Noam Chomsky: Pęd ku wolnym rynkom

Pęd ku wolnym rynkom: Eksport amerykańskich wartości za pośrednictwem nowej Światowej Organizacji Handlu

„Przez ponad pół wieku ONZ było głównym narzędziem Stanów Zjednoczonych w próbach zmieniania świata na swoje podobieństwo, manewrując wraz z sojusznikami, by wykuwać ogólnoświatowe porozumienia dotyczące praw człowieka, testów jądrowych i środowiska, które miały według Waszyngtonu odzwierciedlać ich własne wartości”.

Tak wygląda powojenna historia według pierwszego akapitu artykułu z pierwszej strony New York Times’a, autorstwa analityka politycznego Davida Sangera. Ale czasy się zmieniają. Dziś na pierwszej stronie czytamy: „Stany Zjednoczone eksportują wolnorynkowe wartości za pomocą globalnych porozumień handlowych”. Nie zadowalając się tradycyjną współpracą z ONZ, administracja Clintona zwróciła się do Światowej Organizacji Handlu (WTO), by ta wspomagała „eksport amerykańskich wartości”. Ostatecznie, Sanger ciągnie dalej (cytując reprezentanta USA w tej organizacji), to WTO może się okazać najlepszym narzędziem niesienia „amerykańskiej miłości deregulacji” i generalnie wolnego rynku, oraz „amerykańskich wartości wolnej konkurencji, jasnych zasad i efektywnego ich stosowania”, światu pogrążonemu w mroku. Owe „amerykańskie wartości” ilustruje pełna dramaturgii pieśń przyszłości: telekomunikacja, internet, zaawansowana technologia komputerowa i inne cuda będące dziełem nieokiełznanego amerykańskiego ducha przedsiębiorczości spuszczonego z wodzy przez rynek, nareszcie wolny od państwowego mieszania się dzięki rewolucji reaganowskiej.

Dziś “rządy wszędzie witają z radością wolnorynkową ewangelię głoszoną przez Prezydenta Reagana i Premier Thatcher w latach osiemdziesiątych”, obwieszcza, dołączając do chóru Youssef Ibrahim w innym artykule z pierwszej strony Times’a. Czy to nam się podoba czy nie, entuzjaści i krytycy całego spektrum politycznego są zgodni – przynajmniej trzymając się tej wersji spektrum, gdzie liberałowie to lewica – co do „niepowstrzymanej eksplozji tego, co przez swych wyznawców zwane jest ‘rewolucją rynkową’”: „Reaganowski twardy indywidualizm” zmienił reguły światowej gry, podczas gdy w kraju „Republikanie i Demokraci w swym oddaniu „nowej ortodoksji”, są gotowi dać rynkowi pełne pole do popisu”.

Z tak przedstawionym obrazkiem jest wiele problemów. Jednym z nich jest sposób, w jaki się opisuje ostatnie półwiecze. Nawet najwięksi wyznawcy „amerykańskiej misji” z pewnością wiedzą, że stosunki na linii USA – ONZ były praktycznie dokładnie odwrotne od tych przedstawionych w pierwszym akapicie. Od momentu kiedy USA straciły nad ONZ kontrolę wraz z procesem dekolonizacji, Stany Zjednoczone zostały osamotnione w sprzeciwie wobec globalnych porozumień w różnych sprawach i podkopywaniu centralnych elementów ONZ, w szczególności tych zorientowanych na Trzeci Świat. Można się spierać o wiele rzeczy, ale o to nie bardzo.

Z kolei jeśli chodzi o “Reaganowski twardy indywidualizm” i wiarę w wolne rynki, zdaje się, że wystarczy zacytować ocenę prezydentury Reagana napisaną przez Wyższego Doradcę ds. Finansów Międzynarodowych Rady Stosunków Międzynarodowych (Council of Foreign Relations) w Foreign Affairs, doceniającą „ironię” w tym, że Ronald Reagan, „powojenny prezydent o najgłębszej miłości leseferyzmu przewodził największym zmianom na rzecz protekcjonizmu od lat trzydziestych” – żadna „ironia”, lecz typowe mechanizmy „głębokiej miłości leseferyzmu”: dla ciebie dyscyplina rynkowa, ale nie dla mnie, chyba że „pole gry” akurat działa na moją korzyść, zwykle w wyniku państwowych interwencji na szeroką skalę. Ciężko znaleźć bardziej powszechny schemat w historii gospodarczej ostatnich trzech wieków. Obecne ślinienie się nad rewolucją telekomunikacyjną o której mówi Sanger, jest podręcznikowym przykładem.

Reganiści podążali według dobrze znanego scenariusza – niedawno zamienionego w komedię przez „konserwatystów” Gingricha – wielbiąc dary wolnego rynku i przestrzegając z ambony przed debilitującą kulturą zależności biedoty w kraju i za granicą – i jednocześnie pusząc się dumnie przed światem biznesu, że Reagan „zapewnił przemysłowi więcej ochrony przed importem niż którykolwiek z jego poprzedników w przeciągu ponad pięćdziesięciu lat”, a w gruncie rzeczy, więcej niż wszyscy poprzednicy razem wzięci. Poprowadzili oni „systematyczny atak” bogatych i wpływowych „na zasadę [wolnego handlu]” od początku lat siedemdziesiątych. Atak ten jest obecnie krytykowany w naukowej ocenie ekonomisty z GATT Patricka Lowa, który ocenia restrykcyjne efekty działań Reagana jako trzy razy wyższe niż te w innych wiodących państwach industrialnych.

Radykalne “przesunięcie w kierunku protekcjonizmu” było jedynie częścią „systematycznego ataku” na zasady wolnego handlu, który uległ znacznemu przyspieszeniu podczas „Reaganowskiego twardego indywidualizmu”. Kolejny rozdział tej historii dotyczy ogromnego transferu od funduszy publicznych do sił prywatnych, często pod zwyczajowym płaszczykiem „obrony narodowej”. Bez tych daleko idących ingerencji w rynek jest wątpliwym, by przemysły motoryzacyjny, hutniczy, obrabiarek, półprzewodników i inne, przetrwały konkurencję ze strony Japonii i czy byłyby zdolne przewodzić rozwojowi nowych technologii, co ma ogromny efekt na całą gospodarkę.

“Thatcherowska Wielka Brytania” to kolejny dobry przykład “wolnorynkowej ewangelii”. Ograniczmy się jedynie do paru odkryć z wczesnego roku 1997. Jak opisał London Observer, Premier Thatcher „Podczas okresu największego nacisku na sprzedaż broni do Turcji osobiście włączyła się by zapewnić wypłatę 22 milionów funtów z funduszu pomocy zagranicznej na budowę metra w Ankarze, stolicy Turcji. Projekt był nieekonomiczny”, a Sekretarz Spraw Zagranicznych Douglas Hurd „przyznał w 1995r., że był on też niezgodny z prawem”. Ten incydent był szczególnie warty wzmianki po skandalu z Tamą Pergau, który dotyczył nielegalnych Thatcherowskich subsydiów ”mających na celu uatrakcyjnić umowy o dostawie broni z reżimem Malajskim”, a w wyniku którego Hurd został skazany przez Sąd Najwyższy. Wszystkie te operacje odbywały się z pominięciem gwarancji kredytów rządowych, porozumień w sprawie finansowania i całej reszty metod przekazywania funduszy publicznych „przemysłowi zbrojeniowemu”, odzwierciedlając charakterystyczne metody wsparcia zaawansowanego przemysłu jako całości.

Kilka dni wcześniej ten sam magazyn doniósł, że „niemal 2 miliony brytyjskich dzieci cierpi z powodu problemów zdrowotnych i spowolnionego wzrostu z powodu niedożywienia” w efekcie „biedy na skalę niewidzianą od lat trzydziestych”. Trend polepszającego się zdrowia dzieci uległ odwróceniu, a choroby dziecięce dotąd pod kontrolą szerzą się dzięki (mocno wybiórczej) „ewangelii wolnorynkowej”, szeroko opiewanej przez tych, którzy z niej korzystają.

Kilka miesięcy wcześniej pierwsza strona jednej z wiodących gazet pisała: “Jedna trzecia brytyjskich dzieci rodzi się w biedzie”, a „bieda nieletnich zwiększyła się trzykrotnie od wyboru Margaret Thatcher”. „Dickensowskie choroby społeczne powracają z nową siłą”, czytamy w kolejnym artykule cytującym badania, z których wnioski mówią, że „warunki życia społecznego powracają do tych sprzed wieku”. Szczególnie dramatyczne są efekty odcinania dostępu do gazu, elektryczności, wody i telefonii „dużej ilości domów”, naturalnego kierunku prywatyzacji, która na różne sposoby służy „bardziej zamożnym klientom” i służy jedynie „podwyżce dla biednych”, co prowadzi do „rosnącej przepaści między biednymi a bogatymi” także w dostawie wody i innych tego typu usługach. „Bezwzględne cięcia” programów socjalnych stawiają kraj „na skraju paniki, w strachu przed nadchodzącym kryzysem społecznym”. Niemniej przemysł i banki korzystają na takiej polityce. Jakby tego było mało, wydatki publiczne po 17 latach Thatcherowskiej ewangelii są na tym samym poziomie (42,25%) na którym były, gdy przejmowała władzę.

Nic specjalnie nowego.

Eksportowanie amerykańskich wartości

Odłóżmy na bok zaciekawiający kontrast między doktryną a rzeczywistością i przyjrzyjmy się, ile możemy się nauczyć przyglądając się nadchodzącej nowej erze. Wydaje mi się, całkiem sporo.

Sanger świętuje porozumienie WTO w sprawie telekomunikacji. Jednym z pożądanych efektów porozumienia jest danie Waszyngtonowi „nowego narzędzia polityki zagranicznej”. Porozumienie „pozwala WTO działać w granicach 70 krajów, które je podpisały”. Nie jest zaś tajemnicą, że instytucje międzynarodowe mogą istnieć tylko jeśli spełniają żądania możnych, w szczególności USA. Tak więc w rzeczywistości to „nowe narzędzie” pozwoli Stanom Zjednoczonym ingerować w dużym stopniu w politykę wewnętrzną innych krajów, zmuszać je do zmiany prawa i polityki, ale przede wszystkim WTO będzie mogło upewniać się, że inne kraje „dotrzymają obietnicy dopuszczania inwestycji zagranicznych” bez ograniczeń w centralnych sektorach gospodarki. W tym konkretnym przypadku, oczekiwany wynik jest jasny: „Oczywistymi rynkowymi beneficjentami tej nowej ery będą firmy amerykańskie, które są w najlepszej pozycji by zdominować wyrównane pole gry”, stwierdza Far Eastern Economic Review (FEER), wraz z jedną angloamerykańską megakorporacją.

Nie każdy zainteresowany jest zachwycony. Zwycięzcy zdają sobie z tego sprawę i oferują własną interpretację: Jak ujmuje to Sanger, reszta obawia się, że „Amerykańskie giganty telekomunikacyjne(…) mogłyby wyprzeć sflaczałe państwowe monopole, które długo dominowały w telekomunikacji w Europie i Azji” – podobnie jak dominowały w Stanach Zjednoczonych, długo po tym jak stały się one wiodącą gospodarką światową i najpotężniejszym państwem. Warto także zaznaczyć, że największy wkład w nowoczesną technologię wyszedł z laboratoriów badawczych „sflaczałego monopolu państwowego”, który dominował tutaj w telekomunikacji do lat siedemdziesiątych, używając swej wolności od dyscypliny rynkowej by służyć potrzebom zaawansowancyh sektorów przemysłu, głównie poprzez transfer publicznych funduszy (w sposób pośredni, w odróżnieniu od bardziej bezpośrednich form systemu Pentagonu).

Ludzie zbyt zapatrzeni w przeszłość widzą sprawy trochę inaczej. FEER stwierdza, że „stanowiska pracy znikną” w Azji i „Wielu azjatyckich konsumentów będzie za usługi telefoniczne płacić więcej, zanim zaczną płacić mniej”. Kiedy zaczną płacić mniej? By nastała ta świetlana przyszłość, zagranicznych inwestorów należy „zachęcić(…) by działali w społecznie pożądany sposób”, a nie tylko skupiając się na zysku i usługach dla bogatych i świata biznesu. W jaki sposób ten cud ma nadejść pozostaje niewyjaśnione, chociaż niewątpliwie sugestia ta zainspiruje poważne refleksje w korporacyjnych zarządach.

W dającej się przewidzieć przyszłości, jak przewiduje FEER, porozumienie WTO dla większości azjatyckich konsumentów będzie oznaczało podniesienie cen usłuch telefonicznych. „Tak naprawdę stosunkowo niewielu klientów w Azji odniesie korzyści z obniżenia taryf na dalekie dystanse” jakie jest przewidywane wraz z przejęciem rynku przez ogromne międzynarodowe korporacje, w większości amerykańskie. Na przykład wedlug Davida Bardena, analityka regionalnych telekomów w J.P. Morgan Securities w Hong Kongu, w Indonezji tylko około 300tys. z 190mln ludzi w ogóle wykonuje takie połączenia, głównie w sektorze biznesowym. „Bardzo prawdopodobne, że koszt lokalnych usług telekomów generalnie wzrośnie” w Azji. Niemniej, jak kontynuuje, wszystko zmierza ku dobremu: „jeżeli nie ma zyskowności w biznesie, to nie będzie biznesu.” Teraz, kiedy jeszcze więcej publicznej własności jest przekazywanej zagranicznym korporacjom, lepiej żeby zyskowność miały zapewnioną – wszak dzisiaj telekomunikacja, a jutro dużo szersze usługi powiązane. Prasa finansowa przewiduje, że „komunikacja osobista przez internet (włączając w to sieci i interakcje korporacyjne) wyprzedzi telekomunikację w pięć lub sześć lat, a operatorzy telekomunikacyjny mają największy interes we wchodzeniu w biznes internetowy”. Omawiając przyszłość swojej własnej firmy, prezes Intela Andrew Grove widzi internet jako „największą zmianę w naszym środowisku” w dzisiejszych czasach. Przewiduje on wzrost na wielką skalę dla „dostawców internetu, ludzi zajmujących się tworzeniem światowej sieci, ludzi którzy produkują komputery” („ludzie” w tym przypadku oznaczają korporacje), oraz przemysłu reklamowego już teraz generującego 350mld dolarów rocznie i widzi nowe możliwości nadchodzące wraz z prywatyzacją internetu która, jak się oczekuje, ma zmienić go w globalny oligopol.

Tymczasem prywatyzacja postępuje wszędzie. Przytoczmy jeden ważny przypadek. Pomimo dużego społecznego sprzeciwu rząd Brazylii zdecydował sprywatyzować firmę Vale, która kontroluje duże zasoby uranu, żelaza i innych surowców mineralnych jak również infrastrukturę przemysłową i transportową wraz z wyspecjalizowanymi technologiami. Vale przynosi wysokie zyski, z przychodem ponad 5mld dolarów w 1996r., i ma przed sobą wspaniałe perspektywy; jest jedną z sześciu latyno-amerykańskich firm wymienianych w rankingu 500 najbardziej zyskownych na świecie. Opracowanie napisane przez specjalistę Wyższej Szkoły Inżynieryjnej na Uniwersytecie Federalnym w Rio stwierdza, że rząd poważnie niedocenił tą firmę, zauważając również, że oparto się na „niezależnej” analizie Merrill Lynch, który okazał się przypadkiem powiązany z anglo-amerykańskim konglomeratem, który stara się przejąć kontrolę nad tym centralnym składnikiem gospodarki Brazylii. Rząd gwałtownie zaprzecza tym wnioskom. Jeżeli są one trafne, jak można się domyślać, ułożyłoby się to w znany nam scenariusz.

Uwaga na boku: Komunikacja to nie to samo co uran. Tam gdzie jest choćby cień demokracji, komunikacja jest samym jej sercem. Koncentracja komunikacji w jakichkolwiek rękach (szczególnie zagranicznych) wzbudza raczej poważne pytania o samą demokrację. Podobne pytania pojawiają się w przypadku koncentracji sektora finansowego, która podkopuje tak popularne zaangażowanie w planowanie społeczne i ekonomiczne. Kontrola nad sektorem żywnościowym wzbudza jeszcze poważniejsze obawy, w tym przypadku już o przetrwanie. Jak podał London Financial Times, rok temu dyrektor generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), rozważając „kryzys żywnościowy następujący po olbrzymich wzrostach cen zbóż tego roku”, ostrzegł, że kraje „muszą stać się bardziej samowystarczalne w produkcji żywności”. FAO ostrzega „kraje rozwijające się”, by powstrzymały politykę narzuconą im przez „Konsensus Waszyngtoński”. Polityka ta miała katastrofalny wpływ na niemalże cały świat, nawiasem mówiąc okazaując się przy tym wielkim dobrodziejstwem dla subsydiowanej branży rolniczej jak również dla przemytu narkotyków. Jest to prawdopodobnie najbardziej dramatyczny sukces neoliberalnych reform ocenianych według „wartości wolnorynkowych”, które są „eksportowane przez Stany Zjednoczone”.

Kontrola nad dostarczaniem żywności przez zagraniczne gigantyczne korporacje jest już w drodze, a za podpisanym i zatwierdzonym porozumieniem w sprawie telekomunikacji, usługi finansowe są następne w kolejności.

Podsumowując, oczekiwane skutki zwycięstwa „amerykańskich wartości” w WTO to: (1) „nowe narzędzie” do szerokopojętej amerykańskiej interwencji w sprawy wewnętrzne innych; (2) przejęcie newralgicznych sektorów zagranicznych gospodarek przez amerykańskie korporacje; (3) zyski dla biznesu i bogatych; (4) przesunięcie kosztów na ogół populacji; (5) nowe i potencjalnie potężne środki obrony przed zagrożeniem demokracji.

Ktoś racjonalnie myślący może zapytać czy te rezultaty mają coś wspólnego z oczekiwanymi, czy tylko przypadkowo towarzyszą zwycięstwu zasady, która jest wyznawana z przywiązania do wyższych wartości. Sceptycyzm narasta po porównaniu obrazu powojennej ery przedstawionego przez Times’a z faktami historycznymi. Rośnie on jeszcze bardziej gdy się spojrzy na pewne uderzające historyczne regularności, a wśród nich na taką, że ci którzy mogą narzucać własne rozwiązania nie tylko wychwalają je z entuzjazmem ale także czerpią z nich korzyści. Czy to będą rozwiązania proponowane by pomóc wolnemu handlu, czy też innym wielkim pryncypiom, a które w praktyce okazują się precyzyjnie skonstruowane do potrzeb ustalających reguły gry i zadowolonych z jej wyniku. Sama logika sugerowałaby pewien poziom sceptycyzmu gdy taki scenariusz się powtarza. Historia powinna ten poziom jeszcze zwiększyć.

W rzeczywistości nawet nie musimy szukać aż tak daleko.

Niewłaściwe forum

Tego samego dnia gdy pierwsza strona ogłaszała zwycięstwo Amerykańskich wartości na forum WTO, redaktorzy New York Times’a ostrzegali Unię Europejską by nie zwracała się do WTO z oskarżeniem Stanów Zjednoczonych o łamanie porozumień o wolnym handlu. Chodzi tutaj konkretnie o Ustawę Helmsa-Burtona (Helms-Burton Act), która „zobowiązuje Stany Zjednoczone do nałożenia sankcji przeciwko zagranicznym firmom, króre prowadzą interesy na Kubie”. Sankcje te mają „efektywnie wyłączyć takie firmy z eksportu do Stanów lub z prowadzenia tam działalności, nawet jeśli ich produkty i działalność nie mają nic wspólnego z Kubą” (Peter Morici, dawny dyrektor ekonomiczny w amerykańskiej Międzynarodowej Komisji ds Handlu). Nie jest to lekka kara, nawet wyłączywszy bardziej bezpośrednie groźby skierowane do jednostek bądź firm które przekroczą linie jednostronnie nakreśloną przez Waszyngton. Redaktorzy uważają tą ustawę za „mylną próbę Kongresu narzucenia swojej polityki zagranicznej innym”; Morici sprzeciwia się jej ponieważ „stwarza ona więcej kosztów niż zysków” dla Stanów Zjednoczonych. Bardziej ogólnie chodzi o samo embargo, „amerykańskie gospodarcze duszenie Kuby”, które redaktorzy określają „zimnowojennym anachronizmem”, a który najlepiej byłoby znieść ponieważ staje się szkodliwy dla interesów Stanów Zjednoczonych.

Niemniej w szerszym kontekście kwestia słuszności nie pojawia się, a cała sprawa jest „przede wszystkim dysputą polityczną”, jak piszą redaktorzy Times’a, nie dotykającą Waszyngtońskich „zobowiązań o wolnym handlu”. Jak większość ludzi, redaktorzy najwidoczniej zakładają, że jeżeli Europa będzie się upierać to WTO może zadziałać przeciw Stanom Zjednoczonym. Dlatego właśnie WTO nie jest forum właściwym.

Logika tutaj jest prosta i standartowa. Dziesięć lat temu na tym samym gruncie Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości został uznany za niewłaściwe forum za osądzenie zarzutów Nikaragui przeciw Waszyngtonowi. Stany Zjednoczone odrzuciły jurysdykcję MTS kiedy sąd potępił USA za „nieprawne użycie siły”, nakazując Waszyngtonowi powstrzymanie swego międzynarodowego terroryzmu, pogwałcenia traktatów i nielegalnej wojny handlowej, jak również zapłacenie znacznych reparacji. Kongres kontrolowany przez demokratów zareagował eskalując przemoc, podczas gdy sam Trybunał został ogłoszony na wszystkie strony „wrogim forum”, które samo się zdyskretytowało wydając decyzje przeciwko Stanom Zjednoczonym. Samo orzeczenie Trybunału było pominięte w sprawozdawczości prawie w całości, włączając w to słowa cytowane przed chwilą i bezpośrednie orzeczenie, że amerykańska pomoc dla Contras jest „wojskowa” a nie „humanitarna”. Wraz z amerykańskim kierowaniem sił terrorystycznych, pomoc była kontynuowana aż USA narzuciły swą wolę, cały czas będąc nazywaną „pomocą humanitarną”. Oficjalna historia trzyma się tej samej konwencji.

Potem USA zawetowały w Radzie Bezpieczeństwa rezolucję wzywającą wszystkie kraje do przestrzegania prawa międzynarodowego (co zostało pominięte w relacjach), i głosowały (tylko z Salwadorem i Izraelem) przeciwko rezolucji Zgromadzenia Ogólnego wzywającej do „pełnego i natychmiastowego podporządkowania się” zarządzeniom Trybunału – co także zostało pominięte w mediach głównego nurtu, tak jak powtórzenie następnego roku, tym razem przy głosowaniu przeprowadzonym tylko z Izraelem. Cała ta sprawa okazuje się typowym przykładem tego, jak USA użyła ONZ jako „forum” dla narzucenia „swych wartości”.

Wracając do bieżącej sprawy WTO, w Listopadzie 1996r., Waszyngton głosował (wraz z Izraelem i Uzbekistanem) przeciwko rezolucji Zgromadzenia Ogólnego, popartej przez całą Unię Europejską, ponaglającą Stany Zjednoczone do zniesienia embarga przeciwko Kubie. Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) już wtedy głosowała jednogłośnie przeciwko ustawie Helmsa-Burtona, oraz zwróciła się do swego wewnętrznego ciała sądowniczego (Międzyamerykański Komitet Prawników) by zadecydował o jej legalności. W Sierpniu 1996r. MKP zarządził jednogłośnie, że ustawa ta narusza prawo międzynarodowe. Rok wcześniej Międzyamerykańska Komisja Praw Człowieka przy OPA potępiła amerykańskie ograniczenia na dostawy żywności i lekarstw na Kubę jako pogwałcenie prawa międzynarodowego. Administracja Clintona odpowiedziała, że dostawy leków nie są dosłownie zabronione tylko obwarowane wymogami, tak uciążliwymi i trudnymi do spełnienia, że nawet największe korporacje w Stanach i poza nimi nie kwapią się by stawić im czoła (ogromne kary finansowe i kara więzienia za, jak to określa Waszyngton, naruszenie „dystrybucji właściwej”, zakazy dla statków i samolotów, organizowanie kampanii w mediach itd.). Podczas gdy dostawy żywności są rzeczywiście zabronione, argumentuje dalej Administracja, istnieją inni „dostateczni dostawcy” (po znacznie wyższych kosztach), tak więc bezpośrednie naruszenia prawa międzynarodowego nie są wcale naruszeniami.

Gdy sprawa została wprowadzona przez UE na forum WTO, Stany Zjednoczone wycofały się, skutecznie zamykając kwestię.

W skrócie: Świat jaki USA zamierza za pomocą międzynarodowych instytucji „stworzyć na swój obraz” jest oparty o zasady rządów silniejszego. „Amerykańskie oddanie idei wolnego handlu” implikuje możliwość dowolnego łamania porozumień handlowych przez USA. Nie ma problemu gdy komunikacja, finanse, lub zaopatrzenie w żywność jest przejmowane przez zagraniczne (głównie amerykańskie) korporacje. Srawy jednak mają się inaczej, gdy porozumienia handlowe lub międzynarodowe prawo przeszkadza silniejszemu.

Śledząc powody amerykańskich odstępstw od prawa międzynarodowego i porozumień handlowych dowiadujemy się więcej. W sprawie Nikaragui, Doradca prawny w Departamencie Stanu, Abraham Sofaer wyjaśnił, że kiedy USA zaakceptowały jurysdykcję MTK w latach czterdziestych, większość członków ONZ „było sprzymierzonych ze Stanami Zjednoczonymi i dzieliło ich poglądy odnośnie porządku światowego”. Tymczasem teraz „Wiele z nich nie może być zaliczonych do dzielących nasze zapatrywanie na konstytucyjną koncepcję Karty Narodów Zjednoczonych”, oraz „Ta sama większość często sprzeciwia się Stanom Zjednoczonym w ważnych kwestiach międzynarodowych”. Dlatego zrozumiałe jest, że USA od lat sześćdziesiątych jest daleko z przodu jeśli chodzi o wetowanie rezolucji ONZ w szerokim zakresie zagadnień, w tym prawa międzynarodowego, praw człowieka, ochrony środowiska, itp (Wlk Brytania jest na drugim miejscu, a Francja na odległym trzecim). Czyli dokładnie odwrotnie do standartowej wersji powtórzonej w otwierającym akapicie powyżej. Stany tą przewagę szybko podwyższały w nowych okolicznościach, zgłaszając 71-wsze weto od 1967r. Kiedy jakiś problem (np. izraelskie osadnictwo w Jerozolimie) przenosił się do Zgromadzenia Ogólnego, Stany Zjednoczone i Izrael stały samotnie w opozycji, ponownie standartowy scenariusz.

Wyciągając naturalne wnioski wypływające z niepewności jaka panuje na świecie, Sofaer przeszedł do wyjaśnienia, że teraz musimy „zarezerwować sobie prawo do decydowania czy Sąd ma nad nami jurysdykcje w każdej osobnej sprawie”. Generalna zasada, jaką teraz należy wymóc na nieposłusznym świece brzmi: „Stany Zjednoczone nie akceptują obowiązkowej jurysdykcji w jakimkolwiek sporze, gdy w grę wchodzą sprawy w zasięgu wewnętrznej jurysdykcji Stanów Zjednoczonych, gdy tak zostaną zdefiniowane przez Stany Zjednoczone”. „Sprawy wewnętzne” – takie jak wtedy gdy USA atakują Nikaraguę.

Podstawowe zasady działania zostały elegancko ujęte przez nową Sekretarz Sanu, Madeleine Albright, gdy pouczała Radę Bezpieczeństwa NZ o gotowości do działania zgodnie z amerykańskimi żądaniami dotyczącymi Iraku: USA będą „działać multilateralnie gdy możemy, ale unilateralnie gdy musimy”, nie uznając żadnych wewnętrznych ograniczeń w obszarach uznanych za „żywotne dla narodowych interesów USA” – gdy tak zdefiniowane przez Stany Zjednoczone. ONZ jest właściwym forum gdy na jego członków „można liczyć”, że będą dzielić poglądy Waszyngtonu, ale nie gdy ich większość „sprzeciwia się Stanom Zjednoczonym w ważnych międzynarodowych sprawach”. Prawo międzynarodowe i demokracja to dobre rzeczy, ale w końcowym rozrachunku, a nie jako proces; podobnie jak wolny handel.

Dlatego bieżące stanowisko USA w sprawie WTO nie jest niczym zaskakującym. Waszyngton zadeklarował, że WTO „nie ma żadnych kompetencji by prowadzić sprawę” w obszarze amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego; mamy zdać sobie sprawę, że dusząc kubańską gospodarkę walczymy o naszą egzystencję. WTO wydając zaocznie orzeczenie przeciwko USA nie stworzyłoby problemu, bo takie nie miałoby znaczenia, rzecznik administracji Clintona dodał, ponieważ „nie uważamy, że cokolwiek co mówi lub robi WTO może zmusić USA do zmiany prawa”. Przypomnijmy, że wielką zaletą porozumienia telekomunikacyjnego WTO było to, że to „nowe narzędzie polityki zagranicznej” zmusza inne kraje do zmiany ich praw i praktyk, zgodnie z naszymi wymaganiami.

Reguła jest taka, że USA jest wyjątkiem gdy chodzi o mieszanie się WTO w wewnętrzne prawodawstwo, podobnie jak to, że może naruszać prawo międzynarodowe w dowolnej chwili; wyjątkowo, te przywileje mogą być rozszerzone na inne państwa gdy okoliczności tego wymagają. Fundamentalne pryncypium porządku światowego znowu daje o sobie znać, głośno i wyrażnie.

Wcześniejsze porozumienia GATT pozwalają na wyjątki gdy wchodzi w grę bezpieczeństwo narodowe, korzystając z tego Waszyngton uzasadnił embargo przeciwko Kubie jako „działania podjęte w ochronie zasadniczych interesów bezpieczeństwa USA”. Porozumienie WTO także pozwala członkowi podjąć „jakiekolwiek działanie uznane za potrzebne dla obrony jego istotnych interesów”, ale tylko gdy w grę wchodzą trzy określone dziedziny: materiały rozszczepialne, handel uzbrojeniem, oraz działania „podjęte w czasie wojny bądź innego stanu wyjątkowego w stosunkach międzynarodowych”. Być może nie chcąc oficjalnie usankcjonować totalnego absurdu, administracja Clintona formalnie nie odwołała się do „wyjątku narodowego bezpieczeństwa”, niemniej dała do zrozumienia, że „narodowe bezpieczeństwo” wchodzi w grę.

W czasie pisania tego tekstu, UE i USA próbują dobić targu przed 14 Kwietnia, kiedy to mają się rozpocząć przesłuchania WTO. Tymczasem, jak podaje Wall Street Journal, Waszyngton „mówi, że nie będzie współpracował z komisjami WTO, argumentując, że organizacja handlowa nie ma jurysdykcji w sprawach narodowego bezpieczeństwa”.

Nieprzyzwoite myśli

Dobrze ułożony obserwator nie powinnien pamiętać reakcji, jaką wywołał Kennedy próbując zorganizować kolektywną akcję przeciwko Kubie w 1961r. Meksyk nie mógł się przyłączyć, jak wyjaśnił ich dyplomata, ponieważ: „Jeżeli publicznie zadeklarujemy, że Kuba jest zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa, czterdzieści milionów Meksykanów umrze ze śmiechu”. My tutaj staramy się zaprezentować poważniejsze podejście do zagrożenia bezpieczeństwa narodowego.

Nie odnotowano także żadnej śmierci ze śmiechu, kiedy rzecznik administracji Stuart Eizenstat usprawiedliwiając odrzucenie porozumień WTO, argumentował, że Europa stoi przed wyzwaniem „trzech dekad amerykańskiej polityki w sprawie Kuby, która datuje się od Administracji Kennedy’ego”, i jest obliczona całkowicie na zmianę rządu w Hawanie” (NYT). Poważna mina jest jak najbardziej na miejscu, przy założeniu, że USA ma całkowite prawo do obalenia innego rządu; w tym przypadku, poprzez agresję, terror na dużą skalę i dławienie gospodarcze.

Założenie to pozostaje w mocy, niekwestionowane, ale oświadczenie Eiznestata zostało skrytykowane w węższym znaczeniu przez historyka Arthura Schleingera. Pisząc „jako ktoś zaangażowany w kubańską politykę Administracji Kennedy’ego”, Schlesinger zauważa, że Podsekretarz Handlu Eizenstat źle zrozumiał politykę administracji Kennedy’ego. Jego zmartwieniem było kubańskie „stwarzanie problemów na półkuli” oraz „sowieckie powiązania”. Ale to wszystko jest już za nami, więc polityka Clintona powinna być anachronizmem, jednak nie – przeciwnie – jest bez zarzutu.

Schlesinger nie wyjaśnił wtedy, co miały znaczyć zwroty „stwarzanie problemów na półkuli” oraz „powiązania sowieckie”. Zrobił to jednak gdzieś indziej, potajemnie. Zdając sprawozdanie nowemu prezydentowi na temat wniosków z Latyno-amerykańskiej Misji w 1961r., Schlesinger zdefiniował problem „stwarzania problemów” przez Castro: jest to „rozprzestrzenianie się pomysłu Castro brania spraw we własne ręce”, poważny problem, dodał krótko potem, gdy „Dystrybujcja ziemi i innych form bogactwa narodowego faworyzuje klasy posiadające(…), [a] biedni oraz upośledzeni, zachęceni przykładem kubańskiej rewolucji teraz domagają się możliwości godnego życia”. Schlesinger również wyjaśnił zagrożenie „Sowieckich powiązań”: „Tymczasem Związek Radziecki unosi się na skrzydłach pożyczek rozwojowych, a sam przedstawia się jako model osiągnięcia modernizacji w czasie jednego pokolenia”. „Sowieckie powiązania” były postrzegane w podobnym świetle, o wiele szerzej w Waszyngtonie i Londynie, od początków Zimnej Wony w 1927r. aż do lat sześćdziesiątych, na których kończy się dzisiaj dokumentacja historyczna.

Schlesinger polecił również nowemu prezydentowi „pewną ilość wzniosłych frazesów” o „kulturalnych i duchowych celach wyższych”, które „wzruszą publikę na południe od granicy, gdzie przesadnie hołduje się metafizycznym rozprawom”. W międzyczasie my zajmiemy się poważnymi sprawami. Tylko by pokazać jak bardzo rzeczy się zmieniają, Schlesinger przytomnie skrytyował „złowrogi wpływ Międzynarodowego Funduszu Walutowego”, wtedy wiernego wersji Porozumień Waszyngtońskich z lat pięćdziesiątych („strukturalne dopasowanie”, „neoliberalizm”).

Wraz z tymi (potajemnymi) objaśnieniami „stwarzania problemów na półkuli” oraz „sowieckich powiązań” Castro, zbliżamy się jeden krok do zrozumienia zimnowojennej rzeczywistości. To jest już jednak inny temat.

Podobnie stwarzanie problemów poza półkulą było także nie małym problemem, i ciągle rozprzestrzenia niebezpieczne idee wśród ludzi, którzy „domagają się możliwości godnego życia”. Późnym lutym 1996r., podczas gdy USA podnosiły krzyki o zestrzelenie dwóch samolotów anty-castrowskiej grupy z Florydy, która regularnie infiltrowała kubańską przestrzeń powietrzną, zrzucając ulotki w Hawanie wzywające Kubańczyków do buntu (również uczestnicząc w ciągle prowadoznych atakach terrorystycznych na Kubę, według kubańskich źródeł). Serwisy informacyjne przekazywały odmienne relacje. AP podawała, że w Południowej Afryce „rozradowany, śpiewający tłum powiadał kubańskich lekarzy”, którzy właśnie przybyli na zaproszenie rządu Mandeli, „by polepszyć opiekę medyczną w biednych rolniczych rejonach”. „Kuba posiada 57 000 lekarzy na swoją 11-milionową populację, wobec 25 000 na 40 milionów w Południowej Afryce. 101 kubańskich lekarzy, w tym najlepsi medyczni specjaliści, którzy gdyby pochodzili z Południowej Afryki, „bardzo prawdopodobnie pracowaliby w Cape Town lub Johannesburgu” za podwójną pensję w stosunku do tej którą otrzymają w biednych rejonach gdzie pojechali. „Odkąd program wysyłki specjalistów od zdrowia publicznego rozpoczął się w Algierii w 1963r, Kuba wysłała 51 820 lekarzy, dentystów, pielęgniarek i innego personelu medycznego” do „najbiedniejszych narodów Trzeciego Świata”, dostarczając w więksości przypadków „całkowicie bezpłatnie pomoc medyczną”. Miesiąc potem kubańscy eksperci medycznie zostali zaproszeni na Haiti, by badać wzrost zachorowań na zapalenie opon mózgowych.

Ten rodzaj stwarzania problemów wymaga zadania sobie wiele trudu. Wiodący dziennik Niemiecki („Die Zeit”) podał, że kraje Trzeciego Świata uważają Kubę za „międzynarodową superpotęgę” z powodu nauczycieli, budowniczych, lekarzy i innych ludzi zaangażowanych w „służbę międzynarodową”. W 1985r., jak podano, 16tys. Kubańczyków pracowało w krajach Trzeciego Świata, ponad dwa razy więcej niż specjaliści amerykańscy z Korpusu Pokoju i AID. Do 1988r. Kuba miała „Więcej lekarzy pracujących zagranicą niż jakakolwiek inny kraj uprzemysłowiony, oraz więcej niż Światowa Organizacja Zdrowia Narodów Zjednoczonych (WHO)”. Większość tej pomocy jest bezpłatna, a kubańscy „międzynarodowi emisariusze” to „mężczyźni i kobiety mieszkający w warunkach, których nie zaakceptowałaby większoć pracowników pomocy”, co jest „podstawą ich sukcesu”. Dzieje się tak dlatego, że dla Kubańczyków, jak kontynuuje raport, „służba międzynarodowa” jest „oznaką politycznej dojrzałości”. W szkole uczy się, że jest ona „najwięszą cnotą”. Ciepłe przyjęcie przez delegację ANC (Afrykański Kongres Narodowy) w Południowej Afryce w 1996r., i tłumy śpiewające „niech żyje Kuba”, potwierdzają to zjawisko.

Na stronie możemy zapytać: Jak USA zareagowałoby gdyby libijskie samoloty, latając nad Waszyngtonem zrzucały ulotki wzywające Amerykanów do rewolucji, po latach ataków terrorystycznych przeciwko amerykańskim celom na terytorium Stanów i poza nim? Zapewne obsypano by Libijczyków kwiatami? Wskazówek dostarczył Barrie Dunsmore z ABC kilka tygodni przed zestrzeleniem dwóch samolotów, cytując Waltera Porges, dawnego zastępcę prezesa „ABC News”, wypowiedź zamieszczona w „New Practicies”. Porges relacjonuje sytuację, kiedy załoga wiadomości ABC w cywilnym samolocie próbowała zrobić zdjęcia amerykańskiej szóstej flocie na morzu Śródziemnym: „zostali ostrzeżeni, by natychmiast odlecieć pod groźbą zestrzelenia”, co „byłoby legalne w świetle Prawa Międzynarodowego definijącego wojskową przestrzeń powietrzną”. Jednak mały kraj atakowany przez superpotęgę to przecież coś zupełnie innego.

Głębsze sięgnięcie do historii może okazać się przydatne. Polityka obalania rządu Kuby nie datuje się od Administracji Kennedy’ego jak utrzymuje Eizenstat, ale od jego poprzednika: decyzję formalną by obalić Castro na korzyść reżimu „bardziej oddanego prawdziwym interesom ludności kubańskiej i bardziej akceptowalnego dla USA” podjęto w tajemnicy w Marcu 1960r., z załącznikiem, że operacja musi być wykonana „w taki sposób by uniknąć jakichkolwiek znamion amerykańskiej interwencji”, z powodu spodziewanej reakcji w Ameryce Łacińkiej i potrzeby by załagodzić obciążenie lokalnych doktrynerów. W tamtym czasie „Sowieckie powiązania” i „sprawianie kłopotów na półkuli” nie istniały, wyjąwszy wersję Schlesingera.

Jako że Waszyngton jest arbitrem w sprawie „prawdziwych interesów ludności kubańskiej”, zbytecznym było by Administracja Eisenhowera odniosła się do badań opini publicznej jakie otrzymała, z których wynikały ogólne poparcie dla Castro i optymistyczne spojrzenie w przyszłość. Z podobnych powodów, aktualnie także brak relacji o tych sprawach. Administracja Clintona służy prawdziwym interesom kubańskiej ludności narzucając nieszczęście i głód, jak wskazują jakiekolwiek badania kubańskiej opinii. Na przykład ankiety zaprezentowane w grudniu 1994r. przez podmiot powiązany z organizacją Gallup, z których wynika, że połowa populacji uważa embargo za „główny powód problemów Kuby” podczas gdy 3% uznaje „polityczną sytuację za „najpoważniejszy problem stojący dzisiaj przed Kubą”, 77% uznaje USA za „najgorszego przyjaciela” Kuby (nikt inny nie uzyskał 3%); że dwukrotnie więcej ludzi uważa, że rewolucja zanotowała więcej osiągnięć niż porażek, za „główną porażkę” uznając „uzależnienie od krajów socjalistycznych takich jak Rosja, które nas zdradziły”; oraz, że połowa uznaje się za „rewolucjonistów”, a kolejne 20% za „komunistów” bądź „socjalistów”.

Słuszne czy nie, wioski dotyczące społecznych postaw są nieistotne. Typowy sposób postępowania także na własnej ziemi.

Entuzjaści historii mogą przypominać sobie, że polityka taka ciągnie się od lat dwudziestych XIX w., kiedy to zamiar Waszyngtonu by przejąć kontrolę nad Kubą został zablokowany przez Brytyjczyków. Kuba była uważana przez Sekretarza Stanu Johna Quincy’ego Adamsa, jako „obiekt nawyższej wagi dla handlowych i politycznych interesów naszej Unii”, niemniej doradzał cierpliwość; z biegiem czasu, jak przewidywał, Kuba wpadnie w ręce USA dzięki „prawu politycznej (…) grawitacji”, jako „dojrzały owoc” do zbioru. Tak też się stało, gdyż stosunki władzy zmieniły się na tyle, by USA mogły wyzwolić wyspę (od jej własnych mieszkańców) pod koniec XIX w. przeobrażając ją w plantację USA, oraz raj dla przetępczych syndykatów i turystów.

Tło historyczne zaangażowania na Kubie może pomóc zrozumieć element histerii charakteryzującej działania; na przykład atmosfera „niemal furii” towarzysząca pierwszemu spotkaniu rządu po nieudanej inwazji w Zatoce Świń, opisana przez Chestera Bowles’a, „niemalże gorączkowa reakcja na plan działania”, nastrój widoczny w publicznych oświadczeniach prezydenta Kennedy’ego, o tym jak niezdolność do działania „wymiotłaby nas na śmietnik historii”. Inicjatywy Clintona, zarówno jawne jak i bezpośrednie charakteryzują się podobnym uzasadnianiem fanatyzmu, gróźb i oskarżeń, które sprawiły, że „liczba firm które uzyskały amerykańskie licencje na sprzedaż (lekarstw) na Kubę zmniejszyła się do mniej niż 4%” poziomu sprzed Ustawie o Kubańskiej Demokracji (CDA) z Października 1992r., podczas gdy „tylko kilka światowych firm medycznych dokonało odważnej próby zmierzenia się z regulacjami USA” oraz karami, jak podaje przegląd opublikowany w czołowym brytyjskim czasopiśmie medycznym.

Takie rozważania przenoszą nas z abstrakcyjnej płaszczyzny prawa międzynarodowego i uroszystych porozumień, do rzeczywistości ludzkiego życia. Prawnicy mogą debatować, czy zakazy dotyczące żywności i (efektywnie) lekarstw naruszają porozumienia międzynarodowe stanowiące, że „żywność nie może być wykorzystywana jako narzędzie nacisku politycznego i ekonomicznego” (Deklaracja Rzymska, 1996r.) oraz inne deklarowane zasady i zobowiązania. Niemniej pokrzywdzeni muszą żyć z faktem, że CDA „spowodowała poważne ograniczenia w oficjalnych dostawach lekarstw i żywności, sprowadzając niedolę na Kubańczyków” (Joanna Cameron, Fletcher Forum). Niedawno wydane opracowanie Amerykańskiego Stowarzyszenia dla Światowego Zdrowia uznaje, że embargo spowodowało szereg żywieniowych braków, pogorszenie zaopatrzenia w wodę pitną, jak również duży spadek w dostępności lekarstw i informacji medycznych, prowadząc do spadku liczby urodzin, epidemii neurologicznych i innych chorób, które pochłonęły dziesiątki tys. ofiar, i innych poważnych medycznych konsekwencji. „Opieka zdrowotna i standardy żywieniowe zostały zniszczone przez ostatnie zacieśnienie trwającego 37 lat embarga USA, które obejmuje dostawy żywności”: Victoria Brittain pisze w brytyjskiej prasie opisując długoletnie badania amerykańskich specjalistów, według których „hospitalizowane dzieci leżą w agonii ponieważ odmawia się im niezbędnych lekarstw”, a lekarze są zmuszani „by pracować na sprzęcie medycznym posiadającym mniej niż połowę swej normalnej sprawności, z powodu braku części zamiennych”. Podobne wnioski są wyciągane z innych aktualnych badań w prasie specjalistycznej.

To są prawdziwe zbrodnie, bardziej prawdziwe niż zwykłe samonistne naruszenia prawnych narzędzi, które są używane jako broń przeciwko oficjalnym wrogom, z cynizmem jaki przystoi tylko możnym.

By oddać sprawiedliwość, należy dodać, że cierpienia wywołane przez embargo czasami widują światło dzienne również w USA. Główny reportaż w dziale Biznes New York Times’a jest zatytułowany: „Eksplodujące ceny kubańskich cygar: Teraz embargo naprawdę boli, a duży dymek jest coraz trudniej dostępny”. Reportaż opowiada o tarapatach w jakich się znaleźli wielcy świata biznesu w „luksusowych palarniach” na Manhattanie, którzy lamentują: „naprawdę trudno teraz dostać kubańskie cygara w Stanach” chyba, że „po cenach które sięgają gardeł najzagorzalszych palaczy”.

Podczas gdy administracja Clintona, korzystając z przywilejów silniejszych, narzuca ponure konsekwencje wojny gospodarczej bez precedensu w historii najnowszej. Wojna, która jest toczona przez reżim, obiecujący „wyzwolenie” kubańskiej ludności, podczas gdy wnioski jakie nasuwają się są niemalże odwrotne: „Amerykańskie duszenie Kuby” zostało zaprojektowane, przeprowadzane, i intensyfikowane w pozimnowojennym świecie, z powodów wypływających z Raportu Arthura Schlesingera dla wstępującego prezydenta Keneddy’ego. Tak jak Łacińsko-amerykańska Misja Kennedy’ego się obawiała, sukcesy programów poprawy zdrowia i standardów życia rozpropagowały „pomysł Castro brania spraw we własne ręce”, stymulując „biednych i upośledzonych” w regionie o największych społecznych nierównościach na świecie, do „domagania się szans na godne życie”, jak również inne niebezpieczeństwa. Istnieje istotna i przekonywująca dokumentacja, która wraz z pewnymi działaniami opartymi na racjonalnych motywach, dodają nie małej wiarygodności temu założeniu. By ocenić twierdzenie, że polityka taka wywodzi się ze zmartwienia o prawa człowieka i demokrację, pobieżne spojrznie na te fakty jest bardziej niż wystarczające, przynajmniej dla ludzi chcących chociaż udawać poważnych.

Nie jest jednak właściwym by myśleć, bądź przypominać te fakty, ponieważ świętujemy triumf “amerykańskich wartości”. Tak jak nie powinniśmy sobie przypominać, że kilka miesięcy temu zainspirowany tym samym pędem ku wolnym rynkom Clinton „naciskał Meksyk ku porozumieniu, które zakończy dostawy tanich pomidorów dla Stanów Zjednoczonych”. Taki prezent dla plantatorów z Florydy, który kosztuje Meksyk około 800 mln dolarów rocznie i który narusza reguły NAFTA, jak również WTO (chociaż nie – tylko „jego ducha” ponieważ było to czyste zagranie z pozycji siły i nie wymagało żadnego oficjalnego cła). Administracja wytłumaczyła swą decyzję następująco: Meksykańskie pomidory są tańsze i konsumenci je wolą. Wolny rynek działa, ale ze złym wynikiem. Lub też pomidory są również zagrożeniem dla narodowego bezpieczeństwa.

Tak dla pewności, pomidory i telekomunikacja to zupełnie różne ligi. Jakiekolwiek przysługi jakie plantatorzy mogą zawdzięczać Clintonowi są niwelowane, dzięki wymaganiom przemysłu telekomunikacyjnego, nawet nie biorąc pod uwagę tego co Thomas Ferguson opisuje jako „najbardziej strzeżony sekret wyborów z 1996r: „bardziej niż jeden jakikolwiek inny pojedyńczy sektor, telekomunikacja została uratowana przez Billa Clintona”, który otrzymał duże dofinansowanie kampanii z „tego oszałamiająco dochodowego sektora”. Ustawa o telekomunikacji z 1996r. i porozumienie WTO są w pewnym sensie notą dziękczynną, chociaż wydaje się, że wynik byłby bardzo podobny gdyby świat biznesu wybrałby inny zestaw chojności cierpiąc od jak to nazwał „Business Week” „spektakularne” zyski w jeszcze jednym „Przyjęciu -niespodziance dla korporacyjnej Ameryki”.

Wśród prawd, które mają być zapomniane, ważne są te wspomniane wcześniej: prawdziwe dane „Reganowskiego indiwidualizmu” i „ewangelii wolnego rynku”, które były wpajane (biednym i bezbronnym), podczas gdy protekcjonizm osiągnął bezprecensowy poziom, a Administracja przelewała publiczne pieniądze w przemysł high-tech z niespotykaną intensywnością. Tutaj osiągamy sedno sprawy. Powody sceptycyzmu co do „pędu” któremu się właśnie przyglądaliśmy są dostatecznie prawdziwe, ale są tylko przypisami do prawdziwej historii: Jak korporacjom z USA udało się znaleźć na tak dogodnej pozycji, by przejąć międzynarodowe rynki, inspirując tak żywą obecnie celebrację „amerykańskich wartości”.

Ale to znowu jest dłuższa historia, która mówi nam wiele o współczesnym świecie: o jego społecznych i gospodarczych rzeczywistościach, pozostających w uchwycie ideologii i doktryn, w tym doktryn wymyślonych by wywołać beznadziejność, rezygnację i rozpacz.

***
Orginalny tekst znajduje się na stronie autora.
Tłumaczenie: Jędrzej Kuskowski i Marcin Pasikowski

One thought on “Noam Chomsky: Pęd ku wolnym rynkom

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *