego „bezpieczeństwa narodowego”. Znaczna część neokonserwatystów robi takie wyjątki, które doprowadzają do tego, że system gospodarczy można nazwać z całą pewnością „rynkowym”, jakkolwiek przedrostek „wolno-’’ pobrzmiewa groteskowo. Gdy dodamy do tego jeszcze płacę minimalną, poparcia dla deficytów, czy „ochronę moralności”, dostaniemy cały wachlarz działań, które miast ograniczać władzę państwa, rozszerzają ją – jak zwykle kosztem „władzy społeczeństwa”.

A jak, konkretnie już mówiąc, wyglądają gospodarcze poglądy neokonserwatystów? Neokonserwatyści nie widzą specjalnego problemu w istnieniu deficytu budżetowego. Dowodzą, że lęk przed deficytem nie może sterować gospodarką państwa[12] . Zapewne po części wynika to z keynesowskich teorii o tym, że dodatkowe wydatki mogą poprawić sytuację gospodarczą w chwili recesji. Problemem jest jednak fakt, że rzadko kiedy w okresach prosperity ten deficyt był anulowany. Stąd też neokonserwatyści podchodzą do kwestii deficytu bardzo luźno. W gruncie rzeczy uważają, że hasło zrównoważonego budżetu musi przegrać z hasłami ideologicznych przeciwników, którzy wiedzą, „gdzie są konfitury” i jak je rozdysponować.[13] W centrum zainteresowania znajduje się idea stałego i równomiernego wzrostu gospodarczego – to on jest celem, a obniżka podatków może, aczkolwiek nie musi, mu służyć. Część neokonserwatystów popiera ideę państwa opiekuńczego, choć druga, chyba równoważna część, uważa ją za złą i niesłuszną. Ta pierwsza grupa postuluje, by sprawy finansowe odłożyć na dalszy plan, a skupić się na przemyśleniu, jaką formę państwa opiekuńczego Ameryka powinna przyjąć. Popierają więc wzrost wydatków na programy socjalne, na system opieki zdrowotnej, wszelkich ubezpieczeń[14] . Liczna jest też grupa, która domaga się ukrócenia rozdawnictwa, redystrybucji dochodów i wręczania zasiłków. Bardziej wolnorynkowe poglądy przedstawia Dinesh D’Souza[15] . Być może wynika to z kontrowersyjnego języka, którym zdarza mu się posługiwać, widoczna jest jednak znaczna różnica. Opisując reformy Reagana, stwierdza, że za cel postawił sobie redukcję inflacji, obniżkę podatków i ożywienie gospodarcze. Z naturalnych więc względów deficyt zszedł na drugi plan. To dzięki Reaganowi – pisze D’Souza – zniknął deficyt budżetowy: Przez ponad dziesięć lat przemądrzalcy załamywali ręce nad wysokimi deficytami, ale na początku lat dziewięćdziesiątych kraj nagle się zorientował, że deficyt budżetowy zniknął. Ba, powstała nawet duża nadwyżka. Rzecz jasna, bezwstydny Clinton konsekwentnie przypisywał tę zasługę sobie, ale co takiego zrobił w tej sprawie? Absolutnie nic.[16]

Ale nawet D’Souza pod płaszczykiem wolnego rynku przemyca poparcie dla interwencjonizmu: popiera państwową edukację, służbę zdrowia, kontrolę imigracji, regulacje, dotyczące ochrony środowiska, ochrony patentowej, czy wymogi bezpieczeństwa towarów. A wszystko to wynika – wedle D’Souzy – z wizji społeczeństwa liberalnego Johna Locke. Mimo wszystko to właśnie D’Souza najwyraźniej popiera ograniczanie inflacji, niskie podatki i przekazanie części uprawnień państwa w ręce prywatne. Rola państwa – pisze D’Souza – ograniczałaby się do wspomagania tych, których nie byłoby stać na te usługi.[17]

Tylko wspomniałem dotychczas o jednym aspekcie polityki gospodarczej, na który wielu neokonserwatystów kładzie spory nacisk. Zarówno D’Souza, jak i Stelzer, czy I. Kristol twierdzą, że celem polityki gospodarczej państwa jest zapewnienie trwałego i wysokiego wzrostu gospodarczego – zarówno dyscyplina fiskalna, jak i odpowiednie regulacje temu właśnie mają być podporządkowane. A ponieważ neokonserwatyści uważają, że deficyt budżetowy nie wpływa na wzrost gospodarczy, nie widzą problemu w występowaniu tegoż.

Mam spore problemy z prezentacją poglądów Miltona Friedmana – z pewnością jakąś część z jego teorii neoconi przejęli. Jest jeszcze jeden mankament: nierzadko friedmanowska teoria nie szła w parze z praktyką. Nierzadko też Friedman prezentował bardzo wybiórcze spojrzenie na wolny rynek. Były też sytuacje, gdy teorie Miltona Friedmana były jedynie częściowo akceptowane przez neokonserwatystów, a te aspekty, które nie pasowały do doktryny, były taktownie przemilczane. W skrócie można więc ująć to w ten sposób: Milton Friedman wybiórczo patrzył na wolny rynek, a neokonserwatyści wybiórczo patrzyli na Miltona Friedmana. Pod dużym znakiem zapytania stawia to rzekomo wolnorynkowe nastawienie neoconów.

A gdzie konkrety?

Omówiliśmy już podstawowe teorie gospodarcze w myśli neokonserwatywnej, pora więc przejść do szerszego ich zaprezentowania, nie wyłączając krytyki takiego, a nie innego stawiania sprawy. By to było uporządkowane, postaram się usystematyzować poglądy gospodarcze, począwszy od wysuwającego się na pierwszy plan, po – zdaje się – najmniej istotne. Oczywiście jest to typologia subiektywna, tak, jak ja to odbieram; być może znaczna część neokonserwatystów pozwoliłaby sobie zakwestionować kolejność postulatów, ja jednak obstawał będę przy swoim. I tak na pierwszym miejscu, jako postulat najważniejszy, wysuwa się idea stałego wzrostu gospodarczego. Co prawda częściej trafiałem na argumenty o względnej nieistotności deficytu, wydaje mi się jednak, że deficyt – w przekonaniach neokonserwatywnych – może służyć idei rozwoju gospodarczego. Stawianie sprawy odwrotnie byłoby więc odwracaniem związku przyczynowo-skutkowego. Dlatego też deficyt budżetowy schodzi tutaj na dalszy, bo drugi plan. Po deficycie w obroty wezmę pomysły pozostawienia państwowego systemu opieki zdrowia i edukacji (czy to bezpośrednio podległemu państwu, czy tylko pośrednio – za pomocą friedmanowskich „bonów”). Bardzo chętnie poświęciłbym też kilka stron państwu opiekuńczemu, postulatom jego modyfikacji, ujemnemu podatku dochodowemu i wielu sprawom. Wspomnę kilka słów o postulacie, wysuwanym przez neokonserwatystów do obniżenia podatków, który to powinien się znaleźć przy dyskusji o deficycie.

Choć w moim przekonaniu jedne z ważniejszych spraw w kwestiach gospodarczych, dotyczą polityki monetarnej, to neokonserwatyści kompletnie pomijają ten aspekt w swoich rozważaniach. Pominę więc w moich rozważaniach teorię pieniądza i skutki manipulacji nim. Ku mojemu rozgoryczeniu będę musiał pominąć też wiele innych, równie ciekawych i istotnych aspektów, ale które nie zostały należycie uwypuklone przez neokonserwatystów.

Pora więc teraz przejść do dyskusji nad konkretnymi rozwiązaniami.

1. Wzrost gospodarczy

Irving Kristol tłumaczy, że neokonserwatystów dużo bardziej od obniżek podatków interesuje stały wzrost gospodarczy.[18] Temu celowi mają być podporządkowane wszystkie inne działania w sferze gospodarki: zarówno cięcia podatkowe, jak i deficyt budżetowy. Kristol dowodzi, że cięcia podatkowe, napędzające wzrost gospodarczy w dłuższej perspektywie doprowadzi do coraz mniejszych deficytów. Pomijając już kwestię deficytów, bo na niej skupimy się w dalszej części pracy, warto powiedzieć kilka słów o przywiązaniu do wzrostu gospodarczego.

Przede wszystkim wzrost gospodarczy nie może być jakąkolwiek miarą dobrobytu. Oczywiście ważne jest, by gospodarka się rozwijała, jednak nie jest to cel sam w sobie. Rozwijająca się gospodarka ma być tylko środkiem do poprawy życiowej obywateli. A cyferkowy wzrost gospodarczy nie zawsze jest. Państwo interwencjonistyczne może zapewniać wysoki poziom wzrostu gospodarczego, wyrażanego w słupkach i liczbach. Również państwo komunistyczne może prezentować wysoki poziom produkcji globalnej i wzrost tejże. Błąd ten popełnia wielu liberałów, konserwatystów, a także – jak widać – neokonserwatystów. Weźmy takie Chiny. Średnio 10%-owy wzrost gospodarczy Chin już od ładnych kilkunastu lat zadziwia cały świat. A jednak niewiele się znajdzie osób, które będą wolały mieszkać w Chinach, niż w Niemczech, gdzie wzrost PKB rzędu 2% ogłaszany jest niesamowicie wysokim. Gdzie tkwi haczyk? Właśnie w tym, że szybki wzrost gospodarczy ma się nijak do realnego rozwoju gospodarczego. Celem rozwoju gospodarczego jest człowiek, jego szanse na samorealizację, na spełnianie marzeń i na poprawianie swojej sytuacji. Gospodarczy cel wzrostu gospodarczego[19] stanowi kreska na wykresie, wysoki słupek. Wzrost gospodarczy odjęty od swojego podstawowego celu, czyli realnego rozwoju gospodarczego, może służyć jedynie jako cyniczne bałwochwalstwo.

Innymi słowy: wzrost gospodarczy można osiągnąć różnymi sposobami, ale niekoniecznie ustabilizowanym wolnym rynkiem, na czym zależy zarówno liberałom (klasycznym), konserwatystom, neokonserwatystom, czy libertarianom. Wróćmy w tym momencie do wspomnianych już Chin. Rok rocznie Wall Street Journal i Heritage Foundation sporządzają ranking wolności gospodarczej. W rankingu za 2008 rok Chiny (bez Hong Kongu, który znalazł się na miejscu 1.) znalazły się na 126 miejscu (na 157 wszystkich sklasyfikowanych)[20] . A ranking ten nie odzwierciedla wszystkich ważnych informacji o Chinach. Nie ma w nim mowy ani o masowych wywłaszczeniach chłopów, ani o prześladowaniach religijnych, ani o karze śmierci za choćby malwersacje podatkowe, korupcję[21] , fałszowanie leków, ucieczkę z pola walki, czy za działanie lub spiskowanie w celu obalenia systemu socjalistycznego. Dodatkowo od 1958 roku w Chinach obowiązuje prawo przywiązania do ziemi: każdy od urodzenia ma żyć w regionie, który zamieszkuje jego, lub jej matka. Oczywiście przepis jest w dużej części martwy, nie zmienia to jednak faktu, że za złamanie go grożą dotkliwe sankcje. Oficjalnie pozwolenie na przenosiny wydawane są jedynie niewielkiej części ludności. A nawet ci ludzie, którzy pozostają w wyznaczonym im miejscu, nie posiadają ziemi, którą uprawiają, na własność. Warto wspomnieć jeszcze o Specjalnych Strefach Ekonomicznych, które de facto napędzają cały chiński wzrost gospodarczy[22] . Alan Greenspan zwraca uwagę, że przy obliczaniu PKB Chin i innych krajów o nieustabilizowanym systemie gospodarczym musimy brać dużą poprawkę na tzw. „złe kredyty”.[23] Są one częścią zbilansowania PKB czyli zakładanej wartości rynkowej produkcji, oraz wynagrodzeń i przychodów pracowniczych, czyli roszczeń wobec tej produkcji. Zakładając, że jest wiele kiepskich inwestycji, część mierzonego PKB jest bezwartościowa. Poziom złych kredytów w Chinach każe stawiać podobne pytania co do znaczenia podawanych wyników chińskiego PKB. Muszę w tym miejscu jednak zaznaczyć, że nawet te inwestycje, które w konsekwencji trwale nie budują wartości, wymagają surowców.[24] Oznacza to, że poziom PKB nie zawsze, a wręcz rzadko kiedy, oznacza realny rozwój gospodarczy.

To, w jaki sposób może być napędzany wzrost gospodarczy, omówimy w dalszej części. Teraz jeszcze zwróćmy uwagę na statystyki. Jeżeli wzrost gospodarczy jest celem gospodarczym państwa, nic nie stoi na przeszkodzie, by kopiować rozwiązania z ZSRR (w latach 1934-1935: ponad 14% rocznie; w latach 1946-1949: ponad 9 %), III Rzeszy (w latach 1933-1939: blisko 7,5%)[25] . Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi może udzielić Jacek Sierpiński: Istnieją dwie możliwości – albo Chiny rozwijają się tak szybko pomimo ograniczeń nakładanych na wolny rynek (i gdyby ich nie było, rozwijałyby się jeszcze szybciej – a wzrost spowodowany jest innymi czynnikami, które z czasem mogą się zmienić, np. tanią siłą roboczą), albo też szybki wzrost gospodarczy jest właśnie wywołany przez (odpowiednio ukierunkowany) państwowy interwencjonizm tak jak w III Rzeszy czy ZSRR.[26] Wzrost gospodarczy może być osiągany różnymi drogami, dlatego też stawianie go, jako cel całej polityki gospodarczej państwa wydaje mi się aż nazbyt ryzykowny. [27]

2. Deficyt budżetowy

W ramach dążenia do wzrostu gospodarczego trzeba czasami wziąć na swoje barki deficyt budżetowy (przejściowy, miejmy nadzieję) – pisze I. Kristol.

W rezultacie neokonserwatyści nie widzą specjalnego problemu w istnieniu deficytu budżetowego. Część z nich uważa, że odpowiednia polityka podatkowa będzie w stanie deficyt ten zmniejszyć, inni twierdzą, że kwestia deficytu nie wpływa w zasadzie na wyniki gospodarcze państwa, jeszcze inni, że deficyt zapobiega zwiększaniu wydatków przesadnie hojnego państwa opiekuńczego – dodaje I. Stelzer.

W zasadzie te dwa cytaty w wystarczający sposób opisują, w jaki sposób neoconi patrzą na sprawy gospodarcze. Jeszcze szerzej opisuje to Robert L. Bartley, powołując się w swoich teoriach na General Theory Keynesa. Deficyt nie ma – pisze Bartley – wymiernego wpływu na poziom stóp procentowych; jeśli zdarzy się, że doprowadzi do ich podniesienia, to efekt ten zostanie zniwelowany przez inne, ważniejsze zmienne. Jeżeli zaś pozostaje bez wpływu na stopy procentowe, nie jest w stanie dotknąć tych sektorów gospodarki, które uważa się za zależne od nich, jak choćby inwestycje. [28]

Zastanówmy się przede wszystkim, czym jest deficyt budżetowy? Jak sama nazwa wskazuje, jest to przerost wydatków, nad wpływami do budżetu państwa. Ale ponieważ są to właśnie w y d a t k i , trzeba je jakoś sfinansować. Państwo ma zasadniczo dwie techniki sfinansowania deficytu budżetowego[29] . Może
a) emitować obligacje skarbowe, lub
b) wpuścić na rynek dodatkowe pieniądze.
Samo wpuszczanie pieniądza na rynek również może przybierać dwojaką formę: albo poprzez dodruk, albo poprzez wykreowanie pieniądza wirtualnego – czyli poprzez obniżenie stóp procentowych. Ponieważ jednak wydatki rządowe są wydatkami realnymi, drugie rozwiązanie odpada – niezbędny jest tu pieniądz namacalny, żywa gotówka. Mamy więc do wyboru: albo emisja obligacji skarbu państwa, albo też działanie inflacyjne, czyli zwiększenie podaży pieniądza.

Skupmy się najpierw na emisji obligacji skarbowych. Państwo może emitować papiery wartościowe – obligacje – gwarantując określony zysk po jakimś czasie. Rozwiązanie to ma swoje plusy: nie wpływa bezpośrednio na wzrost cen w skali globalnej. Jest jednak wielki minus takiego rozwiązania, a mianowicie dług publiczny. Oczywiście deficyt budżetowy w dłuższym okresie nie musi się składać na dług publiczny, problem w tym, że się jednak składa. Teoria teorią, ale praktyka wykazuje coś innego. Rozbieżność tę tłumaczy Ludwig von Mises: Państwo ma oczywiście możliwość ściągania opłat od swoich obywateli i zapożyczania się. Jednak w dłuższej perspektywie nawet najbardziej bezwzględny rząd nie jest w stanie lekceważyć praw, kierujących ludzkim życiem i działaniem. Jeżeli rząd wykorzystuje pożyczone sumy, by inwestować w taki sposób, który zapewnia całkowite zaspokojenie potrzeb konsumentów, a także gdy udaje mu się odnosić sukcesy gospodarcze w wolnej i równej konkurencji ze wszystkimi prywatnymi przedsiębiorcami, to znajduje się w takim samym położeniu, jak każdy prywatny właściciel firmy. Wypłaca odsetki, ponieważ wypracował dochód. Jeśli jednak rząd inwestuje nietrafnie i nie osiąga zysków, lub jeśli wydaje pieniądze na bieżące potrzeby, to pożyczony kapitał kurczy się, albo całkiem znika, wysuszając źródło, z którego można by spłacać odsetki i dług. Wtedy jedynym sposobem dotrzymania obietnic zawartych w umowie kredytowej jest nałożenie podatków na obywateli. Domagając się tych opłat, rząd składa na barki obywateli odpowiedzialność za pieniądze roztrwonione w przeszłości. W zamian za płacone przez obywateli podatki, aparat rządowy nie świadczy im w teraźniejszości żadnych usług. Rząd płaci odsetki od kapitału, który został skonsumowany i przestał istnieć.[30] Wydaje się więc, że jest możliwość, by deficyty były rzeczywiście jedynie czasowe i niewielkie; by było do skontrolowania. Najczęściej jednak nowe długi dodawano do starych – uczy nas za historią Ludwig von Mises[31] . Budowana w ten sposób piramida długów, której nie powstydziłby się Bernard Madoff, odkłada tylko w czasie ten moment, kiedy obywatele zapłacą za łatwowierność.

Mimo wszystko teorie Keynesa, dotyczące deficytów budżetowych (najpełniej rozwinął je uczeń Lorda Keynes, Abba P. Lerner) w dalszym ciągu znajdują zwolenników. Lerner (w roku 1943) zaproponował utworzenie „funkcjonalnych deficytów”. Uważał, że w trakcie recesji państwo powinno było tak zwiększać deficyt i/lub obniżać podatki, by spowodowało to deficyt budżetowy. Poprzez system pożyczek rządowych (pożyczek dla rządu) zwiększony by został globalny popyt, a co za tym idzie – spadłoby bezrobocie. W momencie boomu gospodarczego z kolei państwo likwidowałoby deficyt i spłacało zobowiązania. Problemem tej teorii była najzwyczajniej w świecie „kiełbasa wyborcza”. Opozycja zawsze będzie skora do pokazania, że pieniądze można wydać z pożytkiem dla wszystkich już teraz, nie czekając na recesję. Rząd z kolei będzie miał możliwość finansowego wpływania na wynik wyborów, poprzez przekupywanie wyborców.

O dziwo jednak, do momentu opublikowania swojej teorii przez Lernera, proponowane przez niego rozwiązanie było, przynajmniej w jakiejś części, sprawdzalne empirycznie. W latach 1923-1928 rząd USA spłacił pożyczki, zaciągnięte w trakcie depresji z początku dziesięciolecia, Hoover w trakcie wielkiego kryzysu zanotował rosnący deficyt, Roosevelt kontynuował te działania. A co się stało później, gdy postulaty Lernera były już szeroko znane? Harry Truman był ostatnim prezydentem, który spłacił swoje długi. Dwight Eisenhower w pewnym momencie przeprosił Amerykanów za deficyt w wysokości 3 miliardów dolarów. Ale dług rósł. Podczas, gdy po II wojnie światowej wynosił jakieś 4% PKB, w 2008 roku dobił do 65% i 19 listopada 2008 osiągnął pułap 10,6 bilionów dolarów.

By rząd spłacił wyemitowane obligacje skarbowe, może się zdecydować na działanie dwojakie: z jednej strony może ograniczyć wydatki/podnieść podatki, albo zadłużyć się jeszcze bardziej. Jak widać na wykresie, dług rokrocznie rośnie i nie ma zamiaru przestać. Oznacza to, że rząd ima się tej drugiej metody spłacenia długu: kolejnego zadłużania się.

Na wstępie tej części zwróciłem uwagę, że rząd ma dwa sposoby na sfinansowanie deficytu. Do tej pory omówiliśmy pierwszą z nich (i dalej będziemy kontynuować, jednak to małe wtrącenie pozwoli rozjaśnić pewne nieścisłości i zawiłości dalszej części). Prawda jest jednak taka, że rząd działa jednocześnie na te dwa sposoby: z jednej strony emituje obligacje, a z drugiej strony: zwiększa podaż pieniądza. Czym jest inflacja, nie muszę chyba przypominać, tym bardziej, że o inflacji powiemy za chwilę. Zastanówmy się jednak, w jaki sposób rząd spłaca swoje zobowiązania? Inwestując w obligacje skarbu państwa teoretycznie mamy zagwarantowany jakiś zysk, niższy, niż w przypadku inwestycji w akcje, ale i dużo pewniejszy. Choć i z tą pewnością nie wolno przesadzać, o czym się zaraz przekonamy. Oczywiście, im dłuższy okres inwestowania, tym wyższa stopa zwrotu. Milton Friedman w bezprecedensowy sposób ukazał, że zyski z obligacji skarbowych są zyskami tylko nominalnie, realnie bowiem oznaczają stratę. Przypuśćmy, że ktoś zakupił obligacje oszczędnościowe w grudniu 1968 roku i trzymał je do grudnia 1978 roku, a następnie zrealizował je w gotówce. Zapłaciłby on 37 dolarów i 50 centów w roku 1968 za dziesięcioletnią obligację o wartości nominalnej 50 dolarów i otrzymałby 64 dolary i 74 centy przy realizacji w roku 1978 (ponieważ rząd w międzyczasie podniósł stopę procentową, biorąc pod uwagę inflację). Tymczasem w roku 1978 trzeba było 70 dolarów, aby kupić to, co w roku 1968 można było nabyć za 37 dolarów i 50 centów. Tak więc osoba ta nie tylko, że dostałaby zaledwie 64 dolary i 74 centy, to jeszcze musiałaby zapłacić podatek dochodowy za wynoszącą 27 dolarów i 24 centy różnicę, między sumą otrzymaną, a sumą zapłaconą. Ostatecznie więc musiałaby ona zapłacić za wątpliwy przywilej pożyczania swojemu rządowi. [32]

Pytanie, jak to się stało? Oczywiście, wzrosły ceny, w związku z czym realna wartość „inwestycji” oznaczała de facto spalenie pieniędzy w piecu. Ale co nam mówi ekonomia na temat wzrostów cen? Ceny są odzwierciedleniem globalnych zachowań uczestników rynku, wynikają z zaistnienia siły popytu i podaży. Cena równowagi będzie w miejscu, gdzie na wykresie krzywa popytu będzie się przecinała z krzywą podaży. Gdyby taka równowaga mogła trwać, cena byłaby niezmienna. Rynek jest jednak strukturą dynamiczną, gdzie wszystko zmienia się w każdym momencie. I tak: gdy rośnie popyt na ten towar, rośnie jego cena. Wzrost ceny jest impulsem dla producenta, by ten wzmógł produkcję. Wzrost produkcji przy wyższym poziomie popytu zaowocuje nową ceną równowagi (w zasadzie cena równowagi jest w zmiennym świecie dosyć kuriozalną nazwą). Gdy z kolei przy niezmiennym popycie wzrośnie podaż jakiegoś towaru, to spadnie jego cena: za dany towar będzie można otrzymać mniej, niż mogłoby się otrzymać przed wzrostem podaży. Pytanie, jak gwałtowne i nieprzewidziane zmiany mogą spowodować, że ceny na przełomie 10 lat rosną blisko dwukrotnie? Czy był to aż tak duży wzrost popytu? Nawet, jeśli założymy, że spowodowane było to właśnie wzrostem popytu, pozostaje pytanie, w jaki sposób producenci przegapili moment do wzmożenia produkcji? Choć pytanie wydaje się z pozoru logiczne, jest w rzeczywistości absurdalne. Żyjemy bowiem w świecie, w którym rok do roku notuje się dosyć znaczny w z r o s t produkcji. Logicznie rzecz biorąc, wzrost popytu musiałby być nieproporcjonalnie wielki, by przy rosnącej produkcji, ceny wzrosły dwukrotnie. A to dopiero połowa drogi. Można się teraz spytać, s k ą d ludzie brali pieniądze, by wydawać dwa razy więcej? W skali globalnej, przy stałej podaży pieniądza i przy stałych cenach (zakładając takowe) nie jest możliwe, by ludzie wydawali dwa razy więcej pieniędzy, bo tych pieniędzy po prostu by nie było! Odpowiedzialnym za wzrost cen jest rząd. Monopolista pieniężny, który może manipulować podażą pieniądza może spowodować tak wzrosty, jak i spadki jego cen. Gdy uświadomimy sobie, że pieniądz jest takim samym towarem, jak każdy inny, wszystko staje się jasne: wzrost jego podaży oznacza spadek jego siły nabywczej – czyli wzrost cen.

I to jest właśnie druga metoda rządu na radzenie sobie z deficytem: wzrost podaży pieniądza. Że tak się dzieje, ilustruje to poniższy wykres:

Wraz ze wzrostem deficytu i długu publicznego, spada siła nabywcza dolara, co oznacza wzrost jego podaży. Winę za ten stan rzeczy musi ponosić FED, gdyż to on jest odpowiedzialny za system monetarny. Zerwanie ze standardem złota doprowadziło do niebywałej wręcz inflacji monetarnej. Podczas gdy w XIX wieku ceny, z grubsza rzecz biorąc, spadały (ew. utrzymywały się na względnie stałym poziomie), o tyle w wieku XX, a w szczególności w jego drugiej połowie, jesteśmy świadkami niebywałego wręcz wzrostu cen – mimo niespotykanego wcześniej rozwoju technologii, co powinno spowodować spadki cen, a nie ich wzrosty!

Następny wykres ukazuje całkowity wzrost podaży pieniądza od 1959 roku do 2007. Szczególnie szybki wzrost rozpoczął się w latach 70., przyczyną czego było ostateczne odejście od pieniądza opartego na złocie[33] .

A dlaczego inflacja monetarna niesie tak złe skutki? Dlaczego inflacja monetarna jest zjawiskiem, które powinno zostać zaniechane? Odpowiedź na to wydaje się prosta, ale w rzeczywistości jest dużo bardziej skomplikowana. Zastanówmy się najpierw, co takiego powoduje inflacja[34] . Wiemy już, że powoduje wzrost cen. Większa ilość pieniędzy w obiegu sprawia, że każdy dolar jest wart mniej: inflacja działa więc jak podatek nałożony potajemnie na zasoby gotówkowe obywateli.[35] Dlaczego więc tak długo się uchowała? Przede wszystkim inflacja stwarza sztuczne uczucie prosperity. Zależność między inflacją a wzrostem gospodarczym jest przyczynowo-skutkowa: ceny rosną (a więc i powstaje impuls, skutkujący wzrostem popytu) w odpowiedzi, na wzrost ilości pieniądza, w stosunku do innych dóbr. Wzrost gospodarczy (wzrost podaży dóbr) jest więc odpowiedzią na wzrost ilości pieniądza, a nie odwrotnie. Zanim ludzie sobie uświadomią, że towarzyszy temu (stały – FP) wzrost cen, niektórzy z nich – dzięki wyższym zyskom finansowym i wyższym zarobkom – czują się bogatsi, inni zaś bogatsi są, ponieważ otrzymali nowe pieniądze przed wszystkimi innymi, zanim jeszcze nastąpił ogólny wzrost cen. Ci ludzie właśnie będą mieli tendencję do wydawania większej ilości pieniędzy, niż uczyniliby to pod nieobecność inflacji. [36] Jaki jest ostateczny skutek takich działań? Richard Cantillon zauważył tę zależność i ją opisał. Otóż ci, do których nowe pieniądze dotrą wcześniej – zyskają. Z kolei ci, którzy otrzymają je później – stracą. Dlaczego tak jest? Ponieważ pierwsi adresaci tych nowych pieniędzy mają możność wydania ich ZANIM inflacja doprowadzi do ogólnego wzrostu cen.

Wszystko to powoduje, że groźba deficytu nie jest bajdurzeniem doktrynerów. Jest realną groźbą, która uderzy w zwykłego obywatela: albo z powodu opodatkowania jego przyszłych dochodów, albo z powodu nałożenia nań cichego podatku – inflacji. Jeżeli ktoś jeszcze twierdzi, że deficyt nie ma de facto dla gospodarki znaczenia, warto przywołać słowa Alana Greenspana: Gdyby prawdą było twierdzenie, że deficyty nie mają znaczenia, a obniżki podatków, których nie równoważą obniżki wydatków, składają się na dobrą politykę państwa, to czemu nie wyeliminować w s z y s t k i c h podatków? [37]

3. Uczmy się i leczmy za nie wszyscy, to jest bowiem państwo nasze

Neokonserwatyści w kwestiach polityki społecznej, państwa opiekuńczego, systemu zdrowia, czy edukacji mają dosyć ambiwalentne stanowisko. Część z nich (nie potrafię powiedzieć, czy to z pobudek ideologicznych, czy z pragmatyzmu politycznego) uważa, że państwo opiekuńcze jest zjawiskiem, którego nie sposób pominąć, a tym bardziej zlikwidować. Irving Kristol uważa, że wrogie nastawienie konserwatystów do koncepcji ubezpieczeń społecznych, może i prawdopodobnie doprowadzi do politycznej bezsilności i bankructwa polityki społecznej[38] . Kristol postuluje zostawienie ubezpieczeń społecznych w takiej formie, w jakiej istnieją one obecnie, a nawet więcej na nie wydawać.[39] Oczywiście, Kristol zastrzega, że trzeba nadać państwu opiekuńczemu konserwatywne znaczenia. Koszty opieki zdrowotnej – pisze Kristol – nie stanowią dla konserwatystów problemu.

Prawdziwą zagwozdką jest za to neokonserwatywne spojrzenie na system opieki medycznej i edukacji, bowiem neoconi w dużej mierze milczą na ten temat. Jedynie Dinesh D’Souza wspomina kilka słów na ten temat i wydaje mi się, że w pełni odzwierciedla to przekonania neokonserwatywne. Z jednej strony D’Souza pisze, że państwo może i powinno zapewnić wszystkim Amerykanom dostęp do edukacji i służby zdrowia [40], by zaraz dowodzić, że rola państwa ograniczałaby się do wspomagania tych, których nie stać na te usługi.[41] Może z tego wynikać kilka wyjść: obowiązkowy system edukacji, finansowany przez państwo (z dopuszczeniem placówek prywatnych, finansowanych osobiście przez zainteresowanych), analogiczny system, lecz finansowany przez państwo wyłącznie (czy to bezpośrednio, czy pośrednio z pomocą bonów edukacyjnych). I wreszcie trzeci system, obowiązkowego szkolnictwa całkowicie prywatnego, lecz finansowanego przez państwo i osoby prywatne. Nie biorę pod uwagi możliwości finansowania wyłącznie z kieszeni rodziców, posyłających dzieci do szkoły, przeczyłoby to bowiem zarówno słowom D’Souzy, jak i Condoleezzy Rice[42] .

Ochrona zdrowia prezentuje się podobnie; również może być ograniczona do placówek publicznych, może też zakładać możliwość leczenia w klinikach prywatnych, aż po system wyłącznie prywatnych lecznic. Finansowanie może odbywać się albo bezpośrednio, albo pośrednio – z obowiązkowego ubezpieczenia. Podobnie, jak w przypadku edukacji, wyłącznie prywatne finansowanie leczenia i wyłącznie prywatne kliniki byłyby zaprzeczeniem słów Rice i D’Souzy.

Zachowanie instytucji państwa opiekuńczego, państwowy system edukacji i opieki medycznej to jedna ręka w działaniach państwa[43] . By móc zrealizować nałożone na siebie funkcje, państwo musi skądś wziąć fundusze. Ma więc po temu dwa sposoby[44] : możność nakładania podatków i/lub zaciągania długu (o którym już pisaliśmy). W którą stronę byśmy nie patrzyli, zawsze dochodzimy do wniosku, że nie da się sformułować takiej definicji podatków, która nie ukazywałaby przestępczości procederu opodatkowania. Podatek jest, kolokwialnie rzecz ujmując, daniną, nałożoną na obywatela; jest przymusową redystrybucją dochodu. Najprościej rzecz biorąc, podatek jest karą za produktywność.

Wydawać by się mogło, że przynajmniej część neoconów dostrzega istotę tego zjawiska[45] , nie wypowiadają tego jednak wprost. Dlatego też neokonserwatyści opowiadają się za cokolwiek niejasnymi hasłami obniżki podatków. Pytanie, w jaki sposób chcą pozostawić na niezmienionym poziomie wydatki, zmniejszając podatki? Historia uczy, ze wzrost dochodów federalnych, spowodowanych obniżką podatków wcale nie jest obligatoryjny. Nie jest też pewne, czy ewentualny wzrost produktywności spowoduje na tyle duży wzrost dochodów, że skompensuje wcześniejszy spadek wpływów budżetowych. I z całą pewnością nie można spodziewać się natychmiastowego wzrostu produktywności, podczas gdy wydatki pozostają stałe i równie naglące, co wcześniej. W związku z tym neokonserwatyści uchylają sobie furtkę do deficytu budżetowego. Nie jest to jednak mądre posunięcie – już w 1993 roku spłata samych odsetek od zaciągniętych długów była trzecią co do wielkości pozycją w wydatkach federalnych.

Wszystko to stanowi dopełnienie gospodarczych postulatów, czyli wzrostu gospodarczego i dyscypliny fiskalnej. Zanim jednak przejdziemy do rozprawienia się z nimi, powinniśmy skupić się na pewnym aspekcie teorii ekonomicznej.

Kalkulacja ekonomiczna jest najzwyklejszym w świecie rachunkiem zysków i strat przedsiębiorcy[46] . To dzięki kalkulacji ekonomicznej przedsiębiorca może sprawdzić, czy jego działanie jest społeczne pożądane (przynosi zysk), czy nie (jest stratne). W przypadku państwa sytuacja jest diametralnie różna. Państwo nie ma możliwości oceny, czy na danej działalności traci, czy nie[47] . Na wolnym rynku przedsiębiorstwo może zarabiać, gdy ludzie na zasadzie dobrowolności postanawiają się z nim układać, gdy między dwoma równorzędnymi podmiotami zachodzą społeczne (rynkowe) interakcje. Rząd nie ma możliwości sprawdzania tego – osiąga dochody drogą przymusu i takąż drogą skłania ludzi do korzystania ze swoich usług. Państwowa edukacja i służba zdrowia zawsze będzie ekonomicznie niewydajna, bo taka jest natura rządu[48] . Jedynym kryterium oceny efektywności ekonomicznej są zachowania i ceny rynkowe, które z samej swej istoty rząd łamie[49] .

Pozostaje jeszcze jedna kwestia do omówienia. Wiemy już, że dochody państwa pochodzą z podatków. Wiemy już, że podatki są przymusowym przekazaniem dochodów obywateli państwu. Jaki z tego można wysnuć wniosek? Państwo jest tak silne, jak silnych ma obywateli – powiedziałby Frank Chodorov[50] . A Albert Jay Nock mógłby zakrzyknąć: Władza państwa ogranicza obywateli![51] A zważywszy na ilość pośredników (instytucji państwa) w jakimkolwiek działaniu odgórnym, łatwo dojść do wniosku, że koszty działań państwa są wielokrotnie wyższe, niżby mogły być na wolnym, nieskrępowanym rynku. Biorąc to pod uwagę, absurdalne wydaje się twierdzenie, że gdyby nie państwowe interwencje, niektórych ludzi nie stać by było na choćby zapewnienie sobie opieki zdrowotnej. Interwencja państwa nie dość, że jest niemoralna[52] (choć najczęściej odbywa się właśnie pod płaszczykiem moralności), to prowadzi nie do upragnionego stanu, a do jeszcze większych trudności.

Ludwig von Mises często posługiwał się modelem kontroli cen mleka. Rząd słyszy pretensje, że ceny mleka wzrosły. Mleko jest na pewno bardzo ważne, zwłaszcza dla rosnącego pokolenia, dla dzieci. konsekwentnie, rząd ogłasza maksymalną cenę na mleko, cenę, która jest niższa, niż potencjalna cena rynkowa. Teraz rząd mówi: „na pewno zrobiliśmy wszystko, aby ubodzy rodzice kupowali tyle mleka, ile potrzebują dla swoich dzieci”.
Ale co się dzieje dalej? Z jednej strony, niższe ceny zwiększyły popyt na mleko, ludzie, którzy nie mogli sobie na nie pozwolić, teraz mogą kupować je po niższych, ustalonych dekretem, cenach. A z drugiej strony, ci producenci mleka, którzy produkują je najwyższym kosztem, teraz ponoszą straty, ponieważ cena, jaką rząd zadekretował, jest niższa, niż ich koszty. To jest ważny punkt w rynkowej ekonomii.
Prywatny przedsiębiorca nie może pokrywać strat na dłuższą metę. Ponieważ nie może pokrywać strat na mleku, ogranicza produkcję. Może sprzedać niektóre swoje krowy na rzeź, lub zamiast mleka sprzedawać pewne produkty mleczne, na przykład kwaśną śmietanę, masło, lub ser.
W ten sposób rządowa interwencja, dotycząca ceny, spowodowała spadek podaży równoczesny wzrost popytu na mleko. Wielu ludzi, którzy byli gotowi płacić ustaloną dekretem rządu cenę, nie mogą go kupić.
[…]
Ponieważ rząd nie ma dostatecznej wyobraźni, aby samemu dociec przyczyny, pyta producentów: „Dlaczego nie produkujecie tej samej ilości mleka, co wcześniej?” Rząd dostaje odpowiedź: „Nie możemy tego robić, skoro koszty produkcji są większe, niż ustalona maksymalna cena”. Teraz rząd studiuje koszty różnych składników produkcji i odkrywa, że jeden ze składników – pasza – jest za droga. wobec tego postanawia zastosować tę samą metodę. Wyznaczymy na paszę cenę maksymalną, zatem będziecie mogli żywić krowy mniejszym kosztem. Czyli wszystko będzie w porządku, będziecie mogli produkować i sprzedawać więcej mleka.
Ale co się stało teraz? Ta sama historia, co z mlekiem, powtarza się z paszą i rozumie się samo przez się, że z tej samej przyczyny. Produkcja paszy spada i rząd znowu spotyka się z dylematem. […] Rząd musi iść dalej, skoro nie chce porzucić zasady kontroli cen – oznacza maksymalne ceny na produkcję towarów koniecznych do wyrobu pasz. I ta sama historia powtarza się znowu.
Rząd zaczyna kontrolować nie tylko ceny mleka, ale także jajek, mięsa i innych artykułów. Za każdym razem otrzymuje ten sam rezultat, wszędzie konsekwencje są identyczne. Raz ustaliwszy maksymalne ceny na wyroby konsumpcyjne, musi iść dalej, by ograniczyć ceny materiałów, potrzebnych do produkcji towarów o kontrolowanych cenach. I tak rząd zacząwszy od kontroli niewielu cen, idzie dalej i dalej w tył procesu produkcji, ustalając maksymalne ceny dla producentów wszystkich rodzajów wyrobów, włączając, ma się rozumieć, ceny za pracę, ponieważ bez kontrolowania stawek za pracę, kontrola kosztów produkcji byłaby bez znaczenia.
[53]

Jednak to, co Mises rozpatrywał, jako interwencję cenową, można uogólnić do wszelkiej interwencji rynkowej. Wyobraźmy sobie taką sytuację: rząd, wiedząc, że opieka medyczna jest niezwykle ważna dla społeczeństwa, jako całości, postanawia, że nie pozostawi jej rynkowemu chaosowi i weźmie zdrowie obywateli na swoje barki. Postanawia więc wprowadzić obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne i/lub chorobowe. Dotychczas nie było żadnych obowiązkowych ubezpieczeń, kto chciał, ten się ubezpieczał. Część się w ogóle nie ubezpieczała i, jeżeli często chorowała, wydawała sporo pieniędzy na opiekę medyczną. Część się nie ubezpieczała, ale nieszczęśliwy wypadek sprawił, że musieli oni jednorazowo wydać niemałe pieniądze na leczenie/operację/rehabilitację. Ci, co się ubezpieczyli, nie muszą się o nic martwić, nie narzekają, że system ochrony zdrowia działa źle. Narzekają za to ci, którzy się nie ubezpieczyli i zostali przez los zmuszeni do relatywnie większych kosztów. A ponieważ narzekania zawsze będą głośniejsze, niż dowodzenie, że nie ma powodów do narzekań (poza tym są jeszcze emocjonalne, co tylko potęguje ich znaczenie), rząd postanawia działać. Wprowadza ubezpieczenia obowiązkowe i zakłada sieć publicznych szpitali, gdzie każdy może przyjść w każdym momencie i nieodpłatnie być wyleczony. Ale jakie będą efekty takich działań? Ponieważ rząd ubezpieczeniem obowiązkowym objął wszystkich, spadną wydatki nieobowiązkowe na ochronę zdrowia. Więcej osób przerzuci się na publiczną służbę zdrowia – za którą chcąc, nie chcąc, są zmuszeni płacić. Oczywiście, żeby ludzie myśleli, że im się ten „biznes” opłaca, cena ubezpieczeń musi być niższa, niż cena rynkowa[54] . Państwo musi więc na czymś oszczędzić – zazwyczaj oszczędza albo na sprzęcie, albo na potencjale ludzkim – personelu szpitala. Najczęściej jednak oszczędza na obu tych sprawach. Do czego to prowadzi? Do niższej podaży specjalistów i gorszego sprzętu, no i oczywiście – do korupcji. Ale skąd jeszcze się może wziąć korupcja? Przecież nie tylko z niskich zarobków lekarzy. Oczywiście, że nie. Wspominaliśmy już o większym popycie na publiczną ochronę zdrowia. Na wolnym rynku większy popyt doprowadziłby do większych zysków i nowych inwestycji. Jednak przy państwowej służbie zdrowia i obowiązkowych ubezpieczeniach, niemożliwe jest stwierdzenie, czy popyt na daną usługę jest większy, czy też nie[55] . Jak zmierzyć można większy popyt? W służbie zdrowia: ilością chętnych do skorzystania z niej. Popyt wyższy od podaży oznacza braki towarów i kolejki. I oznacza korupcję – ukryte wyrównanie ceny. I tak się dzieje z służbą zdrowia wszędzie, gdziekolwiek jest ona publiczna.[56] Analogiczna sytuacja będzie w przypadku systemu edukacji i każdego innego, w którym państwo zaczyna szperać swoimi nieudolnymi łapkami. I dopóki neokonserwatyści tego nie zrozumieją, o tyle będą skazani na wieczne deficyty, albo wyższe podatki.

Napisałem wcześniej, że każda interwencja państwa jest niemoralna. Ponieważ jednak neokonserwatyści domagają się „promoralnościowych” interwencji, warto zastanowić się, czy moralność znaczy dla każdego to samo, czy nie? Moralność jest z samej definicji sposobem działania jednostki, zgodnej z ogólnie przyjętymi normami społecznymi. Oczywiście problemem jest tutaj stwierdzenie, ile osób musi poprzeć jakieś normy, by można je było nazwać ogólnymi normami społecznymi? Czy w grupie 10 osób, wystarczy jedna osoba? Raczej nie. A dwie? Zapewne też nie? Prawdopodobnie na 8 osób zgodzilibyśmy się wszyscy. Na siedem? Jeszcze też. A na sześć? Zapewne grupa, która stanowiła większość, zgodziłaby się, a grupa mniejszościowa – nie. Zastanówmy się więc w ten sposób: ile osób uważa, że kradzież jest czymś złym? Zapewne wszyscy, którzy akurat nie siedzą w więzieniu. A ile osób uważa, że wymuszenie jest czymś złym? Zapewne wszyscy, którzy nie stosują w swoim życiu takiej metody rozstrzygania sporów (czyli również zdecydowana większość). Pozostaje więc pytanie: czy interwencja państwa może być moralna? Zróbmy taki eksperyment: podchodzi do mnie człowiek z pistoletem. Przystawia mi go do głowy i mówi: „słuchaj, stary, nie mam pracy, a potrzebuję na chleb. Dawaj kasę”. Czy takie postępowanie byłoby moralne? Niewiele osób by się zgodziło z takim postawieniem sprawy. Jakkolwiek cel jest słuszny – nakarmienie głodnego – jednak sposób dążenia do niego, w żadnej mierze. Cel nie uświęca środków, jakkolwiek dobry by nie był. A teraz wyobraźmy sobie taką sytuację: podchodzi do mnie człowiek z pistoletem. Obok niego idzie drugi. Ten z pistoletem mówi do mnie tak: „słuchaj, ten tutaj nie ma pracy. A jeść musi. Dawaj kasę i morda w kubeł”. Czy takie działanie jest moralne? Znowu nie – cel może i tak, ale z pewnością nie środki.

Tak też żadna interwencja państwa nie jest moralna. Samo istnienie państwa jest już złamaniem zasad moralności. Nawoływanie do moralnej interwencji jest tym samym, co nawoływanie do suchego deszczu.

Tytułem podsumowania

Niezmiernie ciężko jest krytykować poglądy gospodarcze neokonserwatystów i to z kilku powodów. Po pierwsze, nie zgłębiają się oni w nią zbyt dokładnie, przez co istnieje wiele luk. Nie wiem, czy brak jakichkolwiek wzmianek, dotyczących systemu monetarnego, oznacza chęć pozostawienia go takiego, jakim jest, czy może nie zwracaniu na niego większej uwagi? Po drugie, brak jakiegokolwiek wspólnego stanowiska w sprawie polityki gospodarczej. W zasadzie jeden postulat, z którym zgadzają się niemal wszyscy neokonserwatyści, dotyczy deficytu budżetowego i równowagi fiskalnej. Wielu jeszcze akceptuje dążenie do stabilnego i długotrwałego wzrostu gospodarczego. Ale systemy opieki społecznej, całe państwo opiekuńcze, zasiłki, Medicare, Medicaid, nie są traktowane przez neokonserwatystów zbyt poważnie. Co najwyżej kilka wzmianek. Redystrybucja dochodu to kolejny aspekt, gdzie neoconi nie mają jednego stanowiska. Z jednej strony mówią coś o idei wolnego rynku, wspominają, że Reagan nie powinien pozostawiać dotacji dla rolnictwa w spokoju.. Ale z drugiej strony część z nich uważa, że obecny system istnieje i nie ma sensu go odwracać. Te wewnętrzne nieścisłości stanowią dosyć duży minus i wadę dla kogoś, kto chciałby systematycznie sprawy omówić. Rozumiem jednak, że neokonserwatyści nie przykładają do gospodarki tak wielkiej roli, jak czynią to choćby libertarianie. Z drugiej strony, libertarianie nie mają wspólnego stanowiska w sprawach obyczajowych: homoseksualizmu, pornografii, imigrantów, aborcji itd.

A co libertarianin może powiedzieć na temat neokonserwatywnych poglądów gospodarczych? Część z nich jest jawnie niewolnorynkowych. Jest jednak spora grupa neokonserwatystów, którzy „słyszą, że dzwonią, ale nie wiedzą, w którym kościele”. Owszem, zgadzają się, że wolny rynek jest rozwiązaniem wielu problemów, jednak są niekonsekwentni w dążeniu do niego. Idea wzrostu gospodarczego jest w teorii prowolnorynkowa, warto jednak pamiętać, że wzrost gospodarczy wcale nie gwarantuje dobrego rozwoju ludzi, że często oznacza po prostu korporacjonistyczny system powiązań państwo-gospodarka. Tworzony oligopol ma warunki do rozwoju i kto jest z nim, ten też ma takie warunki. Ale ktoś, kto nie należy do tej grupy, ma wiatr, wiejący prosto w oczy. Kompletnie błędnie rozumieją neokonserwatyści deficyt budżetowy, który niczego dobrego gospodarce przynieść nie może. Obniżka podatków? Sam pomysł piękny, ale nie zawsze odpowiednio realizowany. To chwalebne, że „Reagan obniżył podatki”. Mniej chwalebne jest, że skorzystali na tym najbogatsi, bo biedni zapłacili podatki wyższe, niż przed reformą[57] . Wielu neokonserwatystów powołuje się na Rothbarda, Misesa, Hayek’a, czy Bastiata. Ale czy coś, poza powoływaniem się, z tego wynika? Niestety nie.

Przypisy:
[1] Oczywiście już tutaj trzeba zastrzec, że wiele osób określa się mianem libertarian, choć kompletnie nie stosują libertariańskich założeń. Wspomnieć tu można choćby Alana Greenspana, czy Charles’a Murray’a, że o Miltonie Friedmanie nie wspomnę. W moim przekonaniu wynika to ze zjawiska, które Carson określił mianem „potocznego libertarianizmu” (vulgar libertarian). Libertarianizm potoczny jest pobieżnym zaakceptowaniem ideałów libertariańskich, w szczególności założenia, że im mniej rządu, tym lepiej. Stąd osoby, które popierają jakiekolwiek ograniczenia władzy w stosunku do jej obecnych rozmiarów, mają podstawy do określania się mianem libertarianina. Na tej podstawie nierzadko Reagan określany jest mianem libertarianina („to rząd jest problemem”), podobnie, jak Thomas Sowell. Poklasku dla teorii o potocznym libertarianizmie dołożyła książka Davida Boaz, („Libertarianizm”, Poznań, 2005). Książka ma jednak charakter typowo popularyzatorski, stąd nie powinniśmy od niej wymagać szczególnej rzetelności. Tak samo zresztą ambiwalentne, by nie powiedzieć „w zasadzie negatywne” nastawienie ma środowisko libertariańskie do istnienia Libertarian Party.
[2] Różnica ta bierze się stąd, że najwybitniejszy przedstawiciel szkoły austriackiej, Ludwig von Mises definiował kapitalizm jako wolny rynek; rynek bez państwowych regulacji. Z kolei mutualiści termin „kapitalizm” rozpatrują historycznie i utożsamiają go jako system de facto oligarchiczny, gdzie wąskie elity biznesowe połączone są z państwem. Kapitalizm w ujęciu mutualistów jest systemem korporacyjnym ze wszystkimi jego wynaturzeniami. Choć nie jest to jedyna różnica między Austriakami, a mutualistami, to metodologię mają obie szkoły niemal zbieżną i nie ma sensu się nad nią dłużej rozwodzić. Por. Ludwig von Mises, „Ludzkie działanie”, Warszawa, 2007 i Kevin Carson, „Studies in mutualist political economy” (dost. na mutualist.org).
[3] http://www.pl.agorism.info/
[4] Rothbard ukuł termin „anarchokapitalizm”, który na trwałe wszedł do dyskursu libertariańskiego, choć coraz więcej osób podważa zasadność takiego określenia. Problemem jest tu oczywiście drugi człon, czyli „kapitalizm”, który ma co najwyżej neutralne konotacje. Gdy jednak bierzemy pod uwagę historyczne definicje, termin anarchokapitalizm okazuje się być wewnętrznie sprzecznym. Ale funkcjonuje, jako spuścizna misesowskiej definicji kapitalizmu (por. Ludwig von Mises, „Ekonomia i Polityka”, Warszawa, 2006; tekst dostępny również na stronie http://www.korespondent.pl).
[5] Albert Jay Nock, pierwszy z wielkich minarchistów (A.J. Nock, „Państwo – nasz wróg”, Lublin-Rzeszów, 2004) wprowadza rozróżnienie, akceptowane zresztą przez minarchistów, na państwo i rząd. Sęk w tym (i tutaj właśnie pojawiają się nieporozumienia), że Unia jest rozumiana, jako państwo, ten organ centralny, który krępuje ludzką wolność, a poszczególne Stany, jako rząd – instytucja na wskroś społeczna. Minarchiści dążą do maksymalnego ograniczenia władzy centralnej: prezydenta, Kongresu, administracji waszyngtońskiej itd.. Unia, władza państwowa, ma zostać zniesiona; stany, władza społeczeństwa (kontynuując podział Nock’a) ma służyć obywatelom.
Problem leży, jak to zwykle bywa, w definicjach. Przyjmując libertariańską definicję państwa: przymusowej organizacji, mającej monopol na stosowanie (inicjowanie) przymusu i przemocy względem ludności w granicach określonego terytorium) (patrz: Filip Paszko, Mikro władza w makro skali, czyli o nierealności państwa minimum, [w:] Nieregularnik Liberalis: o Wolność, odcinek mini, nr 1, dost. na http://liberalis.pl/nieregularnik), poszczególne Stany również musimy uznać za organ władzy państwowej. Różnica tkwi w tym, że minarchiści akcentują potrzebę powrotu państwa do granic z początków suwerennej władzy amerykańskiej. Można więc, paradoksalnie, powiedzieć, że minarchiści są „antypaństwowi” obecnie, ale „propaństwowi” historycznie. Więcej na temat trendów w minarchizmie: Frank Chodorov, „O szkodliwości podatku dochodowego”, Warszawa, 2005, rozdz. 1-4.
[6] Nie piszę o „poglądach Austriackich”, bo wydaje mi się to nazbyt dużym nadużyciem.
[7] R. Legutko, „Wprowadzenie do wydania polskiego”, [w:] Irwin Stelzer (opr.), „Neokonserwatyzm”, Warszawa, 2007, s. 15
[8] Irwin Stelzer (opr.), „Neokonserwatyzm”, Warszawa, 2007, s. 83
[9] Naomi Klein, „Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne”, Warszawa, 2008, s. 24-25. Por.: „w Stanach Zjednoczonych postulaty Friedmana zostały przejęte przez ruch neokonserwatystów i włączone do ich programu gospodarczego” (s. 75) oraz: „Na tym wyzwoleniu od wszelkich ograniczeń [regulacji i interwencji – FP] zasadza się ekonomia szkoły chicagowskiej (nazywana też neoliberalizmem albo, w Stanach Zjednoczonych, neokonserwatyzmem)” (s. 288). Pomijając już mieszanie ideologii politycznej ze szkołami ekonomicznymi (które w gruncie rzeczy często się dopełniają, ale formalnie jest to niepoprawne), ukazuje to samą skalę zamętu terminologicznego.
[10] Irwin Stelzer (podpierając się J. Muravchikiem) pisze o Colinie Powellu, Condoleezzie Rice, Dicku Chaney’u, czy Donaldzie Rumsfeldzie, jako o neokonserwatystach (por. I. Stelzer, „Neokonserwatyści i ich krytycy”, [w:] I. Stelzer (opr.), op. cit., s. 45), a z kolei Max Boot się z tym nie zgadza: „Neokonserwatystami nie są ani prezydent George W. Bush, ani wiceprezydent Dick Chaney, ani sekretarz stanu Colin Powell, ani sekretarz obrony Donald Rumsfeld), ani też doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, Condoleezza Rice” (I. Stelzer, op. cit., s. 81-82). To samo tyczy się zresztą choćby Paula Wolfowitza.
[11] http://liberalis.pl/2008/09/28/jacob-g-hornberger-konserwatyzm-kontra-libertarianizm/; warto tutaj jednak podkreślić, że artykuł jest w dużej mierze uproszczeniem i nie odnosi się do wszystkich konserwatystów. Hornberger za cel obrał sobie pewną część Partii Republikańskiej, która pod płaszczykiem ideałów wolnościowych chce doprowadzić do ugruntowania rozbudowanego rządu.
[12] I. Stelzer, op. cit., s. 65
[13] Takiemu stawianiu sprawy sprzeciwia się Dinesh D’Souza; szerzej omówimy tę kwestię w dalszej części pracy.
[14] Taką postawę popiera choćby Irving Kristol. Z drugiej strony przeciwny temu jest Dinesh D’Souza (a przynajmniej do takiego można dojść wniosku, obserwując pochlebne wypowiedzi na temat Bez korzeni, Charles’a Murray’a.
[15] Wszystko na podstawie książki D. D’Souza, „Listy do młodego konserwatysty”, Poznań, 2006
[16] Idem, s. 80-81
[17] Idem, s. 88
[18] I. Kristol, „Neokonserwatywne przekonania”, [w:] I. Stelzer, op. cit., s. 74
[19] Chciałoby się tutaj napisać „nominalnego”, ale w innym sensie, niż typowy. Zasadniczo wzrost gospodarczy można podzielić na nominalny i realny (nominalny, pomniejszony o poziom inflacji). Mi w określeniu wzrostu mianem „nominalnego” chodziło by raczej o to, że w statystykach krzywa byłaby w tendencji wzrostowej, co niekoniecznie oznaczałoby, że ludziom lepiej się powodzi, mają lepsze perspektywy, więcej zarabiają i mają więcej możliwości samorealizacji.
[20] http://www.heritage.org/Index/countries.cfm; dla porównania: Polska znajduje się na miejscu 83, niesamowicie wręcz zbiurokratyzowane Indie – na 115, że nie wspomnę o takich państwach, jak: Albania (56), Panama (50), Botswana (36), czy Bahrajn (19)
[21] Ciekawa jest ta informacja, zważywszy, że w Chinach korupcja jest na porządku dziennym..
[22] Strefy te są nastawione na produkcję eksportową, która rośnie od 1980 roku w tempie ponad 17% w skali roku.
[23] Sytuacja ze „złymi kredytami” została już przeanalizowana w każdą stronę przy okazji kryzysu na rynku amerykańskim.
[24] A. Greenspan, „Era zawirowań”, Warszawa, 2008, s. 346
[25] Dane za: Jacek Sierpiński, „Wzrost gospodarczy to nie wolny rynek”, www.sierp.libertarianizm.pl. Dane w oryginale: http://www.ggdc.net/maddison/Historical_Statistics/horizontal-file_03-2007.xls
[26] Idem.
[27] Jest to jednak – w moim przekonaniu – trwały element przekonań neokonserwatywnych. Wzrost gospodarczy – zdają się mówić neoconi – może być dobry. I dodają w podtekście: oczywiście, jeżeli obniży się po temu podatki, ograniczy biurokrację itd. Ale to tylko MOŻE być dobry. Zawsze może bowiem przyjść ktoś inny i powiedzieć: wzrost gospodarczy może być dobry, ale oczywiście pod warunkiem, że przekażemy państwu przedsiębiorstwa, ziemię, pieniądze i siły. Takie samo stanowisko prezentują neokonserwatyści w kwestiach państwa. Irwin Stelzer mówi, że rząd nie jest wrogiem narodu, ale instrumentem, który w odpowiednich rękach może być użyty do czynienia dobra. Ależ oczywiście, może. Sęk w tym, że wcale nie musi…
[28] Cytaty w tej części kolejno: I. Kristol, op. cit., s. 75, I. Stelzer, op. cit., s. 64, R.L. Bartley, „Groźba deficytu”, [w:] I. Stelzer, op. cit., s. 219
[29] Oczywiście może jeszcze podnieść podatki, lub obniżyć wydatki, ale oznaczałoby to likwidację deficytu; nas natomiast interesuje, w jaki sposób państwo może deficyt sfinansować?
[30] Ludwig von Mises, „Ludzkie Działanie”, Warszawa, 2007, s. 196
[31] Idem, s. 197
[32] Milton i Rose Friedman, Wolny wybór, Sosnowiec, 2006, s. 259
[33] Oczywiście systemu z Breton Woods ciężko nazwać opartym na złocie, jednak nie ma wielkiego sensu się tutaj nad nim rozdrabniać. Wystarczy tylko stwierdzić, że do 1971 (nominalnie do 1973, ale realnie do 1971) roku złoto było „hamulcem” dla nieposkromionej inflacji monetarnej. Jednak załamanie tego systemu doprowadziło do zaniku hamulców, czego jesteśmy świadkami, obserwując oba wykresy.
[34] Gdy posługuję się terminem „inflacja”, mam na myśli wzrost podaży pieniądzą.
[35] Gene Callahan, „Ekonomia dla normalnych ludzi. Wprowadzenie do Szkoły Austriackiej”, Warszawa, 2004, s. 155.
[36] Idem, s. 156.
[37] A. Greenspan, op. cit., s. 269
[38] I. Kristol, „Konserwatywne państwo opiekuńcze”, [w:] I. Stelzer, op.cit., s. 180 i nast.
[39] Na ile jest to czysty pragmatyzm? „Amerykański system ubezpieczeń społecznych cieszy się ogromną popularnością. Jeśli nasi obywatele chcą być hojni dla ludzi starszych, nawet do granic pewnej ekstrawagancji – to bardzo miło z ich strony” (op.cit. s. 181)
[40] D. D’Souza, op. cit., s. 87
[41] D. D’Souza, Idem., s. 88.
[42] „Będziemy pomagać w rozwoju każdego państwa […]. Środki udostępnimy jedynie tym państwom, które dokładają starań, by rządzić sprawiedliwie, inwestują w opiekę zdrowotną i edukację obywateli […].” C. Rice, „Strategia bezpieczeństwa narodowego”, [w:] I. Stelzer, op. cit., s. 122
[43] Frederic Bastiat przeszło 150 lat temu pisał: „W istocie chodzi o to, że państwo nie jest i nie może być istotą jednoręczną. Posiada dwie ręce: jedną do brania, drugą do dawania. Innymi słowy, rękę surową i rękę łagodną. Działanie tej drugiej jest z konieczności podporządkowane działaniu tej pierwszej” (F. Bastiat, „Państwo”, Lublin, 2004, s. 33.
[44] Trzecim sposobem jest wzrost podaży pieniądza, którym zajmowaliśmy się w części, dot. deficytu budżetowego.
[45] Por. D. D’Souza, op. cit., rozdz. 9.
[46] Posługujemy się tutaj przedsiębiorcą, jako podstawowym podmiotem gospodarczym, choć równie dobrze moglibyśmy przyjąć za taki jednostkę.
[47] Oczywiście państwo może stworzyć rachunek budżetu federalnego, spisując dochody i wydatki, jednak nie o tym mówimy.
[48] Zresztą, prywatne, ale obowiązkowe przedsięwzięcia również będzie cechowała niewydajność ekonomiczna: przyczyną jest oczywiście zachowanie przymusu. By przedsiębiorstwo w pełni prywatne i nieposługujące się przymusem osiągnęło zysk, musi skusić ludzi, by korzystali z jego usług. Musi więc być „społecznie pożądane”, a jego oferta naprawdę interesująca. Co innego, gdy przedsiębiorstwo to ma zagwarantowane dochody (ale nie zyski) z kasy państwa, lub z przymusu, którym państwo przyciąga mu klientów. Wtedy przedsiębiorstwo nie musi się wysilać, by osiągnąć dobre wyniki, gdyż klienci i tak będą musieli skorzystać z jego usług. Prawidłowość ta jest tym bardziej widoczna, im mniej jest graczy na rynku – stąd nie dziwią działania lobbystyczne na rzecz coraz to nowych obostrzeń, kontroli, czy przepisów. Im mniej przedsiębiorstw, tym większy zysk zapewni takiemu przedsiębiorstwu państwo.
Inną sprawą jest coś, co nazywam „kosztem pośrednictwa”. Nie ulega wątpliwości, że wszelkie działania państwa mogłyby być wykonywane przez podmioty prywatne na zasadzie dobrowolności. Było by to nie dość, że bardziej moralne, to jeszcze efektywniejsze. Pomijając już sam aspekt kalkulacji ekonomicznej, by państwo zrealizowało jakieś działanie, musi zajść znacznie więcej interakcji, niż gdyby działania te zostały podjęte bezpośrednio na wolnym rynku: ktoś musi zebrać pieniądze w formie podatków. Ktoś inny (instytucja) musi się zająć gromadzeniem ich. Ktoś musie je rozdysponować, a ktoś potem doprowadzić do tego rozdysponowania. Na każdym kroku suma włożonych przez obywateli środków topnieje.
[49] A.J. Nock twierdzi: „Władza wykazuje rekordową niezdolność uczynienia czegokolwiek wydajnie, ekonomicznie, bezinteresownie, czy uczciwie – a jednak, kiedy tylko dojdzie do jakiegokolwiek niezadowolenia ze sprawowania władzy społecznej natychmiast wzywa się na pomoc instytucję, która ma najmniejsze kwalifikacje aby tej pomocy udzielić” (A.J. Nock, op. cit., s. 141)
[50] „Rząd jest tak silny, jak jego dochody”, F. Chodorov, op. cit., s. 24
[51] „[…] tak, jak państwo nie posiada własnych pieniędzy, tak samo nie ma własnej władzy. Wszelka posiadana przez państwo władza składa się z tych uprawnień, które dało mu społeczeństwo, oraz tych, jakie od czasu do czasu samo konfiskuje społeczeństwu pod takim, czy innym pretekstem” – A.J. Nock, op. cit., s. 11
[52] Dlaczego osoby bezdzietne mają fundować edukację rodzinom wielodzietnym? Dlaczego bezdzietny staruszek ma fundować edukację rodzinom wielodzietnym? Dlaczego palacz i fan sportów ekstremalnych ma płacić taką samą składkę medyczną, co osoba niepaląca, niepijąca, uprawiająca zdrowy tryb życia? Dlaczego osoba, która lekarza widzi rzadziej, niż małżeństwo żyda i muzułmanki? Pytań można by mnożyć w nieskończoność. A państwo nie znajdzie odpowiedzi na te pytania. Czy rynek znajdzie? Może tak, a może nie – ale nikogo nie będzie przy tym zmuszał do respektowania tych decyzji.
[53] Ludwig von Mises, „Ekonomia i Polityka”, dost. na www.korespondent.pl.
[54] De facto jest to cena wyższa, ale ukryte koszty i manipulacje w rozdysponowaniu wpływów podatkowych pozwalają to ukryć. Dodajmy do tego koszty administracyjne i korupcję, powszechną w państwowej służbie zdrowia…
[55] Tzn. jest możliwe, ale nie jest możliwe zareagowanie na niego.
[56] Oto, jak Gene Callahan opisuje kryzys służby zdrowia w Stanach Zjednoczonych. „Zaczęło się od interwencji państwa, polegającej na narzuceniu wymogu posiadania licencji, doprowadzając do ograniczenia podaży usług medycznych, a zatem do wzrostu ich kosztów. Dalsza interwencja państwa, polegająca na nałożeniu w czasie II wojny światowej kontroli płac spowodowała, że pracodawcy, w celu przyciągnięcia do siebie pracowników, oferowali im „bezpłatną” opiekę medyczną. (Ponieważ pracodawcy nie wolno było podnieść płacy, jedno w czym mógł konkurować z innymi pracodawcami, to zakres tzw. świadczeń dodatkowych przyznawanych pracownikom). Poddanie „trzeciej strony” (firm ubezpieczeniowych) wnikliwej regulacji spowodowało, że konsumenci mniej zwracali uwagę na cenę opieki zdrowotnej, co spowodowało dalszy wzrost jej kosztów. Poparcie kolejnych roszczeń, w tym wypadku dla Medicare i Medicaid było kolejnym czynnikiem, podnoszącym koszty opieki zdrowotnej. Odpowiedzią rynku było powołanie takich dziwolągów, jak organizacje zarządzania służbą zdrowia (HMO). (czy to nie dziwne, że analogiczne twory nie powstały w odniesieniu do przemysłu motoryzacyjnego, czy komputerowego?)
Odpowiedzią na problemy, powstałe wskutek wszystkich złych interwencji były dalsze interwencje, których celem było korygowanie niedorzeczności wywołanych poprzednimi interwencjami. Nawet ludzie potrafiący dostrzec korzyści, płynące z istnienia rynku, nie są w stanie przebić się przez labirynt wypaczeń spowodowanych interwencjonizmem, dochodząc do wniosku, że jedynym lekarstwem na bolączki wywołane interwencjonizmem jest jeszcze więcej ingerencji państwa. […]. Subsydiowanie lekarstw, bez względu na sposób, w jaki się ono odbywa, prowadzi do dalszego zniekształcania ich ceny. O ile prawdą jest, że część nowych nakładów na lekarstwa odbędzie się kosztem przegrupowania środków z dotychczasowych wydatków na lekarzy, czy szpitale, o tyle prawdą jest też, że równocześnie nastąpi transfer z sektora dóbr nie medycznych, do sektora medycznego, gdzie opłacalność każdego zainwestowanego dodatkowego dolara – dzięki nowym subsydiom – wzrośnie.” (G. Callahan, op. cit., s. 193-195).
[57] Wpłynęły na to podwyżki składki social security, która jest regresywna, podniesienie akcyzy, opodatkowanie wymiany barterowej, likwidacja ulg podatkowych, czy znaczny wzrost podaży pieniądza. Wszystko to zaowocowało wynikami badania, które ukazało, że dla 40% ludności reaganomika wiązał się ze.. wzrostem podatków.

***
Tekst był pracą zaliczeniową z zajęć pod nazwą „Doktryna neokonserwatyzmu” na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.
***
Filip Paszko

11 comments

  1. Timur

    „Weźmy takie Chiny. Średnio 10%-owy wzrost gospodarczy Chin już od ładnych kilkunastu lat zadziwia cały świat. A jednak niewiele się znajdzie osób, które będą wolały mieszkać w Chinach, niż w Niemczech, gdzie wzrost PKB rzędu 2% ogłaszany jest niesamowicie wysokim. Gdzie tkwi haczyk? Właśnie w tym, że szybki wzrost gospodarczy ma się nijak do realnego rozwoju gospodarczego. Celem rozwoju gospodarczego jest człowiek, jego szanse na samorealizację, na spełnianie marzeń i na poprawianie swojej sytuacji.”

    Otóż to właśnie!

  2. Kamil

    „Chociaż zarówno jeden, jak i drugi popierają wolności osobiste, wolny rynek, czy ograniczony rząd, to libertarianin nie czyni tu żadnych wyjątków. Konserwatysta z kolei zgadza się z postulatami libertariańskimi, ale robi wyjątek choćby dla opieki medycznej, edukacji, prawa antynarkotykowego, regulacji gospodarki, państwowego, papierowego pieniądza, podatku dochodowego, pomocy socjalnej, stałej armii, kontroli imigracji, czy łamania konstytucyjnych praw w imię mistycznego „bezpieczeństwa narodowego”.”

    No to gdzie ten wolny rynek? Bo właściwie jedyne, co w tych postulatach zostało ograniczone do minimum, to właśnie wolna przedsiębiorczość. 😀

    „Ale nawet D’Souza pod płaszczykiem wolnego rynku przemyca poparcie dla interwencjonizmu: popiera państwową edukację, służbę zdrowia, kontrolę imigracji, regulacje, dotyczące ochrony środowiska, ochrony patentowej, czy wymogi bezpieczeństwa towarów. A wszystko to wynika – wedle D’Souzy – z wizji społeczeństwa liberalnego Johna Locke.”

    Facet do złudzenia, w światopoglądowymm usposobieniu, przypomina mi wykładowcę historii fil. z mojej uczelni, który z kolei jest miłośnikiem Milla od czasów „komuny”, gdyż była to wtedy dla niego bardzo rewolucyjna myśl. Takie chłopięce zadurzenie.

  3. Kamil

    Ale ciekawie (pokrętnie) próbuje połączyć swoje liberalne przekonania z militaryzmem (sam ma stopień płk., doradza ministrowi obrony etc.), który objawia się np. w szczerym popieraniu okupacji Iraku, Afganistanu czy Czadu (?), bo jeśli byśmy pierwszy nie zaatakowali, to sami (jako Polska) zostalibyśmy zaatakowani przez terrorystów… buszowskie pieprzenie… Moja ocena jest taka, że facet jest nie tyle ma jakieś złowrogie intencje, co jest z deczka podatny na ideologiczną propagandę. Ale mogę mylić..!

  4. Kamil

    >Więcej osób przerzuci się na publiczną służbę zdrowia – za którą chcąc, nie chcąc, są zmuszeni płacić.

    Jest zmuszona płacić. 😉

  5. Jak Wyżej

    >warto jednak pamiętać, że wzrost gospodarczy wcale nie gwarantuje dobrego rozwoju ludzi, że często oznacza po prostu korporacjonistyczny system powiązań państwo-gospodarka.

    Nie wystarczyło by napisać „korporacjonistyczny” ? I co to znaczy „państwo-gospodarka”? (Ja mogę się domyślić, ale dla zwykłego czytelnika taki stworek pojęciowy może okazać być niejasnym jak wzór na prędkość światła w próżni).
    😉
    >I dopóki neokonserwatyści tego nie zrozumieją, o tyle będą skazani na wieczne deficyty, albo wyższe podatki.

    Dopóki i o tyle się ze sobą nie kleją. Nie uważasz?

  6. smootnyclown Post author

    Ja mogę się domyślić, ale dla zwykłego czytelnika taki stworek pojęciowy może okazać być niejasnym jak wzór na prędkość światła w próżni
    Ten tekst nie był pisany dla „zwykłego czytelnika”, uwierz mi:)

  7. Czytelnik

    Ciekawy artykuł , ale zarzutów które prezentujesz pod adresem neokonów można przypisać także wielu libertarianom 🙂

    „ale robi wyjątek choćby dla opieki medycznej, edukacji, prawa antynarkotykowego, regulacji gospodarki, państwowego, papierowego pieniądza, podatku dochodowego, pomocy socjalnej, stałej armii, kontroli imigracji, czy łamania konstytucyjnych praw w imię mistycznego „bezpieczeństwa narodowego”.”

    Dopisałbym jeszcze kwestie związane z własnością intelektualną , dotowaniem infrastruktury komunikacyjnej i R&D , popieraniem osobowości prawnej i całej jej otoczki regulacyjnej , wspieraniem workfare state – czyli robienie dobrze na wszelkie sposoby przedsiębiorcom.

    „Alan Greenspan zwraca uwagę, że przy obliczaniu PKB Chin i innych krajów o nieustabilizowanym systemie gospodarczym musimy brać dużą poprawkę na tzw. „złe kredyty”

    PKB to faktycznie słaby wskaźnik , pytanie tylko czym go zastąpić ??? czy w ogóle używać takich mierników ???

    „A zważywszy na ilość pośredników (instytucji państwa) w jakimkolwiek działaniu odgórnym, łatwo dojść do wniosku, że koszty działań państwa są wielokrotnie wyższe, niżby mogły być na wolnym, nieskrępowanym rynku.”

    Nie we wszystkich dziedzinach działa ten mechanizm , może być tak że usługi serwowane przez państwo są właśnie tańsze niż były by na rynku , tyle że ich koszty są ukrywane i przerzucane na innych.

    „Biorąc to pod uwagę, absurdalne wydaje się twierdzenie, że gdyby nie państwowe interwencje, niektórych ludzi nie stać by było na choćby zapewnienie sobie opieki zdrowotnej.”

    W służbie zdrowia a’la USA na pewno nie było by stać 🙂 Problem w tym że wielu libertarian tak właśnie widzi opiekę zdrowotną w swej utopi ( czyli ubezpieczenia komercyjne serwowane przez korporacje ) – to nie jest dobra droga.

  8. smootnyclown Post author

    Dopisałbym jeszcze kwestie związane z własnością intelektualną , dotowaniem infrastruktury komunikacyjnej i R&D , popieraniem osobowości prawnej i całej jej otoczki regulacyjnej , wspieraniem workfare state – czyli robienie dobrze na wszelkie sposoby przedsiębiorcom.

    W książkach, na których się opierałem nic ine było o własności intelektualnych i innych, wspomnianych przez Ciebie aspektach. Sam osobiście bardzo żałowałem, że nie było nic na temat bankowości. Oczywiście nieporuszenie takich tematów może świadczyć o cichej akceptacji dla nich, natomiast gdybym się w tę stronęrozpisał, prowadzący by mnie pożarł:)

    Nie we wszystkich dziedzinach działa ten mechanizm , może być tak że usługi serwowane przez państwo są właśnie tańsze niż były by na rynku , tyle że ich koszty są ukrywane i przerzucane na innych.

    Masz rację, szkoda, że tego nie podkreśliłem wyraźnie. Przykładem niech będzie tutaj polska służba zdrowia, która jest „niedoszacowana”, stąd kolejki i słaba obsługa. Ceny maksymalne robią swoje, co znamy z nie tak w końcu dawnej historii:)

    W służbie zdrowia a’la USA na pewno nie było by stać Problem w tym że wielu libertarian tak właśnie widzi opiekę zdrowotną w swej utopi ( czyli ubezpieczenia komercyjne serwowane przez korporacje ) – to nie jest dobra droga.

    Nie zapędzaj się z takim argumentem:) Co prawda wiem o co Ci chodzi, natomiast może się wydawać, że podświadomie zakładasz, że likwidacja ubezpieczeń publicznych i prywatyzacja służby zdrowia nie zmieni niczego innego, co jest – moim zdaniem – dosyć ryzykownym stwierdzeniem:)

  9. Timur

    „“Alan Greenspan zwraca uwagę, że przy obliczaniu PKB Chin i innych krajów o nieustabilizowanym systemie gospodarczym musimy brać dużą poprawkę na tzw. „złe kredyty”

    PKB to faktycznie słaby wskaźnik , pytanie tylko czym go zastąpić ??? czy w ogóle używać takich mierników ???”

    Najlepiej zastąpić PKB parytetem siły nabywczej z poprawką na uwarunkowania kulturowe. Na przykład w Polsce sery pleśniowe są droższe niż we Francji, ale mało kto takowe u nas jada więc to nie boli. Za to okulary są w Polsce o niebo tańsze niż we Francji, a że byli u mnie ostatnio w domu Francuzi, to wiem, że istnieją w Paryżu skuterowe gangi ściągające ludziom na ulicach okulary z oczu. O czymś takim w Polsce nie słyszałem. We Francji raczej się nie jada zup, no chyba że od święta w ramach tradycji. U nas jest zupa jest podstawą obiadu a wielu gospodarnych rodaków ( w tym ja ) warzy polewki takowe na przerąbanym wołowym szpikowym gnacie który można dostać gratis przy zakupie wołowiny na bazarze.
    We Francji nie do pomyślenia bo tam kości są surowcem przemysłowym a dzieci muszą chodzić do instytutu weterynarii by zobaczyć jak kość udowa wołu wygląda.
    W końcu doszedłem z Francuzami do wniosku że poziom życia w Polsce już niewiele odbiega od francuskiego.
    Za to uznali że Polska to wolny kraj, bo nie dość że wolno w knajpach palić, to jeszcze na dodatek do pubu Lolek można wejść ze psem.

  10. ConrPL

    Proponowane poprawki:

    „Wszystkie te szkoły dosyć znacznie się różnią, choć można znaleźć między nimi różnice” > „Wszystkie te szkoły są dosyć podobne, choć można znaleźć między nimi różnice”
    lub
    > „Wszystkie te szkoły dosyć znacznie się różnią, choć można znaleźć między nimi podobieństwa”

    „, który zamieszkuje jego, lub jej matka.” > „, który zamieszkuje jego ojciec, lub matka.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *