Materiał archiwalny. Tekst opublikowano w 2007 r. i nie został ponownie zweryfikowany redakcyjnie. Przedstawia poglądy autora.
Jest rzeczą oczywistą – choć niechętnie przyznawaną w naszym postępowym społeczeństwie – że homoseksualizm jest dewiacją. Wynika to w prosty sposób z „budowy świata”.
Jeśli rację mają ewolucjoniści, to wszystko co nie sprzyja przeżyciu gatunku i spłodzeniu potomstwa jest, z punktu widzenia doboru naturalnego, szkodliwe. Tak właśnie jest z homoseksualizmem.
Choć oczywiście nie uniemożliwia on posiadania potomstwa (wielu gejów ma żony i dzieci), to jednak wrodzona skłonność do kopulowania z osobnikiem, z którym potomstwa mieć raczej nie można, jest oczywistą przeszkodą w przetrwaniu gatunku. Swoją drogą, z punktu widzenia ewolucji, także świadomy wybór bezdzietności, jeśli jest uwarunkowany genetycznie, jest rugowany przez dobór, który preferuje zdrowych osobników.
Jeśli natomiast rację mają kreacjoniści i organizmy żywe zostały stworzone, to święte księgi dość jednoznacznie potępiają „homostosunki” (dla przykładu Biblia nakazuje karać je śmiercią).
Ale po co o tym w ogóle piszę? Nie poruszyłbym wcale tematu pederastii, bo szczerze mówiąc mało mnie interesuje „kto, z kim i w jakiej pozycji”. Sęk w tym, że homoseksualiści obwołali się grupą uciskaną i zaczęli domagać się „swoich praw”. Nie tylko chcą, chodząc po ulicy, publicznie się obściskiwać, ale uznali swoje związki za normalne rodziny i żądają przyznania im prawa do adoptowania dzieci (vide: niedawne doniesienia z postępowej Szwecji o zalegalizowaniu „homoadopcji”).
Gdybyśmy żyli w normalnym, wolnościowym społeczeństwie, to rodzice (i ewentualnie ich spadkobiercy), decydowaliby o tym, komu oddane zostaną osierocone dzieci. Jestem przekonany, że nie pojawiłby się nawet jeden rodzic, który zezwoliłby na oddanie swojego dziecka parze „monozygotycznej”.
W ogóle problem sierocińców i porzuconych dzieci byłby marginalny w społeczeństwie, gdzie od urodzenia Wolny Człowiek wiedziałby, że jest zdany tylko na siebie (i rodzinę) i że nie otrzyma żadnej pomocy od rządu. Niestety, w naszym totalitarnym państwie to władza – a nie dobrowolna umowa między Wolnymi Ludźmi – reguluje takie rzeczy jak adopcje. Dlatego wróćmy do naszej szarej, „łagrowej” rzeczywistości.
Z czego wynika takie zaślepienie szwedzkiego społeczeństwa i zgoda na krzywdzenie dzieci? Odpowiedź wydaje mi się prosta. To, co się stało jest naturalną konsekwencją uznania – wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale za to w zgodzie z postępową propagandą – homoseksualizmu za normalne zachowanie. Potwierdzać to mają badania naukowe (prowadzone częstokroć przez aktywnych gejów), które sugerują, że „takim” człowiek się rodzi.
Absurdalność tego argumentu widać na pierwszy rzut oka. Gdyby „wrodzoność dewiacji” była jakimkolwiek jej usprawiedliwieniem, to Zespół Downa również byłby czymś normalnym, a nie chorobą genetyczną. Nie daj Bóg, niech tylko udowodnią neurofizjolodzy, że pedofilia jest wrodzona, a zaraz pojawią się Parady Miłości „Kochających Dzieci Inaczej”. Pomijam już to, że dane statystyczne dość jednoznacznie wskazują, że najważniejszym czynnikiem „generującym” homoseksualizm jest patologiczna rodzina (nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec itd.).
Oczywiście podłoże genetyczne jest również ważne, bo nie każde dziecko z takiej rodziny zostaje gejem. Wskazuje się tutaj np. na wrażliwość (także artystyczną) dziecka, jako jeden z istotnych warunków. Wróćmy jednak do tematu. Nie jest istotne, skąd się ta dewiacja bierze, ważne jest powiedzenie wprost, że nie jest to normalne. Dobrym argumentem jest wyraźne podobieństwo homoseksualizmu do typowego zaburzenia seksualnego, jakim jest impotencja. W obu tych przypadkach mężczyzna „ma trudności”, kiedy jest z kobietą.
Co jednak się stanie, jeśli przyjmiemy, że homoseksualizm jest czymś zupełnie normalnym? Musimy być konsekwentni. Nie mamy prawa zabronić gejom adoptować dzieci, a lesbijkom „dawać ich sobie zrobić”. Nie można też argumentować, że wyrosną z dzieci „małe geje”, bo przecież homoseksualizm nie jest niczym złym. Osoby, które przyjmują przesłankę („homo jest OK”), a odrzucają wniosek („wychowywanie dzieci na homo jest OK”) – chorują na typowe dla lewicy „dwójmyślenie” (ale bez obaw, postępowa propaganda wkrótce złamie i ten reakcyjny opór!).
Oczywiście nie należy myśleć, że wychowanie dzieci na gejów jest jedynym zagrożeniem, które czeka adoptowane maleństwa. Nie wiemy jeszcze (ale się wkrótce dowiemy!) jakie inne zagrożenia dla dziecka czają się w posiadaniu dwóch tatusiów.
Lewicowe eksperymenty na dziecięcej psychice mają długą historię: szwedzcy socjaldemokraci praktykowali eugenikę już przed wojną, narodowi socjaliści Hitlera osiągnęli doskonałość w eksperymentach na ludziach, a kibuce wychowywały „wspólne dzieci”. Na tym tle oddanie maluchów parce tatusiów lub mamuś nie wydaje się niczym szokującym. Nie pierwszy to raz i pewnie nie ostatni „mędrcy” realizują swoje plany stworzenia raju na ziemi.
Tu właśnie kryje się jądro problemu. Trzeba nazwać rzeczy po imieniu: homoseksualizm jest poważnym zaburzeniem seksualnym. Oczywiście nie jest moim celem potępianie, ani tym bardziej wyśmiewanie pederastów.
Wręcz przeciwnie, uważam inicjatywy w rodzaju amerykańskiego Exodusa (www.exodusnorthamerica.org) i temu podobne (www.anotherway.com), które prowadzą psychoterapię tego zaburzenia, za niezmiernie ważne i pożyteczne. Trzeba tym ludziom dać nadzieję! Nie wolno jednak, w imię fałszywie pojętej tolerancji, pozwolić się zdominować przez garstkę oszołomów. Pół biedy, jeśli taki gej łamie życie sobie i swojemu dorosłemu partnerowi, gorzej jeśli wciąga w to niedojrzałego nastolatka lub „wychowuje” dzieci.
Podsumowując: dopóki ludzie wychowani w mentalności sowieckiej nie wymrą, a nowemu pokoleniu nie uda się przełamać wzorców rodziców i odejść od obecnego państwa totalitarnego, dopóty trzeba prawnie bronić osierocone dzieci przed krzywdą, którą szykują im Postępowcy.
Lektura obowiązkowa:
Gerard van den Aardweg, Homoseksualizm i nadzieja, Wydawnictwo Fronda, Warszawa 1999.
[Lublin, 25 czerwca 2002]
***
Tekst został wcześniej opublikowany w serwisie Chrześcijańska Strona Wolnościowa
Autor artykułu prowadzi serwis Chrześcijańska Strona Wolnościowa