Ekonomia i wolny rynek

Gustave de Molinari „Utopia wolności: LISTY DO SOCJALISTÓW”

Utopia wolności
LISTY DO SOCJALISTÓW
(L’Utopie de la Liberté: Lettres aux Socialistes – 1848)
autorstwa „Marzyciela”
[Gustave de Molinari, 1819 – 1912]
Tłum. Karol Hess

I.

Jesteśmy adwersarzami i cel, do którego zmierzamy jak dotąd jest ten sam. Co jest wspólnym celem ekonomistów i socjalistów? Czy nie jest to społeczeństwo, gdzie produkcja wszystkich dóbr potrzebnych do utrzymania i upiększania życia będzie tak obfita, jak to możliwe i gdzie dystrybucja tych samych dóbr pomiędzy tych, którzy je stworzyli poprzez swoją pracę, będzie tak sprawiedliwa jak to możliwe? Czy może być nasz wspólny ideał, poza wszystkim różnicami między szkołami, być ujęty w tych dwóch słowach: „obfitość” i „sprawiedliwość”?

Taki, nikt pośród was nie może zaprzeczyć, jest nasz wspólny cel. My tylko osiągamy ten cel różnymi ścieżkami; wy postępujecie wedle niejasnego i jak dotąd nieokreślonego kalania organizacji pracy, podczas gdy my postępujemy wzdłuż szerokiej i dobrze znanej szosy wolności. Każdy z nas próbuje przewodzić w pociągu wahającym się i odruchowo sięgającym społeczeństwa, które szuka na horyzoncie, ale na próżno, słupa światła, które prowadziło przedtem niewolników faraona do Ziemi Obiecanej.

Dlaczego odmawiacie podążania ścieżką wolności tuż obok nas? Ponieważ, mówicie, ta wolność, którą tak wychwalamy, jest fatalna dla pracowników; ponieważ w ten sposób wywołana została opresja słabych przez silnych, ponieważ zrodziło to kryzysy, w których miliony ludzi straciły w pewnych przypadkach fortuny, a w innych – życie; ponieważ wolność nieokiełznana, nieuregulowana, nieograniczona – jest anarchią!

Czyż nie jest to powód waszego sprzeciwu wobec wolności? Czy nie jest powód, że żądacie organizacji pracy?

Cóż wtedy, gdy udowodnimy z wystarczająca jasnością, że całe zło, które przypisujecie wolności – albo, żeby zrobić użytek z absolutnie równoważnego pojęcia, wolnej konkurencji – ma swoje źródło nie w wolności, ale w jej braku, w monopolach, niewoli; jeśli dalej udowodnimy, że społeczeństwo doskonałej wolności, społeczeństwo uwolnione od każdej restrykcji, od każdych kajdan, jak nigdy nie miało to miejsca w historii, będzie wyłączone z większości nieszczęść obecnego reżimu; jeśli udowodnimy wam, że organizacja takiego społeczeństwa będzie najlepszym, najbardziej sprawiedliwym, najbardziej korzystnym dla rozwoju produkcji i równości w dystrybucji bogactwa; jeśli powinniśmy to wszystko udowodnić, pytam, jaka będzie wasza odpowiedź? Czy będziecie kontynuować zakazywania wolności pracy i pomstować przeciwko ekonomii politycznej, albo będziecie raczej naprawdę otwarci na nasz sztandar i zaprzęgniecie wszystkie wartościowe środki intelektualne i siły moralne, którymi obdarzyła was natura, żeby odtąd przyspieszać triumf wspólnej sprawy, sprawy wolności?

Ah! Byłbym chętnie przysiągł, że nie wahalibyście się ani chwili. Gdybyście byli pewni, że zostaliście zmyleni, co do prawdziwej przyczyny zła, która dotyka społeczeństwo i środki radzenia mu; gdybyście byli pewni, że prawda leży po naszej stronie i nie po waszej, bez krzty pychy, ambicji, albo nieugiętej stronniczości bylibyście dość silni, żeby trzymać się na skraju błędu: wasze serca byłyby zasmucone, niewątpliwie; bylibyście z ubolewaniem żegnali się z marzeniami, które karmiły, oczarowały i zwodziły waszą wyobraźnię; ale w końcu porzucilibyście te ukochane mrzonki; pokonalibyście wasz wstręt i przyłączyli się do nas. Na Boga, co do nas, zrobilibyśmy to samo, jeśli z powodzeniem natchnęlibyście nasze słabe umysły promieniem światła, które nawróciło św. Pawła; gdybyście pokazali tak jasno jak dzień, że prawda leży po stronie socjalizmu, a nie ekonomii politycznej. Trzymamy się naszego systemu tylko dopóty, dopóki wierzymy, że jest prawdziwy i sprawiedliwy; spalilibyśmy jutro, bez żadnego wewnętrznego buntu, co podziwialiśmy i podziwialibyśmy, co spaliliśmy, gdyby zostało udowodnione, że nasze bóstwa, Smith, Turgot i J.-B. Say nie są niczym więcej niż nędznymi drewnianymi idolami. [nota autorska: klasyczny liberalny ekonomista Adam Smith (1723-1790), Anne-Robert-Jacques Turgot (1727-1781), François Quesnay (1694-1774), and Jean-Baptiste Say (1767-1832). – RTL]

Zatem my i wy podobnie jesteśmy wolni od całego nieugiętego poplecznictwa, traktując ten termin w jego znaczeniu stricte; nasze spojrzenie wznosi się do wyższych sfer, nasze myśli postępują za bardziej szczodrym wzlotem: są to prawdy, sprawiedliwość i użyteczność, które są naszymi nieśmiertelnymi przewodnikami przez ukryte kręgi nauki; to ludzkość jest naszą ukochaną Beatrycze. [odwołanie do przewodnika Dantego po Raju w „Boskiej komedii”]

Skoro to jest między nami jasne, stawiam otwarcie kwestię tego, co nas dzieli.

Wy utrzymujecie, że społeczeństwo cierpi z powodu wolności; my utrzymujemy, że cierpi z powodu niewoli.

Wnioskujecie, że konieczne jest zniesienie wolności i zastąpienie jej organizacją pracy; my konkludujemy, że koniecznym jest zniesienie niewoli na rzecz wolności, czystej i prostej.

Pozwólcie nam zacząć od ustalenia kilku faktów. Od kiedy datuje się wolność pracy? Została ogłoszona w nieśmiertelnym edykcie Turgota [w 1776, podczas pełnienia przez niego urzędu ministra finansów] i później zatwierdzonym przez Konstytuantę.

Powiem następnie, jak ta uświęcona wolność została ponownie skuta w kajdany i łańcuchy; poprzestanę na chwilę, żeby zanotować, że narodziła się pod koniec XVIII w.

Jaka wtedy, pytam was, była kondycja mas pracujących aż do końca XVIII w.? Czy pracownicy byli bardziej szczęśliwi przedtem, niż od tamtego momentu?

Jeśli byli bardziej szczęśliwi, oh! Wtedy zgodzę się z wami, że wolność była fatalnym podarunkiem dla świata i że macie rację co do nawoływania do organizacji pracy wzorowanej na starożytnym Egipcie lub średniowiecznej Europie.

Ale jeśli, przeciwnie, warunki mas ludzi są dziś lepsze niż przed ’89 [1789, między innymi pierwszy rok istnienia Konstytuanty, a przez to dla Molinariego pierwszy rok (względnej) wolności pracy], nie będziecie zobligowani w dobrej wierze do uznania, że wolność pracy jest dobrodziejstwem ludzkości?

Pozwólcie nam szybko przebiec przez historię przeszłości, historię tych trzydziestu wieków niewoli, które zaowocowały wyłonieniem się wolności pracy i pozwólcie nam zobaczyć, jaki spektakl oferuje to naszemu poglądowi.

Czy prawdziwie jest to spektakl uniwersalnej beztroski i równości? Bóg by dał, żeby był! Ale nie. Przeciwnie jest to obraz nikczemności bardziej intensywnej i nierówności bardziej przenikliwej niż ta, której naocznie doświadczamy dzisiaj. I tym dalej wracając do przeszłości, zagłębiamy się, ustawiając się kiedykolwiek w bardziej odległym dniu, gdy wolność ostatecznie rozświetli się nad Ziemią, tym ciemniejszy i bardziej tajemniczy wydaje nam się ten obraz miernoty i społecznej nierówności.

Jeśli cofniemy się tak daleko w czasy Indii i Egiptu, co zobaczymy? Dwie silne kasty, kastę kapłanów i wojowników, uciskającą i wyzyskującą bez litości nieszczęsny tłum. Na szczycie tych prymitywnych społeczeństw, opartych na warstwach ustawionych jedna nad drugą jak bloki granitu, znajdujemy mędrców przystrojonych w purpury, dyskutujących nad istotą boskości lub ruchem gwiazd oraz wojowników spryskujących się perfumami w zaciszu swych haremów, podczas gdy pod nimi wegetują pariasi pogrążeni w potępieniu lub niewolników oblewających potem i łzami grubiańskie, gigantyczne gmachy piramid. Czy zło tych prymitywnych społeczeństw, pytamy, tkwi w wolności czy w poddaństwie?

Pozwólcie nam rozważyć świat rzymski. Co znajdujemy w sercu tego społeczeństwa, chociaż było one najbogatsze i najpotężniejsze w starożytności? Z jednej strony patrycjat złożony z bardzo nielicznej grupy ludzi wzbogaconych łupami ze świata. Życie tych ludzi, jak wiecie, było serią krwawych bitew i obrzydliwych orgii. Poza tą wszechmocną kastą, objadającą się w istocie całym światem niczym sępy objadające się ciałami zwyciężonych przez Mariusza [rzymski generał Gajusz Mariusz podobno miał dwa oswojone sępy na swoje krwawe kampanie] – oprócz tej pożerającej i nasyconej kasty, co jeszcze widzimy? Zubożały tłum proletariuszy i upodlony tłum niewolników! Mówicie o nędzy naszej klasy pracującej; dobry Boże! Tak bolesne i żałosne jak te cierpienia być może możecie ledwo porównać z tymi znoszonymi przez rzymskich proletariuszy. Przynajmniej nasza klasa pracująca pracuje; nie żebrze! Ludzie z naszych ciemnych przedmieść nie są widywani, ustawiając się w kolejce przy bramach cudownych rezydencji naszej bogatej arystokracji po to, żeby błagać o jałmużnę! Nie widać, żeby rzucali się jak psy na okruchy, które bogaci zmiatają ze swoich stołów znudzoną

i pogardliwą ręką! Ani nawet nie wzniecają codziennych buntów, żeby zdobyć wolny dostęp do żywności. Nie! Dzisiaj pracownik niezaprzeczalnie wiedzie biedne życie; ale zarabia na to życie, jest w stanie zarobić na nie. Rzymski proletariat nie był w sytuacji umożliwiającej zarobienie na życie. Zamożni patrycjusze zmonopolizowali wszystkie przemysły i całą ziemię, które wyzyskiwali środkami swoich niewolników. Ofiar tej nierównej konkurencji, proletariuszy jedynym wyborem było żebranie, wygnanie lub śmierć. Żebrali! A i tak los proletariusza był ciągle tysiąc razy lepszy niż niewolnika. Proletariusz, przynajmniej, był człowiekiem; niewolnik, ze względu na jego rolę, był tylko jednym gatunkiem zwierzęcia pociągowego więcej, rzeczą! Niewolnik nie posiadał niczego, nawet imienia. Co prawda nasi biedni robotnicy z okolic zasługują na współczucie, oni, którzy prowadzą życie pochyleni ku ziemi, najczęściej otrzymując w zamian za ich ciężką pracę nic lepszego niż kęs czarnego chleba, szorstkie płótno do ubrania i lepiankę do spania; ale jakkolwiek bolesna jest ta egzystencja, ile rzymskich niewolników by jej pozazdrościło! Przywołajcie opisy Pliniusza i Columelli [Gajusz Pliniusz Secundus (albo Pliniusz Starszy) i Lucius Junius Moderatus Columella, rzymscy pisarze tematyki rolniczej]. W sercu wesołej okolicy Italii były znajdowane, z okresowymi przerwami, te ciemne i niezdrowe mieszkania, które nazywali ergastula. To były więzienia albo mówiąc bardziej odpowiednio stajnie, dla niewolników. Rano wychodzili w grupach, zwykle skuci łańcuchami; rozchodzili się po okolicy, kierowani przez nadzorców uzbrojonych w baty i każda bruzda była nawodniona potem razem z ich krwią. Wieczorem byli z powrotem prowadzeni do ergastulum, gdzie niczym pospolite zwierzęta byli przywiązywani obok koryta. Dla nich żadne rodziny, ale ohydne wyuzdanie! Nie Bóg, ale nieugięty los, który ich ograbił z człowieczeństwa, nie pozostawiając nawet nadziei życia, które przyjdzie! Taka, jak wiecie, była kondycja mas pracujących w starożytności. I wtedy jeszcze świat nie był poddany działaniu prawa swobodnej działalności (laissez-faire)!

Potem, co widzimy dalej? Czy sytuacja poprawiła się znacznie z upadkiem monstrualnej struktury Imperium Rzymskiego? Moralnie tak, bez wątpienia, na tyle na ile chrześcijaństwo pozwala im uwznioślić się pocieszeniem; materialnie nie! Przez całe średniowiecze życie ludzi, czy to chłopów pańszczyźnianych na wsi czy poddanych korporacji miejskich jest tylko długim ciągiem katuszy. Średniowiecze jest okresem bólu i smutku i pośród jęczących głosów może być wyróżniony wspaniały i rzewny głos ludzi. Ciągle potem, po wielu takich znaczących odkryciach, jak proch strzelniczy, który przywiódł tyranię panów feudalnych do sprawiedliwości, po druku, który rozproszył najgłębszą ciemnotę ignorancji, po tym jak kompas dał nam nowy świat, czy ludzie przestali cierpieć? Za czasów Ludwika XIV – pod rządami tego króla, który doprowadził Francję do szczytów chwały i potęgi – jakie były warunki ludzi? Czy były one lepsze niż współczesnych ludzi? Wszyscy znają ten wielbiony fragment „Królewskiej dziesięciny” Vaubana [francuski ekonomista Sébastien Le Prestre de Vauban (1633-1707)], w którym ten słynny człowiek dobrej woli charakteryzuje sytuację Francji w rozdzierających serce słowach:

„To jest pewne – napisał – że zło rozprzestrzeniło się do skrajności i jeśli mu się nie zaradzi pokorni ludzie popadną w skrajną nędzę, z której się nie podniosą nigdy; główne ulice wsi i ulice miast oraz miasteczek pełne są żebraków wywiedzionych z domów głodem i nagością”.

„Przez kilka lat, w czasie których miałem okazję przeprowadzić badania, którym się poświęciłem, stałem się bardzo świadomy tego, że ostatnimi czasy niemal jedna dziesiąta ludu jest zmuszona żebrać i rzeczywiście żebrze; jeśli chodzi o te dziewięć dziesiątych, pięć nie jest w położeniu, żeby dać im jałmużnę, ponieważ są tylko trochę od znalezienia się w równie nieszczęśliwej sytuacji; z pozostałych czterech dziesiątych, trzy są zmartwione i krępowane długami i procesami; i ostatnia dziesiąta – gdzie umieściłem wszystkich ludzi miecza i sukni, czy kościelnych czy laickich, całą wysoką i dystyngowaną szlachtę, wszystkich tych z bronią i obywatelskim obowiązkiem, prosperujących kupców, mieszczańskich rentierów i najbardziej wygodne klasy – nie może być więcej niż sto tysięcy rodzin; i nie sądzę, żebym się mylił, jeśli powiem, że dziesięć tysięcy rodzin, dużych lub małych, może być opisane jako żyjące w wielkiej wygodzie.

Takie były warunki ludzi zanim wolność pracy wkroczyła na scenę.

Co więcej, przez ten długi czas cierpień, czym jest wycie tłumu? Co było żądaniem jeńców w Egipcie, niewolników jak Spartakus, chłopów średniowiecza i później robotników uciskanych przez korporacje i gildie. Oni pragnęli wolności!

Mówili jeden do drugiego: nasze sumienie, nasze myśli, nasza praca są ciemiężone i eksploatowane przez ludzi, którzy narzucili się nam przemocą i oszustwem. Niektórzy z nich zakazują nam kochać Boga i modlić się do niego inaczej niż według ich formuły; inni wymagają od nas poznawania Boga, człowieka i natury zgodnie z ich książkami, zniewalając nasze myśli żelaznym kołem ich systemów, zakazując nam przez ból i śmierć zerwania go; jeszcze inni po tym wiążą na łańcuchu nasze dusze i nasze ciała. Wymagają od nas, żebyśmy żyli przywiązani jak rośliny do miejsca naszego urodzenia i tam dręczą nas swoimi przywilejami, żeby przejąć większą część owoców naszej pracy i potu. Pozwólcie nam rozerwać się, nawet ryzykując naszym życiem, te więzy, które nas kaleczą; pozwólcie nam żądać, dla wszystkich, zarówno wolności duszy jak i ciała; pozwólcie nam rościć, dla wszystkich, naturalne prawa do wierzenia, myślenia i działania swobodnie – a nasze cierpienia będą skończone. Czy nasze dusze nie będą zadowolone, skoro uzyskaliśmy wolny dostęp do niematerialnego królestwa – możliwość żeglowania po ogromnym i cudownym oceanie umysłu, nie powstrzymywani przez żelazne łańcuchy narzuconego systemu? Czy nasze fizyczne potrzeby nie będą zaspokajane, skoro domena materii jest dla nas zupełnie otwarta – skoro żadne kajdany nie wstrzymują nas przed wzięciem swojej pracy i wymieniem jej produktów na całej powierzchni tej żyznej ziemi, którą opatrzność hojnie nas obdarzyła? Pozwólcie nam stać się wolnymi, a będziemy szczęśliwi!

To był właśnie krzyk uciskanej ludzkości. No dobrze! czy sugerujecie zatem, że ludzkość była w błędzie, kiedy wznosiła od stulecia do stulecia to długie wycie cierpienia i nadziei? Czy w ich nieprzerwanym dążeniu do wolności, gonili za próżnym złudzeniem? Nie! Spójrzcie w wasze serca, a nie ośmielicie się tego oświadczyć; nie ośmielicie się, wy Brutusi socjalizmu, powiedzieć, że wolność jest tylko pustym pojęciem!

Będziecie niewątpliwie oponować, że ludzkość ciągle cierpi! Jak najpewniej. Ale, nalegam, żebyście mieli na uwadze ten fakt, że cierpiano przed przybyciem wolności na ziemię i te cierpienia były wtedy cięższe i bardziej intensywne niż są dzisiaj.

Nie możecie zatem, bez bycia winnym rażącego anachronizmu, obciążać wolności krzywdami mas pracujących przed ’89; czy to bardziej sprawiedliwie, że imputujecie jej tych, którzy uciskali robotników od tego czasu? Zbadanie tej kwestii rezerwuję na przyszłe listy.

MARZYCIEL

Journal des Économistes t. 20, nr 82. – 15.07.1848 (pp. 328-332).

[podczas gdy oryginalnie artykuł ten był opublikowany anonimowo, Molinari później potwierdził jego autorstwo w 1899 w jego książce „Społeczeństwo przyszłości”, gdzie pisał:

Ten apel, który nawiasem mówiąc nosi w sobie pewien odcisk naiwności młodzieży, był, jak pokazały późniejsze wydarzenia zupełnie przedwczesny. Przeszedł niesłyszany; ale jedno pozwala jeszcze mieć nadzieję, że pewnego dnia będzie wysłuchany i socjalizm, przez dołączenie jego sił do ekonomistów, pomoże im przezwyciężyć opór tych samolubnych i ślepych interesów, które stoją wbrew koniecznym przemianom politycznej i ekonomicznej organizacji, która przestała być dostosowana do obecnych warunków egzystencji społeczeństwa.]

Tłumaczenie na potrzeby liberalis.pl: Albert Wienczek