Daniel Koć

Daniel Koć: „“W obronie wolności” — odyseja hakerska”

Richard Stallman to postać niezwykła i pełna kontrastów: samotnik, którego idea zmienia cały przemysł informatyczny.

Pierwotnie miała to być recenzja książki “W obronie wolności” Sama Williamsa, ale objaśnienia, o czym właściwie jest ta książka, zupełnie rozsadziły formę recenzji.

Charakterystyczna broda, długie włosy, spokojny i pewny głos, przenikliwe oczy… To Richard Stallman, znany też od swoich inicjałów jako RMS – jeden ze współczesnych wizjonerów, który odcisnął swoje piętno na kształcie informatyki. Jego dzieło już dziś wpływa na naszą rzeczywistość, ale nie mam wątpliwości, że ten wpływ będzie dostatecznie widoczny dopiero za jakiś czas, tym bardziej, że nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa.

Aby objaśnić na czym polega ten wpływ, trzeba się cofnąć o ponad 30 lat i prześledzić drogę rozwoju kultury informatycznej aż do chwili obecnej. Gotowi do długiej podróży?…

AI Lab, czyli ostatni haker

Czy dziwicie się, że programy komputerowe się kupuje? Zapewne nie: dziś oprogramowanie w większości jest traktowane jak towar, taki jak każdy inny, dostępny w kolorowych pudełkach ze sklepu. Ale nie zawsze tak było.

Początkowo oprogramowanie było po prostu dodatkiem do sprzętu. Ludzie, którzy wówczas pracowali z komputerami, byli dosyć nieliczni i bardzo specyficzni. Trzeba bowiem wiedzieć, że w tych czasach określenie “komputer osobisty” byłoby równie abstrakcyjne, co dziś na przykład “osobista rakieta kosmiczna”. Jednym z miejsc, gdzie był dostęp do komputerów, było laboratorium sztucznej inteligencji (AI Lab) w słynnej amerykańskiej uczelni technicznej, MIT. W tych akademickich warunkach powstało środowisko, które dzieliło się kodem i pomysłami tak, jak każdą inną ciekawą lub użyteczną ideą. Współpraca była tam jedną z podstawowych zasad działania. Była to społeczność hakerska.

Zwróćcie uwagę, że słowo “hakowanie” miało wtedy zupełnie inny odcień znaczeniowy niż obecnie. To bardzo ważne, aby zrozumieć istotę sprawy. Nie było mowy o szkodzeniu innym ludziom – chodziło jedynie o twórczą, nieskrępowaną zabawę lub pracę nad oprogramowaniem (praca i zabawa mogły też wzajemnie się przenikać). Pojęcie to zresztą ewoluowało przez kilka dziesięcioleci i już wówczas było czymś innym niż pierwotne “nieszkodliwy żart, wygłup” w studenckim slangu MIT z lat 50., choć dziedziczyło po nim element swobody w działaniu.

Na początku lat 70. do AI Lab trafił młody Richard Stallman – człowiek mało towarzyski, ale zdradzający wybitne zdolności analityczne, zwłaszcza w matematyce. Możliwość twórczej pracy z komputerami w gronie pokrewnych mu dusz oraz tamtejsze niezwykle egalitarne i nieformalne podejście do życia spowodowało, że laboratorium stało się dla niego prawdziwą ostoją oraz źródłem życiowego spełnienia.

Z czasem atmosfera w MIT zaczęła się ogromnie zmieniać. Pod koniec dekady wpływy hakerów zaczęły się kurczyć na rzecz administratorów, którzy forsowali zabezpieczanie kont użytkowników, a zarazem swoją nadrzędną pozycję. Mimo spektakularnych akcji sprzeciwu wobec systemu haseł i kontroli, do roku 1980 już w całej uczelni, nie wyłączając AI Lab, zapanowały nowe porządki, a nowe pokolenie nie podtrzymywało hakerskich tradycji. Etos zaufania, współpracy i twórczego fermentu został więc silnie podważony.

Nie koniec na tym, także poza uczelnią w świecie informatyki następowały zasadnicze zmiany. Do tej pory pieniądze spływały z projektów związanych z obronnością, ale po wojnie wietnamskiej (trwającej do 1975 roku) to źródło wyschło i trzeba było szukać innego sposobu na dalszy rozwój. Rodzący się wówczas rynek oprogramowania skutecznie zasysał więc hakerów, a jednocześnie zaczął wymyślać różne sposoby na ochronę kodu przed wykorzystywaniem przez innych.

Stallman, dla którego etyka hakerska zespoliła się z prywatnym życiem tak, że stała się praktycznie częścią jego natury, te zmiany oznaczały prywatną klęskę. Dla niego naturalne było przeświadczenie, że współdziałanie w programowaniu jest znacznie bardziej efektywne niż izolacja i stawianie zapór ludzkiej kreatywności i wolności osobistej. Łatwo jest z dzisiejszej perspektywy uważać tę ideę za utopię. Sęk jednak w tym, że wówczas nie była to żadna utopia, tylko wciąż jeszcze istniejąca rzeczywistość!

Ale były to już jej ostatnie tchnienia. Rozkład społeczności hakerskiej i spychanie na margines historii zasad nią rządzących postępowały bezlitośnie. Richard Stallman najboleśniej odczuł to 16 marca 1982 r., gdy jedna z firm wynajmująca hakerów z MIT, Symbolics, odmówiła mu nawet grzecznościowego wglądu w kod swojego oprogramowania (Lisp Machine). Symbolics zrobiła to po to, aby utrudnić życie konkurencyjnej firmie LMI, ponieważ LMI obficie posiłkowała się kodem z AI Lab, gdzie nad swoim kodem lispowym nadal pracował Stallman. Odcięcie go od kodu pisanego w Symbolics uderzało więc faktycznie w LMI, ale bezpośredni cios został wymierzony w Stallmana i resztki kultury hakerskiej.

Zatrzęsło to w posadach światem “ostatniego hakera” i wywołało jego silną reakcję. Od tej pory Stallman przez wiele miesięcy pracował jak nakręcony, próbując samodzielnie dotrzymać kroku zmianom wprowadzanym przez zespół programistów Symbolics, i to nie byle jakich, bo także wywodzących się z AI Lab. Do dyspozycji miał tylko dokumentację, w której opisywali oni wyniki swojej pracy. Niezwykłe zdolności Stallmana połączone z ogromną determinacją doprowadziły do niezwykłego skutku: cokolwiek w latach 1982-1983 stworzyli programiści Symbolics, było natychmiast niezależnie odtwarzane przez Stallmana w MIT jedynie na podstawie tych opisów.

Ten heroiczny sprzeciw wobec próby zniszczenia tego, co RMS uznał za swój dom – czyli społeczności i ducha swobodnej współpracy w AI Lab – ugruntował jego sławę i przeszedł do informatycznej legendy. Ale maszyna lispowa sama oka­zała się w końcu boczną ścieżką rozwoju informatyki, więc dalsze wysiłki w tym kierunku utraciły sens. Prawdziwym wyzwaniem stał się rozwój tak zwanych mikrokomputerów, a wraz z nim zalew “własnościowego” oprogramowania, któremu już żaden pojedynczy geniusz nie dałby rady.

Pewna epoka nieodwracalnie odchodziła w przeszłość.

GNU, czyli alternatywa

W obliczu tak niekorzystnego obrotu spraw Richard Stallman był bliski rezygnacji i rozważał nawet porzucenie swojego ukochanego zajęcia. Znalazł w sobie jednak dość siły i uporu, aby powołać do życia projekt GNU. 27 września 1983 r. ukazało się w sieci jego ogłoszenie o planach pracy nad GNU wraz z zaproszeniem do przyłączenia się do projektu.

Cel tego przedsięwzięcia był równie szaleńczy co samotna walka z firmą zatrudniającą zespół hakerów. Stallman postanowił mianowicie stworzyć pełen system operacyjny opierający się na hakerskiej etyce, a więc dostępny dla wszystkich. Zgodnie z hakerskim podejściem zamiast budować od zera, zaczął szukać gotowych klocków, które pasowały do jego wizji. Postanowił między innymi, ze GNU będzie niezależnym odtworzeniem powszechnie znanego systemu operacyjnego UNIX.

Do Stallmana dołączali ludzie tak samo jak on rozczarowani coraz częstszym zamykaniem się dostępności kodu. Opiekuńczym “parasolem” dla GNU została założona w 1985 roku Fundacja Wolnego Oprogramowania (Free Software Foundation, FSF). Jej nazwa sprawiała i do dziś sprawia kłopoty, ponieważ w języku angielskim “free” oznacza zarówno wolność jak i “darmowość”, jednak Stallman ostatecznie uznał, że nie ma słowa, które lepiej oddawałoby ideę, jaką stara się wprowadzić w życie, i tak już zostało.

Jednym z pierwszych programów GNU był edytor tekstu EMACS. Stallman stworzył go jeszcze w poprzedniej dekadzie, więc była to bezpośrednia kontynuacja jego hakerskiego życiorysu. EMACS sam w sobie jest świetnym przykładem na to, jak atmosfera swobodnej współpracy stymuluje rozwój. Richard Stallman zapoczątkował go dodając do edytora o nazwie TECO (napisanego wcześniej przez innego hakera) możliwość wykonywania makropoleceń, czyli całych, nawet bardzo złożonych ciągów instrukcji. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę i ludzie masowo tworzyli własne makra dla EMACS-a, przyczyniając się do jego sukcesu. Przerobienie po latach EMACS-a tak, aby działał także pod Uniksami, było sygnałem, że GNU nie jest tylko pustym hasłem garstki frustratów i naprawdę ma do zaoferowania coś wartościowego.

Stopniowo projekt nabierał ciała. Po GNU EMACS (1985 r.) pojawiały się kolejne ważne cegiełki nowego systemu operacyjnego, ale edytor ten zapisał się w historii informatyki w jeszcze jeden istotny sposób. Była to licencja GNU EMACS, która oddawała ducha hakerskiej etyki także w postaci zapisu prawnego. Najistotniejsze jej postanowienie głosiło, że wprawdzie każdy może dowolnie modyfikować program, ale w zamian swoje poprawki musi udostępniać na tych samych zasadach. Gwarantowało to, że raz udostępniony kod nie mógł zostać przez nikogo zamknięty, odcinając tym samym społeczność od swoich ulepszeń. Gdy GNU wzbogaciło się o kolejne narzędzie programistyczne, Stallman objął całość nową wersją licencji, którą nazwał “Ogólna Licencja Publiczna GNU” (GNU General Public License, w skrócie GPL).

To dzieło rozpoczęło odtąd swój własny żywot i zatoczyło szerokie kręgi w świecie twórców oprogramowania. GNU GPL zostało wykorzystane nie tylko w projektach GNU, ale także w tysiącach innych programów, których autorzy niekoniecznie nawet poczuwają się do jakiejkolwiek bliskości z RMS-em. To jeden z kamieni milowych położonych pod rozwój wolnego oprogramowania oraz pod powrót już niemal pogrzebanego hakerskiego kodeksu postępowania.

Open Source, czyli schizma

System operacyjny GNU rozwijał się kolejny rok, ale wciąż nie było działającego jądra systemu, czyli jego “mózgu” (czy też, używając innej analogii, “silnika”). Elementy GNU nadal nie stanowiły samowystarczalnej całości i póki co musiały być uruchamiane na znienawidzonych przez Stallmana własnościowych systemach uniksowych. Opracowywane w ramach GNU jądro HURD z powodu komplikacji technicznych rodziło się w ślimaczym tempie i wystawiało cierpliwość zwolenników wolnego oprogramowania na ciężką próbę. Dziurę tę zapełnił wkrótce zupełnie niespodziewany projekt – zapoczątkowane przez fińskiego studenta informatyki Linusa Torvaldsa jądro Linux.

Linux powstał w ramach działalności hobbystycznej i – jak w swojej pierwszej publicznej wiadomości z 26 sierpnia 1991 r. pisał jego autor – wcale nie miał być tak “poważny” jak GNU. Wkrótce za to, zainspirowany jednym z wykładów Stallmana, Torvalds doszedł do wniosku, że licencja GNU GPL świetnie nadaje się do wykorzystania w jego projekcie… Społeczność Linuksa szybko zaczęła rosnąć w siłę, a jądro Linux zlepione z wieloma istotnymi narzędziami GNU stały się podstawą pełnego wolnego systemu operacyjnego, czyli dystrybucji Linuksa, co jest powszechnie skracane do nazwy “Linux”. Nic jednak dziwnego, że Stallmanowi nie spodobała się ta nazewnicza maniera, która pomijała wieloletnie prace u podstaw nad takim systemem w ramach GNU. W 1995 ukuł więc własną nazwę, na którą nalega do dziś: “GNU/Linux”. Jak okazało się później, kontrowersja z nazwą była preludium znacznie poważniejszych zmian w środowisku.

W roku 1996 odbyła się przełomowa dla ruchu wolnego oprogramowania impreza pod nazwą Conference on Freely Redistributable Software, na której pojawili między innymi się obaj panowie: Richard Stallman i Linus Torvalds. Na tym zlocie młody, zawadiacki lider zdobył serca publiczności swoim swobodnym zachowaniem. Już wcześniej upór Stallmana i odporność na wszelkie kompromisy powodowały liczne tarcia. Dość powiedzieć, że przed konferencją szeregi Fundacji Wolnego Oprogramowania opuścili wszyscy jej członkowie, poza jedną osobą! Idea wolności w wydaniu Stallmana jest tak mocno stopiona z jego wymagającą osobowością, że większości ludzi – nawet podzielających jego zdanie – trudno to w praktyce wytrzymać. Tymczasem Torvalds był jak najdalszy od rygoryzmu RMS-a, a zamiast moralnych przesłanek kierował się przede wszystkim względami technicznymi. Na konferencji posunął się nawet do publicznego oświadczenia, że podoba mu się program PowerPoint – aplikacja, która z wolnością oprogramowania jako żywo nie miała nic wspólnego.

Ta jawna, wręcz arogancka pochwała pragmatyzmu zwiastowała otwarte pęknięcie w środowisku wolnego oprogramowania. Faktycznie – w 1998 roku doszło do krystalizacji nowego ruchu, który przyjął nazwę Open Source (otwarte oprogramowanie) i w kolejnych latach zaczął zdobywać licznych zwolenników. Ruch otwartego oprogramowania nie ma jednego lidera, podczas gdy ruch wolnego oprogramowania to w ogromnym stopniu emanacja silnej osobowości Stallmana. Paradoksalnie, wobec wytrwałego bojownika o wolność stanęła nagle wolność, ale w zupełnie innej w postaci – luźnego ruchu społecznego, związanego z eksplozją Internetu. Można się zastanawiać, czy i bez jego udziału nie doszło by w końcu do przełomu, ale pozostaje faktem, że wpływ Stallmana odcisnął się także w tym nurcie kultury informatycznej.

FLOSS, czyli symbioza

Open Source niedługo skończy 10 lat i przez ten czas w powszechnej świadomości właściwie zajęło ono miejsce idei wolnego oprogramowania, ale Stallman nie zawiesił swojej działalności na kołku, więc ta “schizma” trwa do dziś. Obok krzepkiego ruchu otwartego oprogramowania nadal rozwija się nurt stallmanowski, choć jest on dużo mniej znany. Łączy je szczególnego rodzaju symbioza, podobna do połączenia kodu GNU z jądrem Linux. Choć minęło już ponad 20 lat, projekt GNU nadal pracuje nad swoim jądrem HURD, jednak nie jest to już uznawane za zadanie priorytetowe. Mimo ideologicznego rozziewu między obydwoma liderami, Linux świetnie sobie radzi na tym nieplanowanym “zastępstwie”, a z kolei licencje stworzone w ramach FSF są jednoznacznie akceptowane przez zwolenników Open Source. Amalgamat tych dwóch odrębnych, ale przenikających się nurtów jest zwykle określany przez obserwatorów jako FLOSS (Free/Libre and Open Source Software).

Oprogramowanie na wolnych licencjach rozwija się w wielu, często niezależnych od siebie miejscach, w różnych organizacjach i firmach, a także rękami programistów niezrzeszonych, a takie aplikacje jak przeglądarka Firefox, pakiet biurowy OpenOffice.org, program do grafiki wektorowej Inkscape, czy program do składu Scribus robią samodzielne “kariery”, i nie wykorzystały jeszcze swojego pełnego potencjału. W dodatku nawet Linux nie jest już jedynym jądrem na wolnej licencji. Istnieją wolne systemy zbudowane na jądrach BSD, rozwijają się też systemy wyrosłe z zupełnie innych podstaw niż UNIX, takie jak Haiku, Syllable, ReactOS – i wiele innych.

Sytuacja od strony czysto praktycznej wygląda więc całkiem nieźle, a obecne problemy techniczne stopniowo zostają rozwiązywane – jeśli nie dziś, to z upływem czasu przestaną być ważne. Zakrawa na paradoks, że triumf nurtu otwartego oprogramowania obraca się powoli przeciw niemu. Popularność tego terminu sprawia, że chcą się pod nią podczepić różni sprytni przedsiębiorcy, którzy powołują się na ideę bliżej nieokreślonej “otwartości” nie zapewniając przy tym podstawowych zasad wolnej współpracy. Stallman ze swoją sztywną postawą moralną stanowi więc nadal kotwicę, która przypomina o zasadniczych regułach gry i nie pozwala na zwichnięcie idei wolności oprogramowania.

Środowisko wolnego oprogramowania bliskie lub związane z FSF znów zaznacza swoje istnienie, między innymi nawiązując kontakty z “wolnościowcami” w innych organizacjach społecznych, nie zajmujących się oprogramowaniem, a jednocześnie zyskało wsparcie jednej z największych firm informatycznych, Sun Microsystems. Fundacja stara się też atakować inne przeszkody stojące na drodze wolnemu oprogramowaniu: problemy z niejawnymi, własnościowymi standardami i formatami plików, systemy kontroli użytkownika (tzw. DRM) oraz przestarzałe, a czasem wręcz nieprzyjazne duchowi wolnego oprogramowania prawodawstwo.

Dziś trudno jeszcze powiedzieć, czy wobec tego czeka nas renesans oryginalnej idei Richarda Stallmana, czy też środowisko Open Source poradzi sobie z zagrożeniami i pozostanie dominującą siłą, czy może na przykład dojdzie do jakiejś – trudnej dziś do wyobrażenia, choć już zaproponowanej – fuzji tych dwóch nurtów? Informatyka wciąż pozostaje burzliwie rozwijająca się dziedziną życia i jeszcze wiele może się zmienić.

Na koniec krótko o książce 🙂

Richard Stallman to postać niezwykła i pełna kontrastów: samotnik, którego idea zmienia cały przemysł informatyczny. Trudny we współpracy indywidualista, ale zarazem mówca i działacz polityczny, który aktywnie promuje współdziałanie. Relikt odległej przeszłości, który wyznaczył kierunki rozwoju w przyszłości. Technik, którego najważniejszym dziełem jest ruch społeczny skupiony wokół wartości filozoficznych i moralnych w informatyce. Wizjoner ze skłonnością do czepiania się zupełnie nieistotnych dla innych szczegółów. Sam Williams próbuje przybliżyć czytelnikowi tę postać w jednym pakiecie z jej działalnością, i moim zdaniem to była słuszna strategia. Konia z rzędem temu, kto potrafiłby wskazać, gdzie kończą się osobiste cechy Stallmana, a gdzie zaczynają się obiektywne skutki jego pracy. Dodatkowo kucyka temu, kto oddzieli jego osobiste wady od zalet jako działacza społecznego…

Biografia może być prawdziwym dziełem literackim, ale może też pełnić rolę przypisu do życiorysu niezwykłego człowieka. “W obronie wolności” jest takim właśnie kwitkiem, który jest tylko dodatkiem do osoby, warto się jednak w ten “kwitek” wczytać. Książka w kategorii “literatura” nie wypada szczególnie dobrze – styl jest mało dopracowany, choć być może to wina tłumaczenia (także dlatego, że odpowiednie słownictwo w języku polskim dopiero z roku na rok dojrzewa). Jednak pracowite zebranie wielu faktów w jedną opowieść na temat osoby o tak istotnym wpływie na rzeczywistość aż prosi się o uznanie i nie zamierzam tego autorowi odbierać

Oczywiście znajomość komputerów, a zwłaszcza środowiska wolnego i otwartego oprogramowania, znacznie ułatwi odbiór tej biografii, ale wydaje mi się, że opis fenomenu Stallmana może wiele wyjaśnić także ludziom interesującym się ogólnymi kierunkami rozwoju naszej cywilizacji. Ostatecznie w świecie, gdzie nawet humaniści piszą swoje eseje na komputerze, ludzie zawierają znajomości w sieci, a oprogramowanie czai się nawet w telefonie i niewinnym odtwarzaczu muzyki, tradycyjny rozdział techniki od kwestii społecznych i etycznych staje się coraz mniej uzasadniony – o ile w ogóle jeszcze ma jakiś sens.

Książka w wersji elektronicznej: W obronie wolności
Książka w wersji tradycyjnej: W obronie wolności

***
Daniel Koć
14 października 2007
Tekst pierwotnie ukazał się w serwisie jakilinux.org

8 comments

  1. Timur

    No właśnie. Bardzo ładny artykuł. I o historii GNU i o tym jak to niekiedy ludzie pragnący wolności miewają autorytarną lub wręcz totalitarną osobowość.
    A gust jest gust. Linusowi podobał się Power Point, choć niewiele miał wspólnego z Wolnością. I proszę jaki dym. Zupełnie jakby Linus komuś ojca tępą siekierą zarąbał.
    Tak to już jest z wolnościowcami. Dlatego jesteśmy tacy zatomizowani.

  2. Corvus

    Jestem wolnościowcem i właśnie dlatego uważam, że zarówno otwarte i zamknięte oprogramowanie jest czymś normalnym na rynku i żadne z nich nie jest bardziej czy mniej „dobre”. Tak jak nie domagam się od McDonald`s przepisów na Chickenburgera czy zapisu nutowego utworu który mi się podoba – tak samo nie mam prawa domagać się kodu źródłowego oprogramowania Microsoft-u!
    Ktoś chce niech udostępnia źródła, kto nie chce niech ich nie udostępnia – i po co ta emocja?

  3. qatryk Post author

    Corvus w pełni zgoda – jak chciałes zachować dla siebie zdania które napisałeś powyżej to było ich tu nie umieszczać. Teraz niestety sa one równiez i moje i każdego kto je przeczyta. Oczywiście nie zmienia to faktu że jestes ich autorem. Ale należą one już w równym stopniu do mnie jak i do ciebie. I tylko o to chodzi.
    Dalej tylko logika – że windowsy a i owszem niech sobie będą zamknięte ale niech nikt nie ma pretensji że kopiuje coś co z zasady, z swej natury wymaga kopiowania. Własność niematerialna to jakiś totalniacki wymysł gdzie kilku gości postanowiła nadać rzeczą niematerialnym znamiono rzadkości będące z swej natury jedynie cechą rzeczy materialnych.
    Dobra dalej nie będę wnikał. jak chcesz poznać moje zdanie to łatwiej lub trudniej znajdziesz je w sieci, choćby tu na liberalis.

  4. Corvus

    W moim komentarzu nie było nic odnośnie prawa do kopiowania. Odnosiłem się jedynie do kwestii otwartości / zamkniętości źródeł. Zarówno jedne jak i drugie mogą być obecnie objęte przez autora różnego rodzaju ograniczeniom. I to jest jedna kwestia.
    Natomiast inną już kwestią jest to czy autor jakiegoś dzieła (samochodu, programu czy piosenki) może wymagać od nabywcy jego dzieła aby korzystał z niego według jakiś ustalonych przez obie strony zasad. I ta kwestia nie jest tak niejednoznaczna.
    Jako człowiek wolny masz wybór: możesz kupić Windows pod warunkiem, że nie będziesz go kopiował lub, jeśli Ci taki warunek nie odpowiada – możesz go nie kupować. Przecież o to chodzi na wolnym rynku, prawda?

  5. qatryk Post author

    nie no oki, wszystko zgoda. Tylko powiedz mi co gdy ktos mi da kopie tego windowsa. Wychodzi na to że nie tylko on złamał umowe z twórcą ale i ja ją łamię, a to chyba nie jest zbyt fair. Mozna sobie wyobrazić sytuacje gdzie np ktos mi mówi że oddaje mi swojego windowsa, ale ma tylko kopie zapasową i klucz. To jest przykład z życia i może on się wydawać kontrowersyjny, ale zasada jest własnie taka. Ty cos wytwarzasz niematerialnego umawiasz się ze mna że moge z tego korzystać ale nie moge tego rozpowszechniać dalej, ja umowę łamie (swiadomie bądź nieświadomie – bo raczej z tym co niematerialne bywa tak że trudno to zachować wyłacznie dla siebie) i przekazuje ten „produkt” osobie trzeciej. Tej osoby nie łączy ani z toba ani ze mna żadna umowa, mimo to w naszej rzeczywistosci jest tak że ta osoba trzecia łamie prawo juz poprzez samo posiadanie kopii. I tylko w zasadzie o to chodzi.
    Jak chcesz zarabiać na „własności intelektualnej” nikt ci tego nie broni. Sedno lezy w tym że zwyczajnie powinieneś zastosować do tego inny model marketingowy, niz ten który się sprawdzał od zawsze w przypadku rzeczy materialnych, a nie sztucznie nadawać rzeczy niematerialnej znamiono rzadkości.

  6. Corvus

    Również uważam, że w takim wypadku tylko pierwszego nabywcę, czyli tego który zaakceptował umowę – producent oprogramowania ma święte prawo ścigać i domagać się satysfakcji.
    Z drugiej strony, osoby które doskonale wiedzą jak brzmi umowa akurat w tym aspekcie postępują nie etycznie – ale to tylko i wyłącznie moja opinia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *