Piotr Pieniążek

Piotr P. Pieniążek: Jak biologia może zainspirować (austriackiego) ekonomistę?

Jak biologia może zainspirować (austriackiego) ekonomistę?*

Metodologia szkoły austriackiej, a przynajmniej ta w wydaniu Misesa (2007), odznacza się swą oryginalnością na tle wciąż dominującego paradygmatu. Przypomnijmy, że bazuje na koncepcji dualizmu metodologicznego, mówiącego, że badając wszelkie interakcje katalaktyczne należy posłużyć się introspekcją i sformułować podstawowe kategorie ludzkiego działania, a następnie – przyjmując odpowiednie założenia – drogą dedukcji wywieść rezultaty określonych posunięć. Jak więc widzimy, w takim podejściu żadne – ilościowe – dane historyczne nie będą rozstrzygające dla konkretnego sporu ekonomicznego. Mogą co najwyżej inspirować. Należy zaznaczyć, że Mises, wychodząc z założenia, że w ludzkim działaniu nie ma stałych, nie formułował żadnych twierdzeń ilościowych, toteż jego podejście jest bardzo spójne. Jednakże dla niego, formułowanie tez o charakterze ilościowym w naukach przyrodniczych jest w pełni uprawnione, ponieważ, jak uważał, na ich łonie można przeprowadzić eksperyment, a więc takie doświadczenie, w którym kontrolujemy wszystkie możliwe czynniki, dzięki czemu możemy określić siłę oddziaływań każdego z nich w jakimś zamkniętym systemie. O ile więc na zjawiska związane z ludzkim działaniem wpływ ma tak wiele zmiennych, że nie tylko trudno zmierzyć ich siłę, ale w ogóle trudno je wszystkie wymienić, o tyle na zjawiska przyrodnicze rzekomo wpływa skończona i policzalna liczba zmiennych, spośród których wszystkie możemy ująć w jakieś ramy i zmierzyć. Wydaje się to jednak wątpliwym założeniem. Po drugie, jak Mises sobie świetnie zdawał sprawę, bo dawał temu wielokroć dowód na kartach swych dzieł, człowiek jest, zgodnie z pogańską wizją świata, integralną częścią przyrody. Dlaczego więc do badania przynajmniej niektórych jego działań, tam gdzie, wspierając się wiedzą o koniecznych związkach apriorycznych, chcemy ustalić pewne relacje ilościowe, o których wiedza jest dla nas użyteczna, nie zaaplikować metod badań przyrodniczych, a więc obserwacji, pomiaru i szacunku? Widzimy więc, że dualizm metodologiczny jest niezwykle trudny do utrzymania, o czym oprócz tytułu jego opus magnum – Ludzkiego Działania – mogą świadczyć niektóre wnioski ewolucjonisty-Misesa, np. ten odnośnie podziału zastosowań rachunku prawdopodobieństwa na klas i jednostkowych w zależności od materii badania, czy ten implikujący punktualizm w opozycji do gradualizmu, jakoby pomiędzy działaniem, a nie-działaniem, czyli bezwiedną reakcją na impuls, nie było żadnej ewolucji, co sugeruje, że w historii naturalnej z mechanicznie reagującego na bodźce homunkulusa wykształcił się nagle stuprocentowy homo-agens. O dziwo, z tym zaskakującym, bo nieintuicyjnym wnioskiem trudno się nie zgodzić w świetle wyników dotychczasowych badań (zobacz Wróbel 2011) przypisujących homo-sapiens monopol na działanie, którego zajście jest warunkowane stworzeniem przez agenta umysłowej, oderwanej od bezpośrednio postrzeganej rzeczywistości, reprezentacji swoich (i być może cudzych) przyszłych potrzeb i zachowań. Jednakże ostatnie wstępne obserwacje (zob. Viegas 2012) wskazują, że te zasadnicze skokowe-jakościowe charakterystyki nie wyróżniają człowieka na tle innych gatunków; traci więc on tym samym swoją wyjątkowość wyłączności na działanie. Uprawdopodabnia to hipotezę o fałszywości prostej, dwumianowej wersji dualizmu metodologicznego i otwiera drzwi przed, po pierwsze: podejściem prakseologicznym do badania zachowań, przynajmniej niektórych, gatunków zwierząt, a po drugie: do  biologicznego spojrzenia na procesy społeczne. W dalszej części tego raczej spekulatywnego – bo nie dającego ostatecznych odpowiedzi – eseju zajmę się tą drugą kwestią, prezentującą alternatywę wobec cierpiącej na prognostyczne niedomagania metodologii szkoły austriackiej oraz empirycznych porażek przewidywań opartych na ortodoksyjnym, głównonurtowym podejściu do ekonomii.

Alternatywa ta nie jest z pewnością nowością, wszak już klasyczni ekonomiści w swym opisie procesu gospodarczego podkreślali znaczenie nieodgórnej spontaniczności i innych cech właściwych nowoczesnej biologii, które inspirowały Darwina w tworzeniu swego ewolucyjnego programu (stąd metafory odpowiednio niewidzialnej ręki i ślepego zegarmistrza jako kontry wobec argumentu z projektu). Na pewno natomiast z bezpośredniego do niego odniesienia użytek czynił Veblen (1898; zob. również Hodgson 1998), postulujący porzucenie wówczas modnych, a bliżej nieokreślonych tendencji społecznych, jak np. tej używanej w materialistycznej interpretacji historii czy tej – podlegającej prawom rozwoju – zgodnej z wykładnią niemieckiej szkoły historycznej. W zamian proponował, zgodnie właśnie z naczelnymi zasadami darwinizmu (zob. Mayr 2011), wyjaśnienie wszystkich faktów w kategoriach szczegółowej przyczynowości, co tyczy się również ludzkich preferencji. Te, co prawda, przez katalaktykę tłumaczone być nie mogą i stanowią domenę tymologii, to jednak, aby ekonomia nie pozostawała li tylko jałową rozrywką intelektualną i stała się do czegokolwiek użyteczna, a więc np. starała się przywidywać przyszłe wydarzenia czy też abstrakcyjne kontrafaktyczne następstwa rozmaitych zdarzeń, preferencje same w sobie koniecznie muszą być badane. Veblen przypisał również ekonomii zadanie skrupulatnej analizy specyficznych dla nauk społecznych procesów selekcji, do czego jeszcze wrócimy. Z kolei wśród pochodzących z grona ekonomistów austriackich, choć niekoniecznie przynależących do szkoły austriackiej, najściślej związana z koncepcjami biologicznymi teoria procesu społecznego spośród tych najbardziej popularnych, to sformułowana przez Schumpetera kreatywna destrukcja, analogon selekcji naturalnej. Jednakże co najmniej równie ciekawy wydaje się w tym względzie wkład Hayeka (1967), który nie tylko ledwie użył pewnej metafory, ale spośród nauk empirycznych w ogóle wydzielił te, które w odróżnieniu od np. fizyki czy chemii, zajmują się zjawiskami złożonymi[1], do badania których drogą eksperymentu należy zachować sporo dystansu. W zbiorze tym zawierają się min. właśnie biologia i ekonomia, w których, jego zdaniem, przyszłe stany nie zależą tylko od znajomości pewnych praw (o ile uznamy, że te w ogóle istnieją, co biolodzy podają w wątpliwość) i obserwowalnych danych, ale przede wszystkim od warunków początkowych, a więc w przypadku ludzi, którzy tworzą zarówno struktury biologiczne jak i społeczne, należy znać cały przebieg trwającej wiele lat ewolucji, aby w ogóle mówić o pojęciu pewnych uniwersalnych reguł. Jeśli natomiast zgodzimy się, że znajomość ich kodu genetycznego i całej historii kultury w pewien sposób rozwiązuje problem, to i tak pozostaje kwestia w tym sensie losowych, że nie dających się nam przewidzieć mutacji oraz innych egzogenicznych szoków, a więc jesteśmy w stanie co najwyżej przedstawić klasę możliwych stanów i starać się im przypisywać poszczególne prawdopodobieństwa, a nie prezentować punktowe przewidywania dotyczące przyszłych wielkości, jako rezultaty pewnych mniej lub bardziej trywialnych kalkulacji. Prowadzić nas to może do ogólniejszego wniosku, że w ogóle trudno oddzielić zjawiska i kategorie ekonomiczne, mające w opinii np. Misesa dotyczyć tylko ludzi, od bardziej pojemnych pojęć odnoszących się do świata nauk przyrodniczych, a w szczególności do biologii. Otwiera to przed nami możliwość zaistnienia alternatywy co najmniej trzech rozwiązań: albo kategorie właściwe tym dwu sferom pozostają jedynie mniej lub bardziej użytecznymi analogiami, albo mogą stanowić szczególne przypadki jednego uniwersalnego podejścia do badania tych dwóch (i nie tylko) zagadnień, bądź też zagadnienia właściwe naukom społecznym mogą okazać się jedynie podzbiorem tych biologicznych, a wtedy zabieg bezpośredniej transplantacji wniosków płynących z biologii do skolonizowanej w ten sposób ekonomii mógłby okazać się owocny w ciekawe prognozy[2]. Próbę rozstrzygnięcia tej kwestii może wspomóc poprzedzenie go porównaniem fundamentalnych pojęć i bardziej już złożonych zagadnień omawianych dwóch obszarów dociekań człowieka.

Już sam fakt istnienia w nowoczesnej nauce analitycznego aparatu teorii gier, którego rozwój inspirowany był wymiennym zastosowaniem w różnych dziedzinach, a który z powodzeniem pozwala nam badać strategie działań człowieka i zachowań organizmów oraz same ścieżki ich filogenezy, sugeruje uderzające podobieństwo badanych sfer, w których podstawowe są wspólne pojęcia kosztu, kapitału (lub alternatywnie w obu dziedzinach: informacji) czy szeregującego kolejność zdarzeń nieodwracalnego czasu. To odnoszące się do zasobu wydaje się być chyba najbardziej zbliżone w obu dziedzinach. Znaczy właściwie to samo, tylko operuje na innych poziomach. W ekonomii dotyczy wszelkich środków będących przedmiotem – świadomego – działania, w biologii zaś określa się nim wszelkie substancje niezbędne do budowy i funkcjonowania organizmu, które są rozdysponowywane za pośrednictwem procesów regulujących gospodarkę organizmu, do których wszelkie instrukcje zdają się być zapisane w genach i nie są przedmiotem świadomego działania, czyli woli wcielonej w czyn. W modelu rynku konkurencji doskonałej rozwiązanie optymalnej alokacji zasobów następuje, gdy przychód krańcowy jakiegoś homogenicznego działania zrównuje się z jego kosztem krańcowym. W programie adaptacjonistycznym biologii ewolucyjnej, przy założeniu odpowiedniej ilości replikacji, organizm zostanie optymalnie dostosowany do środowiska, gdy przychód krańcowy z przeznaczenia zasobów na jakąś cechę zrównuje się z kosztem krańcowym tego procesu, również tym alternatywnym, a więc przeznaczeniem zasobów na drugą z kolei najbardziej opłacalną w tym kontekście cechę. Z kolei na poziomie obserwowanych czynności, z prakseoglogii wiemy, że agent działa tylko wówczas, gdy ex ante subiektywnie postrzegane korzyści wydają się przewyższać koszty, natomiast uogólnienie reguły Hamiltona sugeruje, że zachowanie organizmów zostaje podjęte wtedy, gdy geny, które posiada (występujące również u innych organizmów, co implikuje dobór krewniaczy), mają większą szansę się długookresowo rozprzestrzenić. Jak wszyscy wiemy, założenia rynku konkurencji doskonałej są w stosunku do naszego empirycznego świata mocno ponaciągane, jednak wymieniona konkluzja zdaje się być długookresowo i w przybliżeniu w historii gospodarczej raczej prawdziwa. To samo tyczy się historii naturalnej, w której widzimy, że organizmy również zasadniczo były coraz lepiej przystosowane do środowiska, w którym się znalazły. W tym świetle każdą – odziedziczoną – cechę organizmu można tłumaczyć, jako – przynajmniej w przeszłości, czyli w warunkach, w których wyewoluowała – użyteczną, a więc jeśli nie konieczną, to chociaż względnie pomocną w przetrwaniu. Jednak, jak sugerują krytycy, tacy jak np. Gould z Lewontinem (2011), nie tylko w krótkim okresie – czyli paru pokoleń – nie każda cecha musi znajdować swą użyteczność. Może być bowiem wynikiem przypadkowego dryfu genetycznego i być tak długo utrzymywana, dopóki się nie okaże krytyczna w przetrwaniu, gdy wiemy, że inne alternatywne cechy okazałyby się bardziej użyteczne. Może być również wynikiem inercji filogenetycznej, a więc mocnego utrwalenia pewnej w konkretnym czasie nieszczególnie już korzystnej cechy. W końcu ze względu na zachłanność adaptacji, wybicie się z jakiejś jedynie lokalnej optymalności często również jest mało prawdopodobne. Z kolei nawet sama identyfikacja użyteczności jakiejś cechy może się okazać trudniejsza niż na pierwszy rzut oka. I tu pomaga nam pojęcie egzaptacji, czy też użytecznych pendentywów, a więc adaptacji dotyczących takich cech, które swą użyteczność zawdzięczają jedynie już istniejącym adaptacjom, odnajdując swoją w już istniejącej architekturze. By przybliżyć nieco ten fenomen, posłużę się znanym pedagogicznie przykładem ludzkiego nosa, któremu człowiek żyjący na przełomie XX i XXI wieku bez znajomości historii naturalnej, posługując się potoczną wiedzą, mógłby z powodzeniem przypisać funkcję noszenia okularów, a wiemy, że to jest co najwyżej jego dodatkowa, a nie podstawowa funkcja, która podlegała adaptacjom. Wszystkimi zaprezentowanymi wcześniej mechanizmami ewolucyjnymi innymi niż dobór naturalny posłużono się w sporze krytyków z obozem adaptacjonistycznym. I jak w wielu innych i w tym, po jakimś czasie do końca nie wiadomo o co chodzi, bo sami najzagorzalsi krytycy uznają dobór naturalny za najważniejszy mechanizm ewolucji, a np. właściwie każdą adaptację można sprowadzić do egzaptacji, ponieważ ta jest zawsze wynikiem jakichś zastanych architektonicznych ograniczeń. Podobnie, dryf czy inercję filogenetyczną, a więc konkretne (relatywne) wielkości samej zmienności można uznać właśnie za funkcję adaptacji. Spór więc można przetransformować do posiadającej odpowiedź o charakterze proporcji debaty (analogicznej np. do tej, która próbuje odpowiedzieć na pytanie czy większą rolę w kształtowaniu zachowań człowieka odgrywa jego wychowanie, czy geny) na ile dobór naturalny odpowiada za utrwalenie pewnych mutacji, a więc na ile jest czynnikiem koordynującym i decydującym o konkretnym empirycznym kształcie rozmaitych form.

Wchodząc na wyższy poziom zestawienia biologii ewolucyjnej z ekonomią niż  porównywanie samych tylko kategorii i reguł, możemy teraz zestawiać ze sobą całe debaty. I tak do tej opisanej przeze mnie w biologii można np. porównać tą, która niekoniecznie explicite snuje się również gdzieś tam w tle ekonomii szkoły austriackiej. Chodzi mianowicie o istnienie koordynacji, a dokładniej, o odpowiedź na pytanie, na ile rynek koordynuje działania – czy też w wariancie bardziej subiektywistycznym: plany – agentów. Tutaj też najwięksi jej sceptycy, uznają, że choć kalejdyczny, to empiryczny proces rynkowy podlega jednak jakiejś spontanicznej sile porządkującej, czy też równoważącej tę nieprzerwanie mutującą konstelację kapitału, bo np. zazwyczaj więcej planów jest udanych niż nieudanych, ale to nie oznacza, że tak było i będzie zawsze, czy, że rynek kiedykolwiek jest w równowadze w tym sensie, że plany, a więc i oczekiwania są ze sobą zgodne i krańcowe przychody i koszty się zrównują, podobnie jak stopy zwrotu z różnych etapów produkcji. Problem ten pociąga za sobą dodatkowe pytania o to, czy o ile ta koordynacja faktycznie w ogóle ma miejsce, to na ile rynek jest skoordynowany i czym to wobec nieobserwowalności użyteczności empirycznie mierzyć (np. równością stóp zwrotu czy proporcją udanych planów; analogicznie: czym mierzyć dostosowanie organizmu?), jakie warunki muszą zajść, aby zaistniała i czy jest naturalnym następstwem struktury genetycznej człowieka, czy też raczej funkcją jakichś szczególnych cech wytworzonych przez niego instytucji, z tą rynkowej wymiany w warunkach rozproszonej własności czynników jej – i wymianie i własności – podlegających, na czele. Można również to zagadnienie nieco przekręcić i sformułować pytanie, czy koordynacja jest cechą endogeniczną czy egzogeniczną wobec systemu wymiany rynkowej.

Kolejny spór, którego rezultat nie jest jasny, bo trudny do weryfikacji empirycznej i bardziej zależny od ujęcia pojęciowego jego przedmiotu, dotyczy podstawowej jednostki doboru naturalnego (zob. Gaczoł 2011). Jedna strona utrzymuje, że jest nią pojedynczy gen, który nie ma ostrej definicji biochemicznej, ale który jednak można zdefiniować jako pewną wystarczająco małą porcję informacji, która w procesie wymiany materiału genetycznego między chromosomami nie ulega podzieleniu i który jest odpowiednio trwały na przestrzeni pokoleń, tak, że można mu przypisać jakąś funkcję objawiającą się konkretną cechą. Znajduje się w genomie organizmu w różnych konfiguracjach z innymi, a przy odpowiednio licznej populacji i ilości replikacji, może zapewniać organizmowi i jego następnym pokoleniom relatywnie dobre dostosowanie do środowiska i zacząć dominować, wypierając z czasem konkurencyjne względem niego. Widzimy więc, że z tego punktu widzenia to nie cały organizm jest jednostką doboru, bo jest zasadniczo niepowtarzalny i nietrwały. Taki pogląd spotyka się jednak z krytyką, która podkreśla, że zintegrowanej historycznie całości organizmu nie można zredukować do jego niezależnie optymalizowanych części, bo stanowi on pewną nową jakość i nie da się jego zachowania wytłumaczyć w prosty sposób poprzez odwołanie do konkretnych genów, które manifestują się w sposób nieliniowy i warunkowy. Tu również nie wydaje się, aby istniała jakaś ustalona prawdziwa reguła i komu przyznamy rację, zależy z kolei od tego, jak zdefiniujemy i ujmiemy problem, z jakiej strony na niego spojrzymy, od konkretnego przykładu, środowiska, horyzontu czasowego i tym podobnych charakterystyk pola sporu. To samo zdaje się tyczyć empirycznej weryfikacji, wydających się nieco sztucznymi z perspektywy austriackiej, problemów ludzkiej racjonalności czy efektywności rynku.

Nacisk podobnej do przedstawionej przeze mnie krytyki doprowadził do zmiękczenia stanowiska części z przeciwnej strony sporu, jednak moim zdaniem wynika ono z pewnych niedomagań i braków w aparacie pojęciowym biologii (a przynajmniej tym, którym posługiwały się strony sporu), która może przejąć z ekonomii np. klauzulę ceteris paribus, którą ujmując w słowa niektórzy biolodzy po omacku rozpisywali w paru zdaniach i nieco niekonsekwentnie. Pomocne w rozstrzygnięciu opisanego przeze mnie sporu może okazać się zapoznanie ze, z czasem rozgałęziającą się i tracącą tym samym na wyrazistości, debatą marginalistyczną (zob. Mongin 1997 i notkę redakcji encyklopedii TNSFSR), która miała miejsce w końcu pierwszej połowy XX wieku, i w której uczestniczyła myśl austriacka nie tylko z pochodzenia. Kontrowersja rozpoczęła się, gdy niektórzy ekonomiści po pewnych obserwacjach uznali, że firmy na rynku nie używają analizy marginalnej, by maksymalizować zysk, lecz uciekają się do nieefektywnych praktyk rutyny czy full cost pricingu (który się ponoć tłumaczy na polski na „ustalenie ceny z uwzględnieniem wszystkich kosztów produktów”). Miało to rzekomo świadczyć o nieużyteczności i nieprawdziwości analizy marginalnej. Przeciwnicy takiego ujęcia starali się tę konkluzję zrzucić na karb złej jakości danych czy w ogóle odrzucali ją, tłumacząc, że procesy ekonomiczne nigdy nie działają w odosobnieniu, dlatego trudno uchwycić zmiany poszczególnych czynników, co nie oznacza jednak, że one w ogóle nie działają i, że zatem, cała analiza marginalna jest bezużyteczna. Jednakże jeden z najbardziej uznanych argumentów w tej debacie odwoływał się do pojęcia ewolucji i mówił o tym, że analiza marginalna jest prawdziwa w odniesieniu do całych branż, natomiast poszczególne firmy, które łącznie generowały takie zgodne z przewidywaniami teorii ekonomii rezultaty, same niekoniecznie musiały się rachunkiem marginalnym kierować, a w zmieniających się warunkach rynkowych, na mocy analogii koncepcji doboru naturalnego, zdolne były przetrwać jedynie te, których praktyki okazały się najskuteczniejsze. Wydaje się tu, że sformułowanie odpowiednich założeń pod warunkiem posiadania pewnej empirycznej wiedzy wystarcza, by analiza marginalna była przynajmniej w niektórych przypadkach owocna, a kluczowe staje się wówczas uprzednie zdefiniowanie homogenicznej w pewnych przedziałach zmiennej decyzyjnej w jej aspekcie ilościowym i jednostki doboru, odpowiednio w ekonomii i biologii ewolucyjnej.

Nie zdołałem oczywiście wyczerpać paralel zjawisk biologicznych z ekonomicznymi i choć wydawać się może, że ich katalog jest właściwie niemal dowolnie rozciągliwy, bo subiektywny, to w szczególności dla czytelników zainteresowanych ekonomią austriacką wydać się ciekawym mogą jeszcze następujące podobieństwa między: 1. przedsiębiorczością jako pionierską procedurą niepewnego odkrycia a losową zmiennością i selekcją między fenotypami generującymi wokółświaty w sensie Uexkülla (2011, zob. również Pobojewska 2011), 2. prawem asocjacji w sensie Misesa a dymorfizmem płciowym czy mutualizmem, 3. wyścigiem zbrojeń między regulatorami i regulowanymi a hipotezą czerwonej królowej najdobitniej wyrażającą się przez koewolucję, 4. austriacką teorią kapitału a teorią selekcji typu r/K, znajdującą (w ramach paradygmatu adaptacjonistycznego) uzasadnienie dla wydłużania czasu ontogenezy, szczególnie widocznego u ludzi na tle innych gatunków.

Wielość tych podobieństw oraz rozrastanie się domen biologii i ekonomii w toku ich rozwoju, a zwłaszcza zaś tworzenie coraz szerszych uogólnień i obserwowanie coraz regularniejszych prawidłowości rozwoju różnych branż gospodarki, doprowadziło w ostatnich paru dekadach do wznowienia zainteresowania problematyką świadomego zastosowania niektórych ciekawych pojęć i wniosków biologicznych do badania procesów gospodarczych. W szczególności popularne stało się, również atrakcyjne dla austriaków, bo akcentujące powszechną ignorancję agentów, podejście Nelsona i Wintera (2002), których nierównowagowa ekonomia ewolucyjna jest odpowiedzią na powszechnie obserwowaną nieudolność w radzeniu sobie hipotez równowagowych i precyzyjnej optymalizacji do opisu realnych procesów ekonomicznych (zwłaszcza w przypadku nowych branż gospodarki), nieustannie podlegających egzogenicznym zmianom, które wyprowadzają je z ich długotrwałych trajektorii rozwojowych prognozowanych przez neoklasycznych ekonomistów. To spojrzenie jest także punktem wyjścia do krytyki wszelkich twierdzeń, że spojrzenie ewolucyjne bezwzględnie wspiera konkluzje, jakoby gospodarka koniecznie była w równowadze lub miała ją ostatecznie z pewnością w jakimś dłuższym horyzoncie czasowym osiągnąć. Nelson i Winter formułują jednak pewne restrykcyjne założenia, które same mogą stać się przedmiotem empirycznego testowania, a których spełnienie w warunkach pewnej statycznej (w tym sensie, że niepodlegającej innym niż dotyczącym przedsiębiorstw systematycznym zmianom) gospodarki, może prowadzić do osiągnięcia jej równowagi tak, jakby firmy były faktycznie konsekwentnymi maksymalizatorami zysków, mimo że niektóre z nich w wyniku konkurencji muszą zbankrutować. Po pierwsze, musi wśród nich istnieć  wystarczająco duża zmienność sposobów funkcjonowania; po drugie, pewna ciągłość ich zachowania powinna się utrzymywać, aby przypadkiem te, które zostały wynagrodzone w procesie konkurencji nie przyjęły w krótkim okresie znacząco innej strategii, co do których nie ma pewności, że również pozostaną skuteczne, co łączy się z tym, że, po trzecie, ocalałe powinny swe zyski zainwestować w z grubsza tą samą aktywność, przyjmując większy udział w rynku, tak, aby nie przepuściły ich eksperymentując w tych jego segmentach, w których nie odniosły sukcesu, bo nie posiadają należytych kompetencji lub, w których jeszcze swych niesprawdzonych, a zatem wątpliwych sił, nie próbowały. Ostatnim założeniem jest, aby przejściowe warunki nie eliminowały tych przedsiębiorstw, których działalność jest konieczna do osiągnięcia w dłuższej perspektywie pożądanych rezultatów. Jeśli warunki te są spełnione, co zasadniczo w przypadku wolnych rynków jest zgodne z obserwacjami, to ewolucyjna narracja może stanowić wytłumaczenie zagadki, dlaczego nieskończenie głupi agenci i organizacje tworzą zaskakująco sprawnie funkcjonującą, i do tego rozwijającą się, gospodarkę, którą nie steruje jakaś centralna omniscjentna jednostka. Analogiczny ewolucyjny wniosek można odnieść również do kumulatywnego w swym charakterze rozwoju nauki czy techniki.

To nas z kolei wieść może do jeszcze ogólniejszej (nawet ontologicznej) konkluzji, jakoby wszelkie procesy w różnych sferach dociekań człowieka w ostateczności podlegały pewnej uniwersalnej i zasadniczo prostej w swym ogóle regule. Bez względu na to czy jest ona prawdziwa, niekiedy może się okazać po prostu użytecznym narzędziem analizy owych procesów. Regułą taką może być idea uniwersalnego darwinizmu, znajdująca zastosowanie w szeregu dziedzin, w tym min. właśnie, co nie powinno stanowić szczególnego zaskoczenia, w biologii i potencjalnie w ekonomii (zob. McCain 2006 i Hodgson 2002), które zajmują się badaniem złożonych, otwartych i zmieniających się systemów. Zasadza się na trzech założeniach dotyczących podlegających mu procesów. Po pierwsze, musi istnieć zmienność cech w populacji obiektów, z których, po drugie, na mocy pewnego kryterium wyselekcjonowane zostają jedynie niektóre z nich, które, po trzecie, są względnie trwałe w czasie swego trwania lub w następstwie swej reprodukcji. Jak więc widać, schemat uniwersalnego darwinizmu jest dość trywialny, ale też i pojemny, co stanowi poniekąd przyczynę dla problemów wynikłych z interpretacji konkretnych aplikacji do zjawisk społecznych, które wydają się być czynionymi niekiedy na siłę. O ile np. w biologii za interaktor uznaje się fizyczną reprezentację organizmu, będącego niejako wehikułem dla replikatorów, czyli pojedynczych genów (względnie, mając na uwadze krytykę organizmalistów, całych ich konstelacji), a kłopot potęguje jeszcze ujęcie poziomów selekcji (indywidualnej i grupowej, a więc mogącej np. dotyczyć wąskiego kręgu sobie podobnych organizmów, gatunków czy nawet całych symbiotycznych układów), o tyle w przypadku ekonomii klarowna identyfikacja diady podstawowych jednostek doboru na różnych poziomach staje się jeszcze bardziej problematyczna i dlatego stanowi przedmiot sporów, nawet odnośnie samego ich istnienia. Dla Veblena, który odrzucił zarówno jednostkę jak i społeczeństwo jako ostateczne jednostki wyjaśnienia w naukach społecznych, były to instytucje, wytwarzane w toku interakcji społecznych i je same kształtujące. W podobnym duchu Nelson i Winter uznają rutyny na poziomie indywidualnym i firm za odpowiedniki genów. Hodgson kontynuuje tę tradycję myślową przypisując zwyczajom i nawykom funkcję replikatorów na odrębnych, choć mających na siebie wpływ, dwóch poziomach, gdzie interaktorami są odpowiednio osoby i ich kolektywy. Traktuje przy tym uniwersalny darwinizm jako pewne ogólne metateoretyczne ramy, w których zagnieździć należy specyficzne teorie pomocnicze, aby dokładnie wyjaśniać procesy społeczne, których ewolucja znacznie się jednak różni od tej dotyczącej organizmów biologicznych. Jako, że jednak w takim ujęciu interaktory w ramach procesów społecznych nie muszą wcale ponieść śmierci, można zasugerować nieco bardziej specyficzne dla ekonomii, a więc funkcjonalistyczne podejście inspirowane myślą szkoły austriackiej, odchodząc od strukturalnego (pozostawiając je biologii) i zastępując ludzi, jako interaktory, działaniami, których komplementarnymi replikatorami byłyby memy, a więc wszelka wiedza, w tym min. oczywiście ta naukowa, moda, tradycje, nawyki, zwyczaje czy rutyny. Kanałem transmisyjnym stałyby się w tej perspektywie procesy formowania oczekiwań i planów, a silnikiem zmian: przedsiębiorcy jako innowatorzy konfrontujący się z niepewną przyszłością. Można przy tym wyróżnić rozmaite poziomy selekcji, począwszy od działań pojedynczych aktorów, mających swe idiosynkratyczne nawyki, przez operowanie korporacji ze swymi specyficznymi kulturami aż po funkcjonowanie społeczeństw, kierowanych (globalnymi) ideami i wartościami oraz podlegających instytucjom, jako zlepkom memów. Taki zabieg umożliwia równoprawne ujęcie niektórych problemów od strony zarówno replikatorów jak i interaktorów, co np. w przypadku debaty kalkulacyjnej odnosiłoby się odpowiednio do problemów wiedzy i działań, jak zresztą historycznie poczyniono.

W tym momencie należałoby nawiązać do powracającego problemu wyboru poziomu wszelkiej analizy, a w szczególności do tego czy na każdym z nich obowiązują te same reguły, czy da się wywnioskować te dotyczące jednego z nich z zasad funkcjonowania poziomu niższego (lub odwrotnie) i na ile te ewentualne podejścia są komplementarne, a na ile substytucyjne. Pomóc w ujęciu i rozstrzygnięciu tych zagadnień może właśnie koncepcja emergencji (zob. Dombrowski 2011), która definiowana na przestrzeni czasu i pomiędzy rozmaitymi badaczami jest różnorako, ale której rdzeń jednak pozostaje z grubsza ten sam. Można więc powiedzieć, że mamy z nią do czynienia wówczas, gdy szerzej rozpatrywane zjawisko jest, po pierwsze, hierarchiczne, co oznacza, że złożony emergent ma pewne właściwości, których nie posiada żaden z członów jego podstawy. Po drugie, cały układ trwa lub zmienia się w koniecznej zależności od siebie, a, po trzecie, emergent stanowi w tym sensie radykalną nowość, że mając pełną wiedzę o jego podstawach, zachowuje się nieprzewidywalnie i w żaden sposób nie da się jego właściwości, ani praw operujących na wyższym poziomie, wydedukować z jego części. Istnieją przy tym co najmniej dwie odmiany emergentyzmu, z których pierwszą jest ontologiczna, w myśl której nieredukowalność jest realną cechą zjawiska emergentnego, które w sposób nieoczekiwany zrywa ciągłość bytu i powoduje zaistnienie zupełnie nowych praw. Druga wersja, nazywana epistemologiczną, jest mniej apodyktyczna i stanowi, że wyłanianie się nowych praw i właściwości może być jedynie wynikiem braku zrozumienia pewnych zjawisk, a więc jest stanowiskiem relatywnym do aktualnego stanu wiedzy naukowej. Może przy tym oznaczać, że dualizm metodologiczny, jako ugruntowane naukowo stanowisko metodologiczne, jest do utrzymania jedynie tak długo, jak ludzkich sądów wartościujących i impulsów do działania nie da się w pełni wytłumaczyć w kategoriach procesów biologicznych, ponieważ to właśnie ludzkie działanie stanowi w tym świetle nieredukowalny emergent, podstawę prakseologii, jej daną ostateczną (dla Veblena, dla przykładu, również ewolucja i selekcja instytucji stanowiły emergentny poziom rozpatrywania procesów społecznych). O ile więc rozmaite neuronauki nie są jeszcze w stanie w całości rozbić ludzkiego działania na czynniki pierwsze, o tyle nie możemy mieć pewności, że, mając na uwadze ogromny postęp, który się w tym względzie nieprzerwanie dokonuje, taki stan rzeczy się w przyszłości nadal będzie utrzymywał. Podobnie sprawa się ma z samą koncepcją życia, której nadal człowiek nie jest w stanie w pełni zredukować do pojęć chemicznych czy praw fizycznych. Natomiast nieco inaczej następuje rozłożenie akcentów w definicji emergencji przytoczonej przez Lubiszewskiego (2011), która zbliża to pojęcie do samoorganizacji. Podkreśla unikatowość i niemożność wyprowadzenia złożonego zachowania globalnego jakiegoś układu ze znajomości prostych lokalnych interakcji jego części (np. w inteligencji roju mrówek, termitów czy ptaków). Tak rozumiane zjawisko emergencji może z kolei dostarczyć nam narzędzi do rozstrzygnięcia czy, a jeśli już, to na ile, prawa makroekonomiczne różnią się od tych mikroekonomicznych lub, czy zachowanie firmy, a nawet całej skomplikowanej, kluczowej dla przetrwania wielu ludzi, gospodarki, można zredukować do działania zbioru konkretnych agentów, którzy przecież wykorzystując jedynie lokalną wiedzę wykonują proste w swej istocie czynności, których łączny rezultat – fenomen rynku – nie jest wynikiem realizacji planu zgodnego z jednym projektem. Bez względu jednak na to czy bardziej ogólny poziom uznamy jedynie za prosty agregat tego bardziej szczegółowego, czy za emergent, możemy roboczo wyróżnić wiele sfer operowania selekcji w gospodarce: w firmie pomiędzy czynnikami produkcji, gdzie kryterium jest ich spodziewana przez decydenta krańcowa produktywność, następnie, między firmami, gdzie w ramach konkurencji rynkowej mogą przetrwać jedynie najefektywniejsze, a w ostateczności, między branżami zmagającymi się ze sobą o zagoszczenie na stałe w preferencjach konsumentów.

Choć ostatni kryzys gospodarczy stał się świetną okazją, by antyrynkowi doktrynerzy mogli zostać lepiej usłyszani w debacie publicznej i nawoływać do ściślejszej regulacji rynków oraz zabawy politykami pieniężną i fiskalną, to stanowi również pewną szansę, by przyspieszyć proces zastępowania w ekonomii tego, co głównonurtowe (jako zjawiska socjologicznego) i ortodoksyjne (jako zjawiska intelektualnego). Koppl (2006) przychyla się do opinii, że to, w czym nacisk jest położony na racjonalność, samolubność i równowagę powoli wypierane będzie przez to, co akcentuje ograniczoną racjonalność, kierowanie się regułami w zachowaniu (rule-following), instytucje, postrzeganie i ewolucję. Jako, że charakterystyki te w znacznej mierze odpowiadają tym określającym szkołę austriacką, to ma ona, według niego, możliwość stania się częścią tej stopniowej zmiany w światku ekonomicznym i odegrania w niej pewnej roli. Musi ona mieć jednak świadomość, że zmiana paradygmatu niesie ze sobą także pewne zagrożenia, a w szczególności, w tym akurat przypadku, zastąpienia podstawowej teorii funkcjonowania rynku wielością specyficznych modeli bez żadnego umocowania w bardziej ogólnej, a zatem mogącej mieć szersze zastosowanie teorii. Nie powinni więc do takiego stanu rzeczy austriacy dopuścić i umieć w całej tej przemianie zachodzącej w naukach ekonomicznych oddzielić ziarna od plew.

 

Bibliografia:

Dombrowski M. Emergentyzm w filozofii biologii – stanowisko Joachima Metallmana w: Filozofia biologii Przegląd filozoficzno-literacki 2-3 (31)/2011 pod redakcją Marcina Miłkowskiego (dalej FB.PFL)

 

Gaczoł R. Spór Richarda Dawkinsa ze Stephenem Jayem Gouldem wokół teorii samolubnego genu w: FB.PFL

 

Gould S.J., Lewontin R.C. Pendentywy w katedrze św. Marka a paradygmat Panglossa. Krytyka programu adaptacyjnego w: FB.PFL

 

Hayek, F.A. von The Theory of Complex Phenomena: A Precious Play on the Epistemology of Complexity w: Study in Philosophy, Politics and Economics, Londyn, Routledge & Kegan Paul, s. 22-42, 1967

 

Hodgson G.M. On the evolution of Thorstein Veblen’s evolutionary economics, Cambridge Journal of Economics, 22, s. 415-431, 1998

 

Hodgson G.M. Darwinism in economics: from analogy to ontology, Journal of Evolutionary Economics, 12: s. 259-281, 2002

 

Koppl R. Austrian economics at the cutting edge, Review of Austrian Economics, 19, s. 231-241, 2006

 

Lubiszewski D. Inteligencja zbiorowa czyli czego możemy nauczyć się od mrówek? Na styku biologii z innymi dziedzinami nauki w: FB.PFL

 

Markose S.M. Computability And Evolutionary Complexity: Markets As Complex Adaptive Systems (CAS), The Economic Journal, Vol. 115, No. 504, s. F159-F192, 2005

 

Mayr, E. Filozoficzne podstawy darwinizmu, w: FB.PFL

 

McCain R.A. Varieties of Evolutionary Socioeconomic Theories, 2006 – http://khufu.openlib.org/~tchecndg/archive/2006/att-0297/02-Varieties_of_Evolutionary.doc

 

Mises, L. von Ludzkie Działanie. Traktat o ekonomii, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2007

 

Mongin P. The Marginalist Controversy w: Handbook of Economic Methodology, red. Davis, Hands i Maki, Londyn, Edward Elgar, s. 558-562, 1997

 

Nelson R.R., Winter S.G. Evolutionary Theorizing in Economics, Journal of Economic Perspectives, Vol. 16, s. 23-46, 2002

 

Pobojewska A. Nowa biologia Jakoba von Uexkülla w: FB.PFL

 

redakcja (martwej już) internetowej encyklopedii ekonomicznej The New School For Social Research, notka pt. The Maximization Debatehttp://cruel.org/econthought/essays/product/Maxim.html

 

Shalizi C.R. Self-Organization, 2010 – http://cscs.umich.edu/~crshalizi/notabene/self-organization.html

 

Uexküll J. von Biologia lub fizjologia w: FB.PFL

 

Veblen T. Why is Economics Not an Evolutionary Science, The Quarterly Journal of Economics, Vol. 12, 1898

 

Viegas J. Zoo Chimp Makes Elaborate Plots To Attack Humans, Discovery News 2012 – http://news.discovery.com/animals/zoo-chimp-attacks-humans-120509.html

 

Wróbel, S. Narodziny człowieka oderwanego (recenzja Jak Homo stał się sapiens Petera Gärdenforsa) w: FB.PFL


* Wersja rozszerzona części teoretycznej referatu odczytanego na spotkaniu KASE Łódź, 18.XI.2011 – http://pokazywarka.pl/z4tsv5/; w wersji audiowizualnej – http://www.youtube.com/playlist?list=PLB1AFB08E7C078EA9&feature=view_all.

[1] Wypada zwrócić uwagę na same często (nad)używane na granicy bełkotu charakterystyki odnoszące się do niektórych systemów, o których często w literaturze pisze się, że są złożone, samoorganizujące się czy też emergentne. Podjęto kroki zmierzające do ujęcia tych tak niekiedy znaczeniowo głębokich, że właściwie sensu pozbawionych epitetów w formalne ramy, o czym na temat pierwszego z nich (i nowości) szerzej u Markose (2005), drugiego u Shalizi (2010), o ostatnim natomiast trochę dowie się jeszcze drogi czytelnik z tego eseju. Warto przy okazji wspomnieć, że podjęto, jak wykazali eksperci Instytutu Misesa, nieco nieudolne austriackie próby inkorporacji argumentu o technicznych warunkach zaistnienia nowości w systemie rynkowym do debaty o możliwości, czy też raczej efektywności, centralnego planowania.

[2] Trudno zaprzeczyć, że do pewnego stopnia w przypadku niektórych zagadnień nauk społecznych wiążących się ściśle z ekonomią, a jej jednak nie podlegających, zwłaszcza tych o charakterze ilościowym, ciężko znaleźć lepszy aparat pojęciowy i metodę badawczą od tej biologicznej. Odnosić się to może min. do problemu wszelkich różnic w preferencjach (na czele z tą czasową), skłonnościach (np. do zachowań przestępczych) czy produktywności (odbijającej w znacznej mierze w warunkach rynkowych pewne zdolności poznawcze), które najlepiej zdają się być wyjaśniane w świetle ludzkiej bioróżnorodności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *