Patryk Bąkowski

Patryk Bąkowski “W dupach się poprzewracało! – czyli grawitacja dotyczy tylko Newtona”

Niniejszy tekst w dużej mierze został zainspirowany artykułem Stephan’a Kinsella: “Przeciw własności intelektualnej” a przede wszystkim ostatnimi ciekawymi “dostosowywaniami” do prawa europejskiego.
Polecam przeczytać artykuł Kinsella. W nim trochę zaniepokoiła mnie jedna rzecz. Jakoś tak miałem wrażenie że powracamy do podstaw socjalizmu. Wszystko jest wszystkich.
Zacznijmy jednak od początku. Kinsella mówi że podstawą pierwotną własności jest rzadkość. Dla tych którym nie chce się brnąć przez ten jak dla mnie trochę za skomplikowany językowo wywód (bo idiota jestem i wole jak się do mnie prosto mówi) krótkie streszczenie najważniejszych tez. Kinsella mówi że to co mamy w posiadaniu wynika z tego że dobra które są w około nas są ograniczone. Jeżeli żylibyśmy w świecie gdzie na pstryknięcie palców mam to co chcemy, pojęcie i prawo własności byłyby nie potrzebne.
Wejść w posiadanie jakiegoś dobra można w sensie pierwotnym, jedynie przez zawłaszczenie rzeczy która była niczyja. Później nikt według prawa naturalnego nie może nam tego dobra odebrać wbrew naszej woli. Oczywiście możemy się z kimś umówić że oddamy mu nasze dobro pod jakimś warunkiem. I wszystko jest oki póki jest to rzecz materialna. Problem zaczyna się gdy za naszą własność zaczynamy uważać idee czy pomysł. Ludzie chcąc podporządkować te abstrakcje wymyślili że muszą sprawić aby pomysły czy idee miały znamiona rzadkości. Czyli sztucznie sprawiono poprzez prawa autorskie i patenty, że rzeczy niematerialne posiadają właściciela. I to jest pierwszy i zasadniczy krok do zaprzeczenia prawu naturalnemu z którego ponoć te prawa miałyby wynikać. Kinsella posłużył się przykładem pułapki na myszy. Pan X wymyślił sobie super extra pułapkę. Opatentował ją. Sprzedając ją panu Y, pana Y patent zobowiązuje do nie powielania rozwiązania pana X. Pan Y się na to godzi. Pana Y odwiedza pan O. Pan O przez przypadek zobaczył super extra pułapkę. Nie wie nic o patencie. Idzie do domu konstruuję pułapkę na wzór super extra pułapki i sprzedaje ją panu W.
Z prawa patentowego wynika ni mniej ni więcej że panowie Y, O i W to bandyci! Pan Y gdyż udostępnił panu O rozwiązanie super extra pułapki. Pan O bo naruszył patent pana X i co gorsza zaczął czerpać z tego rozwiązania zyski. Pan W gdyż zakupił od Pana X pułapkę której rozwiązanie jest chronione patentem. Czyż nie jest to paranoja?
I tu pytanie. Do czego to może doprowadzić? Pomyślcie co by było gdyby trochę bardziej restrykcyjne prawo (do czego cały czas dążą instytucje posiadające prawa autorskie i patenty) obowiązywały w czasach Newtona. Newton jako naukowiec chętnie dzielił się swoimi spostrzeżeniami z ludźmi. Załóżmy jednak na moment że Newton skorzystałby z prawa i opatentował swoje spostrzeżenia. Prawdopodobnie od tamtej pory zabronione byłoby nie odrywanie się od ziemi bez jego zgody gdyż jedynie on miałby prawo do grawitacji!
Podążając za przykładem pułapki przejdźmy do czegoś bliższego obecnym czasom. Korzystając z emula kto mi udowodni że ściągnięte przeze mnie filmy i muzyka nie zostały wstawione do sieci przez ich autora? Skąd mam wiedzieć że dany utwór jest chroniony prawem autorskim? Jeżeli nawet został on wystawiony wbrew woli autora to skąd mam o tym wiedzieć? Dlaczego mam podejrzewać kogoś kto daje mi skopiować plik o złe zamiary?

Wróćmy do tego co mnie zaniepokoiło i co uważam za godne uzupełnienia w artykule Kinsella a co dopełnia obrazu niechęci wobec praw autorskich i patentów. W jakimś sensie Kinsella pomija wartość pracy twórczej. Nie na tym się oczywiście skupia, lecz jest to moim zdaniem koronny powód obrony praw autorskich i bez jego dogłębnego wytłumaczenia nikogo nigdy nie przekonamy do obalenia prawa autorskiego. Poniższy wywód jest jednak tylko moim skromnym wyobrażeniem i pewnie wart jest większych rozważań i nie wątpię że ktoś już ich lepiej ode mnie dokonał – jednak nie było mi dane takowych odnaleźć więc wykonam odrobinę pracy intelektualnej.
Nasza praca w pewnym sensie jest naszą własnością. Tu wchodzi pojęcie rzadkości. Mamy pewne zdolności które inni nie mają. Robimy coś lepiej czego nikt inny nie potrafi. I oczywistym jest że za naszą pracę o ile jest ona komukolwiek potrzebna (przynosi mu korzyści) należy nam się godne wynagrodzenie. Bez różnicy czy jest to praca fizyczna czy praca intelektualna. Jest jedno ale.
Wyobraźcie sobie że zatrudniacie kogoś do położenia płytek w łazience. Po wykonaniu pracy wykonawcy zgodnie z umową należy się wynagrodzenie. Wszystko jest oki gdy jesteście zadowoleni z tej pracy. Gorzej gdy płytki położone zostaną krzywo, co druga nie według wymarzonego wzorka, a po puknięciu co piąta odpada. Za taką robotę nikt nie da funta kłaków a i jeszcze odszkodowanie się należy za stracone materiały i czas (wanna Wassermanna:>).
A jak to się ma do własności intelektualnych. Kiedyś kupiłem sobie kasetę Dog Eat Dog. Zachęcony poprzednią z nieziemskim “No Fronts” a przede wszystkim singlem wałkowanym w ówczesnym czasie przez MTV “Hey Rookie”. No i co? Poza “Hey Rookie” – chała jakich mało. Czy ktoś mi za to oszustwo oddał pieniądze?
Kwestią oczywiście gustu jest to czego słuchamy i czy nam się to podoba czy nie. Znajdą się tacy którym się to spodoba i wycenią wartość takich utworów znacznie, ale znajdą się tacy którzy za słuchanie takiej chały ewentualnie mogli by jedynie majątek brać od artysty. A znajdą się i tacy którym utwór jest obojętny i nie koniecznie muszą oddawać hołd artyście w postaci pieniędzy. Tym bardziej gdy zgodnie z wywodem Kinsella kopiowanie w żaden sposób nie może być kradzieżą.
Prawa autorskie karmią instytucje które takowe posiadają. Nic one artyście nie dają. Obłudą jest twierdzenie jakoby człowiek słuchający muzyki bez oddania daniny wytwórni okradał artystę.
Z całym szacunkiem dla Kazika, który mnie wielokrotnie zwyzywał od chuj i najgorszych (tak mi się przynajmniej zdaje było na kilku płytach napisane), – zamiast walczyć z fanami a przede wszystkim ludźmi którzy jedynie od czasu do czasu pragną posłuchać prawd wyśpiewywanych przez niego, mógłby zacząć walczyć z tym aby jego muzyka nie była zniewalana i wyzyskiwana przez ZAiKS. Gwarantuje że gdyby nie cały ten system pośredników dochody Kazika byłyby o niebo większe. A i więcej ludzi mogłoby poznać jego twórczość.
Problem polega na tym że jakoś ludzie nie potrafią się wyrwać się “z mentalnej niewoli”, choć pierwsze kroki są stawiane nieśmiało już od dość dawna.
Przejdźmy do innej dziedziny. Oprogramowanie. Każdy już chyba słyszał o Linuxie. Tajemniczy, anarchistyczny system dla hackerów i freaków w sweterkach a’la Kononowicz i okularkach. Wszystkim którzy tak myślą proponuje ściągnąć sobie ze strony ubuntu.pl obraz płytki wypalić i odpalić wersję LiveCD. Działa? Działa. I to jak działa:>(tu oczywiście popełniam pewne nadużycie bo Beryl nie działa jeszcze w pełni sprawnie i obecnie jest w fazie testów – jednak zgodnie z zapowiedziami w kolejnym wydaniu Ubuntu XGL ma być instalowane domyślnie – w Windows Vista o takich bajerach będzie można jeszcze długo pomarzyć).
A teraz niespodzianka. Nikt za to że to działa nie dostaje złamanego grosza, a co śmieszniejsze wszystko to można dowolnie modyfikować (oczywiście trzeba troche się na tym znać, ale nic nie stoi na przeszkodzie aby zatrudnić programistę który zrobi nam dobrze – już wiesz jak można zarobić na czymś co jest darmowe i ma otwarty kod?:> a to tylko jedna z licznych możliwości).
Mamy XXI wiek i praca jak wszystko w koło podlega kolejnym modyfikacjom i ewolucji (albo raczej rewolucji). Co ciekawsze gdyby nie prawa autorskie i patenty wszystko to byłoby zapewne możliwe kilkadziesiąt lat temu.
Za prace należy się zapłata. Za dobrze wykonaną prace należy podkreślić. Prawa autorskie są wypaczeniem prawa do godnego zarobku i nie tylko ograniczają postęp cywilizacyjny ale również sprowadzają myśl ludzką do zwykłego towaru. Myśl i twórczość ludzka jako rzecz która powinna ewoluować, inspirować i być przyczynkiem postępu przy okazji będąca również dobrem niematerialnym absolutnie nie ma ograniczeń. Fikcyjne zakuwanie jej w dyby na dłuższą metę nie przynosi żadnych korzyści ani ludziom ani samemu twórcy jako takiemu.

Kilka myśli uciekło mi w trakcie pisania gdy przypadkiem przeglądarka postanowiła sobie przejść na inną stronę, co poskutkowało utratą połowy wpisu. Pewnie jeszcze napiszę coś w temacie gdy przyjdą mi kolejne przemyślenia (i przypomni mi się co do cholery mi odeszło w wirtualny niebyt).
Wiele z argumentów dopiero krystalizuje się w mojej głowie idioty:> Gdyby ktoś szukał czegoś więcej o nierównej walce Dawida z Goliatem zapraszam do odwiedzenia:
Partia Piratów
Copyfight
Miąsik tłumaczy Kinsella
Patryk Bąkowski

27 grudzień 2006 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Qatrykowe boje

Autor artykułu prowadzi bloga Qatrykowe boje

2 comments

  1. przemek

    > Zachęcony poprzednią z nieziemskim “No Fronts” a przede wszystkim singlem wałkowanym w ówczesnym czasie przez MTV “Hey Rookie”. No i co? Poza “Hey Rookie” – chała jakich mało.

    Ten singiel nazywał się „Hey Rocky” o ile pamiętam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *