Jakub Wozinski: Z czego żyje libertarianin
pobierz jako PDF 25 grudnia, 2009 — kapron
Najważniejszą rzeczą dla libertarianina powinna być zgodność czynów z własnymi słowami. W dzisiejszym pół-komunistycznym świecie nie jest to łatwe, szczególnie gdy chodzi o zdobywanie środków na własne utrzymanie. Wyjątkowo ważna jest zatem postawa teoretyków wolności – na nich spoczywa moralny obowiązek nie pobierania żadnych pieniędzy od lewiatana.
Okazuje się jednak, że spora część tzw. „wolnorynkowców”, szumnie głosząc wzniosłe hasła nieingerencji państwa w rynek, przyjmuje postawę całkowicie sprzeczną z libertariańskim credo. Potępiając ingerencję państwa np. w rynek paliw, nie znajdują własnej winy w przyczynianiu się do regulacji rynku usług naukowych poprzez nauczanie na państwowych uniwersytetach. Najdonioślejsze w historii wolnorynkowej myśli postacie pokazują jednak, że życie poza państwową uczelnią jest możliwe – ba, wręcz dopiero wtedy staje się prawdziwie owocne.
Naukowcy żyli z państwowej kasy od zawsze, gdyż mieli w tym z władcami wspólny interes. Natomiast pierwszy w pełni państwowy system edukacji wyższej przyniosła Reformacja. Średniowiecze opierało swą naukę na prywatnych uczelniach fundowanych przez zamożne osoby lub przez zakony żebracze. Dwa największe zakony tego typu: dominikanie i franciszkanie miały w swych szeregach takich myślicieli, jak: św. Bernardyn ze Sieny, św. Tomasz z Akwinu czy Mikołaj z Oresme. Ponadto utrzymujący się z datków wiernych franciszkanie z Uniwersytetu w Bolonii (m.in. Gracjan) byli autorami nowych koncepcji prawa naturalnego, które dało podwaliny klasycznie wolnościowej definicji prawa własności. Świat niezależności finansowej naukowców miał się jednak wraz z upadkiem Średniowiecza szybko załamać.
Myśli zabarwione podatkami
Podczas gdy Kościół katolicki nadal opierał swą naukę na zakonach żebraczo-kaznodziejskich, większość myślicieli powoli garnęła się pod skrzydła władców państw. Kartezjusz darzył „miłością” królową Szwecji, Wolter i d’Alembert czuli wzajemną miętę z carycą Katarzyną, zaś Leibniz żył przy boku księcia Hanoweru. Chlubnym wyjątkiem może być tu jedynie John Locke, który żył na dworze Lorda Shaftesbury i raczej stronił od państwowych uczelni. Co prawda jego mecenas był przez chwilę u władzy jako lord kanclerz, ale na ogół ojciec liberalizmu unikał akademickiego świata i przebywał w gronie eksperymentalistów oraz lekarzy.
Od czasów Oświecenia tradycja prawa naturalnego została zepchnięta do głębokiego podziemia. Dominować zaczęli opłacani z podatków jej przeciwnicy. Jednakże to właśnie myśliciele utrzymujący się z własnej pracy, a nie z państwowej kasy, przyczyniali się do rozwoju myśli. Tak właśnie było w przypadku multimilionera – bankiera Richarda Cantillona. Swoje dzieło Essai Sur la Nature du Commerce en Général oparł na praktyce przedsiębiorcy, choć wcale nie pracował na uczelni. Zupełnie inaczej rzecz się miała w przypadku Adama Smitha, który czerpał z teorii Cantillona w ogóle o tym nie wspominając. Zyskał dzięki temu niesłuszną sławę twórcy współczesnej ekonomii oraz panstwową premię w wysokości 600 funtów rocznie, którą wypłacał mu książę Buccleuch. Plagiator Smith cieszył się tą ogromną jak na tamte czasy pensją, pochodzącą z pobierania ceł, aż do końca życia.
Współczesny gigant myśli ekonomicznej Ludwig von Mises tym się różnił od innych ekonomistów, że aż do końca swej kariery nie pobierał od swych uniwersytetów państwowej pensji – było tak zarówno we Wiedniu jak i w Nowym Jorku. Przez wiele lat utrzymywali go biznesmeni, m.in. Lawrence Fertig. Podobną drogę obrał Murray Rothbard – utrzymywali go prywatni przedsiębiorcy, m.in. korzystał ze wsparcia William Volker Fund. Cały zresztą powojenny ruch libertarian był możliwy dzięki jego bogatym zwolennikom: Harry’emu Earhartowi, Alfredowi Kohlbergowi czy Claudowi Robinsonowi. Rothbard prowadził wprawdzie zajęcia na stanowych uczelniach w Nowym Jorku i w Las Vegas, ale cały czas stanowczo odmawiał pobierania wypłaty. Uważał to zresztą za podstawowy wymóg moralny zwolennika wolnego rynku.
Poprzednicy i nauczyciele Misesa (tak jak zresztą sam Mises przed wojną) Böhm-Bawerk i Menger zajmowali jeszcze uniwersyteckie katedry i państwowe posady, a pierwszy z nich był nawet ministrem finansów Cesarstwa. Myśli austriacka nie miała jeszcze wtedy wydźwięku libertariańskiego i dopiero stopniowa ewolucja myśli Misesa doprowadziła go do powzięcia zupełnie odmiennych przekonań. Swoje seminaria prowadził własnym sumptem, bez pomocy uczelni. Na co dzień pracował w Izbie Handlowej, a nauką zajmował się po godzinach. Nie przeszkodziło mu to w stworzeniu wiekopomnego dzieła „Ludzkie działanie” oraz wielu innych książek i artykułów z zakresu ekonomii.
Także i dzisiaj najbardziej znaczący libertarianie decydują się na życie bez państwowych pensji. Tacy ludzie, jak Hans-Hermann Hoppe, Stephan Kinsella czy Walter Block od lat dają dowód na to, że poza państwowymi wynagrodzeniami też jest życie. Część z nich powiela albo schemat Misesa: praca + nauka, albo schemat Rothbarda: życie naukowe opłacane z prywatnych środków. Oczywiście wielu z nich nie zawsze się to udaje i są za to później krytkowani przez konsekwentnych libertarian.
Żywot libertarianina może być bardzo uciążliwy. Hans-Hermann Hoppe opowiadał kiedyś o austriackim filozofie-libertarianinie, który porzucił karierę na uczelni i rozpoczął pracę na własny rachunek: trudni się teraz pisaniem artykułów, sporadycznie wygłasza odczyty oraz prowadzi warsztaty. Kilka początkowych lat okazało się niezwykle trudnych finansowo, ledwo wiązał koniec z końcem. Obecnie wiedzie się mu już lepiej, ale nadal jego zarobki wynoszą o wiele mniej niż pensja jego kolegów-konformistów z uczelni. Postanowiłem wysłać do niego e-mail i spytać go ocenę jego decyzji sprzed lat. Odpowiedział mi, że w ogóle nie żałuje i że każdy kolejny rok utwierdza go w przekonaniu o słuszności i moralności tego kroku. Poza tym, z roku na rok powodzi mu się coraz lepiej. Ilu jest dziś w Polsce równie konsekwentnych i moralnych osób?
Czasem zdarza się, że drogę odmowy pobierania wynagrodzenia od lewiatana przejmują nawet myśliciele nie do końca libertariańscy. Z funduszu Williama Volkera korzystał przecież także Friedrich August von Hayek. Jednakże i on miał przecież wielki wpływ na historię analizy ekonomicznej oraz wskazał na nadużycia związane z opisem XIX-wiecznego kapitalizmu.
Autonomia uniwersytetu
W świetle prezentowanych czasami przez monarchistów poglądów dawny ustrój zapewniał spory zakres uniwersyteckiej autonomii. Wedle nich dopiero demokracja miała zupełnie zdegenerować szlachetny ideał universitas. Zasłaniają jednak w ten sposób własne uczestnictwo we współczesnym pół-komunizmie. Jak zauważył prof. Walter Block, w świetle odpowiedzialności za dzisiejsze przestępstwa dokonywane przez państwo tak naprawdę nie ma znaczenia czy zatrudniany przez nie naukowiec jest marksistą czy libertarianinem. Ważne, że bierze aktywny udział w złodziejskim procederze rabunku mienia i że nie umie własną postawą zamanifestować wobec tego faktu sprzeciwu.
Na dzisiejszych państwowych uczelniach w Polsce nie brak ludzi, którzy określają się jako wolnorynkowcy i odnoszą się do dzisiejszych czasów z wielką dezaprobatą. Tkwi w nich zarazem dziwne przekonanie, że ich obecność na państwowej uczelni jest w stanie coś istotnego zmienić. Najczęściej wierzą w ideały państwa minimalnego i arbitralnie dobierają sobie strefy, w które państwo może jeszcze interweniować. Brak im jednak odwagi intelektualnej Rothbarda czy Misesa – ludzi, którzy swoją bezkompromisową postawą przybliżyli ludzkości możliwość ucieczki od totalitaryzmu. Bezpsornym faktem pozostaje bowiem, że każdy etat stworzony przez państwo jest w sposób konieczny finansowany z cudzej pracy. Zatrudnieni przez państwo naukowcy, utyskujący na lewicową ofensywę, są więc tak naprawdę jej twórcami. Dotyczy to zarówno zwolenników PiS, jak i zwolenników UPR.
Prawdziwy opór socjalizmowi naukowcy mogą dzisiaj stawić jedynie poprzez rezygnację ze swych posad na państwowych uczelnianych molochach. Jako zdolni ludzie nie powinni mieć kłopotów ze znalezieniem uczciwej pracy, na przykład na uczelniach kościelnych. Skoro Ludwig von Mises był w stanie rozwijać się naukowo, pracując jednocześnie na pełen etat, na taki krok stać powinno każdego z rodzimych naukowców. Cały wysiłek powinien się teraz skupić na kształceniu młodzieży i rozwijaniu prawdziwej idei wolności – libertarianizmu. Młodzi ludzie powinni zacząć w końcu myśleć, że prawdziwa i wartościowa wiedza z wielu dziedzin jest dostępna poza wszechnicami lewiatana. Ażeby im to umożliwić trzeba wreszcie porzucić ciepłe posady i stworzyć pozapaństwowe ośrodki nauki. Innym wyjściem jest znalezienie dla siebie sponsora. Wtedy można z czystym sumieniem prowadzić dysputy z uniwersyteckimi kolegami-socjalistami i uważać się za wolnorynkowca. Na razie jednak jednymi z najważniejszych grabarzy wolności są zadeklarowani liberałowie w profesorskich togach.
Jakub Wozinski
12.12.2009
***
Tekst pochodzi ze strony autora.
Pomóż otagować nam wpisy. Wpisz poniżej proponowany przez Ciebie tag dla tego wpisu. Gdy tylko 2 osoby opiszą powyższy post tak samo zostanie on automatycznie dodany do listy tagów dla tego wpisu.

Marzec 6th, 2010 at 12:39
Sorry, a czy komuniści zamierzają systemowo bronić ludzi przed taką, jaką przytoczyłeś właśnie, “presją środowiska”? Nie wolno będzie wysyłać sygnału w stylu “nie zaliczasz chłopaków, to jesteś pasztet i kaflara”? Są przecież ludzie, którzy w życie grają według tego zestawu zasad – wygrywa ten, co najwięcej zaliczy. Propozycja jak każda inna. I co, będziecie pilnować, żeby przypadkiem osobniki takie nie wpłynęły na kogoś słabszego psychicznie, którego mogliby przekonać do swojego lajfstajla?
Na dziś tylko tyle, bo spaliła mi się płyta główna i piszę teraz z różnych dziwnych miejsc… Papa.
Marzec 6th, 2010 at 15:59
@FatBantha
No ba. Powołam nawet specjalną jednostkę wewnątrz “komuszego gestapo”, żeby takich wyłapywać i rozstrzeliwać.
…
A poważnie, to nie widzę powodu by sięgać po tak drastyczne środki. Słowa, choć potrafią ranić, nie mają siły rażenia kul wystrzelonych z pistoletu. Stąd jestem zdania, że wystarczy wsparcie psychiczne i jakiś trening asertywności dla słabszych jednostek, żeby łatwo nie poddawały się presji ze strony grupy. Ewentualnie dopuszczam też bojkot towarzyski połączony z dyskredytowaniem wartości wyznawanych przez grupę i autorytetu jej lidera/liderów.
Ogólnie tego typu zarzuty po raz kolejny dowodzą twoich problemów z czytaniem ze zrozumieniem. Względnie twoja zakutołbistość uniemożliwia ci ogarnięcie prostego faktu, że wolnościowy komunizm nie polega na tworzeniu lotnych brygad “emancypatorów” czy innej awangardy walk społecznych. W dużym uproszczeniu, chodzi o mobilizowanie ludzi z najniższych szczebli rozmaitych hierarchii, słowem i przykładem, do oddolnej walki o realizację swoich potrzeb i/lub udzielanie wsparcia w już toczących się walkach (za zgodą samych zaangażowanych rzecz jasna) – jednak nie każdych potrzeb i nie dowolnymi środkami, gdyż te muszą współgrać z głównym celem, czyli zniesieniem kapitalizmu. Tak trudno to zrozumieć?
Marzec 6th, 2010 at 16:15
A kurewstwo jest największym sojusznikiem kapitalizmu? Tak z ciekawości pytam…
LoL.
Marzec 6th, 2010 at 16:34
No i kłania się podstawowa kwestia. W zacytowanym przez ciebie fragmencie wspomniałem o presji środowiska nie po to, żeby ją “napiętnować”, tylko w celu wykazania, że zawsze jesteśmy pod wpływem takiej czy innej kultury. Oczywiście nie w sensie jakiegoś totalnego zdeterminowania, bo przecież ludzie mają to do siebie, że potrafią kontestować i modyfikować zastany porządek kulturowy. Chodzi raczej o pogląd, że kultura kreuje nas, a my kulturę.
Marzec 6th, 2010 at 17:02
@FatBantha
Śledziłeś cały wątek o prostytucji? Bo to pytanie zdradza, że chyba nie bardzo. Ostatni raz to napiszę, może w końcu dotrze: nikt tu nikomu nie chce zabraniać dawania dupy na lewo i prawo, jeśli taka jest jego wola. W prostytucji w jej obecnym kształcie mierzi nas właśnie ten kształt, czyli kapitalistyczne stosunki produkcji z całą nędzą inwentarza: praca najemna, dyktat “rynku” i pieniądza itp. Pragniemy prostytucji podejmowanej wyłącznie z powołania i dla radochy, a nie z desperacji i konieczności zdobycia podstawowych środków do przetrwania (jedzenie i bezpieczne schronienie).
Nie bardzo rozumiem, co w tym śmiesznego. No chyba, że w przedszkolu i podstawówce zawsze stawałeś po stronie gnębicieli, a nie gnębionych – to by poniekąd tłumaczyło zamiłowanie do różnej maści “prywatnych” hierarchii.
Marzec 6th, 2010 at 20:29
>inwentarza: praca najemna, dyktat “rynku” i pieniądza itp. Pragniemy prostytucji podejmowanej wyłącznie z powołania i dla radochy, a nie z desperacji i konieczności zdobycia podstawowych środków do przetrwania (jedzenie i bezpieczne schronienie).
Czyli skrajny utopizm. Nigdy nie wyeliminujecie głodu i nędzy – czy będziecie próbowali zaklinać obiektywną rzeczywistość, niezmienne kwantyfikacje czy inne “absoluty”, których istnienia nie uznajecie – a raczej ludzkich odczuć tychże, subiektywnych doznań or whatever. Argumentacja uzależniająca wolność od czynników materialno-biologicznych, tj. odczucia głodu lub małego stanu posiadania (bieda), sprawiają jakąkolwiek swobodę za niemożliwą i nie osiągalną (at least nie na “tym” świecie:>), bo zawsze będzie można powiedzieć: -jest do dupy, biedno i głodno.. blablabla strasznie źle nam..
Marzec 6th, 2010 at 21:49
@SzLZ
W przeciwieństwie do ciebie wolę wstrzymać się od tego typu sądów predykcyjnych. Wielokrotnie na przestrzeni dziejów pojawiały się opinie, że coś jest niemożliwe i wielokrotnie rzeczywistość obalała te twierdzenia, to raz.
Dwa, to chyba nikt nie rozsądny nie utrzymuje, że głód i nędzę da się wyeliminować z dnia na dzień i komuniści generalnie nie są pod tym względem wyjątkiem. Chodzi raczej o proces stopniowego podnoszenia poziomu życia. Pytanie, jak szybko następowałoby osiąganie kolejnych stopni, oczywiście pozostać musi bez odpowiedzi, jeśli nie mamy ochoty bawić się we wróżenie z fusów. Intuicja podpowiada mi jednak, w oparciu o doświadczenia (s)kumulowane w toku walk klasowych (np. Hiszpania 1936 – 39), że przebiegałoby to efektywniej niż w realiach obecnego kapitalizmu.
Trzy, to co powiedzieć o twoich minarchiczno-monarchiczno-konserwowo chujwiejakich rojeniach? Utopia do kwadratu przemnożona przez miliard?
Czyli dla ciebie “będzie można” (“hipotetycznie istnieje taka możliwość”) oznacza, że “będzie się mówiło”, ergo “JAKAKOLWIEK swoboda będzie nieosiągalna”? To gratuluję pokrętnej logiki, panie fylozoff..
Marzec 7th, 2010 at 12:25
@SzLZ:
“Czyli skrajny utopizm. Nigdy nie wyeliminujecie głodu i nędzy”
To w jaki sposób przebiega re/dystrybucja dóbr zależy od systemu ekonomicznego, na którego kształt człowiek ma jak najbardziej wpływ.
“Argumentacja uzależniająca wolność od czynników materialno-biologicznych”
No sorry, ale bez zabezpieczenia sobie podstawowych potrzeb, nikt nie jest w stanie realizować swojej wolności.
Marzec 8th, 2010 at 12:11
@LBM
“Moje doświadczenie tylko potwierdza tę tezę, stąd nie widzę żadnego powodu, żeby akceptować twoje założenie, jakoby bierność w obliczu czegoś automagicznie oznaczała wyrażenie “zgody” na to coś.”
o właśnie – TWOJE doświadczenie potwierdza TWOJĄ tezę. stąd nie musisz jej ‘akceptować’, tyle że jest to TWOJE zdanie, które nie opisuje jakiejś obiektywnej rzeczywistości. jest to teza, którą zweryfikowałeś w jakichś takich a nie innych warunkach, co nie znaczy, że na zasadzie indukcji możesz wyciągnąć wniosek, że tak jest zawsze.
“Jeżeli w miejsce “ogółu” wstawimy “przedstawicieli klasy pracującej” to oczywiście, że uznaję conditio sine qua non w postaci dobrowolnej zgody i podkreślałem to WIELOKROTNIE.”
ok. przecież ‘wsparciu w negocjacjach’ czy coś w ten deseń nie mam nic przeciwko.
“I oczywiście zakładasz, że inny czynnik kulturowy – np. presja środowiska – w przypadku takich nastolatek nie gra żadnej roli, tak”
“Kolejna sprawa, to jaki “determinizm kulturowy”? ”
dobra, źle się wyraziłem. oczywiście, że GRA rolę, i to kluczową. miałem na myśli czynnik materialny tj. warunki bytowe. bo jak sam twierdzisz, to warunki bytowe legitymizują to, że A może wziąć jabłko z sadu B, ale już nie plazmę z jego salonu – gdy są na porównywalnym poziomie.
“Tylko jakoś do głowy ci najwyraźniej nie przyszło, że ludzie zazwyczaj po to zakładają związki zawodowe, żeby walczyć o LEPSZE warunki pracy i płace w miejscu obecnego zatrudnienia, gdyż np. nie mogą znaleźć innej, LEPSZEJ roboty.”
na przykład. albo zajebiście lubią swoją robotę tylko nie lubią warunków np. u danego pracodawcy.
“Więc nic z tego co napisałeś nie obala tezy Czytelnika, że (być może) spora część prostytutek kurwi się niekoniecznie dobrowolnie.”
ale ja nigdy nie twierdziłem, że WSZYSTKIE kurwią się dobrowolnie.
@Czytelnik
“Dziwnym trafem większość przypadków handlu ludźmi wykrywa się w szeroko rozumianym seks-biznesie”
ale co to ma do kwantyfikatora WSZYSTKIE?
“Jedną z głównych przyczyn emigracji ludności jest trudna sytuacja ekonomiczna ( bieda, bezrobocie, brak perspektyw, głód itp ) w ich macierzystych państwach.”
tzn. teraz chcesz udowadniać, że wszystkie prostytutki np. w Polsce są imigrantkami? chłopie, nawet jakbyś udowodnił tezę, że 1/3 to imigrantki (podejrzewam, że całkiem możliwa) to i tak jest to zajebiście daleko od tego, że wszystkie są jakimiś niewolnicami.
“Problem w tym że na Zachodzie większość prostytutek to emigrantki[...]”
zdefiniuj ‘Zachód’, bo nie w każdym kraju jest takie samo prawo, to raz. dwa, źródło danych poproszę.
“Twój przykład dotyczy marginesu.”
http://odloty.pl/
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6416274,15_i_16_latka_zatrudnily_sie_w_agencjach_towarzyskich_.html
tia, same bidulki.
“Mam rozumieć że te organizacje zrzeszają większość prostytutek świata ??? ”
te organizacje na pewno nie zrzeszają ‘większości’, ale na pewno zrzeszają dużą część, która chce tak a nie inaczej pracować.
“Hehe przyganiał kocioł garnkowi a sam smoli
”
a w którym momencie twierdziłem, że ustalam jakiekolwiek definicje i powinny obowiązywać wszędzie? w tym, w którym powiedziałem, że ludzie powinni zrzeszać się w dobrowolne społeczności ustalające swoje zasady? gdzie tu jest narzucenie jakiejkolwiek definicji wobec jakiejkolwiek społeczności?
Marzec 20th, 2010 at 21:11
LBM:
Ale mój propertarianizm nie ma rozwiązywać problemu przejmowania jakiejś meta-inicjatywy, bo ja nie uznaję tego w ogóle za problem. Problemem, który rozwiązywać ma propertarianizm, jest rozstrzyganie, czyja z wielu inicjatyw, w jakich warunkach jest gwałtem, a w jakich nie jest. W momencie, w którym ludzie się na propertariańskie rozwiązanie zgodzą, określa to jasno i precyzyjnie: tam gdzie twoja ziemia, tam pierwszeństwo lub jeśli zechcesz, wyłączność ma twoja inicjatywa. Zatem masz wolną rękę, aby żyć zgodnie ze swoim światopoglądem, a jednocześnie zrzekasz się praw do szerzenia go poza swoim podwórkiem, po to, aby sąsiad mógł robić to, co Ty.
To, że idea musi zostać przeforsowana (czyli po prostu wybrana), żeby gdzieś, wśród ludzi, zapanować, to przecież banał. Co to niby ma wnosić do rozmowy?
Znowu pojawia się pytanie: co masz na myśli mówiąc o kapitalistycznych strukturach – państwo? Czy tylko hierarchię i pracę najemną? Ja się domagam tylko tego, aby ludzie mogli wikłać się w takie układy, jakie im pasują. Jeżeli są to układy kapitalistyczne, realizują się za płotem, u którejś ze stron całej transakcji, to co mi do tego? Jeżeli mam coś przeciwko kapitalizmowi, to po prostu go nie praktykuję na swojej posesji. Ale, żeby komuś wbiegać na podwórko i krzyczeć “Haram! Haram!”?
Jeżeli jednakowe prawo do decydowania o tym, w jak urządzonym otoczeniu chce się żyć, ma polegać na dyktowaniu innym, jak mają żyć, aby utworzyli otoczenie moich marzeń, a polecenia takie nie mają granic, poza którymi traciłyby moc, to ja się na takie prawo wypinam.
Równie dobrze można powiedzieć, że wielu księży jest niezadowolonych ze świata, w którym ludzie uprawiają seks analny, nawet jeśli robią to dyskretnie, po kryjomu, w zaciszu swoich domów. Biednym duszpasterzom też odmawiam tego jednakowego prawa.
Ale dlaczego jedna strona swoją kontrolę nad jakimś terytorium będzie mogła utrzymywać przemocą (kolektywy), a druga nie (kapitaliści)? Z czego ten brak symetrii ma niby wynikać?
No dla mnie, na przykład, kluczowe. Takie, jak granica między wolnością a niewolą. Nie mam problemu z tym, że ktoś może w pewnych sytuacjach czegoś ode mnie wymagać – o ile sam w jakiś sposób mogę zdecydować, kiedy i czy w ogóle to się stanie. Jeżeli z kimś coś uzgodnię i się do czegoś zobowiążę, to OK. Ale jeżeli tego uniknąć nijak nie mogę, tak jak podatków i prawodawstwa państwowego, to przestaje być zabawnie.
Z podobnego powodu nie uśmiechają mi się rozwiązania, które proponują tak elastyczne podejście do zasięgu obowiązywania poszczególnych rozwiązań. Bardzo szybko może się bowiem okazać, że znajduje się nagle pod panowaniem norm, których uznawać nie chcę i nic z tym nie mogę zrobić.
Nie widzisz tej drobnej różnicy między nami? Mnie właśnie antykapitalistyczni prole gówno obchodzą – o ile nie wpieprzają mi się w życie, nie mam zamiaru w żaden sposób ingerować w ich. Tobie kapitaliści przeszkadzają, nawet jeśli wpływu na Ciebie nie mają żadnego albo jakiś znikomy. To Ty jesteś tutaj stroną agresywną i w imię swojej ideologii oczekujesz od ludzi, aby porzucili np. pracę najemną. Mnie to zwisa i powiewa jak ktoś sobie dobiera fach i jak zamierza sobie urządzić stosunki w pracy. Tak samo jak to, czy najemnicy będą stanowić 10, 50, 70 czy 100% rynku, a Ty toczysz o to pianę. Dla mnie ta liczba jest nieistotna, o ile rzecz się dzieje na prawdziwie wolnym rynku.
Różnica między nami jest taka, że ja potrafię zaakceptować znacznie szersze spektrum zachowań ludzkich, o ile tylko nie mają ambicji panować niepodzielnie wszędzie. Problemem dla mnie więc nie jest komunizm jako kolektywny system zarządzania dobrami, organizacji społecznej, etc. tylko zapędy komunistów, którym przeszkadzałoby to, że ja, jako jednostka sprawowałbym w dokładnie takim samym stopniu jak oni, kontrolę nad jakimś niewielkim obszarem Wszechświata.
Tym się właśnie różnimy. Tym, że dla mnie jesteście obojętni, a ja dla Was, jako kapitalista, nie…
Uuu… Argument liczebności?
No toś mi pojechał… Ale ja mam większego, więc wygrywam ten konkurs popularności.
Nie wiem jak mam przyznawać, że chcę zjeść ciastko i mieć ciastko. Jak mogę chcieć w przyszłości obecnych kapitalistycznych relacji własnościowych, skoro one zakładają istnienie państwa (bo obecnie państwo istnieje), a ja państwa nie chcę?
Nie nadążam chyba.
Ja uznaję, że zaczyna się tam, gdzie mogą oni formułować swoje oczekiwania wobec innych ludzi i gdzie one są przez tych innych respektowane.
Po prostu przestaliśmy rozmawiać o tym “co?”, a zaczęliśmy o tym “jak?”. Nie wiem czemu miałoby to być tward(sz)ym gruntem.
A czy ja znoszę odpowiedzialność za czyn popełniony pod jakąkolwiek presją? Nie. Więc w czym problem?
A jak inaczej sobie to wyobrażasz? Oczywiście, że obejmuje. Zresztą nie rozumiem Twojego oburzenia, bo przecież jestem w identycznej sytuacji jak kolektyw, który może przecież podjąć analogicznie skrajną decyzję. Dlaczego grupa ludzi może, a jedna osoba nie?
Doskonale wiem, że każe Ci wątpić, bo jesteś w tym względzie po prostu ograniczony. Postaram się więc sprawę wyjaśnić, żeby nie było niedomówień.
Ja nie zamykam swojej wrażliwości w postulatach, a przynajmniej nie wprost. Gdybym chciał tak robić, to postulowałbym jakiś skrajny, naiwny pacyfizm, wegetarianizm, etc. Robiłbym tak, gdybym wierzył, że takie postulowanie jest faktycznie skuteczne i coś zmienia. Tak się składa, że w to nie wierzę. Nie chcę bawić się we władcę-filozofa, który na samą myśl o jakiejkolwiek brutalności, będzie kręcił głową i wskazywał na kawałek papieru ze swoim postulatem braku przemocy czy okrucieństwa.
Postuluję więc coś innego. Postuluję system, w którym gdy ludzie będą się ze sobą stykać, z całą pewnością będą mieli świadomość tego, że to właśnie oni, a nie nikt inny, żadna instytucja, wzajemnie są gwarantami swojego życia. Moje istnienie leży w Twoich rękach, gdy wchodzę na Twoją posesję, a Twoje, gdy jesteś u mnie. Oprócz tego, że traktujemy się serio i nie lekceważymy, bo mamy władzę by się nawzajem zgładzić, nawet ugruntowaną normatywnie, jako źródła prawa, to jeszcze zdajemy sobie sprawę, że tylko od nas zależy, co się z tym wszystkim stanie.
Od tego momentu tylko od nas i od naszych sąsiadów zależy, czy ułożymy sobie rozsądnie życie czy zgotujemy piekło. A to już optymistyczne spostrzeżenie; jeżeli nasz byt zależy tylko od nas i naszych wartości i celów, a nie od hitlerowskich, stalinowskich czy pinochetańskich, nieprawdaż?
Komfort życia zależy więc nie od mojego ewentualnego postulatu: “nie bądź okrutny”, a od tego czy do podobnego wniosku dojdą inni ludzie. Najszybciej i najskuteczniej do niego dojdą, wg. mnie wtedy, gdy będą wolni, nawet jeśli wolność będzie oznaczać możliwość brutalnego działania względem siebie.
Ale ja gram w otwarte karty. Po prostu sądzę, że wrażliwość ma się nijak do postulatów, jeśli nie wierzy się, że w ich magiczną moc.
Tak samo jak można było gdy budowało się pierwszy balon, sterowiec, samolot, rakietę kosmiczną. Wszyscy mieli wyjebane na historyczne przykłady, których wtedy nie było.
Jeja, serio pytasz? Wszystko.
Od “wzorów” zaczynając.
Pracę człowiek wybiera sobie sam – może nawet stworzyć swoje własne miejsce, w którym nie będzie nikomu podległy. Może też z niej zrezygnować. Z państwa nijak się nie da. O ile praca zależy także ode mnie, czyli jakąś moc sprawczą w jej przypadku mam, o tyle z władzą państwa jestem całkowicie bezsilny.
Zresztą to z leksza schizofreniczne, buntować się przeciw stosunkom pracy, jakie sobie sam człowiek wybrał.
I niech to robią, ale czemu inni mają się im podporządkowywać?
Powtarzasz się. Już to słyszałem. I powiedziałem, że abym uznał szkodliwość i niemożliwość pogodzenia pracy najemnej z anarchokapitalizmem, musiałbyś wykazać konieczność odwrotnej relacji – praca najemna powoduje państwo. Interwencja państwa może być różna, może ustanawiać pracę najemną, a może pewnie ją też likwidować – to zależy od interesu rządzących.
No sorry, może jestem zbyt wielkim utopistą, ale dla mnie to ma znaczenie. Jeśli nie chcesz określać kto jest agresorem, a kto ofiarą, to o czym chcesz ze mną rozmawiać? A przecież to ma jednak ogromny związek z wolnością, bo wskazuje jak kto ją widzi i gdzie określa jej granice.
Ograniczam, ale po fakcie zatrudnienia. A on decydując się na pracę u mnie, nie określa dla niego, to co wolnościowe?
Fakt. Zapomniałem o tym tekście. Racja.
Z drugiej jednak strony, na ile idee Marksa są żywe, a na ile marksistów?