Roderick T. Long: Poza patriarchalizmem. Libertariański model rodziny.

Rodzina: Przyjaciel czy wróg?

Rodzina jest jedną z kwestii, która różni libertarian od konserwatystów. Uogólniając, konserwatyści mają tendencję do oceniania prywatnych zgrupowań – rodzinę, kościół, spółdzielnie – jako nadburcie wolności przeciw państwu. Niektórzy konserwatyści podważają potrzebę istnienia silnego aparatu państwowego, jednakże nalegają oni, aby aparat ten zamiast wypierać bądź zastępować prywatne zgrupowania, działał na ich korzyść. Libertarianie natomiast uznają raczej prywatne zgromadzenia – rodzinę, kościół, spółdzielnie – same w sobie jako zagrożenia wobec autonomii oraz rozważają interwencję państwa jako gwarancję wolności przeciw uciskającym tendencjom w prywatnych zgrupowaniach. Niektórzy libertarianie starają się obalić te zrzeszenia, jednak chcą, by były podwładne państwu – tak jak konserwatyści chcą, by państwo było podporządkowane prywatnym zrzeszeniom.

Dysputa ta, jak wiele pomiędzy prawicą a lewicą, jest dla libertarian konieczna do przeczekania. Libertarianie zgadzają się z konserwatystami co do faktu, że państwo jest głównym zagrożeniem dla suwerenności oraz że prywatne zgrupowania muszą być chronione przed rządową interferencją. Aczkolwiek libertarianie są również nieodporni wobec potencjalnej opresji w zrzeszeniach, zwłaszcza w tych zrzeszeniach, w których profity czerpią ci, którzy pochodzą z rządowej protekcji. Poglądy konserwatywne polegające na oddaniu rodziny, kościoła oraz korporacji pod opiekę państwa, najzwyczajniej wręczają tym instytucjom resztki władzy, którym nie należy już ufać tak bardzo jak rządowym biurokracjom.

Według konserwatystów, rodzina jest podstawową jednostką społeczeństwa. Dla libetarian jednak fundamentem społeczeństwa jest indywidualna jednostka. Stąd libertarianie od mieli dwuznaczny stosunek wobec rodziny (jak wobec pokrewieństwa, kościoła czy przedsiębiorstw). Rodzina, jako umiejscowienie sugestii oraz lojalności oddzielnej od państwa, jest zaiście czymś, czego oponenci scentralizowanej władzy są gotowi by bronić. Z drugiej jednak strony, libertarianie są doskonale świadomi tego, iż rodzina nie zawsze była obszarem wolności jednostki, zwłaszcza kobiet i dzieci. W jaki sposób zatem libertarianie powinni myśleć o rodzinie?

Początki rodziny.

Z biologicznego punktu widzenia, rodzina wywodzi się z potrzeby przedłużenia gatunku. Zwierzęta, należące do najniższego punktu w hierarchii klasyfikacji zwierząt, często nie posiadają rodzin, gdyż rodzina nie jest im potrzebna; przychodzą na świat z pełnym, zaprogramowanym, dojrzałym zestawem zachowań niezbędnym do przeżycia. Zanim pewne osobniki z gatunku owadów bądź ryb wyklują się, rodzic jest już dawno nieobecny bądź nieżywy. Proporcja nauki instynktów jest zdecydowanie większa wśród bardziej inteligentnych i łatwiej umiejących się przystosować gatunków, dlatego też gatunki te potrzebują wydłużonego okresu dzieciństwa. Gatunki te wymagają obecności jednego z rodziców przy młodym, dopóki wrażliwy okres nauki nie zakończy się. To najbardziej pierwotny rodzaj rodziny.

Pierwsza rodzina jest często rodziną przejściową. W wielu przypadkach rodzin zwierzęcych rodzina rozpada się, gdy młode stają się dorosłymi; od tej pory potomkowie i uprzedni partnerzy są traktowani w mniej więcej ten sam sposób jak każdy inny członek danego gatunku.

Proces ewolucyjny jest jednakże zaradny. Cecha, która pierwotnie powstaje, by zaspokoić jakąś potrzebę, może później udogodnić spełnianie innej potrzeby. Są to korzyści ewolucyjne, które utrzymują współdziałający związek pośród członków rodziny, bez potrzeby zachowania kontynuacji gatunku. W gatunku zwierząt postawionych na najwyższym szczeblu w hierarchii zachodzi ewolucja nie tylko biologiczna, ale również kulturalna. (Na przykład: kot, który został wytresowany, by traktować mysz z szacunkiem, na równej płaszczyźnie, nie jako swojej ofiary, może skutkować w wychowaniu całej generacji ,,pacyfistycznych” kotów).

Wśród istot ludzkich rodzina nadal pełni swą oryginalną funkcję wychowania dzieci, chociaż uzyskała całą rangę nowych ról, spełniając ekonomiczne i emocjonalne potrzeby członków rodziny. Rodzina wyrosła ponad swoje podstawowe, pierwotne zastosowania, dlatego też drastycznie wzrosła liczba możliwych struktur rodzinnych.

Jako analogię do rodziny możemy zastosować język. Zakładamy, iż język początkowo rozwinął się, aby przekazywać informację konieczną do przeżycia, np. „Za wystającymi skałami czai się szczerzący kły tygrys” bądź „Nie jedz tych grzybów, sprawiły, że źle się po nich czułem”. I nadal pełni tę informacyjną funkcję. Jednakże dzisiaj język spełnia szeroką masę innych zastosowań spirytualnych, których związek z fizycznym przetrwaniem jest co najwyżej mizerny. Piętnując stosunki rodzinne (jak wielu konserwatystów by to zrobiło) za to, że rodzina owa nie spełnia swej oryginalnej funkcji (wychowania dzieci), to tak jakby skrytykować szekspirowskiego Hamleta za niezdradzenie nam miejsca, gdzie znajduje się ostrzący kły tygrys.

W swojej książce Psychologia Miłości Romantycznej psycholog libertariański Nathaniel Branden śledzi instytucję małżeństwa od pierwotnych do obecnych czasów. W czasach starożytnych, zauważa, oczekiwano, że małżeństwo będzie opierało się na względach ekonomicznych i społecznych, nie na miłości; fenomen romantycznej miłości uznawany był za antyspołeczną obsesję, nieszczęśliwą szaleńczą chorobę, na którą niektórzy ludzie zapadali. W średniowieczu małżeństwo z miłości pozostawało dla większości niewykonalne, chociaż literatura z tamtych czasów (w opozycji do oficjalnej doktryny kościelnej) zaczęła celebrować romantyczną miłość jako jedno z najwyższych ludzkich doświadczeń oraz postrzegać małżeństwo nie oparte na miłości jako uciskającą instytucję. Jednak średniowieczni romantycy nie byli społecznymi rewolucjonistami, zamiast wymyślić istotną zmianę w naturze małżeństwa, postrzegali romantyczną miłość jako wspaniałą, jednakże również nielojalną i skazaną na tragizm. Dopiero wraz z powstaniem kapitału przemysłowego, Branden utrzymuje, kobiety otrzymały po raz pierwszy ekonomiczną niezależność umożliwiającą im odłożenie małżeństwa na dalszy plan, i ta równość, mówi, wraz z etyką kapitalistyczną indywidualizmu, doprowadziła do nadziei, że w dzisiejszym społeczeństwie małżeństwo skupi się przede wszystkim na romantycznych aspektach. Zmiana ta jest korzystna, a ja tak uważam, do tego stopnia, że istoty ludzkie potrafiły przeobrazić seksualną parę w więź czegoś wspanialszego niż natura pierwotnie dostarczała.

Niestety, ludzkie zdolności intelektualne i społeczne, które pozwoliły nam na usprawnienie natury, również sprawiły, że możemy ją zmienić na gorsze. Historycznie rodziny ludzkie, przeciwnie do rodzin zwierzęcych, od zawsze były instytucjami uciskającymi i wykorzystującymi. Najzwyklejszym przykładem jest przykład rodziny romańskiej, w której to męski osobnik zajmujący się gospodarstwem domowym (pater familias) miał prawo do uśmiercania swojej żony i, nawet dorosłych, dzieci. Ten rodzaj zależności jest nazywany patriarchalizmem (dominacja mężczyzny), który polega na podporządkowaniu kobiet wobec mężczyzn, a dzieci wobec rodziców. Ci, którzy pochwalają patriarchalizm jako ,,naturalną’’ zależność, często odnoszą się do królestwa zwierząt, tradycyjnie jednak autorytet rodzinny oraz nierówność seksualna miała większy wydźwięk w ludzkich społecznościach niż w zwierzęcych.

Ostatnie polityczne zmiany – mające swe źródło w libertariańskiej potrzebie podporządkowania ojcowskiego autorytetu prawom jednostki, oraz po części z liberalno-opiekuńczej chęci podporządkowania owego autorytetu państwu – osłabiły, lecz nie wyeliminowały całkowicie, instytucję patriarchalną.

W swej wspaniałej książce Sprawiedliwość, płeć i rodzina Susan Okin wskazuje, że w niektórych przypadkach współczesne społeczeństwa nadal systematycznie narzucają patriarchalny model rodziny.

1. Jak, w prawdziwie wolnym społeczeństwie, rodziny mogą rozwinąć się wychodząc poza patriarchalny wzór?

Struktury rodzinne jako dobrowolne.

Jak wspomniano powyżej, poleganie na nauce poprzez instynkt umożliwia nam postęp – wyjście ponad ograniczenia genetycznego zaprogramowania, a więc zwiększenie liczby struktur rodzinnych nam dostępnych. Pokrewieństwo oraz związki prokreacyjne pozostaną istotną podstawą do stworzenia rodziny, jednakże nie są jedynym fundamentem. Większość społeczeństw ludzkich posiada prawa, które upoważniają pewne rodzaje struktur rodzinnych, a zabraniają innych. Konserwatyści uważają, że prawa te są niezbędne, gdy społeczeństwo prosperuje; uznają oni heteroseksualną monogamię za warunek dla zdrowej kultury, dlatego też monogamia ta, jako instytucja, zasługuje na prawną protekcję. Konserwatyści uważają siebie również za obrońców tradycji zachodnich kultur, które pochodzą od starożytnych Żydów i Greków, dwóch grup których zobowiązanie się do heteroseksualizmu (w tym przypadku Grecy) czy monogamii (Żydzi) są trudno zauważalne; czy kultury te były wadliwe?

System libertariański nie zapewnia specjalnej opieki żadnym rodzajom rodzin, jednakże zezwala na pokojowy i kompromisowy układ. 1. Monogamia lub poligamia; heteroseksualny czy homoseksualny związek małżeński 2. wielodzietne, małodzietne bądź rodziny z jednym rodzicem 3. małżeństwa grupowe (seksualne bądź nie) – którykolwiek z tych związków byłby dopuszczony. To błąd myśleć, że jest jedynie jeden rodzaj struktury rodzinnej, która jest odpowiednia dla wszystkich; i nawet jeśli takowa by istniała, byłoby błędem myśleć, że moglibyśmy słusznie uważać, że jest ona odpowiednia dla nas, gdybyśmy nie poddali się wcześniejszemu procesowi odkrywania między alternatywnymi strukturami rodzinnymi.

Kolejnym aspektem, który wyróżnia libertariańskie społeczeństwo, jest większa ilość rodzajów kontraktów małżeńskich, które instytucje legalne byłyby w stanie rozpoznać i zaakceptować. (Mówię ,,instytucje prawne’’, nie ,,państwo’’, by zostawić otwarte drzwi dla społeczeństw anarchistycznych). Oczywiście istniałyby jakieś ograniczenia, jednak, jak mówiłem w poprzednich artykułach, że umowy niewolnicze lub o naukę zawodu nie są zgodne z prawem według zasad libertariańskich, a to samo rozumowanie dotyczyłoby umów zabraniających rozwodów. Wielu zwolenników etatyzmu uznaje, że prawo małżeńskie powinno utrudnić przebieg procesów rozwodowych, przede wszystkim by ,,chronić dzieci’’. Mogłoby to funkcjonować wtedy, gdy społeczne normy były inne, gdyby jednak legislacje te były wprowadzone dzisiaj, rezultatem nie byłyby nieszczęśliwe pary, które zostają ze sobą, a nieszczęśliwe pary, które rozchodzą się bez rozwodów, zamieszkując z nowymi partnerami bez ponownego wstąpienia w związek małżeński. W jaki sposób chroniłoby to dzieci, pozostaje niejasne. (Konserwatyści twierdzą, że powinniśmy zachęcić ustabilizowane związki małżeńskie, by odbudowały ,,piętno nieprawości’’. Stwierdzenie, że działałoby to na korzyść dzieci, jest nadal dość dziwne). W każdym przypadku rodzice, jako niezależne jednostki, mają prawo do wchodzenia w związki, jak i rezygnowania z nich, a zmuszanie ich, by pozostali w związku z kimś, kogo już nie kochają, jest tyrańskie. (Również uważam, że pozostawanie w sztucznym związku małżeńskich tylko dla dobra dziecka jest niemoralne, jest to rodzaj świętokradztwa małżeństwa – jednakże rodzice winni mieć prawo do postępowania w sposób, jaki sobie wybiorą). Zostawiając umowy bez wyjścia, libertariańske instytucje prawne zaakceptowałyby ogromną ilość umów małżeńskich.
Sąd, który zajmuje się parami, które nadal sprzeczają się o rzeczy, których ich umowa małżeńska nie zawiera, bądź parami, które umowy nie posiadają, może potraktować je jakoby podpisały one umowę uznaną w społeczeństwie za domniemaną. Jednakże mogą one zawsze wystąpić z warunków domniemanej umowy poprzez utworzenie wyraźnie przeciwnej umowy – umowy faktycznej.

Jak wypadłyby dzieci i kobiety w libertariańskim modelu rodziny? Na tym pytaniu teraz się skupię.

Prawa dzieci.

Ideałem libertariańskim jest niezależność. Każdy z nas przyszedł jednak na świat jako osoba zależna, osoba która musi przestrzegać warunków, które stawia nam ten, który nami się opiekuje. Postawa ta wydaje się być niezgoda z libertariańskimi wartościami, jednak jest podstawowym faktem naszego istnienia; w jaki sposób libertarianizm wyjaśnia istnienie tego faktu w dzieciństwie?

Prawo rodzicielskie polegające na podejmowaniu decyzji za dziecko jest jedynym wyjątkiem dla libertariańskiej zasady, która mówi o zakazie podejmowania decyzji za drugiego człowieka, obowiązek rodzicielski – zapewnienie opieki dziecku jest wyjątkiem dla reguły mówiącej, że żaden człowiek nie wymaga asysty drugiej osoby. W jaki sposób możemy usprawiedliwić te wyjątki?

Jedną możliwą odpowiedzią są korzyści wynikające z tych wyjątków. Rozważmy sytuację, w której niemowlę zaczyna uczestniczyć w ruchu ulicznym, dopóki rodzic nie uchroni dziecko od niebezpieczeństwa i umieści w bezpiecznym miejscu. Czy w tej sytuacji rodzic nie wymusił na dziecku zachowania, zapobiegając temu, co chciało zrobić? Wydaje się, że tak. Jednakże gdyby rodzic nie interweniował, dziecko mogłoby się skaleczyć bądź zginąć; więc ta wymuszona interwencja okazuje się korzystna dla dziecka.

Bez wątpienia, czy może to usprawiedliwiać rodzicielską władzę? Tak czy inaczej, libertarianie ogólnie odrzucają rodzicielskie pojęcie zmuszania ludzi do pewnych zachowań dla ich korzyści, utrzymują jednak, że ludzie mają prawo do popełniania własnych błędów. Dlaczego nie odnosi się to do dzieci? Jeśli zgadzamy się, by dorośli brali udział w skakaniu na bungee, górskiej wspinaczce bądź uprawiali seks bez zabezpieczenia, dlaczego zabraniać niemowlętom brania udziału w ryzykownym ruchu ulicznym lub też picia Clorox? (Clorox – środek czyszczący, zawierający chlor).

Niektórzy libertarianie wywnioskowali, że antyrodzicielskie argumenty odnoszą się do niektórych dzieci, jednak utrzymują, że jest to nieodpowiednie, by ograniczać dzieci dopóki nie robią krzywdy drugiej osobie; tacy libertarianie utrzymują, że dzieci powinny mieć pełne prawa, by podpisywać umowy bądź uprawiać seks z dorosłymi. Przeciwdziałając temu, inni libertarianie odbili w przeciwne ekstremum, utrzymując że dzieci są własnością rodziców, zatem rodzice mają prawo do traktowania dzieci w taki sposób, jaki im odpowiada.

Większość libertarian przyjmuje umiarkowaną postawę, czyli nie uważa rodziców ani za równych, ani za posiadaczy dzieci, a raczej za opiekunów/kuratorów, którzy mają prawo do podejmowania decyzji za nich i którzy zobligowani są, by dostarczyć im dobrobyt. Jest to oczywiście podejście zdroworozsądkowe, czy jednak stanowi ono odejście od rygorystycznego libertarianizmu?

Ja tak nie uważam. Według mnie to, co usprawiedliwia traktowanie dzieci w sposób paternalistyczny, to nie to, że jest ono korzystne dla dzieci (może również być korzystne dla niemądrych dorosłych), ale raczej to, że dzieci nie posiadają zdolności, by podejmować racjonalne decyzje dotyczące ich życia (wszakże niemądrzy rodzice mogą posiadać tę zdolność, nawet jeśli z niej nie korzystają). Rozważmy analogię, w której to występuje osoba w śpiączce; podejmujemy medyczne postanowienia za tę osobę bez jej zgody, ponieważ zakładamy, że gdyby była przytomna, otrzymalibyśmy jej przyzwolenie. Jeśli jednak osoba w śpiączce zostawia instrukcje, jakich metod leczenia nie używać, wtedy większość libertarian zgodzi się, że powinniśmy powstrzymać się od użycia ich. Zatem nie jest to kwestia paternalistycznego narzucania komuś swojej woli, a raczej pełnienia roli agenta – kogoś, kto nie jest w stanie sprawować władzy nad swoją wolą. Możemy również rozszerzyć tę analizę do przypadków, w których zdolność racjonalnego podejmowania decyzji nie jest całkowicie zablokowana (tak jak w przypadku osoby nieprzytomnej), a jedynie zredukowana, jak w przypadku osób pod wpływem narkotyków, leków, osób niezdrowych psychicznie. Sugeruję, że dzieci powinny być uznawane za osoby o zmniejszonej zdolności podejmowania decyzji; opiekunowie/kuratorzy pełnią rolę agentów dzieci, traktując je jakby mieli ich zgodę na odpowiednie postępowanie, gdyby ich zdolności były w pełni rozwinięte. Nie korzystna, a wzajemna zgoda jest standardem, który usprawiedliwia paternalizm, przyzwolenia te są jednak różne, ponieważ osoba, która posiada całkowicie rozwiniętą możliwość podejmowania decyzji, może nadal nie podołać i podjąć nierozgarniętą decyzję.

To pomaga wyjaśnić dlaczego prawa i obowiązki kurateli idą w parze w odpowiedni sposób. Zwłaszcza że kuratela jest sumą jednego prawa (prawa do podejmowania decyzji co dzieje się z dzieckiem) i jednego obowiązku (obowiązek troszczenia się o dobrobyt dziecka). Uznawane są one za jedność, ponieważ decyzje podejmujemy tylko wówczas, gdy osoba z niedowładem wyraziłaby zgodę, jeśli tylko byłaby zdrowa (jeśli potrafimy określić), wtedy też jesteśmy usprawiedliwieni w działaniu jako agent bądź w uznawaniu naszej oceny za czyjąś.

Fakt, że relacja opiekuna-strażnika uzależniona jest od zmniejszonej możliwości do podejmowania decyzji, wpływa na prawa dziecka. Możliwość ta jest sprawą stopnia; umiejętność podejmowania decyzji trzynastolatka nie będzie tak osłabiona jak umiejętność czterolatka, którego umiejętność nie jest znowu tak osłabiona jak noworodka. To nierealne, aby ustalić konkretny wiek poniżej którego dziecko jest całkowicie pod opieką kuratora (i nie upoważniony do zawierania transakcji finansowych, począwszy od kupowania domu do kupowania paczki gum do żucia), a powyżej którego jest całkowicie odpowiedzialnym reprezentantem siebie. Im starsze jest dziecko, założenie, że jego wypowiedziana wola jest właściwym odzwierciedleniem jego woli, gdyby nie był upośledzony, jest mocniejsze. Zatem, dla przykładu, pragnienie przebicia ucha przez nastolatka będzie większe niż pragnienie niemowlaka; a racjonalna zdolność do podejmowania decyzji nie zależącej od pisemnej zgody może być w przypadku kupowania domu adekwatna do kupowania paczki gum do żucia. Te szare strefy mogłyby zostać potraktowane w lepszy sposób, gdyby procesy sądowe ewoluowały, a nie ustalane były jako dekrety.

Wspomniałem już, że zasadą traktowania dzieci jest nie to, by postępować dla korzyści dziecka, a raczej postępować w sposób taki, jaki dziecko by zaakceptowało, gdyby jego zdolności podejmowania decyzji nie byłyby upośledzone – zasada ta, która przypuszczalnie leży bardzo blisko w interesie dziecka, jednak nie będzie pasować dokładnie, zwłaszcza jak dziecko dorasta. (Na przykład, myślelibyśmy, że Nemo będzie lepszym maklerem niż ulicznym artystą, jednak wszystkie dowody wskazują na to, że Nemo najprawdopodobniej wybierze karierę artysty ulicznego, kiedy będzie dorosłym, wtedy to nie jesteśmy usprawiedliwieni narzucając na nim udziału w obozie dla maklerów, jeśli taki obóz w ogóle istnieje). Oczywiście to, na co dziecko najprawdopodobniej wyraziłoby zgodę działając wstecz jako dorosły, jest zdeterminowane decyzjami, jakie rodzice wybierali w jego wczesnym dzieciństwie. Innymi słowy, jeśli zostałeś wychowany jako muzułmanin, prawdopodobnie stwierdzisz „Cieszę się, że zostałem wychowany jako muzułmanin’’, jednak jeśli nie byłeś wychowany jako muzułmanin, wtedy będziesz cieszył się, że nie zostałeś wychowany w tej religii. W przypadkach, gdy przyszłość dziecka jest ukształtowana poprzez teraźniejsze zabiegi, w jaki sposób używamy tych prawdopodobnych przyszłościowych wyborów jako standardu, dzięki któremu oceniamy teraźniejsze zabiegi?

To trudna sprawa. Z jednej strony, libertarianie uważają, że rodzic jest w odpowiedniej pozycji, niż ktokolwiek inny, by decydować, np. którą religię wybrać dla dziecka. Jest to sprawa, w którą osoby spoza środowiska nie powinny ingerować, nawet jeśli osoba ta uważa, że wychowanie dziecka w jednej religii jest lepsze, niż wychowanie dziecka w innej religii. Z drugiej strony, jeśli chodzi o okrutne procedury, takie jak okaleczanie genitalii kobiecych (popularnie nazywane eufemizmem „kobiece obrzezanie’’, fałszywie dając wrażenie porównywalności do obrzezania mężczyzn), uważamy, że rodzice nie mają prawa decydować o tym, nawet jeśli kobiety gdy dorosną ratyfikują doświadczenie tej procedury jak są młode, ponieważ została ona zainspirowana kulturowym podejściem i wartościami. (Sprawy takie, jak chrześcijański scjentyzm czy świadkowie Jehowy odmawiające swym dzieciom medycznej opieki, będą oscylować gdzieś pomiędzy). 4. Ani korzyść, ani niezgodny standard nie daje dokładnych odpowiedzi, których poszukujemy w powyższych sytuacji, co sugeruje, że może potrzebuję podłubać nieco więcej w mojej teorii i jakoś wcielić aspekty korzyści zgodnego standardu w niezgodny, nie robiąc tego w sposób usprawiedliwiania paternalizmu dorosłym.
Do końca nie rozpracowałem, w jaki sposób to zrobić, ale być może coś z następujących linii zadziała: jeśli rozważamy prawdopodobne przyszłościowe wybory dziecka, te wybory mogłyby zawierać rodzajowe preferencje, by odnieść korzyść oraz (prawdopodobnie błędne) specyficzne preferencje, by uzyskać traktowanie uważane jako korzystne. Ponieważ jednak preferencje te nie są rzeczywiste, nie możemy traktować woli jednego dziecka jako bardziej ekspresywnej niż woli drugiego dziecka (jednakże gdy dziecko jest dorosłe i wybiera drugą preferencję, wskazuje to wyższość owej preferencji nad pierwszą). Opiekun zatem zobowiązany jest, by zbalansować rodzajowe pragnienie odnoszenia korzyści (wymaga to od opiekuna, by zapewnił dziecku to, co jest korzystne) ze specyficznym pragnieniem, które to dziecko będzie bardziej skłonne uważać za korzystne w przyszłości. Powstrzymywanie się nawet od najbardziej szkodliwego traktowania dziecka ma większą wagę niż jego odwrotność, czyli końcowa aprobata dziecka owego traktowania, gdy dorośnie.

W jaki sposób nadawana jest kuratela? Prawdopodobnie, w ten sam sposób co inne prawa własnościowe, przez domostwo bądź cesję. Najprostszym sposobem, by otrzymać miano opiekuna, jest znaleźć porzucone niemowlę i podjąć się opieki nad dzieckiem. Kolejnym sposobem jest urodzenie dziecka, matka staje się opiekunką dziecka, stanowisko które nikt inny nie może sobie przypisać (nawet ojciec dziecka), dopóki matka tej pozycji nie uzna. (Nie wydaje mi się, że spodziewająca się dziecka matka może przyznać komuś kuratelę, tak samo jak nie można sprzedać czyjejś krwi dopóki nie zostanie ona usunięta z ciała, jak i ktoś nie może porzucić własności, która nadal należy do tej osoby). 5. Człowiek może też otrzymać miano kuratora przez podarunek bądź sprzedaż od kogoś, kto wyrzeka się tego miana, np. z adopcji.

Fakt, że w posiadaniu jest opieka/kuratela nad dzieckiem, a nie samo dziecko, nakłada restrykcje, jak tej kurateli się pozbyć. Tak długo jak dziecko posiada kuratora, wymaga się, by tę opiekę sprawował w sposób harmonijny z dobrem dziecka, a więc kurator (od kiedy to zrzeczenie się kurateli jest praktyką kurateli) nie może zrzec się praw do opieki poprzez wyrzucenie dziecka do śmietnika bądź sprzedania dziecka komuś, kto zamierza dziecko to ugotować i zjeść. Analogicznie, jeśli uratujesz nieprzytomnego pacjenta z pożaru w szpitalu, nie możesz zrzec się praw do niego poprzez wyrzucenie go do rzeki, masz obowiązek przewiezienia go do innego szpitala.

Pozycja kobiet.

Związek libertarian z feminizmem jest związkiem niełatwym. Wielu uznaje rozróżnienie Christiny Sommers pomiędzy „feminizmem liberalnym’’ a „feminizmem płciowym’’. Liberalni feminiści, mówi Sommers, interesują się utrzymaniem prawnej równości, np. starają się zapewnić te same prawa kobietom i mężczyznom, podczas gdy feminiści „płciowi’’ idą naprzód i dowodzą, że seksualna nierówność przenika do każdego aspektu w społeczeństwie oraz że ta zwyczajna równość prawna jest niewystarczającą rekompensatą problemu. Rozróżnienie pani Sommers oraz jej preferowany liberalny (od płciowego) feminizm, są popierane przez wielu członków libertariańskiej społeczności.

Wendy McElroy, libertariańska feministka, oferuje nieco bardziej subtelną 6. analizę we wprowadzeniu do swojej książki Wolność, feminizm i państwo. Wyodrębnia ona nie dwa, a trzy rodzaje feminizmu. Pierwszy to „feminizm główny’’, którego zadaniem jest zwyczajnie traktowanie kobiet i mężczyzn na tym samym stopniu, jakikolwiek jest ich istniejący legalny status quo. Jeśli posłem jest mężczyzna, kobieta również może zostać posłem; jeśli mężczyzna może być zaciągnięty do wojska, bądź do przymusowych obozów pracy, kobieta także, i tak dalej. Ten rodzaj zestawiony jest z kolejnym rodzajem feminizmu, który McElroy nazywa „feminizmem radykalnym’’.

Polega on na rozumieniu seksualnej równości jako symptomu głębszej nierówności, która rozprzestrzenia się w społeczeństwie jako całość i jest niezrozumiała dla stałego stanu rzeczy (aby w ten sposób zwykła inkluzja nie podważyła statusu quo). McElroy grupuje radykalny feminizm w „feminizm socjalny’’, który pojmuje socjalno-ekonomiczną nierówność jako winowajcę, a „indywidualistyczny feminizm’’ (np. libertarianizm), który rozważa problem jako wynikający z politycznej nierówności. (McElroy przez „polityczną nierówność’’ ma na myśli wymuszoną podwładność jednej osoby woli drugiej – etatyzm – będący wzorowym przykładem dla politycznej nierówności).

Rozróżnienie McElroy jest korzystniejsze niż Sommers, dlatego że Sommers składuje członkinie feminizmu dominującego wraz z feministkami z nurtu indywidualistycznego i sprowadza je do jednego feminizmu – liberalnego, ignorując wagę różnic między nimi. Jednak nawet rozróżnienie McElroy zdaje się nie wystarczać. McElroy zdaje się wierzyć, że to nie libertariańskie, aby martwić się o socjoekonomiczne różnice między mężczyznami a kobietami, poza różnicami które są skutkiem wymuszonych państwowych działań. Jest prawdą, że libertariańskie feministki powinny uniknąć poszukiwania rozwiązania problemu tych nierówności poprzez rząd, jednak nie oznacza to, że nie powinny one rozważać tych nierówności jako niepożądanych i nie potrzebujących rozwiązania. Naturalnie, tzw. „płciowe feministki’’ mają prawo uznawać niepożądane seksualne nierówności jako rozprzestrzeniające się ekstremalnie w naszych społecznościach.

Susan Okin w wyżej wymienionej książce wskazuje, że większość politycznych teorii (i to zdecydowanie odnosi się do libertarianizmu) ma tendencję do zakładania jako ich treść, że dorosły osobnik zostaje wychowany poprzez pracę kogoś innego, zazwyczaj pracę kobiety. Nawet warunki zatrudnienia w naszym społeczeństwie (godziny pracy, struktura zasiłków i urlopów itd.) są zaprojektowane zakładając, że pracownik posiada oczekującą w domu żonę, nawet jeśli sam pracownik jest kobietą. Kobiety nadal wykonują większość nieodpłatnych prac domowych, nawet jeśli same pracują. Przedkładają również kariery mężów przed swoje, więc jeśli małżeństwo się rozpada, to mężczyzna, nie kobieta, jest bardziej przygotowany, aby wkroczyć w rynek pracy. 7. Okin uważa, że skutkuje to w dysproporcji władzy w związku, ponieważ mężczyzna ma mniej do stracenia, gdy postanawia odejść. (Okin również wskazuje sposoby, w których małżeńskie prawo pogarsza tę sytuację, w rozdziale „Wrażliwość w małżeństwie” można doszukać się korzyści dla libertariańskich sędziów i ustawodawców ). Dodatkowo Okin zaznacza, że rodzina bierze udział w pierwszej lekcji nauki moralności, tak więc uczymy się odpowiedniego zachowania interpersonalnego w kontekście rodzinnym, natomiast jeśli rodzina jest wyzyskiwana przez jedną stronę w związku, nie będzie w stanie wychować obywateli, którzy będą potrafili utrzymać sprawiedliwe społeczeństwo.

Uważam, że obawy Susan Okin są dość istotne. Jej rozwiązania są oczywiście wymuszone i statyczne w naturze, jednakże nie wolno nam lekceważyć jej spojrzenia na problemy, ponieważ najzwyczajniej wątpilibyśmy w moralność i użyteczność jej rozwiązań. Społeczeństwo libertariańskie rozwiązałoby problemy, o których wspomina Okin, od razu; kulturowe sprzeczności potrafią przetrwać nawet bez wsparcia rządu. Jednakże brak wsparcia osłabia efektywność tych sprzeczności, ułatwiając zwalczanie ich za pomocą dobrowolnych środków, jeśli z takich skorzystamy.

Zwłaszcza, gdy społeczeństwo libertariańskie rozpozna eksplozję dobrej koniunktury, która mogłaby sprawniej dostarczyć zapewnień ekonomicznych kobietom, niżeli rządowy program opieki. (Jedną z możliwości jest zbudowanie sieci wzajemnego wsparcia, którego regulacje dzisiejszego sądu uczyniłby jednak niemożliwymi).
Debatowałem w poprzednim artykule, dlaczego rywalizacja skłaniałaby się do podważania wpływu seksistowskich sprzeczności na rynku pracy.

Chciałbym zakończyć wspominając o wykorzystywaniu małżonka jako najbardziej z obskurnych pozostałości patriarchalizmu we współczesnej rodzinie. Jak powinien system libertariański podejść do tego problemu? Dzisiaj w przeważającej mierze męskie (często ukierunkowane na macho) siły policyjne nie są dobrze przygotowane, aby odnieść się do tego pytania. Tracy Chapman w utworze „Behind the Wall” („Za ścianą”, z albumu „Tracy Champan”) wyraża podobne niezadowolenie:

Last night I heard the screaming                                                Usłyszałam krzyki zeszłej nocy
loud voices behind the wall                                                          Głośne głosy za ścianą
another sleepless night for me                                                     kolejna bezsenna noc
it won’t do no good to call                                                              nic dobrego to nie sprawi
the police always come late                                                          policja zawsze przyjeżdża za późno
if they come at all                                                                              jeśli w ogóle
and when they arrive                                                                      I kiedy oni zjawią się
they say they can’t interfere                                                        mówią, że nie mogą się wtrącać
with domestic affairs                                                                       w rodzinne kłótnie
between a man and his wife                                                          między mężczyzną i jego żoną
and as they walk out the door                                                     a kiedy wyjdą
the tears well up in her eyes                                                        łzy napływają do jej oczu / łzy wzbierają się w jej oczach

last night I heard the screaming                                                zeszłej nocy słyszałam krzyki
then a silence that chilled my soul                                            później ciszę, która uspokoiła mą duszę
I prayed that I was dreaming                                                      modliłam się by był to sen
when I saw the ambulance in the road                                    kiedy zobaczyłam karetkę na drodze
and the policeman said                                                                 policjant powiedział
I’m here to keep the peace                                                           jestem tu by utrzymać spokój
will the crowd disperse                                                                gdy tłum się rozejdzie
I think we all could use some sleep                                         myślę że każdy z nas potrzebuje nieco snu

Czy fakt, że ówczesnym siłom policyjnym podoba się wymuszony monopol na warunki ochrony na ich poszczególnych terenach, ma cokolwiek wspólnego z tą sytuacją? Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której kilka rodzajów agencji policyjnych, specjalizujących się w różnych rodzajach problemów, rywalizowałoby na rynku. Feministyczna agencja policyjna (być może: sieć obopólnego wsparcia, biznes polegający na zapłacie za obsługę, nie czerpiąca korzyści organizacja polegająca na charytatywnych donacjach bądź kombinacja powyższych) byłaby zdecydowanie bardziej wrażliwa i reagująca na problemy maltretowania małżonki, niż obecne policyjne urzędy. Damski bokser musiałby borykać się z trzema feministkami uzbrojonymi w karabiny Uzi, które zjawiłyby się u progu jego drzwi, by przeprowadzić śledztwo. (W związku z tym należy pamiętać, że kontrola bronią, która w wolnym państwie nie istniałaby, jest jednym z najbardziej efektywnych narzędzi patriarchalizmu, gdyż faworyzuje ona tych z przewagą fizyczną; szeroko rozpowszechnione posiadanie broni i trening umniejszają kobiecą podatność na przemoc mężczyzny poprzez rekompensowanie przeciętnych różnic w sile między kobietą a mężczyzną). Podobnym przypadkiem byłaby obrona własna w przypadku ataku małżonka. W wielu przypadkach kobieta zabiła bądź okaleczyła swojego atakującego męża, ponieważ obawiała się poniesienia kolejnych krzywd, mimo iż mąż nie wyrządzał jej krzywdy w danym momencie. Nasz system prawny traktuje takie kobiety jako kryminalistki, motywując brutalną obronę własną jako zgodną z prawem tylko wtedy, gdy była ona natychmiastowa po zdarzeniu (oprócz przypadku, gdy rząd występuje w roli obrońcy, a przypadku, którego zapobiegawcza przemoc zdaje się być wyjątkowo powolna). Argument polega na tym, że kobieta wykorzystywana powinna zbiec z domu, niżeli zostać z mężem, który się nad nią znęca. Jednakże dlaczego miałaby ona porzucać swój własny dom, tylko dlatego, że to również dom znęcającego się na niej męża? Nawet nasz degradowany system prawny uznaje, że nie powinno wycofywać się tylko dlatego, że atakujący znajduje się w swoim własnym domu. Jeśli jesteś ofiarą trwałych poważnych naruszeń prawa i jeśli spodziewasz się, że będzie się to powtarzało, i jeśli zewnętrzne organy władzy nie zapewniają ochrony, według mnie podejmowanie decyzji o obronie własnej powinno być usprawiedliwione i każdy libertarianin powinien to uznać. Konkurencyjny system prawny powinien dać kobiecemu punktowi widzenia więcej autonomii w decydowaniu o traktowaniu w takich przypadkach, niż daje nasz monopolistyczny system.

Poza patriarchalizmem.

Konserwatyści mają rację: rodzina to instytucja najwyższej wartości i wagi, obie mające swoje prawa i będące nadburciem przeciwko wkroczeniu państwa. Liberałowie również mają rację: rodzina często pełniła funkcję opresyjną i wyzyskującą, dzięki tradycji patriarchatu, w której to kobiety są niesprawiedliwie podwładnymi, i dzieci które niesprawiedliwie podporządkowane są rodzicom. Odpowiednią reakcją libertarian na obie kwestie jest, aby zobaczyć, w jaki sposób struktura rodzinna może funkcjonować bez wpływu patriarchaty, zachowując zasady nieingerencji.

W przypadku rodziców oznacza to rozpoznawanie potrzeb dziecka i starania się, aby nie tylko podążać za dobrem dziecka, ale również przewidywać, jakie decyzje prawdopodobnie podjęłoby (gdyby było dojrzałe). Ponieważ potrzeby dziecka stają się coraz bardziej precyzyjne z czasem, oznacza to, że jak dziecko dorasta, rodzice są coraz mniej usprawiedliwiani w doborze swoich koncepcji, gdy kłócą się one z koncepcjami dziecka. Model ten, związek rodzica-dziecka, jest zatem antypatriarchalny, w sensie takim że daje on większe prawa dziecku, by wypowiedziało swoje zdanie, co uznaje za korzyść dla siebie, równocześnie zachowując odpowiedni dystans pomiędzy wypowiedzianymi a dorosłymi wyborami, aby uniknąć ekstremalnych konsekwencji „kid-lib’’.
W przypadku mężów i żon wychodzenie poza patriarchat oznacza poszukiwanie sposobów, aby zaadoptować środowisko pracy, jak i środowisko w domu, które to nie działałoby niekorzystnie wobec kobiet. W sferze ekonomicznej oznacza to usunięcie kontrolujących barier współzawodnictwa, a więc oferowanie pracownikom, włączając kobiety, więcej siły przebicia na rynku pracy, umieszczając ich w lepszej sytuacji, by negocjować pensje, urlopy macierzyńskie i tym podobne (wolność ta spowoduje ekonomiczny boom, z którego to pracodawcy będą odnosić korzyści i będą w stanie przedstawić lepsze perspektywy).

Niektórzy libertarianie mogą stwierdzić, że nie potrzebujemy tego ostatniego aspektu: jeśli pojawia się poważny problem, rynek sam się tym zajmie, więc nie musimy wprowadzać żadnych działań. Ja jednak uważam, że takie podejście jest błędem i zachęca do dyskryminacji (jeśli rynek nie zajął się problemem, oznacza to, że nie ma poważnego problemu, więc jeśli kobiety nie zarabiają tyle samo, co mężczyźni, to musi to być ich wina). Libertarianie często podchodzą niechętnie do ustalonych struktur władzy, kiedy to nie są one przydzielone do rządowych biur; ale nie powinniśmy zapominać, że władza i tyrania są starsze niż państwo. Zaiste, Herbert Spencer intrygująco sugeruje (w jego pracy Zasady socjologii), że subordynacja kobiet wobec mężczyzn jest pierwotną formą opresji, z której wywodzą się wszystkie inne, łącznie z państwem. Pamiętać powinnyśmy również, że gdy mówimy „rynek powinien o siebie zadbać’’, „my jesteśmy rynkiem’’ i działanie przynoszące sukcesy zależy od gotowości przedsiębiorców Kirznera, to my, którzy rozpoznaliśmy problem, jesteśmy w najlepszej pozycji, by przyjąć rolę przedsiębiorców. Zaznaczając, nurt Hayeka z austriacką myślą socjoekonomiczną kosztem nurtu Kirznera może prowadzić do pasywności w obliczu wszechobecnej, wszechmocnej siły historii.

Przypisy
1. Susan Moller Okin, Sprawiedliwość, płeć i rodzina (Nowy Jork: Basic Books, 1989). Książka ta otrzymała coś w rodzaju niekorzystnych recenzji wśród libertarian, po pierwsze ze względu na dziwaczny atak na libertarian, a po drugie ponieważ Okin głosi raczej socjalistyczne poglądy. Prawdą jest, że Okin ma tendencje do niepoprawnego rozumienia i interpretacji przekonań swoich opontentów, a rozdział na temat libertarianizmu jest szczególnie skandaliczny; prawdą jest również to, że jej sugestie byłyby etatyczną porażką, gdyby zostały uchwalone. Jednakże uważam, że w książce tej znajduje się sporo wartościowych treści, które winny być rozważone przez libertarian.
2. Dyskusja polega na tym, że mimo iż związki homoseksualne powinny być dozwolone, nie powinny być one nazywane „małżeństwem’’, ponieważ małżeństwo historycznie było i jest związkiem między mężczyznami i kobietami. Logicznie, współczesne związki heteroseksualne nie powinny uznawane być jako małżeństwa także. Małżeństwo historycznie zakładało legalne zaangażowanie żony i poddanie się mężowi, a więc moglibyśmy stwierdzić, że żaden związek pomiędzy ludźmi równymi sobie nie powinien być rozważane jako małżeństwo. (Właściwie to jest to, co robili dziewiętnastowieczni zwolennicy „wolnej miłości’’; ruchy zwolenników wolnej miłości były wrogie w stosunku do małżeństw [w większości przypadków], ale nie aprobowały rozwiązłości, a raczej miały wrogie nastawienie do, jak uważali – związków wyzyskujących jedną osobę w związku). Myślę jednak, że byłoby to błędem; natura małżeństwa nie jest nierozłącznie uwarunkowana formą, jaką społeczeństwo mu nadaje. Małżeństwo i rodzina to zjawiska historyczne i nie mogą być zdefiniowane przez odrębność, jaką obrały poprzez rozwój w czasie.
3. Rodziny niepełne obecnie są pod ostrzałem konserwatystów, którzy cytują statystki, które pokazują, że dzieci z pełnych rodzin mają tendencje do radzenia sobie lepiej. Pytanie, które powinno być częściej zadawane, brzmi: ile z tych różnic pochodzi z nierozłącznej przewagi dwóch rodziców nad jednym rodzicem i ile więcej ekonomicznej niewygody i ograniczonego czasu spędzanego z dzieckiem narzuca ekonomia niskiej pensji na rodziny niepełne?
4. Właściwie te dwa przypadki są w pewien sposób odmienne. Rozumiem, że świadkowie Jehowy odrzucają niektóre rodzaje leczenia medycznego ze względów religijnych, bez brania pod uwagę alternatywnej medycyny, twierdząc że lepiej żeby dziecko zmarło niż było potępione. Scjentyści chrześcijańscy natomiast leczą swoje dziecko poprzez środki duchownego uzdrowienia, metodę która cieszy się imponującym wynikiem, ale wieloma niewyjaśnionymi niepowodzeniami, tak jak tradycyjna medycyna posiada robiącą wrażenie liczbę sukcesów, ale i wiele niewyjaśnionych niepowodzeń; a więc dyskusje na temat leczenia dzieci przez scjentystów chrześcijańskich nie odnoszą się do zaniedbania dziecka, a do medycznej profesji, która żąda rządowej sankcji na opiekę zdrowotną.
5. To porusza skomplikowaną sprawę dotyczącą kontraktów zastępczych. Jedna strona chce je narzucić, a druga zabronić. Jak rozumiem, odpowiednim stanowiskiem jest, że to szczególne wystąpienie nie powinno być narzucane (gdyż matka spodziewająca się dziecka nie może odosobniać prawa do opieki, kiedy dziecko jest jeszcze w jej ciele), ale uszczerbki pieniężne powinny być wyegzekwowane.
6. Przynajmniej raz. W ostatnich jej pracach jednak, niestety, zdaje się zaadoptowała terminologię Sommers.
7. Okin cytuje statystyki, które ukazują, że po rozwodzie średnia sytuacja ekonomiczna mężczyzny usprawnia się, podczas gdy średnia kobiety pogarsza się. Odkąd napisała swą książkę, badania te zostały zdyskredytowane; jednakże nie oznacza to, że badania te są nieistotne, a jedynie różnice po rozwodzie są mniej ekstremalne.

Rodercik Long został wychowany przez matkę wdowę, ale pomimo pochodzenia z rodziny niepełnej, nie został jeszcze aresztowany za włamanie czy pobicie.

5 thoughts on “Roderick T. Long: Poza patriarchalizmem. Libertariański model rodziny.

  1. Bardzo słabe tłumaczenie.

    Np:

    1. W pierwszym akapicie nie powinno być „libertarianie”, tylko „liberałowie” i to z dopiskiem, że chodzi o liberałów w znaczeniu amerykańskim.

    2. Pierwsze zdanie ostatniego akapitu niezbyt sensowne, „obie”?? powinno być „zarówno”.

    Momentami nie oddaje sensu oryginału.

    Lepiej zdjąć, poprawić i opublikować jak będzie dobrze zrobione.

  2. I mówisz, że nie „małżeństwa homoseksualistów”, a związki ?

    Małżeństw to związek kobiety i mężczyzny, a nie dwóch pedziów!

  3. @Camilo:

    „Małżeństw to związek kobiety i mężczyzny, a nie dwóch pedziów!”

    Sam jesteś pedziem 🙂 Małżeństwem można nazywać także związek dwóch osób homoseksualnych, nie widzę tu żadnego problemu.

  4. Fatalne tłumaczenie. Momentami nie wiedziałem o co chodzi i do tej pory nie wiem, bo nie widzę odnośnika do oryginału :<

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *