Karol ''Zal'' Zalewski

Karol ”Zal” Zalewski: Wolność, kultura, cenzura: Spojrzenie na kulturę z punktu widzenia ekonomisty

Na kulturę można spoglądać z różnych perspektyw i ujmować ją na wiele sposobów. Przykładem takiego spojrzenia może być memetyka, czyli nauka, której początków można doszukiwać się w pracach Richarda Dawkinsa, brytyjskiego biologa, a która nawiązuje do podobieństw między kulturą a genetyką (np. zachodzący proces ewolucji). Ja sam postaram się dzisiaj zaprezentować jeszcze inną wizję, o tyle interesującą i drażliwą, iż dotyczącą historii, biznesu oraz wolnej kultury.

Jeszcze kilkanaście lat temu podział na twórców oraz wydawców był czymś logicznym i oczywistym. Charakter tradycyjnych mediów (np. książek, czy też płyt CD-Audio) sprawia, iż trudno przy ich pomocy dotrzeć do wielu odbiorców bez ponoszenia kosztów i ryzyka. Do wydania utworu na większą skalę niezbędne są maszyny (np. drukujące książki, czy też tłoczące płyty), wykorzystywane przez nie materiały (np. papier) oraz dostęp do sieci dystrybucji (np. transport książek do sklepów). Wszystko to sprawia, iż przeciętny autor nie jest w stanie utrzymywać własnego wydawnictwa i jest niejako zmuszony do korzystania z usług profesjonalnych wydawców. Po prostu nie byłby on w stanie ponieść kosztów z tym związanych. Znamy już zatem sytuację autora korzystającego z tradycyjnych mediów. Jaka jest w takim razie sytuacja wydawcy? Przede wszystkim jest on przedsiębiorcą, którego celem jest minimalizowanie ryzyka inwestycji przez niego realizowanych i zarabianie na nich. To on, ponosząc ryzyko, musi podjąć decyzję, czy wydać prace danego autora. Proszę zauważyć, że ew. „cenzura” na tym etapie nie wynika z jego winy – będąc przedsiębiorcą, nie ma innego wyjścia. Nigdy nie ma pewności, czy np. wydrukowana i dostarczona do sklepów książka zostanie sprzedana. Również naturalne jest to, iż wydawcy dążą do tego, aby zabezpieczyć swoje interesy.

W ekonomii bardzo często mówi się o naczyniach połączonych – zmiana jednego elementu wpływa na inne elementy. Tak też jest i w przypadku wydawców. Rynek, kultura, nauka, prawo itp. wpływają na siebie nawzajem. Dostatecznie duże przedsiębiorstwa lub duża liczba małych, lecz współpracujących firm nie tylko podlega presji otoczenia, ale również jest zdolna do jego zmiany. W przypadku wydawców można to zauważyć, analizując obecną konstrukcję oraz rozwój prawa autorskiego. Zmiany te są na tyle istotne, iż mają one również znaczenie dla kultury – szczególnie teraz, gdy pojawienie się Internetu i jego popularyzacja wstrząsnęły naszym światem. Technika kolejny raz odmieniła oblicze kultury i biznesu. Od momentu pojawienia się Internetu każdy autor może być równocześnie wydawcą, który dociera do niemal każdego miejsca świata za ułamek tej kwoty, która była niezbędna w przypadku tradycyjnych mediów. Jednak prawo, jak i biznes nie zmieniają się tak szybko jak technika, a to jest przyczyną pewnych problemów. To właśnie ich istnienie przyczyniło się do powstania ruchu wolnej kultury. Ruchu mającego na celu propagowanie kultury bazującej na zezwoleniach. Oczywiście, idea taka stoi w opozycji do zamysłu twórców obecnie funkcjonującego prawa autorskiego, które oparte jest na monopolu twórcy. Prawo mówi: „tylko twórca może zezwolić na dystrybucję jego utworów”, zaś wolna kultura dodaje: „zatem może też pozwolić na nieograniczone kopiowanie i modyfikowanie swoich dzieł”. O wolnej kulturze można by mówić naprawdę długo. Ja chciałbym skupić się na jednym z jej aspektów, próbując odpowiedzieć na interesujące z punktu widzenia ekonomisty pytanie: Czy twórca może zarabiać na utworach wydanych na wolnych, zgodnych z założeniami wolnej kultury, licencjach?

Moim zdaniem – TAK! Karl Fogel (programista wspierający ruch wolnego oprogramowania) w swoim eseju pt. „Zapowiedź świata post-copyright” sugeruje istnienie co najmniej dwóch możliwości. Pierwszym z nich są darowizny oparte o bankowość elektroniczną i mikropłatności. Jeżeli przekazanie autorowi 1 PLN wymaga jedynie jednego kliknięcia, to czemu by tego nie uczynić, jeżeli jego twórczość jest dobra? Złotówka to niewiele. Przynajmniej dla samego odbiorcy. Co jednak powie autor, gdy takich chętnych znajdzie się ponad kilkanaście tysięcy? W skali Internetu to naprawdę niewielka liczba osób. Takie rozwiązanie zostało już wdrożone w życie i można je zaobserwować np. w serwisie Jamendo, udostępniającym darmową muzykę na wolnych licencjach. Druga opcja dotyczy większych przedsięwzięć, których powstawanie wymaga znacznego kapitału. Wystarczy jedynie przesunąć darowizny w czasie, tj. zbierać je jeszcze przed powstaniem projektu. Jak to czynić? Opisać precyzyjnie projekt, przedstawić plan jego tworzenia i pokazać dotychczas wykonane prace. Wszyscy ci, którzy będą chcieli ujrzeć go skończonego, będą mogli wesprzeć autora, a sam autor zobowiąże się do jego wydania na wolnej licencji. To również działa – wystarczy zajrzeć na stronę Kickstarter.com. Zapraszam do zapoznania się z nią. Podsumowując, wolna kultura nie czyni autora biedniejszym. Wolna kultura nie stoi w opozycji do wydawcy. Wolna kultura wymaga po prostu zmiany sposobu myślenia. Bez względu na to, czy mowa o autorze, czy też o wydawcy.

Karol ”Zal” Zalewski
25 maja 2010
***
Tekst był wcześniej opublikowany na blogu autora

3 comments

  1. pawel

    Rozwiązanie o którym piszesz oparte jest o dobrowolność, a nie normalną wolnorynkową transakcję. Na to nie zgodzi się profesjonalny artysta, który na swojej sztuce chce zarabiać konkretne pieniądze. Z punktu widzenia przeciętnego konsumenta takie rozwiązanie jest idealne – płacę dobrowolnie temu, który naprawdę na moje pieniądze zasługuje. Tylko, że twórcom się wydaje, że bardziej opłaca się walczyć z piractwem niż udostępniać swoją muzykę za darmo. Nie wiem czy słusznie, ale mają do tego prawo.

  2. Dobrze Urodzony

    W zasadzie to można próbować bronić prawa autorskiego jako dobrowolnej umowy, jeśli jest się zwolennikiem dobrowolnego niewolnictwa i doprowadza się to do pewnej skrajności. Wytwórnia płyt, uznając prawa twórcy, sprzedaje mu się, hurtownie sprzedają się wytwórni, sklepy hurtowniom, a legalni słuchacze – sklepom. I działa tu jakaś niesamowita rekurencja: oddajesz mi swoją swobodę kopiowania danych i sprzedawania kopii, a jeśli ktoś odda ci swoją, bo to będzie moim kryterium, aby pozwolić ci na kopiowanie lub sprzedaż, to tylko na moich warunkach. W ten sposób zawarta na samym początku umowa zahacza o nieskończoność – nikt nie wie, ile razy dana kopia zostanie sprzedana, zanim przestanie być zdatna do użytku, a następne kopie czeka ten sam los. Ale czy na wolnym rynku rzeczywiście taka sytuacja by powstawała? Zależałoby to tylko od twórcy.

    Nie wydaje mi się, że po zlikwidowaniu odgórnie narzuconych regulacji prawa autorskiego twórcy z własnej woli by do niego wracali. Między udostępnianiem swojej muzyki za darmo a walką z piractwem jest jeszcze wiele pośrednich postaw. Obecnie niewielu artystów wypowiada się publicznie przeciwko piractwu. Dla producentów z kolei zabawa stałaby się nieopłacalna, kiedy sami musieliby opłacać działania policji, które prowadziłyby do wyegzekwowania ich praw.

  3. Bartek Dziewa

    @Dobrze Urodzony:
    „W zasadzie to można próbować bronić prawa autorskiego jako dobrowolnej umowy, jeśli jest się zwolennikiem dobrowolnego niewolnictwa i doprowadza się to do pewnej skrajności.”

    „W ten sposób zawarta na samym początku umowa zahacza o nieskończoność – nikt nie wie, ile razy dana kopia zostanie sprzedana, zanim przestanie być zdatna do użytku, a następne kopie czeka ten sam los.”

    Chyba nie w nieskończoność. Pierwsza osoba, która złamie tę umowę i udostępni takie dzieło już bez żadnej licencji zwalnia z odpowiedzialności wszystkich swoich klientów – tzn. odbiorców „nielegalnych” kopii, ponieważ oni już żadnej umowy nie zawierają.
    Autor mógłby się przed tym jakoś obronić zawierając w swojej licencji zobowiązanie do zapłaty sporego odszkodowania przez tego, kto złamie jej warunki, ale w praktyce, w czysto rynkowych warunkach, coś takiego jak prawo autorskie w obecnym rozumieniu nie obowiązywałoby. Większość ludzi miałaby dostęp do dowolnego dzieła bez ryzyka poniesienia konsekwencji, jedynie ta część, która odebrała kopię z licencją autora i naruszyła jej warunki byłaby pociągana do odpowiedzialności, ale za zwykłe złamanie świadomie zawartej umowy, a nie coś takiego jak uniwersalnie obowiązujące „prawo autorskie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *