Michał Gozdera: Prawdziwi wierzący to ateiści.

Oni tylko rozumieją naturę Boga na tyle by stwierdzić ze pojecie Boga jest całkowicie sprzeczne w ludzkim umyśle i muszą go odrzucić, dzięki czemu nie roszczą sobie żadnej wiedzy na jego temat. Każdy, kto mówi cokolwiek konkretnego o Bogu grzeszy. Grzeszy brakiem rozumu. Aby być uczciwym wobec Boga należy twierdzić ze nie istnieje.

Skąd takie dziwne i kontrowersyjne tezy? Z prostego powodu. Idea Boga jest całkowicie sprzeczna z ludzkim rozumem. Logiczne rozumowanie, bowiem nigdy się nie kończy. Każdy byt, aby posiadał tożsamość musi posiadać, choć jedną wielkość skończoną. Byt na wskroś nieskończony nie istnieje podobnie jak nie istnieje liczba nieskończona. Można stwierdzić, że istnieje byt, który w pewnej kwestii posiada wielkość skończoną np. jest mega-mocny i z każdą sekundą swoją moc zwiększa. Ale to nie oznacza, że taki byt jest wszechmocny. Jego moc zmierza do wszechmocy, ale NIGDY JEJ NIE OSIĄGNIE. Jeśli mamy byt mega-mocny to zawsze może istnieć inny byt giga-mocny, tera-mocny etc.

Praktycznie każdy, kto głosi, że Bóg istnieje ma na myśli takie mega, giga-mocne byty. To nie są Bogowie. Prawdziwa boskość jest w nieskończoności. Ale człowiek boi się nieskończoności. Czasem wydaje mi się, że jest to większy lęk niż strach przed śmiercią. Dlatego w ramach ucieczki przed tym lękiem wprowadza pojęcie Boga, który w mniemaniu człowieka wierzącego jest wszechmocny a tak naprawdę jego moc ogranicza się do wyobraźni zwykłego wierzącego. Toż to obdarcie Boga z jego boskości. To tak jakby matematyk powiedział, że liczba nieskończona to 9^9^9^9^9^9!!!!! (znaki silni).

Matematyczne podejście do nieskończoności jest jak najbardziej logiczne i nie powoduje sprzeczności. Jeśli ktoś uzna nieskończoność za skończoną to pojawiają się problemy typu 1/inf=0 a (-1) /inf=(-0) i potem mamy 0=(-0). Następnym krokiem byłoby stwierdzenie, że liczby przeciwne są równe: (-1)=+1. Dlatego nie wolno igrać z nieskończonością, bo tracimy tym samym rozum. Tak samo jak matematycy twierdzą, że nieskończona wielkość nie istnieje tak samo każdy rozsądny człowiek musi stwierdzić, że Bóg nie istnieje, co oczywiście nie oznacza, że nie może fantazjować sobie o jakiś mega-hiper-giga-mocnych bytach, które mu pomogą w potrzebie.

Prawdziwa wiara nie może kolidować z wiedzą. Każdy człowiek, który szanuje swój rozum powinien stwierdzić – Boga nie ma. Wtedy dopiero można sobie wierzyć, ale to już kwestia ideału-absolutu i pobożnych życzeń, że zawsze może być ktoś lepszy, mocniejszy, doskonalszy, sprawiedliwszy etc. Nie będzie to jednak Bóg tylko jakaś mega-mocna istota.

Nie bójmy się nieskończoności, zostawmy Boga w spokoju i szanujmy swój rozum a przy tym siebie samych.

Michał Gozdera

Tagi:

29 komentarzy dla wpisu “Michał Gozdera: Prawdziwi wierzący to ateiści.”

Strony: « 1 2 [3] Show All

  1. 21
    kuskowski mówi:

    @Bartek Dziewa
    Nie czytałem wcześniejszej dyskusji, bo mi się nie chce, ale w Twoim ostatnim poście używasz argumentu, który nie wydaje mi się do końca logicznie poprawny.
    Bo konstruujesz go, jeśli rozumiem, tak:
    A =(def.) byt wszechmogący
    B =(def.) kamień tak ciężki, że A nie może go podnieść
    Dalej bierzesz zdanie: „A może stworzyć B” i pokazujesz, że jest ono jednocześnie prawdziwe i fałszywe, z czego musi wynikać, że albo używasz sprzecznych założeń, albo sprzecznych definicji. Ale założenia są niesprzeczne, więc wnioskujesz z tego, że definicja A jest niepoprawna. Ale przecież paradoksalna natura zdania może wynikać równie dobrze z tego, że definiujesz błędnie B – co wydaje się rozsądnym wyjaśnieniem, bo jak rozwiniesz definicję, dostajesz: B =(def.) kamień tak ciężki, że byt wszechmogący nie może go podnieść – definicja w oczywisty sposób bezsensowna – nic więc dziwnego, że jak jej używasz w zdaniu, dostajesz bełkot.
    Charles Johnson podchodzi do tego nieco bardziej formalnie: http://radgeek.com/gt/1997/08/12/the_big/
    ale jego argument jest chyba bardziej ogólną formą mojego.

    Nie zrozum mnie źle – sam jestem teologicznym nonkognitywistą, uważam, że definicja Boga jako bytu wszechwiedzącego i wszechmogącego jest rownoważna bełkotowi (co też oznacza że np. zdanie „Bóg nie istnieje” jest bezsensowne), ale ten argument raczej nie prowadzi do tego wniosku.

  2. 22
    butters mówi:

    Zastanawia mnie, jak można zdeptać poznanie rozumowe w jednej chwili, a w drugiej od razu uznać je za nadrzędne wobec wszelkiego innego poznania (jeśli pojęcie poznania ma jeszcze jakiś realny sens).
    Może jestem głupi.

    Druga sprawa jest taka, że nieskończoność nie jest semantycznie pusta, nawet mimo faktu, że w relacji syntaktycznej może być sprzeczna. O tyle to ciekawe, że rzuca nieco inne spojrzenie na język – na mój gust trochę w duchu gier językowych Wittgensteina. Teza jest kontrowersyjna: rozumienie nie musi być domeną rozumu. Jak sądzę, rozumienie nieskończoności polega właśnie na jej nierozumieniu w sensie racjonalnym – w akcie komunikacyjnym właśnie przez to jest zrozumiała, że nie można jej syntaktycznie uzasadnić; w przeciwnym wypadku zwyczajnie nie mógłbyś o niej napisać.
    Zabawne, nie?
    Bo mam takie wrażenie, że zrównujesz poznanie rozumowe z komunikacją tylko po to, żeby zaraz pokazać, że ono wygrało. I to mimo oczywistości porażki.

  3. 23
    butters mówi:

    A swoją drogą, to dlaczego się nie zdziwiłem, że taki tekst się tu pojawił? :>

  4. 24
    smootnyclown mówi:

    no to niezły jesteś. ja się zdziwiłem…

  5. 25
    Camilo Loco mówi:

    „Czemu?”

    Bo czy logicznym jest pytanie, ile kątów ma kwadratowe koło?

    Czemu? Hm..

    Nie jestem logikiem, ani Ty.

    „No nie jesteś. Jeśli chodzi o implikację logiczną, to z fałszywego zdania może wynikać prawda,”

    Nie może.

    „Staram się pisać poprawnie po polsku (choć nie uważam się za eksperta od niuansów językowych), ale jeśli są zasady, które uważam za bezsensowne, to, wychodząc z założenia, że to użytkownicy tworzą język, celowo ignoruje je, dokładając cegiełkę do ich zaniku.
    Jeśli Boga w religii monoteistycznej piszemy z wielkiej litery, a boga w religii politeistycznej już z małej, to jeśli chcę napisać, że nie przemawia do mnie pomysł, że Bóg z religii monoteistycznej lub jakiś bóg z religii politeistycznej stworzyli wszechświata”

    Ja przyjmuję kryteria intersubiektywności i komunikowalności języka, Ty brniesz w ślepym zacietrzewieniu i nie widzisz, że Bóg to zupełnie co innego niż bóg; Bogiem określa się właśnie ostateczną przyczynę sprawczą (choć różnie rozumianą, w zależności od systemu filozoficznego, teologicznego, religijnego), natomiast bogiem określa się byt, który został stworzony, który jest li tylko czymś/kimś nieco lepszym od człowieka i stanowi – choć prymitywne – wyjaśnienie zjawisk przygodnych, tj. zmiany pogody, katastrofy naturalne, wojny, głód etc.
    Acha, no oczywiście, bez względu na czy to uznajesz, czy nie, czy w to wierzysz, czy nie..

  6. 26
    Camilo Loco mówi:

    „Nie zrozum mnie źle – sam jestem teologicznym nonkognitywistą, uważam, że definicja Boga jako bytu wszechwiedzącego i wszechmogącego jest rownoważna bełkotowi”

    Dlaczego niby?

  7. 27
    Bartek Dziewa mówi:

    @kuskowski:
    Nie opisałbym swojego rozumowania tak, jak Ty to zrobiłeś.
    Opiszę je bardziej szczegółowo i formalnie (może w poprzedniej wersji zbyt dużo pozostawiłem w domyśle), ale nie zmieniając oryginalnego rozumowania:

    a = byt
    k = kamień
    Ck = zadanie: stworzyć kamień k
    Mk = zadanie: podnieść kamień k
    U = zbiór wszystkich zadań
    Z(x) = zbiór zadań wykonalnych dla bytu x
    W = zbiór bytów wszechmogących (potrafiących wykonać wszystkie zadania ze zbioru U – tzn. dla każdego x należącego do W, Z(x)=U)
    Ck(K) = zadanie: stworzyć kamień k należący do zbioru K (posiadający cechę kwalifikującą go do zbioru K)
    K = zbiór kamieni, których twórcy nigdy nie będą mogli podnieść – tzn. dla każdego bytu x i dla każdego k należącego do K, [Ck(K) należy do Z(x)] => [Mk nie należy do Z(x)]

    Definicja Ck(K) nie jest wewnętrznie sprzeczna, ponieważ z faktu, że potrafi się stworzyć kamień, nie wynika, że będzie się go umiało podnieść. Stąd Ck(K) należy do U – zbioru wszystkich zadań. Mk oczywiście również należy do U. Zauważmy również, że Ck(K) i Mk mogą być równocześnie elementami U, ponieważ wykonanie Ck(K) oznacza jedynie, że twórca kamienia k nie jest w stanie go podnieść, co nie wyklucza tego, że Mk może być wykonalne dla innego bytu.

    Rozważmy, czy zbiór W jest niepusty, tzn. czy istnieje a należące do W.
    Załóżmy, że istnieje. Założenie: a neleży do W
    Wtedy istnieją dwie możliwości. Albo a potrafi wykonać Ck(K), albo nie. Rozpatrzmy obydwa przypadki:
    1. Nie potrafi. Wtedy Ck(K) nie należy do Z(a). Wiemy, że Ck(K) należy do U, zatem Z(a) jest różne od U. Stąd a nie należy do W (nie jest wszechmogący). Sprzeczność z założeniem.

    2. Potrafi. Wtedy Ck(K) należy do Z(a). Z definicji zbioru K wiemy, że skoro Ck(K) należy do Z(a), to Mk nie należy do Z(a). Mk nie należy do Z(a), ale Mk należy do U. Stąd zbiory Z(a) i U nie są równe. Zatem a nie należy do W (nie jest wszechmogący). Sprzeczność z założeniem.

    Założenie, że a należy do W zawsze prowadzi do sprzeczności, co oznacza, że żaden element nie może należeć do W, czyli zbiór W jest pusty. Nie istnieje byt wszechmogący.

    Jak widać, to rozumowanie różni się od tego, które mi przypisałeś. Jest ono również wolne od mankamentów rozumowania z podlinkowanej przez Ciebie strony. Tam wszechmoc bytu B jest traktowana jak aksjomat – jeśli B nie potrafi wykonać Mr, to znaczy że Mr jest nie-zadaniem (nontask). Autor twierdzi, że wszechmocny byt może stworzyć kamień, którego nie jest w stanie przesunąć i wcale nie przeczy to jego omnipotencji, ponieważ przesunięcie tego kamienia po prostu staje się nie-zadaniem. Szkoda, że autor nie zadał sobie pytania, czy byt B może stworzyć kamień taki, którego sam nie potrafi przesunąć, ale który każdy człowiek byłby w stanie przesunąć. Wtedy stworzenie takiego kamienia wcale nie implikowałoby tego, że przesunięcie go jest nie-zadaniem, bo to by z kolei oznaczało, że ludzie potrafią wykonywać nie-zadania. Tak więc albo byt B nie potrafi stworzyć takiego kamienia, albo nie potrafi go przesunąć i tym razem to wcale nie jest nie-zadanie.

    @Camilo Loco:
    „Nie może.”

    Ani popisywanie się ignorancją, ani myślenie życzeniowe nie zmieni aksjomatów logiki. Dodam jeszcze, że te aksjomaty są na tyle dobrze przemyślane, że wynikające z nich prawa śmiało można stosować w rozumowaniu w sytuacjach codziennych.
    Proponuję na przykład zastanowić się nad takim zdaniem: „Jeśli przemyślisz ten problem lub się douczysz, możemy wrócić do dyskusji.”
    Czy z tego zdania wynika, że póki nie przemyślisz tego problemu ani się nie douczysz, to nie będziemy mogli wrócić do dyskusji?

  8. 28
    bocian mówi:

    @butters Smęcisz. UTop się w alkaloidzie karbolinowym

  9. 29
    KasHer mówi:

    przepraszam że nie czytałem poprzednich komentarzy – ateista to ktoś kto rości sobie prawa do objęcia rozumem kwestii bytu absolutu, tak że może jasno stwierdzić że absolut nie istnieje. Agnostyk jako użyte słowo w tekście byłby chyba w tym momencie lepszy, jako osoba która w zgodnie z definicją absolutu jako przekraczającego zdolności poznawcze człowieka wie że nie może określić jego istnienia lub nie istnienia. Każde stwierdzenie w jedną albo drugą jest równoznaczne z wiarą w istnienie lub nie istnienie.

Strony: « 1 2 [3] Show All

Skomentuj:

Możesz używać: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>