Jacek Sierpiński ”Prezydencie, obal Traktat!”

Prezydent Lech Kaczyński stwierdził, że nie ma obowiązku podpisania aktu ratyfikującego tzw. Traktat Lizboński, czyli odświeżoną wersję “eurokonstytucji”. Oczywiście Gazeta.pl pod żadnym pozorem nie może zgodzić się z obecnym prezydentem, więc zamieściła obok informacji o jego wypowiedzi notkę z wypowiedziami ekspertów-konstytucjonalistów. W notce tej można przeczytać, że “Lech Kaczyński zapowiedział, że może nie podpisać ustawy ratyfikacyjnej”, a także, że “prezydent nie ma prawa nie podpisać ustawy ratyfikującej Traktat Lizboński – twierdzą zgodnie konstytucjonaliści”.

Oczywiście, notka wypacza sens wypowiedzi prezydenta i wprowadza czytelnika w błąd. Ściśle rzecz biorąc, nie ma i nie może być bowiem niczego takiego jak “ustawa ratyfikująca Traktat Lizboński”. Sejm może uchwalić jedynie ustawę wyrażającą zgodę na ratyfikację Traktatu Lizbońskiego – zgodę, która zgodnie z Konstytucją jest niezbędna do tego, by ratyfikować umowę przekazującą “organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach” (art. 90 Konstytucji RP). I tej ustawy rzeczywiście prezydent nie ma prawa nie podpisać pozostając w zgodzie z prawem. Ale sam akt ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, jak i każdej innej umowy międzynarodowej, leży w kompetencji prezydenta (art. 133 Konstytucji RP). Wyżej wymieniona ustawa wcale nie zobowiązuje go do dokonania tego aktu. Ba, nawet gdyby zgoda na ratyfikację została udzielona w referendum, też by go to nie zobowiązywało. Co innego, gdyby tej zgody nie było – wtedy prezydent nie mógłby samowolnie dokonać aktu ratyfikacji. Ale z tego, że Sejm czy referendum może prezydentowi nie pozwolić na ratyfikację umowy międzynarodowej nie wynika, że może mu to nakazać…
Lech Kaczyński (który jest, co by nie mówić, profesorem prawa) powiedział jasno, że nie ma obowiązku podpisania aktu ratyfikacyjnego, a nie ustawy udzielalającej zgody na ten akt. No, ale oczywiście dla dziennikarzy Gazeta.pl takie rozróżnienie jest zbyt trudne. Wedle ich wyobrażeń zapewne to Sejm ratyfikuje Traktat, a prezydent jedynie podpisuje “ustawę ratyfikującą”. A eksperci… eksperci udzielili odpowiedzi na to, o co byli pytani.
Swoje trzy grosze dorzucił oczywiście również poseł Stefan Niesiołowski, który uznał, że jeśli prezydent “nie podpisze Traktatu”, to trzeba go będzie postawić przed Trybunałem Stanu…
Osobiście uważam, że najlepiej byłoby, gdyby Lech Kaczyński odmówił w ogóle ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Bynajmniej nie dlatego, że nakazuje on rzekomo uznawać małżeństwa gejów i lesbijek (Karta Praw Podstawowych odsyła tu akurat do ustawodawstwa krajowego – a nawet gdyby takie małżeństwa były uznawane, to Polska się od tego nie zawali), tylko ze znacznie istotniejszego powodu, który podaje m. in. na swoim blogu Sylwester Chruszcz – znacznego osłabienia pozycji Polski w głosowaniach w Radzie Europejskiej (jeśli chodzi o nadrzędnosć prawa unijnego nad polskim, to obowiązuje ona już teraz, zgodnie z wyrokami Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Traktat to tylko potwierdza). Ponadto, jeśli Polska nie ratyfikowałaby Traktatu, nie wszedłby on w ogóle w życie nigdzie w Unii, zostałby obalony – i być może otwarła by się szansa na zastąpienie go z czasem czymś sensowniejszym, bardziej gwarantującym prawa jednostki i ograniczającym etatyzm.
No, ale wydaje się jak na razie, że prezydentowi zależy jedynie na tym, by dodatkowymi zapisami w sejmowej ustawie zabezpieczyć się przed małżeństwami, które nie są związkiem kobiety i mężczyzny i chronić wiarę katolicką…

Jacek Sierpiński
19 marca 2008 r.
***
Tekst był wcześniej opublikowany na blogu Jacka Sierpińskiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *