Ekonomia i wolny rynek

cynik9: O czym decydują ludzie

Gdyby ktoś zarzucił 2GR antyzwiązkowy sentyment to pewnie miałby rację. Ale – jak w Radiu Jerewań – jedynie częściową. W rzeczywistości bowiem ze sloganami związkowymi po części się zgadzamy.

Weźmy na przykład koronny slogan związkokracji – że o zakładzie decydują ludzie. Ależ oczywiście! Jak można mieć tu jakieś wątpliwości? Na przykład taki KGHM. Nie sposób przecież nie zauważyć że licząca sobie 16 tys. zrzeszonych w 7 centralach członków związkokracja (na 18 tys. zatrudnionych) decyduje tam o wszystkim. Jaką wypłacić sobie nagrodę, jaką dywidendę, kiedy zastrajkować, czy i jak prywatyzować, a nawet czy i kiedy zakład ma zbankrutować. I wprawdzie do tego ostatniego pomocna bywa czasem także dyrekcja to udział strajkującej załogi jest tu z pewnością warunkiem wystarczającym.

W eurokapitalizmie państwowym związkokracja także decyduje coraz częściej kto zostanie wybrany nominalnym bossem przedsiębiorstwa. W KGHM czuwa nad tym 42 działaczy na związkowych etatach sowicie opłacanych sumą ponad 8 mln zł przez bezzębnego państwowego właściciela. Na równi z innymi przedstawicielami państwowego kapitalisty przedstawiciele związkokracji pobierają też atrakcyjne synekury członków zarządu. Z czegoś średnia pensja związkowca w KGHM – blisko 15 tys. zł – musi się w końcu brać. Jak widzimy zatem wszędzie istotnie decydują ludzie.

To samo zresztą na hali fabrycznej. Mimo knowań kapitalistów aby zastąpić wszystko robotami i mieć spokój produkcja większości rzeczy ciągle jeszcze wymaga ludzi. Ludzie decydują także i tutaj. Kapitalista który tego nie zrozumie ma szansę w przyspieszonym tempie zasilić szeregi klasy robotniczej.

Kłopot ze sloganem „decydują ludzie” jest jednak taki że nie precyzuje on jacy ludzie ani o czym decydują. No więc doprecyzujmy – o sukcesie kompanii decydują wyłącznie ludzie sumienni i fachowi, a nie cała reszta. Nie związkowi krzykacze z nadania czy z szantażu. Nie bumelanci, nie obiboki i nie leserzy. I nie medyczne przypadki patologicznej niezdolności do wykonania najprostszego zadania prawidłowo, dokładnie i na czas.

Polegające głównie na wyważaniu bram i zastraszaniu negocjacje jakie związkokracja prowadzi okresowo z kapitalistą dotyczą jednak niezmiennie żądań podwyżek płac dla wszystkich jak leci. Nie tylko dla tych którzy decydują o sukcesie. Nigdy się jeszcze nie zdarzyło aby związkowe żądania dotyczyły np. zwolnienia pracowników zaniżających średnią. Nie widziano nigdy związkowych bonzów walczących o przywileje dla świata pracy które by ich osobiście nie dotyczyły. Nie zauważono też na synekurach członków zarządu wielu „przedstawicieli załogi” którzy nie byliby jednocześnie bonzami związkowymi. W tym właśnie leży problem.

Kapitalista wie bowiem że niektórzy z pracowników warci są złota, nie tylko podwyżek. Chętnie płaciłby im trzy czy cztery razy więcej, byle by tylko zatrzymać fachowców. Załatwi im żłobek dla dzieci, dorzuci jakieś atrakcyjne szkolenie, da trzynastkę, będzie chuchał i dmuchał. Bez mała nawet pieska na spacer im wyprowadzi. Nie może jednak tej hojności roztaczać automatycznie na wszystkich bo po prostu nie są tego warci. Ich wyniki nie dorównują najlepszym. Ich wkład w sukces zakładu jest znikomy. Paru leserów do tego chętniej by wyrzucił niż nagradzał podwyżkami. Ale jest to związkowe no-no.

Wiadomo że produktywność pracowników zatrudnionych na przykład przy pisaniu software’u różnić się może łatwo jak 1 do 20. Jeden dobry programista może łatwo być warty 20 słabych. Może nawet więcej. Wie o tym każdy kapitalista w tym biznesie. Chętnie zatrzymałby eksperta płacąc mu wielokrotność kompanijnej średniej. Wie też jednak że stałby się najprawdopodobniej obiektem linczu gdyby najgorszemu pracownikowi ośmielił się zaproponować należącą mu się 1/20 pensji najlepszego. Jak śmie! Gdzie tu sprawiedliwość? Naraziłby się tym najpewniej na wizytę jeśli nie od razu prokuratora to przynajmniej jakiś rządowych notabli od równouprawnienia, praw cżłowieka czy kodeksu pracy.

Z zatrudnieniem próbnym dziesięciu tanich zielonych groszków zaraz po szkole też problem. Dawniej szewc zatrudniał dziesięciu uczniów, z których dwóch stawało się z czasem czeladnikami, z których jeden zastępował kiedyś mistrza. Dzisiejszy kapitalista ryzyko takie też by podjął, czemu nie. Ludzi by spokojnie poznał, czegoś by ich nauczył. Dał dobrze wyglądający na CV staż czy pożyteczne referencje. Pomógłby wielu zastartować w życiu nawet wtedy gdyby u niego miejsca długo nie zagrzali. Wie też że wśród nich znaleźć się może bezcenny, nieoszlifowany diament. A jaki cenniejszy wkład w kompanijny sukces można sobie wyobrazić niż oszlifowany diament własnej produkcji? Jak mu jednak związkokracja narzuci wymuszone na prawodawcy minimalne pensje, przerośnięty socjal czy trudności w pozbyciu się tych którzy się nie sprawdzili, to da sobie spokój. Z eksperymentu zrezygnuje nie zatrudniając nikogo i nie ryzykując.

Albo zdecyduje ograniczyć swoje ryzyko płacąc headhunterowi za znalezienie eksperta od zaraz. Bo, jak wiadomo, o wszystkim decydują ludzie.

cynik9

01.09.2009

***

Tekst był wcześniej opublikowany na blogu dwagrosze

Zezwolenie na przedruk dotyczy wyłącznie witryny liberalis.pl.
Ogólne zasady przedruku można odnaleźć bezpośrednio na blogu dwagrosze.