Przeczytałem z zainteresowaniem artykuł Łukasza Kowalskiego „Praktyczny agoryzm, czyli da się, tylko jak” . Autor radykalnie krytykuje współpracę z państwem poprzez zasiłki, dotacje i subwencje i proponuje jako rozwiązanie problemu rosnącego w siłę etatyzmu kontrekonomię. Przez pojęcie to rozumie, po pierwsze, działania utrudniające „prowadzenie rabunku”, po drugie, tworzenie alternatywnych struktur realizujących zadania podejmowane obecnie przez struktury państwowe, oparte na dobrowolności i świadomym zaangażowaniu uczestników, finansowane przez nich osobiście. Ale da się zauważyć, że ta idea nie jest zbyt jasno określona przez zwolenników agoryzmu.
Czy sprzeciwiamy się etatyzmowi dlatego, że polega na przymusie? Autor pisze, że gdyby nikt nie popierał państwa, nie miałoby ono racji bytu. To dość prawdziwe, ale oderwane od rzeczywistości stwierdzenie, ponieważ zdecydowana większość ludzi w państwach demokratycznych popiera bądź nie sprzeciwia się etatyzmowi, a więc nie jest on czymś dalece sprzecznym z ich wolą. Wkrótce może dojść do tego, że wszyscy libertarianie wyginą, i nie będzie już zupełnie nikogo, kto by się sprzeciwiał. Czy naprawdę o to chodzi? O powiedzenie, że my, wolnościowcy, nie chcemy brać kasy od państwa, ani mu jej dawać, i dlatego właśnie jest ono niemoralne? Jeśli tak, to wkrótce przywódcy państw pójdą za myślą przedstawioną w „Nowym, wspaniałym świecie” Huxleya – po prostu pozwolą wszystkim o niezgodnych ze swoimi poglądach zamieszkać na dalekiej wyspie, gdzie będą oni mieć taki ustrój, jaki im pasuje.
Czy można mówić o przymusie, jeśli opcje inne, niż przymuszana, nie istnieją jako wiarygodne alternatywy w umyśle przymuszanego? A jeśli istnieją, ale są analogiczne – głosowanie na inną partię, zmiana zamieszkiwanego kraju? „Wybór”, jakiego dokonuje wtedy jednostka, pozostawia wiele do życzenia. Mimo, że jest to jej WOLNY wybór. Tak więc sądzę, że przymus lub jego brak w podejmowanej na bieżąco decyzji nie jest dobrym kryterium, którym kierować się może zwolennik wolności. Dlatego, że liczy się cały kontekst kulturowy, który tworzy możliwość podjęcia danej decyzji.
Czy zatem propozycje kontrekonomiczne da się sprowadzić do większej swobody działania? Jeśli tak, to jest to zabawa dla samych libertarian. Jeśli zechcą oni pozyskać do swojej kontrabandy kogoś jeszcze, muszą nie tylko „dostarczać wolności”, ale sprawić, aby jednostka potrzebowała dóbr, z których korzystać zakazuje mu system.
I tutaj widać, że trzeba czegoś więcej, niż tylko sprzeciwu wobec regulacji, których zadaniem ma być ograniczanie patologii społecznych, takich jak uzależnienie od narkotyków. Owszem, narkotyki mogą być, w bardzo ograniczonych ilościach, pożytecznym towarem konsumpcyjnym – wszak nie wszyscy pijący alkohol są alkoholikami. Ale to nie jest idea, która może poruszyć masy. Zdecydowana większość ludzi zaakceptuje brak możliwości spożywania narkotyków dlatego, że wierzy, że ich legalność spowodowałaby zwiększenie się zakresu patologii. Nieważne, że to nieprawda, a na poparcie tej tezy można przytoczyć liczne argumenty ekonomiczne, medyczne, psychologiczne. To nic, bo nie można na tym wiele zyskać, nie widać w tym wielkiej idei, tylko ogłupioną młodzież sięgającą po strzykawkę.
Podobnie z nie płaceniem podatków. Bogatsi zgadzają się na podatki uzależnione od dochodów – czemu? Są świadomi tego, że społeczeństwo czegoś od nich oczekuje, jakiegoś rodzaju kompleksowej opieki, jakiej nie są w stanie dostarczyć dobrowolnie. Boją się, że jeżeli nie byłoby państwa, które odbiera im większość dochodów, zużyliby je na zaspokajanie własnych potrzeb, myśleli by o swoim interesie, gdy tymczasem jest na świecie tak wielu bardziej potrzebujących.
Gdzież więc znaleźć wielki cel? Jednoczącą, wspólną ideę? Autor zauważa, że jest coś niepokojącego w poszukiwaniu funduszy na wszelkiego rodzaju aktywności. Wielu ludzi żyje po to, aby korzystać z pracy innych. Dlaczego to robią? Bo inni im na to pozwalają. Ludzie nastawieni na „branie” istnieją dlatego, że inni są w życiu skupieni na dawaniu, zakorzeniony w chrześcijaństwie altruizm uważają za swoją podstawową życiową zasadę. To ta zasada jest, moim zdaniem, fundamentem rozpasanego etatyzmu. To prawda, że państwo nie istniałoby, gdyby nikt mu nie pomagał w zamian za pieniądze, ale byłoby tak również wtedy, gdyby nikt mu tych pieniędzy nie dawał. Obie strony powinny zmienić swoje postawy.
Wspólną zasadą moralną zjednoczonego kontrekonomicznie społeczeństwa może być rozwijanie relacji międzyludzkich. Poznawanie ludzi innych od siebie w celu rozszerzenia swoich możliwości poznawczych, poszerzenia horyzontu decyzyjnego. Co jest ograniczone zarówno wtedy, gdy bogacz płaci wysokie kwoty na działalność charytatywną, jak i wtedy, gdy ktoś te wysokie kwoty przyjmuje. Dlatego, że pomiędzy nimi musi być struktura pośrednicząca. Która jest dobrowolnie akceptowana przez bardzo wielu, mimo, że zaufania społecznego nadużywa, i to poważnie.
Ktoś może powiedzieć: no dobra, ale co to ma w ogóle wspólnego z agoryzmem, a kontrekonomią w szczególności? Zdaje się, że ma. Jednym z pomysłów na działalność kontrekonomiczną są LETS – alternatywne systemy wymiany, oparte na wzajemnym zaufaniu członków, którzy oferują sobie nawzajem najrozmaitsze usługi. Okazuje się, że, w zamyśle twórców, celem istnienia takich systemów nie jest unikanie płacenia podatków. Być może, w rzeczywistości, brak opodatkowania ma znaczenie, ale jest inny czynnik, który sprawia, że systemy LETS stanowią atrakcyjną alternatywę wobec transakcji w walucie państwowej. Tym czynnikiem jest możliwość rozwoju wzajemnego zaufania. Systemy wymiany obejmują małą ilość uczestników, którzy osiągają coś więcej, niż dodatnie saldo na swoim koncie. Tworzą oni alternatywną społeczność, której celem jest dobrowolna wymiana, która daleka jest od zinstytucjonalizowania właściwego współczesnemu społeczeństwu. Celem ich działania nie jest tylko własny, tymczasowy zysk, ale rozwój współpracy.
Kontrekonomia powinna nie tylko umożliwiać podejmowanie większej aktywności ekonomicznej przez ludzi, aby wyzwalać ich z okowów etatyzmu. Może również stwarzać możliwości, aby postawy odpowiedzialności za własne działania mogły się w społeczeństwie aktywnie upowszechniać, prowadząc do rewolucji, jakiej jeszcze świat nie widział.
Karol Korczak
13.02.2009 r.