Filip Paszko: Ryba psuje się od głowy

Dopiero dziś znalazłem chwilę, by przysiąść sobie w fotelu i przeczytać artykuł, dla którego kupiłem w poniedziałek Newsweek. Chodzi mi o tekst pana Krzysztofa Rybińskiego[1], w którym to były wiceprezes NBP opisuje recesję na rynku amerykańskim. Wspomnę tutaj, że tytuł tego wpisu nie odnosi się do pana Rybińskiego, a raczej do gospodarki światowej.

O sytuacji w Ameryce wiele już tekstów zostało popełnionych – pisałem o tym ja, pisał Patryk (choćby tu, czy tu), a ostatnio nawet napisał LUDzik. nie mam więc zamiaru pastwić się nad tym dalej, zwrócę więc uwagę na kilka słów pana Rybińskiego i powiem, co mi w nich nie leży… P. Krzysztof trafnie ukazuje to, co w tym kryzysie widać było od początku: pożyczki bankowe były udzielane byle komu, bez żadnych szans na ich spłatę. Cały problem w tym, że ten nasz wiceszef NBP uważa, że to właśnie to jest źródłem kryzysu. Wystarczyłoby, żeby banki nie pożyczały pieniędzy ludziom, którzy tych kredytów dostać nie powinni. Dodajmy – kredytów głównie mieszkaniowych). Tutaj pojawia się pierwszy problem, czyli to, DLACZEGO banki pożyczały takie pieniądze, takim osobom?

Rybiński myli tutaj skutek z przyczyną (tzn. uważa, że konsekwencją tych pożyczek było obniżanie stóp procentowych, by “pomóc” dłużnikom w spłacie kredytu). Ja natomiast pozwolę sobie stwierdzić, że to działa na odwrót. Że gdyby stopy procentowe pozostawały wysokie, to kredyty mogli by dostać tylko ludzie, którzy nie martwiliby się, jak związać koniec z końcem przy spłacie. Może ktoś zaraz podrzuci argument, że stopy procentowe w USA zaczęły spadać dopiero pół roku temu, czyli już w trakcie trwania kryzysu, wcześniej natomiast były wysokie. Przypomnę więc, że mówimy o kredytach hipotecznych, które bierze się na długi czas. Warto w tej perspektywie dostrzec, że na koniec roku 2003 bazowa stopa procentowa w Stanach Zjednoczonych wynosiła… 1%[2]. Gdybyśmy chcieli się jeszcze cofnąć, dostrzeglibyśmy, że 10 lat wcześniej, wysokość stóp procentowych również nie była na porażająco wysokim poziomie (3%)[3].

img382/3232/interesratebp0.png

Inny mój zarzut do pana Rybińskiego dotyczy jego twierdzenia o „globalizacji” kryzysu. Mianowicie pan Rybiński twierdzi, że gospodarki wszystkich (no, może nie wszystkich, ale znacznej większości) krajów są od siebie wzajemnie zależne, w związku z czym kryzys w jednym kraju musi spowodować jego eksport na inne. Żeby mnie źle nie zrozumieć – co do „systemu naczyń połączonych” to ja się zgadzam, mój sprzeciw budzi jednak przywołanie tego w dyskusji nad obecnym kryzysem. Sploty gospodarek krajowych między sobą nie powinny budzić wątpliwości, nie będę się więc nad tym rozwodził. Nie chcę tez powtarzać tego, com już pisał w przywołanym swoim tekście. Muszę jednak przypomnieć, że wzrosty cen w praktycznie wszystkich krajach „kapitalistycznych” rozpoczynają się od wzrostu cen ropy. I zapewne nikt by temu nie zaprzeczył, więc powiem inaczej: wzrosty cen w praktycznie wszystkich krajach rozpoczynają się od spadku siły nabywczej dolara. Nie będę o tym pisał już po raz n-ty, kto chce, ten sam sobie zajrzy do moich starszych tekstów. Postawię jednak kontrowersyjne twierdzenie, że ropa wcale nie drożeje tak szybko, jak nam się wydaje. Oczywiście, wzrost zapotrzebowania na ropę ze strony Chin, sytuacja w Iraku, Wenezueli mają swoje znaczenie dla wzrostu jej ceny, ale jest znacznie ważniejsza kwestia. Spadek wartości dolara – który jest konsekwencją pompowania go w rynek – powoduje, że światowe ceny dóbr rosną. Nie zapominajmy bowiem, że to właśnie w dolarach rozliczamy się za ropę. Deal taki zawarty został w 1971 roku[4]. Niewiele osób wie, ale Irak w 2002 roku zapowiadał przejście w rozliczeniach z dolara na euro. Możemy przypuszczać, że to działanie rządu irakijskiego było jedną z przyczyn wybuchu wojny (osobiście stawiam tezę, że główną: biorąc pod uwagę rezerwy dolarowe Iraku, które przecież trzeba by było spieniężyć). Ostatnio na euro przeszła Wenezuela. Coraz częściej słyszy się ze strony innych krajów sugestie, jakoby i one miały to zrobić. Warto sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby Chiny postanowiły spieniężyć choćby połowę swoich zasobów dolarowych. Dolar zniknąłby z powierzchni ziemi szybciej, niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić. Nie ma jednak obawy – działanie takie spowodowałoby, że i juan nie ostałby się (pamiętać musimy, że kurs juana jest sztucznie nisko związany z kursem dolara).

Na koniec zostawiłem sobie postulat pana Rybińskiego, w którym to możemy dostrzec chęć utworzenia jednego banku światowego, który byłby zdolny do kontrolowania światowej inflacji, bezrobocia, czy recesji. Bank ten miałby „pilnować”, by wahania kursowe walut były dosyć stabilne i by nie powtórzyła się sytuacja, w jakiej obecnie jest dolar. Sam mam drobne oszczędności w dolarach i czekam – nie pozbywam się ich, bo w dłuższej perspektywie powinienem „zarobić”. Taką przynajmniej mam nadzieję. Wracając jednak do naszego banku światowego. Ja mam troszkę inną koncepcję, jak rozwiązać ten problem. Wystarczy wrócić do złota i zapewnić 100%-owe rezerwy kruszcowe. Zresztą, nie będę się dłużej na ten temat rozwodził, bowiem nie tak dawno poświęciłem temu problemowi cały wpis[5].

Kończąc. W 1850 roku Frederic Bastiat pisał[6], że słabego ekonomistę od ekonomisty dobrego rozróżnia jedna, kluczowa sprawa. Otóż zły ekonomista dostrzega te zjawiska, które widać, natomiast dobry ekonomista – zwraca jeszcze uwagę na sprawy, które pozostają w cieniu. Wydaje mi się, że pan Krzysztof Rybiński nie jest najlepszym ekonomistą.


[1] http://www.newsweek.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=23528 (dostępny tylko dla użytkowników zarejestrowanych)

[2] http://www.newyorkfed.org/markets/statistics/dlyrates/fedrate.html[3] ibidem

[4] Więcej w M. Machaj, J. Jabłecki, Krótka historia Imperium Americanum, tekst dostępny na www.mises.pl

[5] http://www.smootny-clown.salon24.pl/61688,index.html

[6] Frederic Bastiat, Co widać, a czego nie widać, IL-K, 2005

Filip Paszko
21.03.2008 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu smootny-clown

2 thoughts on “Filip Paszko: Ryba psuje się od głowy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *