Anarchizm i jego zwolennicy nie cieszą się zbyt dużym poważaniem społecznym. Większość osób bez wahania podpisałoby się pod słynną wypowiedzią Ayn Rand, iż anarchia, jako zagadnienie polityczne, jest naiwną bezprzedmiotową abstrakcją (…) społeczeństwo bez zorganizowanego rządu znalazłoby się na łasce pierwszego lepszego przestępcy, który wtrąciłby je w chaos potyczek między bandami. [1] Są jednak i tacy, dla których słowo to nie ma pejoratywnego zabarwienia, zaś społeczność bez państwa uważają za stan nie tylko możliwy do osiągnięcia, ale i pożądany. Co warte podkreślenia, nie są to wyłącznie przedstawiciele młodzieżowych subkultur i lewaccy demonstranci demolujący hipermarkety w proteście przeciwko globalizacji. Teoretycy anarchizmu zatrudniani są na wydziałach prawa i ekonomii najlepszych uniwersytetów na świecie, a ich bestsellerowe publikacje spotykają się z entuzjastycznymi recenzjami laureatów Nagrody Nobla. [2] Milton Friedman, będący bezsprzecznie jednym z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku, w wywiadzie dla miesięcznika Reason mówi “chciałbym być anarchistą”. Publicysta opiniotwórczego New Yorker’a w głównym artykule numeru pisze, iż anarchia to następna wielka rzecz w wymiarze sprawiedliwości zaś polski Wprost z okładki nawołuje Sprywatyzujmy więzienia, armię i policję! [3]
To wzmożone zainteresowanie anarchizmem zawdzięczamy w dużej mierze wysiłkom profesora Murray’a Newtona Rothbarda (1926-1995), który przez ponad czterdzieści lat działalności naukowej i publicystycznej z zapałem bronił tezy, iż nie istnieje żadna niezbędna społecznie funkcja państwa, która nie mogłaby być taniej, skuteczniej i efektywniej świadczona w drodze dobrowolnych umów rynkowych. Jakkolwiek niedorzeczną by się ona wydawała, ten wybitny ekonomista szkoły austriackiej, za sprawą przeszło 25 książek, wielu setek artykułów [4] i niezliczonych wykładów zdołał do niej przekonać tysiące osób, w tym wielu prominentnych ekonomistów, politologów, historyków i socjologów. [5] Początkowo marginalizowany przez akademię i osamotniony w swych wysiłkach, dziś znajduje w środowisku naukowym wielu naśladowców, z nie mniejszą pasją kontynuujących zaczęte przez niego badania. Anarchizm, który jeszcze trzydzieści lat temu wzbudzał co najwyżej uśmiech politowania, w ciągu ostatnich dziesięcioleci zyskał orędowników, z których opiniami liczą się najwybitniejsi przedstawiciele nauk społecznych.
Szczególne zainteresowanie teoretycznym modelem społeczeństwa bezpaństwowego wykazują zwłaszcza przedstawiciele wirgińskiej szkoły w ekonomii. [6] Sceptycyzm, z jakim odnoszą się oni do instytucji państwa, każe im poważnie zastanowić się nad anarchistyczną alternatywą dla demokratycznego Lewiatana. Najwybitniejszy przedstawiciel tej szkoły, noblista James Buchanan, stwierdza, iż ideałem każdego indywidualisty powinna być anarchia [7] i choć po wnikliwej analizie odrzuca ów ideał jako niepraktyczny, przyznaje, iż argumenty wysuwane przez anarchistów warte są rozważenia. [8] Na łamach sztandarowego pisma tej szkoły regularnie ukazują się artykuły podważające tą konkluzje. Zdaniem wielu zwolenników teorii publicznego wyboru anarchizm jest doktryną nie tylko intrygującą, ale i słuszną. [9]
Dla czytelnika podzielającego tradycyjny, wręcz podręcznikowy pogląd, w myśl którego anarchia jest równoznaczna z chaosem, dezorganizacją i wojną każdego z każdym, zainteresowanie jakim cieszy się ta teoria w środowisku akademickim może się wydać zupełnie niezrozumiałe. Czyż anarchistyczne mrzonki nie zostały ostatecznie rozwiane już trzysta pięćdziesiąt lat temu za sprawą “Lewiatana” Hobbesa? Czy nieustające wojny gangów i towarzyszące im cierpienia zagłodzonych na śmierć Somalijczyków nie stanowią dostatecznego potwierdzenia tezy, iż w społeczności pozbawionej państwa, życie człowieka byłoby samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie? [10] Wyjaśnienia tego paradoksu należy upatrywać w tym, iż w teorii państwa i prawa anarchizm pełnił przez wiele lat rolę ibsenowskiej kobiety, której nikt nigdy nie rozumiał. To, co dla politologa jest nozickowskim państwem ultraminimalnym, dla anarchisty może być idealnym przykładem proponowanej już w połowie XIX wieku panarchii de Puydt’a [11]. Z kolei to, co dla zwolenników społeczeństwa bezpaństwowego będzie przykładem rozpaczliwej walki o władzę w upadającym państwie, dla publicystów może być ilustracją anarchii w najgorszym wydaniu. Czym zatem jest anarchizm? Jak zdefiniować tą doktrynę tak, by nie pozostawiała ona żadnych wątpliwości, co do swych postulatów? By nie wdawać się w niekończące się rozważania semantyczno-historyczne oddam głos jednemu z najwybitniejszych przedstawicieli współczesnego anarchizmu, profesorowi Davidowi Friedmanowi. Anarchiści, wbrew propagandzie swych przeciwników nie pragną chaosu. Tak jak wszyscy inni ludzie chcą być chronieni przed złodziejami i mordercami. Chcą, by funkcjonował jakiś pokojowy sposób rozstrzygania sporów. Pragną, być może nawet bardziej niż inni ludzie, móc bronić się przed najazdem zewnętrznym. W końcu jaki byłby sens obalania własnego rządu, jeśli miałby on zostać zastąpiony przez inny? To czego nie chcą, to to, by te użyteczne usługi – dziś wykonywane przez policje, sądy i obronę narodową – były świadczone przez państwo. [12] Jednym słowem, anarchizm w ujęciu anarchistów, to nie brak jakiejkolwiek organizacji, lecz brak Lewiatana, a to, jak uczy nas teoria publicznego wyboru, już dobry początek.
Zapewnienia anarchistów o ich dobrych intencjach byłyby niewiele warte, gdyby nie przedstawiali oni argumentów przemawiających za możliwością pokojowego współistnienia ludzi w społeczności pozbawionej państwowego aparatu przymusu. Postulat ten jest jednak posiłkowany wynikami licznych badań historycznych i doświadczeń prowadzonych w ramach eksperymentalnej ekonomii, teorii gier, socjologii i antropologii prawa, a nawet socjobiologii. [13] Celem niniejszego tekstu jest ich przedstawienie, rozwinięcie i obrona.
Przedstawiciele współczesnej ekonomii politycznej, opierając się na wynikach eksperymentalnych badań prowadzonych w ramach teorii gier twierdzą, iż każda społeczność pragnąca uniknięcia wyniszczającej wojny każdego z każdym, musi znaleźć rozwiązanie dla trzech problemów, ujętych w teoretyczne ramy gier kooperacyjnych, dylematu więźnia i dylematu kurczaków (z ang. chicken game). [14]
Gry kooperacyjne obejmują cały szereg społecznych interakcji, takich jak wybór języka, pieniędzy, reguł zachowania, czy choćby prawidłowego sposobu poruszania się po jezdni (ruch prawo-, lub lewostronny). W swym klasycznym ujęciu stanowią one uzasadnienie dla istnienia państwa jako koniecznego mechanizmu regulacji zachowań jednostkowych, gdyż jak wykazują wyniki tzw. gier nagród (a zwłaszcza harmonii) [15] nawet w przypadku pełnej zgodności preferencji uczestników gry istnieje pokusa do zastosowania strategii konfliktu, zaś złamanie współpracy przez jednego gracza pociąga za sobą zmianę zachowania drugiego i w konsekwencji stratę obu. Przykładem mogą tu być pijani kierowcy jeżdżący pod prąd, Papuasi płacący w Polsce psimi zębami, czy Amerykanin przemawiający na zorganizowanej przez Francuzów konferencji w języku angielskim.
Dylemat więźnia odnosi się do wszelkich interakcji opartych na wzajemności, w tym także do dobrowolnych wymian. Paradoks tej gry polega na tym, że choć społeczeństwo jako całość zyskuje na pokojowej współpracy, nie leży ona w interesie racjonalnych jednostek. Brak wzajemnego zaufania występujący między uczestnikami tej gry powoduje niekorzystne konsekwencje dla obu stron. [16] Stąd też, jak twierdzą etatyści, państwo gwarantujące wykonywanie umów jest instytucją nie tylko konieczną, ale i użyteczną, gdyż przyczynia się do wzrostu społecznego dobrobytu.
W końcu dylemat kurczaka dotyczy wszelkich sytuacji, w których występuje rywalizacja. Idea tej gry polega na tym, iż nierówna dystrybucja wygranej skłania obu jej uczestników do zastosowania strategii konfliktu. Wprawdzie obaj gracze mogą równocześnie odnosić sukcesy, ale najczęściej jeden z nich będzie wygrywał więcej od drugiego, zaś jeśli obaj przegrywają to jeden z nich straci więcej. Mechanizm ten podważa więc chęć współpracy społecznej początkowo deklarowanej przez graczy. [17] W świecie rzeczywistym efekty tej gry możemy obserwować zwłaszcza w konfliktach powstałych na tle pochodzenia, uznawania i egzekucji praw własności. Ponieważ ze swej natury instytucja ta prowadzi do nierównego podziału dóbr, rodzi ona sprzeczność interesów, któremu w myśl większości przedstawicieli nauk społecznych zaradzić może tylko władza państwowa.
W ujęciu klasycznej teorii państwa i prawa, powstanie państwa jest zatem efektem procesu zapoczątkowanego nierozwiązywalnymi w ramach stanu natury, sprzecznościami i konfliktami interesów. Jak piszą profesorowie Groszyk i Korybski zachowanie spójności układu społecznego wymaga (…) wytworzenia takiego mechanizmu podziału konfliktowych dóbr oraz organizacji działań w skali zbiorowej, który byłby w stanie zapewnić dynamiczną równowagę układu, mimo różnorodnych konfliktów dezintegrujących ów układ. W historycznym rozwoju form organizacyjnych życia społecznego konieczne okazało się więc nadbudowanie tego układu relacjami władzy, polegającymi na uprawnieniu do podejmowania wiążących decyzji dotyczących organizowania działań, a także do rozdziału konfliktowych dóbr między jednostki i grupy społeczne. Relacje te stanowią cechę charakterystyczną organizacji państwowej, łącząc organy państwowe wyposażone w uprawnienia władcze oraz obywateli, zobowiązanych do podporządkowania się decyzjom opatrzonym sankcją organizacji państwowej. [18]
Zdaniem anarchistów rozumowanie to jest błędne. Odwołując się do słynnego w ekonomii rozróżnienia na widzialne i niewidzialne konsekwencje regulacji rynku [19], prof. Bertrand Lemennicier twierdzi [20], iż to co widzą etatyści, to państwo, którego powstanie próbują uzasadnić ex post, a to czego nie dostrzegają, to bezpaństwowa alternatywa wyeliminowana przez interwencję rządu. Tymczasem dopiero porównanie obu tych form organizacyjnych może stanowić podstawę do wydawania opinii na temat konieczności istnienia państwa. Bez analizy konkurencyjnych rozwiązań problemów społecznej interakcji wnioski wyprowadzane przez jego zwolenników stanowią nieuprawnione non sequitur.
Podstawowym powodem dla, którego anarchizm traktowany jest jako naiwna bezprzedmiotowa abstrakcja, niewarta zainteresowania poważnego badacza, jest powszechne przekonanie, iż społeczność bez państwa pogrążyłaby się w nieustającej wojnie każdego z każdym. Jak pisze główny popularyzator tego poglądu, Tomasz Hobbes gdy ludzie żyją nie mając nad sobą mocy, która by ich wszystkich trzymała w strachu, to znajdują się w stanie, który zwie się wojną, i to w stanie takiej wojny jak gdyby każdy był w wojnie z każdym innym (…). Wszystko, co się odnosi do czasu wojny, w którym każdy człowiek jest nieprzyjacielem każdego innego, to odnosi się również do czasu, w którym ludzie żyją bez żadnego zabezpieczenia niż to, jakie im daje własna siła i własna inwencja. W takim stanie nie ma miejsca na pracowitość, albowiem niepewny jest owoc pracy, i co za tym idzie, nie ma miejsca na odrabianie ziemi ani na żeglowanie, nie ma bowiem żadnego pożytku z dóbr, które mogą być przywiezione morzem; nie ma wygodnego budownictwa, nie ma narzędzi do poruszania i przesuwania rzeczy, co wymaga wiele siły, nie ma wiedzy o powierzchni ziemi, ani obliczania czasu, ani kultury, ani umiejętności, ani sztuki słowa, ani społeczności. A co najgorsze jest bezustanny strach i niebezpieczeństwo gwałtownej śmierci. I życie człowieka jest samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie. [21]
Choć historii nie jest znana żadna społeczność, która odpowiadałaby temu opisowi (co zresztą Hobbes sam przyznaje), trudno jest znaleźć kogokolwiek kto by kwestionował wynikającą z niego konkluzję. Zgłaszane są wprawdzie zastrzeżenia co do karykaturalizmu hobbesiańskiej wizji stanu natury, jednak nie wpływają one na konsensus, jaki panuje w tej kwestii w teorii państwa i prawa. Powstanie organizacji państwowej, wraz z jej centralnymi instytucjami: systemem organów władzy państwowej oraz aparatem legalnego przymusu, traktowane jest w niej jako wynik naturalnego procesu zapoczątkowanego nierozwiązywalnymi w przedpaństwowych organizacjach problemami życia społecznego tj. rozbieżnością między ujawnionymi potrzebami, a ograniczonym zasobem dóbr mogących je zaspokoić i niemożnością opanowania konfliktów na tym tle. [22] Wobec braku dowodów historycznych potwierdzających powyższą tezę jest ona posiłkowana wynikami eksperymentów prowadzonych w ramach teorii gier. Koronnym świadkiem etatystów jest dylemat więźnia.
| Gracz B – współpraca | Gracz B – zdrada | |
| Gracz A – współpraca | A 3, B 3 | A 1, B 4 |
| Gracz A – zdrada | A 4, B 1 | A 2, B 2 |
Jak wskazuje powyższa matryca, obaj gracze mają do wyboru dwie strategie, współpracę i zdradę, we wspólnym interesie obojga leży współpraca, jednak niezależnie od tego jak zachowa się przeciwnik, każdy z nich odniesie największą korzyść jednostkową, jeśli zdradzi. W dylemacie więźnia, gdyż właśnie z nim mamy tu do czynienia, konkurują dwa rodzaje racjonalności: egoistyczna (indywidualistyczna lub konfliktowa) oraz altruistyczna (kooperatywna i prospołeczna). Dwaj uczestnicy działając na podstawie założenia racjonalności indywidualistycznej, w sposób nieuchronny doprowadzają do najmniej korzystnego wyniku – obaj wysoko przegrywają, bowiem dążą do korzyści jednostronnych. Z kolei, gdyby obaj w działaniu wykorzystywali zasady racjonalności społecznej, to obaj odnosiliby sukcesy. Wystarczy jednak, że jeden z nich zdecyduje się na działania egoistyczne, osiągając znaczny sukces indywidualny, by doprowadzić do zmiany postawy swego partnera, który zaczyna działać równie egoistycznie, między innymi ze względu na utratę zaufania do partnera. Na przecięciu dwu strategii egoistycznych czekają na nich kary za załamanie współpracy. Obaj przegrywają choć mogliby przecież wygrywać. [23]
Przekładając tą sytuację na język życia codziennego wyobraźmy sobie A(dama) dysponującego 20 złotymi i poszukującego np. kasety z nagraniem katowickiego koncertu Vandermark 5 i B(asię), która choć nie przepada za free jazzem ma tą kasetę i zamiast niej wolałaby mieć 20 zł. W interesie obojga leży dokonanie obustronnej wymiany, jednak każde z nich odniosłoby jeszcze większą korzyść gdyby po otrzymaniu przedmiotu transakcji nie płacąc zań zbiegło. Wszak lepiej mieć 20 zł i kasetę, niż samą kasetę lub tylko 20 zł. Ich rozumowanie wygląda zatem następujaco: “Jeśli druga strona mi zaufa i zdecyduje się na współpracę, a ja ją zdradzę, to będę miał(a) i pieniądze i kasetę, jeśli zaś ona nie zamierza współpracować ze mną, to i ja nie powinienem/powinnam jej ufać. Niezależnie od tego jak ona się zachowa, ja odniosę największą korzyść jeśli nie dotrzymam umowy”. W interesie racjonalnych jednostek leży zatem zdrada, a że obie strony myślą w ten sam sposób, do wymiany albo nie dojdzie wcale, albo zakończy się ona stratą jednej z nich. Ponieważ zaś do takich interakcji może dojść pomiędzy dowolnymi dwiema osobami, efektem jest permanentny konflikt każdego z każdym.
Zdaniem Hobbesa ową nierozwiązywalną w stanie natury sprzeczność interesów można przełamać w tylko jeden sposób, poprzez nadbudowanie relacji społecznych relacjami władzy, czyli ustanowienie w drodze umowy społecznej suwerena, który (używając obcej mu terminologii teorii gier) narzucając swoją wolę graczom doprowadziłby do wyboru przez nich optymalnej strategii. Jedyną drogą do tego, żeby ustanowić taką moc nad ogółem ludzi, która by była zdolna bronić ich od napaści obcych i od krzywd, jakie sobie czynią wzajemnie, i która by przez to dawała im takie bezpieczeństwo iżby swoim własnym staraniem i płodami ziemi mogli się wyżywić i żyć w zadowoleniu – otóż jedyną taką drogą jest przenieść całą ich moc i siłę na jednego człowieka, albo na jedno zgromadzenie ludzi, które by mogło większością głosów sprowadzić indywidualną wolę ich wszystkich do jednej woli. A to znaczy tyleż, co: ustanowić jednego człowieka czy jedno zgromadzenie, które by ucieleśniało ich zbiorową osobę. I trzeba by też, by każdy uznawał i przyznawał, że jest mocodawcą wszystkiego tego, (…) co uczyni lub sprawi, ten kto reprezentuje ich osobę, żeby więc każdy podporządkował swoją wolą, woli tego reprezentanta i swój sąd o rzeczach jego sądowi (…) I tak powstaje ten wielki Lewiatan (…), któremu zawdzięczamy nasz pokój i naszą obronę. [24]
Paradoks tego rozwiązania polega na tym, że jeśli Hobbes ma rację… to się myli. Jeśli nie możemy oczekiwać od racjonalnych jednostek by dotrzymywały umów, dlaczego mielibyśmy oczekiwać tego od suwerena? Wszak on też jest racjonalną jednostką nie mającą nad sobą mocy, która by go trzymała w strachu. Jeśli w stanie natury każdy człowiek jest drugiemu wilkiem, dlaczego suweren nie miałby być nim w stosunku do swych poddanych? Qui custodiet ipsos custodes – kto pilnuje pilnujących i kto miałoby ich powstrzymać przed łamaniem reguł umowy społecznej? Gdyby założenie leżące u podstawy hobbesiańskiej wersji stanu natury było prawdziwe, to nad suwerenem musiałby być ustanowiony meta-suweren, nad nim jeszcze jeden i tak ad infinitium. Kontrakt, na mocy którego ludzie mieliby powołać państwo borykałby się z problemem, któremu miał zaradzić. [25] Zarzut niewykonywalności umów – o ile słuszny – stanowiłby zatem argument zarówno przeciwko anarchii, jak i państwu.
By zrozumieć błąd kryjący się w rozumowaniu autora “Lewiatana” wystarczy zdać sobie sprawę z faktu, że zgodnie z wyznawanym przez niego poglądem w sytuacji braku hierarchicznego podporządkowania niemożliwa jest jakakolwiek pokojowa współpraca pomiędzy dwoma osobami. Konsekwencją przyjęcia takiego założenia jest stwierdzenie, że np. do sprzedaży gazety dojdzie tylko wówczas, gdy właściciel kiosku sprawuje władzę nad klientem, bądź odwrotnie kupujący nad kioskarzem, czy wreszcie ktoś trzeci nad nimi dwoma. Konkluzja ta, choć prawidłowa z punktu widzenia logiki, jest nie do utrzymania w świetle nawet najbardziej elementarnych badań empirycznych. Jeśli zaś wynik argumentacji jest w sposób oczywiście błędny, a sam przebieg rozumowania prawidłowy, to zgodnie z zasadami logiki fałszywa musi być co najmniej jedna z jego przesłanek. Tak jest i tym razem.
Dylemat więźnia, taki jakim go przedstawiają podręczniki, bardzo rzadko występuje w świecie rzeczywistym. Klasyczny model tej gry zakłada, że jej uczestnicy spotykają się tylko raz i swą strategię obliczają tylko na ten jeden, jedyny raz. Przy takim założeniu zdrada rzeczywiście jest racjonalnym zachowaniem. Ale czy jest ona racjonalną strategią w naszych codziennych, a więc wielokrotnie powtarzanych, interakcjach ze znajomymi, rodziną, pracodawcami, sąsiadami, sprzedawczynią z pobliskiego warzywniaka…? Nie trzeba wcale być socjologiem, ekonomistą czy prawnikiem, by wiedzieć, że w takich przypadkach zdrada nie popłaca. Ten powszechny osąd znajduje potwierdzenie w eksperymentach dokonywanych w ramach teorii gier. [26]
W 1979 roku młody amerykański politolog Robert Axelrod zorganizował komputerowy turniej teoretyków gier, mający zbadać logikę współpracy. Poprosił czternastu najwybitniejszych specjalistów z tej dziedziny o opracowanie metatstrategii dla stron biorących udział w powtarzających się grach niekooperacyjnych. Po przełożeniu ich na język programów komputerowych rozegrały one dwieście razy dylemat więźnia (w systemie każdy z każdym, każdy ze sobą i losowym). Zwycięzca każdej gry otrzymywał jeden punkt, a po ich zsumowaniu wyłoniono tryumfatora całego turnieju. Ku zaskoczeniu wszystkich zainteresowanych pierwsze osiem miejsc zajęły taktyki pokojowe, zaś miejsce na najwyższym podium zdobyła opracowana przez A. Rapoporta, strategia tit-for-tat (wet za wet), polegająca na rozpoczynaniu gry od współpracy, a następnie na powtarzaniu zachowania partnera z poprzedniego ruchu.
Szczególnie intrygującymi okazały się być wyniki naśladującej ewolucję symulacji “zwycięzca bierze wszystko”, w której programy komputerowe konkurowały o miejsce na ekranie komputera, w taki sam sposób, w jaki znane nam stworzenia rozmnażały się i rywalizowały o przestrzeń życiowa w świecie rzeczywistym. Nieudane strategie stopniowo zanikały, zostawiając na placu boju najlepiej dostosowane do warunków programy. Początkowo agresywne programy zdobywały teren kosztem pokojowych i naiwnych. Drapieżcom kroku dotrzymywały tylko programy kierujące się strategia tit-for-tat. Wkrótce jednak agresorom zabrakło łatwych ofiar i coraz częściej natykały się na siebie nawzajem, w efekcie czego ich liczba zaczęła gwałtownie spadać. Wówczas programy działające na zasadzie wet za wet wysunęły się na czoło ewolucyjnego peletonu, by w końcu zostać na polu bitwy same. [27] Eksperyment ten były później wielokrotnie powtarzany, przy zastosowaniu różnych technik badawczych, w tym także badań empirycznych i za każdym razem efekt był ten sam – kooperacja wypierała agresję. [28]
Ten paradoksalny z punktu widzenia teorii gier wynik znajduje potwierdzenie w naszych codziennych interakcjach. Olbrzymia większość ludzi nawet przy jednorazowych kontaktach z nieznajomymi postępuje w sposób uczciwy i to nie tylko dlatego, że sami chcą być traktowani tak samo. Ekonomiczna analiza zachowań ludzkich wykazuje [29], że we wszelkich dobrowolnych stosunkach społecznych promowane są zachowania przyjazne. Osoba, o której powszechnie wiadomo, że można na niej polegać jest atrakcyjnym znajomym, pracownikiem, współlokatorem, najemcą etc. Współpraca z takimi osobami oszczędza nam nie tylko koszta zdrady, ale i koszta zabezpieczeń przed nią, co z kolei pozytywnie odbija się na zyskach. W interesie racjonalnej jednostki jest zatem pozyskanie opinii uczciwego i uczynnego człowieka. Możliwym jest wprawdzie, że część osób przyjmie strategię hipokryzji tj. będzie zachowywała pozory uczciwości, przy jednoczesnym wykorzystywaniu wszelkich sposobnych okoliczności do zdrady (np. dokonywała kradzieży gdy nikt nie patrzy), jednak wraz ze wzrostem liczby hipokrytów wzrasta również cena jaką ludzie są skłonni zapłacić by ich zidentyfikować.
Na kooperacyjny rezultat dylematu więźnia w świecie rzeczywistym wpływa jeszcze jedna prawidłowość, która nie znalazła odzwierciedlenia w jego teoretycznym modelu. Jak sama nazwa tej gry wskazuje nie jest to typowa interakcja społeczna, gdyż gracze pozbawieni są możliwości porozumiewania się. Gdyby mogli komunikować się ze sobą oraz z innymi osobami, które wcześniej brały udział w podobnej grze z jednym z nich, wynik nawet jednorazowego spotkania byłby odmienny. [30] W naszych codziennych kontaktach nie musimy wszak od razu podejmować decyzji i wykonywać ich w całości. Możemy zatrzymać się niejako “wpół kroku” i np. podjąć negocjacje, zaciągnąć informacji na temat drugiej strony, skonsultować się z innymi osobami, zawrzeć umowę wstępną itp. Efekt tych zabiegów diametralnie zmienia niekorzystny wynik gry. Jeśli bowiem A wie, że B nie dotrzymuje umów, najprawdopodobniej nie będzie z nim ich zawierał i poszuka innego kontrahenta. Z kolei jeśli C wie od D, do którego ma zaufanie, że A jest uczciwymi i słownym człowiekiem, to mając do wyboru pomiędzy nim, a B wybierze tego pierwszego itd. [31] W takich warunkach o sukcesie każdego człowieka decyduje jego reputacja. Stąd też, jak stwierdza Anthony de Jasay, każdy kto ma nazwisko, dom, pracę – czyli każdy kto funkcjonuje w społeczeństwie – zastanowi się dwa razy nim zachowa się w sposób jaki nakazuje mu jednorazowy dylemat więźnia. [32]
Potwierdzenia prawidłowości powyższych wniosków dostarcza nam antropologia prawa, a zwłaszcza prowadzone w jej ramach badania na funkcjonowaniem społeczeństw pierwotnych. [33] Choć próżno doszukiwać się u nich jakiegoś zorganizowanego aparatu przemocy odpowiadającego weberowskiej definicji państwa, społeczności te nie pogrążyły się nieustającej w wojnie każdego z każdym. W myśl powszechnie wyznawanego poglądu, utwierdzanego przez popularne opracowania, dzieje się tak dlatego, że “dzicy” mają głębokie poszanowanie dla tradycji i zwyczaju, a nakazom ich poddają się automatycznie. Słuchają ich “niewolniczo”, “bezrefleksyjnie”, dzięki “inercji umysłowej” połączonej z obawą przed opinią publiczną i karą nadprzyrodzoną. [34] Wieloletnie badania prowadzone przez antropologów zadają kłam temu twierdzeniu. Jak stwierdza wybitny znawca społeczności prymitywnych prof. Bronisław Malinowski, przyzwyczajeni z natury rzeczy do szukania określonego aparatu ustanawiania, wykonywania i stosowania pod przymusem prawa, oglądamy się za czymś analogicznym w społeczeństwie dzikich, i nie odnajdując tam żadnych podobnych urządzeń, wnioskujemy, ze wszelkie nakazy prawa słuchane są dzięki tej tajemniczej skłonności dzikiego do ich słuchania. (…) [Etnografowie] zapewniają nas, że “bezrefleksyjne” czy “intuicyjne” metody, “instynktowne poddanie się” i jakieś tajemnicze “poczucie grupowe” dają nam za jednym zamachem wytłumaczenie prawa [i] porządku społecznego (…) Wygląda to wszystko razem na jakiś raj komunistyczny, lecz z pewnością nie jest słuszne w odniesieniu do tych społeczności, które znam z własnej obserwacji. [35]
Badania nad ustrojem społecznym prymitywnych plemion, prowadzone przez prof. Malinowskiego i wtórujących mu profesorów Popsila i Hoebela, wykazują, iż źródłem porządku społecznego jest w nich wzajemność i symetria relacji jednostkowych, czyli znana nam z eksperymentów prof. Axelroda strategia tit-for-tat! Wprawdzie, żaden z nich nie używa tego określenia (teoria gier jest wszak dużo młodszą dyscyplina naukową niż antropologia), jednak dokonywane przez nich opisy funkcjonowania tych społeczności każą podejrzewać, że gdyby było ono im znane, ani przez moment nie wahaliby się przed jego zastosowaniem.
Przyglądając się przez wiele lat stosunkom społecznym i transakcjom dokonywanym przez nowogwinejskich Papuasów z plemienia Kapauku, Melanezyjczyków z Archipelagu Trobriandzkiego, członków afrykańskiego plemienia Tiv i północnoamerykańskich Indian (a więc przedstawicieli odmiennych kultur, zamieszkujących w różnych strefach geograficznych i nie utrzymujących ze sobą żadnych kontaktów) niezależnie od siebie dochodzili do wniosku, że zasada wzajemności dostarcza sankcji dla każdej reguły życia społecznego. W każdym akcie występuje społeczny dualizm: dwie strony wymieniają usługi i funkcje i obie pilnują właściwej miary w wywiązywaniu się i rzetelności w postępowaniu strony przeciwnej. (…) Społeczne zachowanie krajowców opiera się na ściśle wymierzonym do ut des, zawsze skrupulatnie notowanym w pamięci i – na dłuższą metę – zrównoważonym. (…) We wszystkich [interakcjach społecznych] czynnik czy moment prawa, to znaczy skutecznego przymusu społecznego, polega na skomplikowanych zależnościach, przyczyniających się do tego, że ludzie dotrzymują zobowiązań. Najważniejszą z nich jest sposób w jaki różne transakcje wiążą się w łańcuch wzajemnych usług, z których każda musi być wynagrodzona w jakimś późniejszym terminie. [36]
W społeczności, w której nawet stosunki pomiędzy najbliższymi krewnymi opierają się na wzajemności i odpłacie za usługi, potrzeba współdziałania idzie ręka w rękę ze zrozumieniem zasady tit-for-tat. [37] Jak stwierdza prof. Malinowski, z faktu, że krajowcy wykonują swoje obowiązki nie wynika wcale, iż powodem ich uległości wobec norm społecznych jest jakiś nieobecny u cywilizowanego człowieka “instynkt”, “intuicyjny impuls”, czy mityczne “poczucie grupowe”. Jego zdaniem tylko wyjątkowo nieuważny badacz nie dostrzeże, iż pokojowa współpraca, jaką dostrzegamy wśród wszystkich społeczności przedpaństwowych ma swe źródło w precyzyjnym i skomplikowanym działaniu systemu, w którym każdy akt ma swoje miejsce i musi być niezawodnie wykonany. Chociaż najinteligentniejszy nawet krajowiec nie umie sformułować tego stanu rzeczy w ogólny, abstrakcyjny sposób lub przedstawić go jako teorii socjologicznej, to jednakże każdy dobrze zdaje sobie sprawę z jego istnienia i w każdym konkretnym wypadku potrafi przewidzieć wszelkie jego konsekwencje. [38]
Współpraca oparta na zasadzie wet za wet nie ogranicza się bynajmniej do społeczności prymitywnych. Jeden z jej współczesnych przykładów odnajdujemy w książce prof. Roberta Ellicksona Order Without Law. How Neighbors Settle Disputes (Cambridge 1991). Prowadząc w kalifornijskiej Shasta County badania nad problemem kosztów społecznych (czyli praktycznym zastosowaniem tzw. Coase theorem [39]), dostrzegł on w zachowaniach mieszkających tam farmerów zaskakującą prawidłowość – pomimo nad wyraz rozwiniętych przepisów prawa sąsiedzkiego i własnościowego, w swych codziennych interakcjach kierowali się oni nie prawem stanowionym, lecz często znacznie od niego odbiegającym, spontanicznie ewoluującym systemem norm, nie mających jakiegokolwiek oparcia w sądach, legislaturze czy innych organach państwowych.
Z powodu wysokich kosztów rozpraw sądowych i długotrwałego oczekiwania na wydanie wyroku w najprostszych nawet sprawach, tamtejsi hodowcy bydła opracowali własny sposób rozstrzygania sąsiedzkich sporów, oparty na kilku nie wywołujących kontrowersji, powszechnie uznawanych zasadach. [40] 1) Każdy farmer ponosi pełną odpowiedzialność za szkodę wywołana przez jego inwentarz. 2) Właściciel ziemski, który wybuduje ogrodzenie oddzielające jego pastwiska, od pastwisk sąsiadów ma prawo domagać się od nich pokrycia połowy udokumentowanych i uzasadnionych kosztów. 3) Drobne szkody nie są traktowane jako wykroczenia, chyba że stale się powtarzają. 4) Strona, której prawo własności zostało naruszone ma: a) powiadomić hodowcę o wyrządzonych przez jego zwierzęta szkodach i poprosić go o ich wyrównanie b) jeśli to nie poskutkuje, powiadomić o jego nieuczciwym zachowaniu wszystkich okolicznych właścicieli ziemskich i c) w ostateczności zająć inwentarz o wartości równej poniesionej szkodzie. 5) Spory nie trafiają do państwowych sądów ( jak stwierdza Norman Wagoner z Shasta County Board of Supervisors, Being good neighbors means no lawsuits).
Nie trzeba dokonywać wielostronicowej ekonomicznej analizy tego systemu by zauważyć, że jest on dużo bardziej efektywny niż państwowe sądownictwo; przede wszystkim jest zdecydowanie mniej kosztowny, znacznie szybszy, bardziej przewidywalny, lepiej opiera się racjonalnej ignorancji (wszak taniej jest przestrzegać ustalonych w danej społeczności zwyczajów niż studiować prawo) i przez to skuteczniejszy. W podobny sposób ze sporami radzą sobie Amisze, Hutteryci, Kwakrowie, nowojorscy handlarze diamentami, międzynarodowi kupcy i wiele, wiele innych społeczności. [41] Wszystkie one w swych działaniach zdają się w nieuświadomiony sposób kierować maksymą Davida Hume’a, który w Traktacie o naturze ludzkiej [42] pisał – Uczę się oddawać usługi innemu człowiekowi, nie żywiąc do niego żadnej przychylności; a to dlatego, że przewiduję, iż odwzajemni się za moją usługę, oczekując innej usługi tego samego rodzaju, oraz w tym celu, iżby zachować tę samą wymianę świadczeń ze mną czy też z innymi. Toteż gdy ja mu oddałem usługę i gdy on osiągnął korzyść z mojego działania skłonny jest on wykonać swoje świadczenie wzajemne, ponieważ przewiduje konsekwencje swojej odmowy. Tit-for-tat!
Praktyczne przykłady takiej kooperacji zabiegających o własne interesy jednostek odnajdujemy na każdym kroku. Weźmy choćby znany wszystkim umiejącym czytać i pisać ołówek. Choć wydaje się on być wręcz banalnie prostym urządzeniem, nie ma na świecie ani jednej osoby, która umiałaby go samodzielnie wykonać. [43] Spośród tysięcy ludzi biorących udział w produkcji ołówka nikt nie wykonuje swojej pracy dlatego, że chce go posiadać. Niektórzy z nich nigdy nie widzieli ołówka i nie mieliby pojęcia jak go wykorzystać. Każda z osób zaangażowana w proces jego tworzenia traktuje swoją pracę jako sposób na otrzymanie pożądanych przez nią dóbr i usług, które inni z kolei produkują po to, aby móc zaspokoić własne potrzeby.
Gdyby konkluzja wynikająca z dylematu więźnia była prawdziwa, żaden ołówek nie miałby prawa powstać. Nie było wszak nikogo siedzącego w centralnym urzędzie i wydającego rozkazy tym tysiącom ludzi. Żadna policja nie zmuszała do wykonywania poleceń, jako że nie były one wydawane. Wszyscy ci ludzie mieszkają w różnych miejscach świata, mówią różnymi językami, wyznają różne religie, może nawet nienawidzą się nawzajem – jednak żadna z tych różnic nie była przeszkodą, by współpracowali ze sobą nad wytworzeniem ołówka. [44]
Mechanizm rynkowy, będący niczym innym jak sumą dobrowolnych działań jednostek, jest być może najdoskonalszym [45], ale na pewno nie jedynym przykładem wyrafinowanej i skomplikowanej struktury, powstałej w sposób niezamierzony, jako wynik współpracy wielkiej liczby ludzi zabiegających o własne interesy. Kultura społeczeństwa, jego hierarchie wartości i obyczaje, język, wiedza naukowa, podział na dyscypliny, style muzyczne, czy w końcu instytucje społeczne (w tym pieniądze i prawo [46]), wszystko to rozwija się w ten sam sposób – poprzez swobodną wymianę, spontaniczną współpracę i ewolucję kompleksowej struktury, drogą prób i błędów, akceptacji i odrzucenia. [47]
Jak widać nawet pobieżna analiza dowodnie wykazuje, iż wbrew temu co pisze się na ten temat w klasycznej teorii państwa i prawa problemy społecznych interakcji nie są niemożliwe do przezwyciężenia. Z badań prowadzonych przez Axelroda, Taylora, Rosenthala i Palfreya wiemy, iż 1) współpraca może się narodzić nawet w świecie całkowicie zdominowanym przez konflikty, wszystko czego nam potrzeba do wyrwania się z hobbesiańskiej dżungli to dobrowolna kooperacja dwóch osób kierujących się zasadą wet za wet – ponieważ zachowanie takie przynosi zysk jedynie uczciwym graczom, troska o własny interes będzie mobilizowała racjonalnych egoistów do pokojowej kooperacji; 2) strategia oparta na wzajemności dzięki korzyściom jakie przynosi obu stronom będzie stale powiększała grono swoich zwolenników, nawet jeśli początkowo jest stosowana przez bardzo małą grupę ludzi; 3) dzięki swej atrakcyjności współpraca społeczna skutecznie obroni się przed mniej pokojowymi strategiami. [48] Alternatywą dla państwa nie jest więc wojna każdego z każdym, lecz pokojowe społeczności, w których przemoc jest raczej wyjątkiem niż regułą. A jeśli tak, to dla urzeczywistnienia buchananowskiego ideału społeczeństwa anarchistycznego (wbrew temu co sądzi sam Buchanan [49]) nie jest wymagana zmiana ludzkiej natury, a jedynie znalezienie skutecznego sposobu zwalczania przestępczości przy braku państwowych środków przymusu.
II
“Stracona nasza dawna prostota czasów,
świat obfituje w prawa i roi się od zbrodni”
(Z procesu przeciwko Ameryce, Anonim 1775)
Rosnąca przestępczość jest jednym z najpoważniejszych problemów, z jakimi borykają się współczesne społeczeństwa. Jest to o tyle zaskakujące, że jesteśmy dziś dużo bogatsi niż dawniej i teoretycznie powinniśmy móc lepiej chronić życie i własność, niż mogliśmy to robić np. sto lat temu, kiedy zasoby społeczne były znacznie mniejsze. Tymczasem, za stałym wzrostem dostępnych nam środków zdaje się podążać równie trwały wzrost liczby dokonywanych przestępstw. Przeciętny obywatel czuje się dziś mniej bezpieczny niż kiedykolwiek na przestrzeni minionego wieku. Niską skuteczność w zwalczaniu przestępczości tłumaczy się zwykle zbyt małą liczbą stróży porządku, ich złym zorganizowaniem, oraz za niskimi nakładami na bezpieczeństwo. Na tym etapie pracy nie będzie już chyba dla nikogo zaskoczeniem, gdy napiszę, iż zwolennicy ekonomicznej analizy prawa mają na ten temat całkowicie odmienny pogląd.
Sądzimy, że wzrost roli rządu w ostatnich dekadach i rosnące rozmiary przestępczości w tym samym czasie są w dużym stopniu dwiema stronami tego samego medalu. Przestępczość nasiliła się nie pomimo tego, że wzrosła rola rządu, ale w dużej mierze dlatego, że wzrosła. [50] Zdaniem autorów powyższej wypowiedzi, państwa Miltona i Rose Friedmanów, jednym z najistotniejszych czynników wpływających na niską efektywność policji jest gwałtowne powiększenie liczby czynów, które stały się w ostatnich czasach przestępstwami (tzw. overcriminalization). [51] W rezultacie namnożenia się praw, przepisów i różnego rodzaju regulacji ich egzekwowanie przez służby porządkowe stało się w dużej mierze kwestią uznaniową. [52] Ze względu na oczywiste ograniczenia czasu i środków nie jest możliwe, by funkcjonariusze policji jednakowo reagowali na wszelkie przejawy łamania prawa. Muszą oni dokonać hierarchizacji celów. Problem jednak w tym, że interes społeczny nie zawsze pokrywa się z interesem jednostkowym stróżów prawa.
Z wewnętrznych kontroli przeprowadzanych w Policji wynika, iż znaczna część policjantów zamiast sumiennie wykonywać powierzone im funkcje, oddaje się pozoranctwu. Dla przykładu, w Poznaniu policjanci zamiast patrolować powierzone ich ochronie rewiry, po kilka godzin dziennie spędzali w barach, na stacjach benzynowych, odwozili przygodnie napotkane kobiety do domów, pili (i często nadużywali) alkohol oraz wykorzystywali służbowe samochody do celów prywatnych (w tym nawet do 200 kilometrowych kursów). [53] Nie były to wcale odosobnione przypadki, kontrolerzy NIK w swym raporcie nt. policji alarmują, iż już w pierwszych miesiącach służby nowopowoływani funkcjonariusze dopuszczają się m.in. zaniechania czynności służbowych, samowolnego opuszczania trasy patrolowania, spożywania alkoholu w czasie służby, wprowadzania w błąd przełożonych oraz przyjmowania korzyści majątkowych w zamian za rezygnacje z nadawania sprawom toku służbowego. [54] Co więcej nawet w przypadku, gdy funkcjonariusze wykonują swe zadania służbowe, koncentrują się na tych, które wymagają najmniej wysiłku – zamiast ścigać niebezpiecznych przestępców, nękają bezdomnych, osoby pijące alkohol w miejscach publicznych, ulicznych sprzedawców, grafficiarzy, kierowców parkujących swe samochody w nieodpowiednich miejscach, jednym słowem ścigają osoby, które zwykle nie stanowią realnego zagrożenia ani dla przypadkowego przechodnia, ani – co istotne – dla samych policjantów.
Dla przedstawicieli ekonomicznej analizy prawa przyczyna rozdźwięku między interesem społecznym, a prywatnym interesem stróżów prawa jest oczywista – policjanci, tak jak wszyscy inni ludzie dążą do maksymalizacji własnej użyteczności, a ponieważ ich wynagrodzenie nie jest uzależnione od efektywności ich pracy, mogą sobie pozwolić na pozoranctwo. Teoretycznie za niewywiązywanie się z obowiązków służbowych grożą im kary dyscyplinarne, łącznie ze zwolnieniem ze służby, ale podobnie jak w omawianym w poprzednim rozdziale przypadku administracji państwowej, środek ten jest bardzo mało efektywny. Jak bez ogródek stwierdza wysoki oficer Komendy Głównej Policji w praktyce, żeby wylecieć, trzeba przeskrobać coś konkretnego i wpaść na tym. Za bylejakość się nie zwalnia. Szkolenie policjanta kosztuje, (…) a nowy może być przecież jeszcze gorszy. [55]
Wiele państw stara się przełamać tą patową sytuację wprowadzając do policji motywujący system płac, w którym zarobki funkcjonariuszy oraz perspektywa awansu na lepiej opłacane stanowisko, są uzależnione od efektywności ich pracy. Jak jednak wykazują przedstawiciele ekonomicznej analizy prawa także i to rozwiązanie nie jest odporne na pokusę ulegania własnym potrzebom. Wyobraź sobie, że jestem policjantem dysponującym obciążającymi cię dowodami. Koszt, jaki poniesiesz, jeśli zostaniesz skazany, to 50 tys. dolarów grzywny lub odpowiednio długi pobyt w więzieniu. Z kolei zysk, jaki ja odnoszę z oddania cię w ręce sprawiedliwości to pochwała od oficera przełożonego i niewielki wzrost szansy na awans, warty dla mnie, powiedzmy 10 tys. $ przyszłego dochodu. Z punktu widzenia Dragnet reszta tej historii jest oczywista. Prowadzę cię wraz z dowodami przed oblicze prokuratora i na tym historia się kończy. W wyobraźni dążącego do maksymalizacji własnej użyteczności policjanta rysuje się równie oczywiste, choć jakże odmienne zakończenie. Sprzedaje ci dowody w cenie gdzieś między dziesięcioma, a pięćdziesięcioma tysiącami dolarów i oboje udajemy się do domów. [56] Rzecz jasna nie jest to pełny obraz tej historii, gdyby tak wyglądała ona w rzeczywistości, żaden przestępca nigdy nie trafiłby do więzienia. Współczesne policje podejmują wiele starań, by uniemożliwić tego rodzaje transakcje. Jednak niezależnie od tego jak bardzo starają się funkcjonariusze pionu wewnętrznego, opisywany wyżej problem korupcji nie tylko nie zanika, ale narasta. Z danych KGP wynika, iż liczba spraw o łapówkarstwo stale rośnie: w 1998 r. było ich 102, w 2000 r.135, a w ubiegłym roku już 162. Jak mówi Jacek Górecki, dyrektor Biura Spraw Wewnętrznych KGP: podczas pierwszych akcji przeciw łapownictwu wpadały całe załogi, na każdej służbie coś było pięćdziesiąt, sto złotych. Jedni brali, drudzy to tolerowali. [57] Ta koleżeńska solidarność sprawia, iż jedynie drobna część tego rodzaju przestępstw jest ujawniana.
Nobliści Gary Becker i George Stigler znaleźli prosty i jak sądzę skuteczny sposób na rozwiązanie problemów, z jakimi boryka się publiczny aparat ścigania. [58] Proponują oni, by państwo zamiast finansować nieefektywną i podatną na korupcję policję, oferowało nagrody pieniężne firmom, stowarzyszeniom lub indywidualnym osobom, które schwycą i postawią przed sądem osobę podejrzaną o przestępstwo. Jeśli się pomylą, tj. gdy sąd zdecyduje o niewinności doprowadzonego, będą musiały mu wypłacić odszkodowanie. Gdy zaś okaże się on winnym zarzucanych mu czynów, wówczas będą mogły dochodzić od niego wypłacenia grzywny (w wcześniej ustalonej przez odpowiednie ustawy wysokości). Co jednak, gdy okaże się, że skazany przestępca jest zbyt biedny by spełnić żądania łowców nagród? Wówczas zdaniem profesorów Beckera i Stiglera państwo wypłacałoby im wynagrodzenie ze środków budżetowych, a przestępcę umieszczałoby w prywatnym więzieniu [59], do czasu odpracowania przez niego odpowiedniej kwoty.
Zdaniem jego twórców i zwolenników, system ten miałby co najmniej trzy istotne przewagi nad publicznym aparatem ścigania. [60] Po pierwsze, niemal całkowicie wyeliminowałby korupcję. Przekupstwo ma bowiem sens jedynie wówczas, gdy koszt poniesiony przez przestępcę w przypadku jego złapania, jest wyższy niż korzyść, jaką z tego samego powodu odnosi policjant. [61] Obecnie stróże prawa otrzymują stałe wynagrodzenie niezależne od efektywności ich pracy, nie ma zatem dla nich żadnego znaczenia czy za ich sprawą do więzienia trafi, dajmy na to 10 czy 11 osób. Ma to jednak olbrzymie znaczenie dla kryminalistów, a to otwiera furtkę dla korupcji. Sytuacja zmienia się diametralnie gdy osoby egzekwujące prawo otrzymują wynagrodzenie za swe usługi z kieszeni schwytanych przez nie przestępców. W takim wypadku przekupstwo pozbawione jest sensu, bowiem aby przekonać łowcę nagród do zrezygnowania z wniesienia oskarżenia, przestępca musiałby zaoferować kwotę wyższą niż grzywna, jaką i tak musiałby mu zapłacić w przypadku jego skazania, a to rzecz jasna, zupełnie się nie opłaca. Jednak nawet gdyby doszło do takiej transakcji, to z punktu widzenia efektywności systemu nie stanowi ona żadnego problemu – łowca nagród otrzymuje wynagrodzenie, przestępca ponosi karę, a społeczeństwo oszczędza koszta procesu.
Dalej, rozwiązanie proponowane przez prof. Beckera i Stiglera pozostawia łowcom nagród wolną rękę co do wyboru metod i środków egzekucji prawa. System ten w połączeniu z motywującym działaniem nagród (im niższe koszta schwytania przestępcy, tym wyższy zysk z grzywny) promuje osoby i organizacje przyjmujące najbardziej efektywne rozwiązania. Możemy zatem oczekiwać, iż konkurujące ze sobą firmy prywatne będą zwalczały przestępczość dużo sprawniej niż dziś czyni to państwowa policja. Konkluzja ta znajduje odzwierciedlenie w badaniach empirycznych nad praktycznym funkcjonowaniem prywatnych agencji ochrony. Dla przykładu, w 1919 roku przedsiębiorcy zrzeszeni w American Railway Association, nie mogąc dłużej tolerować niskiej efektywności policji, powołali własne firmy ochroniarskie (tzw. Protection Section of the ARA) mające chronić pasażerów i towary przed nieustającymi napadami na pociągi. W ciągu następnych dziesięciu lat wykazały się one niezwykłą wręcz sprawnością. Suma odszkodowań wypłacanych przez koleje za utracone towary spadła o 97,7% (z 12 726 947 dolarów do 704 267 $ rocznie), liczba zatrzymań zakończonych skazaniem wzrosła do 80% i co nie mniej istotne, prawie w ogóle nie zdarzały się skargi na działalność prywatnych ochroniarzy. [62]
W końcu, system proponowany przez prof. Beckera i Stiglera stanowiłby dla ofiar przestępstw bodziec do podjęcia ściślejszej współpracy z organami ścigania. Z badań wynika, iż dziś m.in. na skutek braku zaufania w skuteczność jej działania, policja nie jest informowana o 60% popełnianych przestępstw. [63] Brak współdziałania ofiar z policją odbija się też negatywnie na wykrywalności sprawców, która jedynie w nielicznych państwach przekracza 35%. [64] Tymczasem w Japonii, gdzie pokrzywdzeni otrzymują od sprawców odszkodowania, odpowiednie służby chwytają sprawców co drugiego przestępstwa (dokładnie 52%). [65] Zdaniem prof. Bruce Bensona dzieje się tak w dużej mierze dlatego, że ofiary przestępstw chętniej współpracują z organami ścigania wiedząc, że jeśli uda im się znaleźć sprawcę, wyrówna on choć część poniesionych przez nie strat. [66] W opisywanym tutaj modelu mogłyby one liczyć na udział w grzywnie (lub na jej całość, gdyby same schwyciły przestępcę).
Ta ostatnia obserwacja poczyniona przez prof. Beckera i Stiglera doprowadziła kilku ekonomistów do przekonania, iż proponowany przez nich system można posunąć o jeden krok dalej. Dla skuteczniejszej walki z przestępczością można by nie tylko zrezygnować z publicznego aparatu ścigania, ale także… z prawa karnego. [67] Zdaniem m. in. prof. Davida Friedmana i Bryana Caplana, by tego dokonać wystarczy zastąpić retrybucyjny system kar pieniężnych restytucyjnym systemem odszkodowawczym, w którym miejsce grzywien zajęłyby odszkodowania płacone poszkodowanemu. W myśl tego postulatu każdy przestępca byłby zobowiązany do wyrównania wyrządzonych szkód, zwrotu uzasadnionych kosztów dochodzenia oraz zapłaty nawiązki, zaś uprawnienie do ich odbioru stanowiłoby prywatną własność ofiary, która mogłaby je odsprzedać dowolnie wybranej osobie. W teorii system ten wygląda następująco. Człowiek któremu bezprawnie wyrządzono krzywdę np. skradziono samochód, złamano rękę, czy nawet zabito bliską osobę zgłaszałaby ten fakt, wybranej przez siebie agencji detektywistycznej, która w zamian za wynegocjowaną cenę przejmowałaby od niego wspomniane wyżej uprawnienia. Od tego momentu to w jej interesie leżałoby odnalezienie przestępcy i doprowadzenie go przed oblicze sprawiedliwości. [68]
Pojawia się tu jednak kilka wątpliwości. O ile stosunkowo łatwo jest określić szkodę jaką odniesiono na skutek utraty samochodu, kradzieży komputera czy włamania do mieszkania, o tyle ustalenie wysokości odszkodowania za złamanie ręki, podbicie oka czy śmierć bliskiej osoby, wydaje być się decyzją wielce arbitralną. Dalej, co stanie się w przypadku gdy przestępca bez grosza przy duszy zostanie skazany na zapłacenie wielotysięcznej czy wręcz jeszcze wyżej kary? I w końcu, kto zająłby się ściganiem przestępstw bez ofiar (z ang. victimless crime)? [69]
Ustalenie wysokości odszkodowania za utratę życia lub zdrowia jest rzeczywiście kwestią kontrowersyjną lecz z pewnością nie niewykonalną, czego dowodem są codziennie podejmowane decyzje firm ubezpieczeniowych. Można wprawdzie argumentować, iż żadne pieniądze nie wyrównają fizycznego i psychicznego uszczerbku ofiary, jednak taki sam zarzut można by wysunąć wobec kary więzienia czy kary śmierci, zaś odszkodowanie ma nad nimi tą przewagę, że choć w części rekompensuje pokrzywdzonym i ich krewnym odniesioną przez nich stratę.
O wiele bardziej zasadna jest obawa, iż zasądzone odszkodowania będą w wielu wypadkach tak wysokie, że przestępca nie będzie w stanie ich spłacić. Ze znanych nam przykładów historycznych wynika wszak, iż w przeszłości odszkodowanie za zabicie człowieka równało się sumie od dwunastoletnich do nawet pięćdziesięcioletnich przeciętnych rocznych zarobków. [70] Zdaniem ekonomistów rozwiązaniem dla takich przypadków mogą być prywatne więzienia, w których skazani przestępcy odpracowywaliby swe długi. [71] Jeśli przestępca nie ma stałej pracy, lub jeśli uważa się, że mógłby uchylać się od swego zobowiązania, ofiara może wystąpić do sądu o zatrzymanie go razem z innymi mu podobnymi w obozie pracy, gdzie byłby zachęcany do zarabiania jak najwięcej. W interesie właścicieli obozów jest, by ich pensjonariusze wytwarzali jak najwięcej bogactwa. Nawet jeśli spłacenie długu ofierze wymaga więcej, niż wynosi długość całego życia, ofiara i jej towarzystwo ubezpieczeniowe wciąż chcą, by przestępca pracował w warunkach wystarczająco dobrych do spłacenia jak największej części swojego długu. [72]
Pojawia się tu oczywiste pytanie czy tego rodzaju system penitencjarny byłby ekonomicznie efektywny. Obozy pracy [73] obok tradycyjnych kosztów działalności musiałyby wszak ponosić także dodatkowe wydatki (np. wynagrodzenie dla strażników), które zdaniem wielu osób niekorzystnie odbijałoby się na ich konkurencyjności. Choć nie ma jednoznacznych wyliczeń, które ponad wszelką wątpliwość wykazywałyby, iż więźniowie mieliby dostatecznie wysoki produkt marginalny, by pokryć efektami swej pracy wspomniane koszta i nadto wypracować zysk, przeprowadzone niedawno eksperymenty nastawiają zwolenników tej koncepcji optymistycznie. [74] Za przykład niech posłuży tutaj np. Maine State Prison gdzie w latach 70-tych zarząd pozwolił osadzonym na prowadzenie samodzielnej działalności gospodarczej. W eksperymencie wzięło udział przeszło dwie trzecie penitencjariuszy – jeden z nich kupił więzienną kantynę, inny zatrudnił niemal 50 towarzyszy niedoli i zajął się sprzedażą i wynajmem telewizorów, jeszcze inni zajęli się naprawą urządzeń gospodarstwa domowego. Ku zaskoczeniu sceptyków większość z więziennych firm wypracowała (często całkiem spory) zysk. Jak jednak stwierdza pół żartem, pół serio prof. Bryan Caplan sukces tego eksperymentu nie powinien nas dziwić, w końcu, by np. sprzedawać narkotyki trzeba mieć nie lada smykałkę do interesów. [75]
W myśl ostatniej wysuwanej wobec tego systemu wątpliwości, rozwiązanie proponowane przez część ekonomistów sprawdza się tylko w przypadku przestępstw o małej i łatwo identyfikowalnej grupie ofiar. Zarzut ten jest słuszny, nie oznacza to jednak, iż problem w nim ujęty jest nierozwiązywalny. Pierwszym sposobem jego wyeliminowania jest całkowita dekryminalizacja tzw. przestępstw bez ofiar (z ang. victimless crime), wszak jeśli nie wyrządzają one nikomu krzywdy, to nie ma powodu by je ścigać [76]. Drugim, proponowanym np. przez prof. Beckera i Stiglera jest stosowanie w takich wypadkach actio popularis. [77] Dla przykładu, w przypadku dajmy na to zanieczyszczenia środowiska, każdy prawnik czy kancelaria adwokacka mogłaby działać w imieniu lokalnej społeczności i wysuwać oskarżenia, mając zobowiązanie podziału części uzyskanej sumy pomiędzy wszystkich członków społeczności, którzy tego zażądają. Prawnik zarabiałby na tych, którzy nie zażądaliby swego udziału, oraz na odsetkach od sum, które nie zostałyby szybko odebrane. W końcu trzecim rozwiązaniem jest pozostawienie tych kwestii w gestii społeczności własnościowych (z ang. proprietary communities). [78]
Jakkolwiek przedstawiony wyżej system prywatnych łowców nagród wydaje się być bliższy powieściom science-fiction niż rzeczywistości, historii znane są praktyczne przykłady jego funkcjonowania. [79]
Przez większą część historii Anglii w kraju tym nie istniała żadna instytucja, którą można by określić mianem państwowego aparatu ścigania. Pierwsze oddziały policji powołano dopiero w 1829 roku, a prokuraturę dopiero pięćdziesiąt lat później (by w 1884 roku ją zlikwidować i ponownie utworzyć w 1908). Do tego czasu łapaniem przestępców i stawianiem ich przed oblicze sądów zajmowali się członkowie stowarzyszeń samopomocy sąsiedzkiej – associations for the prosecution of felons. [80]
W XIX-wiecznej Anglii każdy Anglik mógł samodzielnie ścigać osoby łamiące prawo. W praktyce jednak jednoosobową rolę konstabla, prokuratora i sędziego śledczego odgrywały ofiary przestępstw (lub członek ich rodzin), które samodzielnie prowadziły śledztwo, zbierały dowody, doprowadzały podejrzanego przed oblicze sądu i popierały przed nim oskarżenie. Ponieważ tego rodzaju działalność wiązała się ze sporym niebezpieczeństwem i niemałymi kosztami, na ponoszenie których nie każdego było stać, w całym kraju zaczęły spontanicznie powstawać wspomniane wyżej dobrowolne stowarzyszenia, stanowiące połączenie straży sąsiedzkiej, towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych i agencji ochrony. Ich członkowie (zwykle od 20 do 100 osób) uiszczali terminowe składki, z których finansowano działalność łowców nagród, tzw. thief-takers, którzy za każdego schwytanego przestępcę otrzymywali ok. 40 sterlingów nagrody. Listę członków stowarzyszeń publikowano w lokalnych gazetach, tak by każdy potencjalny złoczyńca wiedział, iż przestępstwo wymierzone w któregoś z nich spotka się ripostą.
Zawodowym ściganiem złodziei i morderców zajmowały się także prywatne osoby nie związane ani z associations for the prosecution of felons, ani z bogatymi obywatelami, którzy dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa nie musieli korzystać z pomocy swych sąsiadów. Fundusze na opłacanie swej działalności zdobywały one od… przestępców. By zrozumieć ten paradoks, wystarczy zdać sobie sprawę z faktu, iż w owym czasie angielskie prawo karne znało tylko jedna karę za poważne przestępstwa – stryczek. Schwytany przez “prywatnego prokuratora” złoczyńca stawał przed alternatywą “pieniądze albo życie”, nic więc dziwnego, że decydował się na wręczenie mu określonej sumy w zamian za odstąpienie od wniesienia oskarżenia. Teoretycznie mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem korupcji, ograniczającym efektywność prywatnego aparatu ścigania, w praktyce jednak owe nieformalne ugody stanowiły istotną barierę dla wzrostu liczby popełnianych przestępstw. [81] Ich sprawca uchodził wprawdzie z życiem, ale musiał za nie zapłacić wysoką cenę. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę, iż olbrzymia większość bandytów dokonując czynów niedozwolonych, ma na uwadze cel majątkowy, jasnym stanie się, że działalność przestępcza w takich warunkach przestawała być opłacalna. [82]
Angielski system całkowicie prywatnego aparatu ścigania funkcjonował na tyle sprawnie, że gdy Robert Peel po raz pierwszy wystąpił z propozycją zorganizowania państwowej policji, mieszkańcy Londynu gwałtownie zaprotestowali twierdząc, iż pół tuzina gardeł podcinanych rocznie w Whitechapel nie jest dostatecznym powodem dla zwiększania uprawnień państwa. [83] Z dostępnych nam danych wynika, iż w szczytowym okresie działalności łowców nagród liczba dokonywanych morderstw spadła na terenach wiejskich czterokrotnie i niemal dziewięciokrotnie w miastach. [84] Nie mniejszą ochroną cieszyła się także własność. Niezwykle dynamiczny rozwój gospodarczy Anglii świadczy, iż dziewiętnastowieczni Anglicy nie musieli się obawiać o owoce swojej pracy. Thief-takers sprawowali się zatem co najmniej tak dobrze jak ich dzisiejsi odpowiednicy – Bobbies.
Z jeszcze dalej idąca prywatyzacją aparatu ścigania i wymiaru sprawiedliwości mieliśmy do czynienia w latach 1830-1900 na zachodnich rubieżach Stanów Zjednoczonych. [85] W popkulturowej ikonografii obszar ten funkcjonuje jako arena nieustających pojedynków rewolwerowców, salonowych burd i najazdów banitów na spokojne miasteczka. Historia rysuje jednak całkowicie odmienny obraz tego miejsca.
Prof. W.C. Holden, będący jednym z najwybitniejszych znawców tematu twierdzi, iż z jego wieloletnich badań wynika, iż “Dziki Zachód” wcale nie był taki “dziki”. [86] Wiele rodzajów przestępstw w ogóle na tych terenach nie występowało. Szczególnie uderzający jest tu przykład Teksasu, w którym w latach 1875-1890 nie zanotowano ani jednego (!) przypadku włamania do prywatnego mieszkania, bądź sklepu i tylko kilka napadów na banki. Z podań historycznych wynika, iż tamtejsi mieszkańcy wychodząc do pracy, zostawiali na cały dzień otwarte mieszkania, nie obawiając się wtargnięcia nieproszonych gości. W pięciu największych cattle towns (Abilane, Ellsworth, Wichita, Dodge City i Caldwell) w latach 1870-1885 zanotowano raptem 45 zabójstw. W Abilane przedstawianym w powieściach awanturniczych jako piekło na ziemi na przestrzeni dwóch lat (1869-1870) nie został zabity ani jeden człowiek. Tylko w dwóch miastach (Ellsworth w 1873 i Dodge City w 1876) dokonano więcej niż pięciu zabójstw rocznie. Na palcach jednej ręki można też zliczyć konflikty miejscowych osadników z bandami złodziei i morderców. [87] Przy bliższych badaniach mitem okazały się też niezliczone walki rewolwerowców – wprawdzie okazjonalnie rzeczywiście dochodziło do pojedynków, ale zazwyczaj były one traktowane jako nie wymagające niczyjej interwencji “uczciwe potyczki”. Obraz, jaki przy bliższych badaniach ukazał się historykom był tak zaskakujący, iż, jeden z nich stwierdził, że Dziki Zachód był dużo bardziej cywilizowanym, pokojowym i bezpiecznym miejscem niż współczesna Ameryka. [88]
Skąd zatem wziął się obraz znany nam z westernów? Odpowiedź jest prosta, z niewiedzy. Większość autorów popularnych powieści (a później także i filmów) awanturniczych nigdy nie była na tamtych terenach i swoje dzieła opierała na własnych wyobrażeniach oraz na pracach innych podobnych im osób. Co gorsza, część z nich spoglądała na życie amerykańskich osadników przez pryzmat własnych doświadczeń nie mających zbyt wiele wspólnego z codziennymi problemami mieszkańców amerykańskiego Zachodu. Dla przykładu, najpopularniejszy autor westernów, Karol May, swe powieści pisał w niemieckim więzieniu, w którym spędził przeszło osiem lat za kradzieże, malwersacje i oszustwa karciane. Nic więc dziwnego, że opisywane przez niego osady poszukiwaczy złota były pełne szubrawców, złodziei, skrytobójców i koniokradów. Fakt, że przy braku policjantów pilnie obserwujących każdy ruch obywatela ludzie mogli żyć w zgodzie po prostu nie mieścił mu się w głowie. Podobnemu złudzeniu ulegali początkowo także historycy. Jak pisze współczesny badacz dziejów amerykańskiego Zachodu prof. Roger McGarth, większość osób przekonanych o wysokiej przestępczość na tych terenach nie próbuje nawet udowadniać tej tezy. Ich konkluzje nie są oparte na wnikliwych badaniach wszystkich form przemocy i bezprawia na Zachodzie, czy nawet w wybranym mieście lub regionie. (…) oni po prostu zakładają, że w warunkach jakie tam panowały przestępczość musiała być wysoka. [89] O jakich warunkach mówi prof. McGarth? O braku państwowego aparatu ścigania.
Amerykańskie władze federalne posuwały się na Zachód znacznie wolniej niż pionierzy. W związku z tym zasiedlający dane tereny osadnicy borykali się nie tylko z przeciwnościami natury, ale także z brakiem jakiejkolwiek infrastruktury państwowej. Na nowo zajmowanych obszarach nie istniały ani urzędy, ani sądy, ani nawet komisariaty policji, ich mieszkańcy musieli więc radzić sobie sami. Rozwiązaniem dla problemów społecznych interakcji okazały się amerykańskie odpowiedniki associations for the prosecution of felons – committees of viligance, cattlemens’ associations, squatters associations oraz wynajmowani przez nie łowcy nagród, proffesional gunmen. [90]
Najbardziej interesujący przypadek ich funkcjonowania znajdujemy w ówczesnym San Francisco. Wprawdzie w tym kalifornijskim mieście dość szybko zadomowiły się władze federalne, a za nimi także państwowe sądownictwo i rządowi szeryfowie, jednak ich działalność pozostawiała tak wiele do życzenia [91], iż jego mieszkańcy postanowili wziąć sprawy we własne ręce. 13 czerwca 1851 roku w lokalnej gazecie Alta ukazało się ogłoszenie następującej treści: Ponieważ dla obywateli San Francisco stało się oczywistym, iż ich życie i własność nie jest należycie chronione przez obecne prawa i tych, którzy mają je egzekwować, my niżej podpisani jednoczymy się w stowarzyszeniu na rzecz porządku publicznego, dobra społecznego i ochrony życia i własności mieszkańców naszego miasta, i zobowiązujemy się wobec siebie, do wykonywania wszystkich zgodnych z prawem czynności jakie okażą się niezbędne dla przywrócenia prawa i porządku. Jesteśmy zdeterminowani, by nie dopuścić do tego by choć jeden złodziej, włamywacz, podpalacz lub zabójca uniknął kary, bądź to za sprawą zawiłości prawa, niedostatecznie zabezpieczonych więzień czy niedbalstwa tych, którzy UDAJĄ iż walczą z bezprawiem. [92] W ciągu następnych kilku miesięcy przeszło 3000 członków tego stowarzyszenia oraz najęci przez nich rewolwerowcy patrolowali ulice miasta, porty, prowadzili prywatne dochodzenia i ustanowili sądy pokoju, w których powszechnie szanowani obywatele, zgodnie z procedurą common law sądzili schwytanych przestępców. Co warte podkreślenia, nie zdarzył się ani jeden przypadek samosądu. Jak pisze historyk George Stewart: Działalność [committee of viligance – przyp. W.G.] mówi sama za siebie. Przebija z niej umiarkowanie i głębokie poczucie sprawiedliwości. Nie było żadnych zbiorowych egzekucji, ani nocnych strzelanin z przestępcami. Nie było bezsensownego “Dajcie im uczciwy proces, a potem ich powieście!”. Aresztowanie nie oznaczało, iż człowiek ten jest już stracony, a jedynie, że stanie przed sądem, przed którym ma tyle samo szans na uwolnienie, co skazanie. W efekcie kilkumiesięcznej działalności prywatnych stróżów prawa przestępczość w San Francisco spadła tak bardzo, że już we wrześniu 1851 założyciele committee uznali, iż ich dalsza działalność nie ma sensu i rozwiązali stowarzyszenie.
Sukcesy w walce z bezprawiem okazały się być jednak krótkotrwałe. Wiosną 1855 administracja miejska była już tak bardzo skorumpowana, a miasto pełne przemocy, iż dziennikarze opiniotwórczego pisma Herald zaczęli nawoływać mieszkańców San Francisco do powrotu do starych dobrych czasów committee of viligance [93] Apele te nie pozostały bez echa. W maju 1856 roku, po szczególnie bulwersującym zabójstwie dokonanym przez zarządcę miasta na nieprzychylnym mu dziennikarzu, mieszkańcy ponownie zorganizowali stowarzyszenia ochrony, do których przyłączyło się przeszło 8000 osób. Po raz kolejny działalność prywatnych stróżów prawa okazała się być dużo bardziej efektywna niż ich państwowych odpowiedników. Podczas gdy na przestrzeni trzech miesięcy poprzedzających powołanie committee of viligance w San Francisco popełniono przeszło 50 morderstw, w takim samym okresie po jego utworzeniu już tylko dwa. [94]
III
Jak dziś przy braku państwa zwalczanoby przestępczość? Jak słusznie zauważa prof. Bruce Benson, nie da się opisać tego, co nie istnieje, a przewidywanie w oparciu o historyczne przykłady może okazać się zwodnicze. Stopień specjalizacji i efektywności dzisiejszych stróży prawa może się okazać archaiczny w porównaniu z tym, jaki stworzyłaby wolna konkurencja. Który z wczesnośredniowiecznych wizjonerów byłby w stanie sobie wyobrazić skomplikowany system, jaki za sprawą rewolucji kupieckiej narodził się na gruncie całkowicie prywatnego systemu prawa, jakim była lex mercatoria? [95] Stąd też jak stwierdza prof. Murray N. Rothbard, anarchista jest zazwyczaj w niekorzystnej sytuacji, próbując przewidzieć formę przyszłego anarchistycznego społeczeństwa. Jest tak dlatego, że niemożliwym jest przewidzieć dobrowolne porozumienia społeczne na wolnym rynku, wliczając w to zaopatrzenie w dobra i usługi. (…) Anarchizm opowiada się za rozkładem państwa w porozumieniach społecznych i rynkowych, a te porozumienia są daleko bardziej elastyczne i trudniej przewidywalne niż instytucje polityczne. Co najwyżej możemy zrobić, to zaoferować wyraźne nici przewodnie i perspektywy co do formy projektowanej anarchistycznej społeczności. [96]
Zaprezentowane wyżej modele prywatnego aparatu ścigania sugerują, iż w społeczności bezpaństwowej, przy braku monopolu na stosowanie legalnych środków przymusu, ochroną osób i mienia zajmowałyby się dobrowolne stowarzyszenia, straże sąsiedzkie oraz wyspecjalizowane firmy. Dodatkowo, jak się wydaje, jest prawdopodobne, że usługi policyjne będą świadczone przez towarzystwa ubezpieczeniowe, prowadzące dla swoich klientów ubezpieczenia od przestępstw. W takim przypadku towarzystwa ubezpieczeniowe będą spłacać ofiary przestępstw, a następnie ścigać agresorów w sądach celem wynagrodzenia sobie strat. Jest to naturalny rynkowy związek pomiędzy towarzystwami ubezpieczeniowymi i usługami ochroniarskimi, ponieważ towarzystwa te ponosiłyby mniejsze koszty proporcjonalnie do tego, w jakim stopniu byłyby zdolne utrzymać na niskim poziomie wskaźnik przestępczości. [97]
Nie trzeba odwoływać się do teorii gier, by zauważyć, iż swoboda wyboru dostawcy usług policyjnych prowadzi do sprzeczności interesów. Pracownik agencji ochrony, którą wynajmuję może wszak wytropić złodzieja, który skradł mą własność tylko po to, by się przekonać, iż on też ma własnych ochroniarzy.
Zdaniem prof. Davida Friedmana są trzy sposoby, w jaki podobny konflikt może być rozwiązany. [98] Pierwszy, najbardziej oczywisty, a przy tym najmniej prawdopodobny, to mini-wojna pomiędzy agencją chroniącą okradzionego, a agencją wynajmowaną przez złodzieja. Przemoc jest kosztowna, jeśli wykonywanie funkcji ochroniarza wiązałoby się z dużym ryzykiem, ich wynagrodzenie musiałoby być bardzo wysokie, a nakłady wydane na ich szkolenie łatwo byłoby stracić. Co więcej zysk płynący z wygrania takiej potyczki jest niewielki w porównaniu z kosztami, jakie trzeba na nią wydać. Zatrzymanie przy sobie jednego klienta niej jest warte narażania życia i zdrowia własnych pracowników. Dlatego też drugim i dużo bardziej prawdopodobnym sposobem rozstrzygnięcia tego konfliktu są negocjacje. Skoro przemoc jest nieopłacalna, agencje mogłyby zastrzegać w umowach przedstawianych swym klientom klauzulę w myśl, której nie byłyby zobligowane do ich chronienia przed próbami egzekwowania wyroków sądowych. Za każdym razem, gdy dochodziłoby do konfliktu na tym tle, agencje podejmowałyby rokowania w celu znalezienia satysfakcjonującego obie strony wyjścia. W końcu trzecim i najbardziej prawdopodobnym sposobem rozwiązywania sporów między firmami ochroniarskimi są długoterminowe kontrakty, w których zobowiązują się one do oddawania wszystkich spornych kwestii do rozstrzygnięcia, uzgodnionemu wcześniej arbitrowi. Ponieważ firmy istnieją zwykle dłużej niż jeden dzień, do tego rodzaju konfliktowych sytuacji może dojść wielokrotnie. Zwierając z góry umowy precyzujące sposoby postępowania w takich sytuacjach, zmniejszają one koszta każdorazowych negocjacji i tym samym zwiększają swe zyski.
By uczynić tą konkluzję nieco bardziej przekonywującą, podążając za prof. Bryanem Caplanem, wyobraźmy sobie, że niejaki Gary, klient agencji ochroniarskiej “Becker i partnerzy” został okradziony przez George’a korzystającego z usług “Stigler Security”. [99] Większość osób zakłada, iż firma najęta przez tego drugiego będzie go chronić narażając życie swych pracowników niezależnie od tego czy jest on winny czy też nie, a ochroniarze zatrudnieni przez poszkodowanego, nie zważając na grożące im ryzyko będą chcieli siłą wyegzekwować należności swego klienta. Czy jednak zachowanie to rzeczywiście opłaca się którejkolwiek ze stron? Każda z firm może wybierać pomiędzy dwoma alternatywami – krwawą potyczką i pokojowymi negocjacjami. Pierwsza wiąże się dla agentów z niebezpieczeństwem odniesienia uszczerbku na zdrowiu, czy w skrajnych przypadkach nawet utraty życia, zaś dla zatrudniających ich firm z wysokimi stratami. Druga oszczędza zarówno pieniężne, jak i niepieniężne koszta działalności, a tym samym przyczynia się do zwiększenia dochodów. Dla nastawionych na zysk agencji ochroniarskich wybór jest więc oczywisty – negocjacje. Co więcej przedstawiciele obu firm doskonale zdają sobie sprawę, iż do podobnych sytuacji może dojść w przyszłości wielokrotnie, dlatego dla obniżenia kosztów rozsądnym jest zawarcie długoterminowej umowy arbitrażowej określającej sposób rozstrzygania sprzeczności interesów. W opisywanym tu przypadku, agencje zdałyby się więc na werdykt wcześniej wybranego arbitra. [100]
Jak rozjemcy byliby wybierani w społeczności anarchistycznej? W ten sam sposób, w jaki są wybierani obecnie i jak byli wybierani w czasie ściśle dobrowolnych arbitraży: rozjemcy z najlepszą reputacją, jeżeli chodzi o biegłość i uczciwość, byliby wybierani na rynku przez różne strony w sporach. Jak w innych procesach rynkowych, rozjemcy z najlepszym notowaniem w rozstrzyganiu sporów doczekają się zysku – zwiększenia się ilości spraw, zaś ci z kiepskimi notowaniami nie będą dłużej cieszyć się klientami i będą się musieli przenieść do innej branży. Trzeba tu podkreślić, że strony w sporze będą odszukiwały rozjemców z najlepszą reputacją zarówno pod względem fachowości, jak i bezstronności, a nieudolni i stronniczy rozjemcy będą prędko musieli znaleźć inne zajęcie. (…) Rozjemca, który świadczy swoje usługi na wolnym rynku wie, że musi być tak skrupulatnie uczciwy, sprawiedliwy i bezstronny, jak to tylko możliwe, albo żadna ze stron nie kupi jego usług do rozstrzygnięcia sporu. [101]
Kto w społeczności anarchistycznej tworzyłby prawa, na podstawie, których sądy arbitrażowe decydowałyby, jakie czyny są przestępstwem i jakie konsekwencje winien ponieść ich sprawca? Zdaniem anarchokapitalistów, odpowiedź jest prosta – rynek. [102] Regulacje prawne byłyby tworzone tak, jak dziś tworzy się utwory muzyczne, lub dzieła literackie. Co więcej istniałaby między nimi konkurencja. W takiej społeczności mogłoby istnieć wiele rodzajów sądów i wiele rodzajów systemów prawnych. Każda para agencji ochroniarskich zawczasu decydowałaby, który z sądów rozstrzygałby istniejące między ich klientami konflikty, a tego rodzaju umowy precyzowałyby procedurę rozjemczą oraz rządzące nią zasady. W teorii mogłyby istnieć osobne reguły dla każdej z tych par, w praktyce jednak wiele agencji ochroniarskich patronowałoby tym samym sądom, a wiele sądów stosowałoby podobne, jeśli nie identyczne zasady.
System prywatnie tworzonego prawa może się wydawać czytelnikowi chaotyczny i nieprzewidywalny, jak jednak stwierdza wybitny historyk i teoretyk prawa prof. Harold Berman najbardziej być może wyróżniającą cechą zachodniej tradycji prawnej jest współistnienie i współzawodnictwo rozmaitych jurysdykcji i różnych systemów prawnych w tej samej społeczności. Właśnie ten pluralizm jurysdykcji i systemów prawa sprawia, iż nadrzędność prawa jest zarazem możliwa i niezbędna. [103] Przez wiele wieków w europejskich systemach prawnych konkurowały ze sobą reguły prawa królewskiego, kanonicznego, miejskiego, zwyczajowego, kupieckiego i in., a ich właściwość była uzależniona od stanu społecznego, miejsca zamieszkania czy wyboru stron. Także dzisiaj prawo, któremu podlegamy, różni się w zależności od państwa, stanu, prowincji, kantonu, a nawet miasta, w którym aktualnie przebywamy. W systemie proponowanym przez anarchokapitalistów zależałoby ono od umów zawieranych przez agencje ochroniarskie reprezentujące strony konfliktu. [104]
Noblista James Buchanan, recenzując najpopularniejszą w kręgach akademickich prezentację anarchokapitalizmu, The Machinery of Freedom prof. Davida Friedmana, dostrzegł w przedstawianym wyżej rozwiązaniu zasadniczy błąd, który w jego mniemaniu sprawia, że społeczność bez państwa prędzej czy później pogrążyłaby się w chaosie walk między agencjami. [105] Jest nim tzw. baseline problem. Otóż, jego zdaniem system ten będzie funkcjonował sprawnie tylko wówczas, gdy każda para agencji zawczasu zawrze porozumienia arbitrażowe precyzujące zasady prawne, w oparciu o które będą rozstrzygane konflikty między ich klientami. Nie stanowi to żadnego wyzwania w przypadku agencji, których klienci mają zbieżne preferencje prawne, co się jednak stanie, gdy na skutek istotnych różnic w oczekiwaniach co do właściwych reguł życia społecznego nie da się znaleźć podstaw do negocjacji?
Zdaniem anarchokapitalistów rozwiązanie jest takie samo jak w każdym innym przypadku bilateralnego monopolu – kompromis. [106] Każda z agencji może zagrozić odmową wyrażenia zgody na zatrudnienie danego arbitra narażając tym samy obie strony na koszta agresji bądź niekończących negocjacji. Obie zdają sobie jednak sprawę z tego, że od braku porozumienia lepsza jest nawet najmniej korzystna ugoda. Obie wiedzą też, że jeśli go nie osiągną stracą klientów na rzecz agencji, które zdołały znaleźć satysfakcjonujące obie strony rozwiązanie, wszak nikt rozsądny nie skorzysta ich usług, wiedząc iż nawet najbardziej błaha sprawa z ich udziałem może przerodzić się w zbrojny konflikt. Sugeruje to, iż każde, nawet jednorazowe porozumienie w dłuższej perspektywie prowadziłoby do osiągnięcia equilibrium. Choć teoretycznie istnieje możliwość, iż jedna ze stron zagrozi zerwaniem porozumienia, jeśli jego warunki nie zostaną renegocjowane de novo, to w praktyce nie będzie ona występowała zbyt często i rzadko będzie się kończyć sukcesem. W interesie pozostałych agencji leży bowiem upieranie się przy już istniejących umowach, oszczędzających obu stronom koszta ciągłych negocjacji i/lub przemocy gdyby te ostatnie zawiodły. [107] Warto tu również wrócić uwagę na fakt, iż gdyby opisywany tutaj anarchokapitalistyczny porządek prawny wyewoluował z obecnie istniejących systemów polityczno-prawnych (np. w drodze przedstawionej wyżej prywatyzacji aparatu ścigania) to punktem wyjścia do wszelkich negocjacji mogłyby być już istniejące reguły rozstrzygania sporów np. te funkcjonujące w ramach sądownictwa polubownego czy amerykańskiego alternative dispute resolution. [108]
Zdaniem przedstawicieli ekonomicznej analizy prawa policentryczny system prawny ma kilka bardzo istotnych przewag nad jego demokratycznymi odpowiednikami opisanymi w poprzednim rozdziale. Na jego funkcjonowanie nie ma wpływu ani racjonalna irracjonalność, ani rent-seeking, ani też dążenie do maksymalizacji budżetu (na wolnym, niesubsydiowanym rynku przedsiębiorstwa działające zgodnie z prawem biurokratycznej inercji upadają) i co najważniejsze prywatnie tworzone prawo jest, w przeciwieństwie do stanowionego, ekonomicznie efektywne (z ang. efficient). [109] Idąc raz na jakiś czas do lokalu wyborczego, głosujemy prawie zawsze na pakiet, a nie na jego poszczególne elementy. W najlepszym razie, jeżeli znajdziemy się w większości otrzymamy co prawda, to co popieramy, ale również i to czemu się sprzeciwiamy. Tyle, że w ogólnym rachunku plusy zwykle przeważają. Najczęściej jednak kończy się na tym, że dostajemy co innego niż to za czym myśleliśmy, że głosujemy. Jeżeli zaś znajdziemy się w mniejszości, trzeba się podporządkować większości i czekać, aż przyjdzie nasza kolej. Kiedy natomiast głosujemy w supersamie, otrzymujemy dokładnie to, za czym oddaliśmy głos wydając dolara. I podobnie wszyscy inni. [110] Anarchokapitalizm to nic innego jak legislacyjny supermarket.
Każda osoba dysponująca choćby odrobiną wyobraźni potrafi stworzyć całkowicie odmienny od dzisiejszych system społeczny, czy to anarchokapitalistyczny, czy jeszcze jakiś inny. Pytanie tylko czy będzie on sprawdzał się w praktyce. Większość z osób, już przy pierwszym spotykaniu z dokonanym tutaj opisem anarchokapitalistycznego społeczeństwa, przedstawiam mi dwa lub trzy powody, dla których nie będzie on funkcjonował tak jak ja to sobie wyobrażam. Ich argumenty można podzielić z grubsza na dwie grupy: 1) System ten będzie zdany na łaskę Mafii, która ustanawiając własne “agencje ochrony” lub przejmując już istniejące przekształci je w efektywny system wymuszania haraczy. 2) Agencje ochroniarskie zorientują się, iż kradzież jest bardziej dochodowa niż usługi policyjne i skrzykną się by utworzyć tyrański rząd. [111]
By zrozumieć błąd kryjący się w pierwszym zarzucie warto sobie uświadomić, dlaczego firmy ubezpieczeniowe nie oferują polis obłożnie chorym. Znajduje tu zastosowanie prawidłowość zwana w ekonomii jako adverse selection. Klienci z grup wysokiego ryzyka są bardzo kosztownymi patronami, jeśli jakieś towarzystwo zdecydowałaby się świadczyć im swe usługi, ceny oferowanych przez nie polis musiałyby znacznie wzrosnąć, przez to stałyby się niekonkurencyjne. Podobnie firmy policyjne, które zajmowałyby się ochroną przestępców miałyby bardzo wysokie koszta własne, co powodowałoby, że większość ich klientów przeniosłaby się do konkurencji. Bardzo szybko okazałoby się, że jedynymi osobami korzystającymi z ich usług są bandyci. I tu pojawia się problem. By zapewnić swym klientom usługę jakiej ci się domagają tj. chronienia przed konsekwencjami ich przestępstw, musiałyby przekonać konkurencyjne firmy do rozstrzygani