5 września 2026

Wiktor Wojtylak: „Własność intelektualna to kradzież” – czy aby na pewno?

Niniejszy artykuł w pierwotnym założeniu miał być komentarzem do pracy Krzysztofa Śledzińskiego „Własność intelektualna to kradzież”1; jednak w miarę powstawania przybrał dość znaczne rozmiary i swobodnie może być czytany oddzielnie. Znaczna część prezentowanych spostrzeżeń nie odnosi się do wymienionego tekstu. Niemniej, warto się z nim zapoznać, ponieważ w dobrym, monograficznym ujęciu prezentuje argumenty przeciwników własności intelektualnej. Przedstawimy argumenty opozycyjne. Wśród nich utylitarne, zarówno pozytywne, wskazujące na możliwości jej uzasadnienia, jak i negatywne, mające na celu osłabienie zarzutów. Dalej omówimy pokrótce argumenty deontologiczne. Co może być interesujące, prezentowana argumentacja, podobnie jak w odnośnym tekście, opiera się na fundamentach wolnościowych. Będziemy starali się pokazać, że całościowe odrzucenie własności intelektualnej wcale nie jest oczywiste.

Rola państwa w argumentacji

Na początku, chronologicznie względem przytoczonego artykułu, warto będzie skoncentrować uwagę na ewentualnej roli państwa w budowaniu jakichkolwiek argumentów za albo przeciw prawu do własności intelektualnej lub jakimkolwiek innym w ogólności. Dalej nie będziemy już ich podnosić.

Po pierwsze. To, że państwo nie jest w stanie skuteczne egzekwować jakiegoś prawa, w żadnym razie nie może świadczyć o defektach tegoż prawa. Państwo niewiele zadań, poza łamaniem praw naturalnych, realizuje efektywnie. Czytelnik najprawdopodobniej bardzo dobrze umie wykazać, jak państwo jest nieudolne2. Po drugie. To, że państwo deklaruje egzekucję jakichś praw, nie może sine qua non znaczyć, że prawa te pozbawione są podstaw. Klasycznie rozumiane prawo własności, w obecnych warunkach, egzekwowane jest właśnie przez struktury Lewiatana. (Oczywiście, jeżeli ktoś chce skuteczniej zabezpieczyć swoją własność, wtedy wynajmuje prywatne podmioty. Państwo jest nieefektywne, ale jak już powiedzieliśmy, to niczemu nie powinno dowodzić). Po trzecie. Nawet, jeżeli coś ma „etatystyczne” korzenie (jakie wg. Rodericka Longa ma mieć własność intelektualna3), nie musi to znaczyć, iż jest w jakimkolwiek rozumieniu „złe”. Internet, który jest dziś oazą wolności, powstał przy znacznym udziale aparatu państwa. Oczywiście, bardzo prawdopodobne, że powstałby również (może nawet wcześniej) na wolnym rynku. Tak samo mogło być jednak z prawem do własności intelektualnej, które podobnie, mogłoby narodzić się w wyniku spontanicznych, rynkowych interakcji (zazwyczaj taką proweniencję przypisuje się przecież klasycznemu prawu własności4, ale również prawu do własności intelektualnej). Jeśli uzna się za prawdziwe wymienione wyżej trzy spostrzeżenia, większość „argumentów z państwa” można zostawić na boku, ponieważ raczej niczego nie dowodzą. Jedynym wyjątkiem (być może, bo w zależności od definicji5) są rozważania dotyczące ekonomicznej krytyki ustroju socjalistycznego, które okazują się bardzo aktualne w podejmowanym przez nas temacie i od których zaczniemy.

Kalkulacja ekonomiczna

Kiedy u zmierzchu XVIII wieku rodził się socjalizm, a następnie rozpowszechniał w wieku XIX, wielu ludzi uległo niezdrowej fascynacji. Kreślono ideę wspólnej, kooperatywnej pracy, której owoce miały być sprawiedliwie rozdzielane między wszystkich członków społeczeństwa. Każdy człowiek miał mieć dostęp do najwyższych dóbr kultury. Miał realizować swoje zamiary, przy najpełniejszym wykorzystaniu zdolności danych przez naturę.

Najwspanialsza w tym wszystkim była jednak nieuchronność. W wyniku działania dialektycznych sił materii, socjalizm miał nadejść sam. Jako kolejny etap rozwoju ludzkości, sukcesor po niewolnictwie, feudalizmie i wreszcie: kapitalizmie.

Ten głoszony determinizm najwyraźniej uśpił czujność krytyków. Nikt nie pytał, jak socjalizm miałby funkcjonować w praktyce. Jeżeli już jakiś śmiałek postawił takie pytanie, musiał stracić na reputacji, jako nie znający i nie rozumiejący prawd dialektyki.

W zasadzie dopiero Ludwig von Mises podjął to zagadnienie. Następnie, tym samym tropem poszli również inni ekonomiści szkoły austriackiej, m.in. socjalizujący za młodu Friedrich August von Hayek, którego misesowska krytyka socjalizmu sprowadziła ku ideom wolnorynkowym. Wydaje się, że wszystkie argumenty antysocjalistyczne6 opierają się na dwóch spostrzeżeniach poczynionych i rozwijanych właśnie przez ekonomistów austriackich. Po pierwsze. W socjalizmie na skutek kolektywnej własności nie ma mowy o kalkulacji ekonomicznej, zasoby są źle alokowane. Po drugie. W socjalizmie na skutek kolektywnej własności nie ma mowy o osobistej motywacji jednostki do wytwarzania większej ilości dóbr.

Niniejsza praca dotyczy własności intelektualnej, może więc zastanawiać celowość opowiedzianej przed chwilą historii. Spiesząc z wyjaśnieniami, skierujmy się ku następującemu pytaniu: czy brak własności intelektualnej nie wiąże się nieuchronnie z identycznymi problemami, z jakimi nie mógł sobie poradzić socjalizm?

Zwróćmy uwagę w kierunku kalkulacji ekonomicznej. Jak pisze Ludwig von Mises7:

Spróbujmy wyobrazić sobie sytuację społeczeństwa socjalistycznego. Istniałyby setki i tysiące przedsiębiorstw, w których odbywałaby się praca. Mniejsza ich część produkowałaby dobra natychmiastowo gotowe do spożycia (konsumpcyjne – przp. ww). Większość produkowałaby dobra kapitałowe i półprodukty. Wszystkie te przedsiębiorstwa byłyby ze sobą bardzo ściśle powiązane. Każdy wytworzony towar przechodziłby przez kolejne etapy produkcji, aż wreszcie stawałby się gotowy do spożycia. Jednak poprzez nieustanność tego procesu, administracja mająca zarządzać gospodarką nie byłaby w stanie uchwycić trendu. Nie miałaby narzędzi do upewnienia się, czy dany rodzaj produkcji jest naprawdę potrzebny oraz czy praca i surowce nie są podczas niej marnotrawione. Jak rozpoznałaby [administracja], który z dwóch procesów będzie bardziej satysfakcjonujący? (…) [Ż]eby to zrobić, potrzeba posłużyć się kalkulacją. Taka kalkulacja musi być kalkulacją wartości. Nie może ona być „czysto techniczna”, nie może być kalkulacją obiektywnej użyteczności dóbr i usług.

Problem więc sprowadza się do tego, że administracja pozbawiając rynku pieniądza, czyli środka pośredniczącego w wymianie, zatraca możliwość zebrania informacji o sytuacji gospodarczej. Co oczywiście ważniejsze, taką możliwość tracą wszystkie podmioty, co nieuchronnie prowadzi do katastrofy ekonomicznej. Rzadkie zasoby (w tym praca) są nietrafnie alokowane, ponieważ w narzuconych warunkach przedsiębiorcy praktycznie w ogóle nie mogą rozpoznać preferencji konsumentów:

W systemie opartym na prywatnej własności środków produkcji, skala wartości (jako wynikowa dla całego społeczeństwa – przyp. ww) jest rezultatem działań wszystkich niezależnych członków społeczeństwa. Każdy gra podwójną rolę w jej ustanawianiu: najpierw jako konsument, następnie jako producent. Jako konsument [współ]przyczynia się do określenia wartości gotowych dóbr konsumpcyjnych. Jako producent, kieruje dobra produkcyjne w ten sposób, aby przynosiły największe korzyści. W ten sposób wszystkie dobra wyższych rzędów są szeregowane w odpowiedni sposób, wedle obowiązujących warunków produkcji i popytu społeczeństwa. Wzajemna gra tych dwóch procesów zapewnia, że zarówno w dziedzinie konsumpcji jak i produkcji stosuje się zasada efektywności ekonomicznej.8

Brak własności intelektualnej wydaje się prowadzić do podobnych zaburzeń w strukturze produkcji, do jakich prowadzi brak własności w socjalizmie. Zagubiona, a przynajmniej zniekształcona zostaje informacja o zapotrzebowaniu zgłaszanym przez konsumentów. Producenci dóbr dostają niewłaściwy sygnał. Pamiętajmy, że nieodłączną funkcją przedsiębiorcy jest próba przewidywania przyszłości w taki sposób, aby najlepiej trafić w gusta konsumentów. To, na co wydajemy pieniądze jest wskazówką dla jego analizy. W XX wieku kapitał był wycofywany z kolejnictwa i kierowany do przemysłu samochodowego. Działo się tak dlatego, że konsumenci zgłaszali rosnące zapotrzebowanie na samochody i malejące na usługi świadczone przez przedsiębiorstwa kolejowe. Strumień wydawanej gotówki został po prostu przekierowany w stronę przemysłu motoryzacyjnego. To wystarczająca informacja dla kalkulującego kapitalisty. Jeżeli uznamy, że dobra podlegające własności intelektualnej można swobodnie kopiować, utracimy część funkcji informacyjnej transakcji rynkowych. Co za tym idzie, twórcy nie będą mieli sygnału, że jest zapotrzebowanie na produkowane przez nich dobra. Takich dóbr będzie więc wytwarzanych dużo mniej9. Mutatis mutandis kapitał nie będzie kierowany do tych gałęzi gospodarki, które produkowałyby dobra najbardziej preferowane przez konsumentów. Podobnie jak w socjalizmie, kapitał będzie marnotrawiony.

Motywacja

Zwolennicy socjalizmu próbowali odpierać powyższy argument na różne sposoby, raczej bezskutecznie10. Gdyby nawet, mając na uwadze kontynuowanie polemiki, zgodzić się na istnienie jakiegoś substytutu dla kalkulacji ekonomicznej, cały czas pozostaje kwestia braku motywacji. Co z tego, że słynny piekarz kreślony przez Adama Smitha może oszacować popyt na swój chleb, skoro każdy, bez pytania o pozwolenie, może mu ten chleb odebrać?

W warunkach kolektywnej własności panujących w społeczeństwie socjalistycznym piekarz ma obniżoną motywację do wytwarzania chleba. Jemu przecież wystarczy jeden bochenek (lub odpowiednio więcej, aż do granicy, kiedy chleb sam w sobie przestaje być dla niego dobrem rzadkim – kwestię rzadkości, która jest fundamentalna dla przeciwników własności intelektualnej, będziemy krytycznie analizowali w dalszej części tekstu). Po co miałby wypiekać większą liczbę bochenków niż sam potrzebuje? Wytworzone dobra nie są jego wyłączną własnością, nie może więc czerpać z nich korzyści.

Konsekwencje demotywującej redystrybucji dóbr, czyli de facto rozproszenia własności w ustroju socjalistycznym bardzo dobrze opisuje Hans Hermann Hoppe11:

Poprzez odebranie części dochodów z produkcji właścicielowi środków produkcji, jakkolwiek mała ta część by była, i przekazanie jej osobom, które nie brały udziału w generowaniu tego dochodu, koszty produkcji (które nigdy nie są zerowe, jako że produkcja, zaangażowanie i zawieranie umów zawsze wiążą się przynajmniej z wykorzystaniem czasu, który mógłby zostać spożytkowany w inny sposób, np. na odpoczynek albo konsumpcję12) rosną. Mutatis mutandis, koszty nie-produkowania maleją, nawet, jeśli tylko trochę. W konsekwencji będziemy mieli do czynienia z relatywnym spadkiem produkcji i inwestycji, chociaż (…) ogólny poziom produkcji i dobrobyt mogą przy tym wzrosnąć. Będzie relatywnie więcej czasu przeznaczanego na wypoczynek, konsumpcję i prace dorywcze13, a co się z tym wiąże, nastąpi relatywne zubożenie.

W przypadku kiedy narzuca się ograniczenia na możliwość czerpania korzyści z podejmowanych działań, zwiększa się ich koszt alternatywny. Tym samym tzw. krańcowi zainteresowani podjęciem tych działań zostają zniechęceni i w efekcie zaangażuje się w nie mniej osób. Podobnie, wzmocnione zostaje prawo malejącej użyteczności marginalnej. Wiemy, że wytworzenie każdej kolejnej jednostki dobra przynosi coraz mniejsze korzyści. Jednocześnie, w omawianym przypadku, koszt (jako koszt alternatywny) każdej potencjalnie wytworzonej jednostki dobra wzrasta o stałą wartość. Szybciej więc dojdziemy do momentu, kiedy korzyści z wytworzenia jednostki zrównają się z kosztem jej wytworzenia i w efekcie otrzymamy mniejszą liczbę jednostek danego dobra. Rozproszenie własności nieuchronnie prowadzi do podwyższenia preferencji czasowej społeczeństwa (tzn. w większym stopniu preferowane będzie mniejsze, ale natychmiastowe usatysfakcjonowanie potrzeb, niż większe, ale odłożone w czasie). Jak twierdzi Hoppe, ludzie będą bardziej skłonni do konsumpcji niż inwestycji.

Wydaje się, że rozmycie własności intelektualnej rodzi podobne konsekwencje – choć oczywiście zakres zjawiska jest mniejszy, nie sięga całej gospodarki (jak wtedy, gdy chodzi o własność w ogóle), a jedynie pewnej jej części. Zaznaczmy, że przedstawione argumenty oczywiście w żaden sposób nie przeczą, aby nawet przy absolutnym braku praw własności intelektualnej powstawały wspaniałe dzieła umysłu. Wybitne osiągnięcia poprzedzone są żarliwą pasją. Wewnętrzna motywacja twórcy w bardzo dużym stopniu pozwala mu pomijać kwestię finansowego wynagrodzenia. Pamiętajmy jednak, że koszt alternatywny będzie w takich przypadkach zawsze wyższy, mniej zasobów będzie alokowanych do dziedzin niechronionych prawem własności intelektualnej i w konsekwencji mniej dóbr tego rodzaju będzie produkowanych. Ciekawa w kontekście motywacji może być analiza coraz popularniejszego ruchu otwartego oprogramowania, którą podejmiemy w dalszej części pracy, a który to ruch w znacznym stopniu jest stymulowany przez zarabiające na własności intelektualnej koncerny.

Utylitaryzm kontra utylitaryzm

Rozważymy teraz argumenty utylitarne wysuwane przez przeciwników własności intelektualnej. Będziemy argumentowali dość przewrotnie, krytykując argumenty utylitarne właśnie przy pomocy argumentów utylitarnych. Przy okazji, warto zaznaczyć, że powoływanie się na utylitaryzm często może być bardzo nieadekwatne i należy raczej tylko częściowo opierać na nim argumentację. Przy jego wykorzystaniu można próbować podważać prawo do własności intelektualnej, ale również – analogicznie – prawo do własność i wolności w ogóle. Nie starczy w tym momencie miejsca na szersze omówienie tego poglądu, skupimy się więc tylko na kilku elementach i przykładach w kontekście tytułowych praw własności intelektualnej. Stawiając odpowiednie pytania retoryczne pokażemy, że (jak zostało już powiedziane), argumenty wysuwane przeciw własności intelektualnej często można również wysuwać przeciw własności „materialnej”.

Weźmy teraz pod rozwagę kosiarkę Stephana Kinselli14. Wysuwa się tu utylitarystyczny argument, że przekazanie kosiarki posiadanej przez osobę A osobie B jest niedopuszczalne, ponieważ wiąże się z pozbawieniem dobra rzadkiego pierwotnego właściciela. Kosiarka jest tylko jedna i jeżeli ma ją mieć B, nie będzie miał A. Inaczej ma być w przypadku dóbr określanych jako „własność intelektualna”. One nie są rzadkie, można je swobodnie powielać. Użytecznie jest więc powielać bez żadnych ograniczeń, a w przypadku idei dawać nieograniczony do nich dostęp. Ogólna satysfakcja wtedy wzrośnie, natomiast koszt miałby być zerowy. Mówiliśmy już o motywacji i wydaje się, że wcale nie jest takie oczywiste, czy koszt kopiowania jest rzeczywiście zerowy. Kopiowanie efektów pracy twórcy w znacznej liczbie przypadków może mieć demotywujący wpływ na gotowość podjęcia przez niego dalszych działań. Tymczasem jednak, skoro mamy powoływać się na utylitaryzm, to powołujmy się na niego konsekwentnie, od początku do końca.

Wywodzący się z racji utylitarnych argument, jakoby łamanie praw własności miało być złe, tylko dlatego, że pozbawia pierwotnego właściciela pewnego rzadkiego dobra (na rzecz osoby, której dane dobro nie przysługiwało) jest w rzeczywistości bardzo słaby, i to właśnie na gruncie utylitarnym. Również, co będziemy próbowali wykazać, bardzo przeciwny intuicyjnemu rozumieniu praw własności (gdyby był przekonujący dla intuicji, obecne prawo własności nie funkcjonowałoby na znanych dzisiaj zasadach). Zastanówmy się, czy nie jest możliwe bardziej maksymalizować użyteczności czerpanej z rozważanej kosiarki. Kosiarka nie jest przecież używana bez przerwy przez A, większość czasu jest dla swojego właściciela bezużyteczna. Korzystnie więc byłoby, z punktu widzenia maksymalizacji użyteczności, kiedy B, rozeznając się w sytuacji, „pożyczyłby” ją. Załóżmy dalej, jakkolwiek bardzo hipotetycznie, że w regionie zamieszkiwanym przez A nadchodzi zima, a w regionie zamieszkiwanym przez B, wiosna. Czy nie jest uzasadnione pozbawić A kosiarki i przekazać B? A i tak jej nie użyje. W zasadzie gdyby jej nie miał, nie odczuje żadnej straty. Natomiast B bardzo na niej skorzysta15. Odpowiednie działanie zwiększyłoby ogólną użyteczność z przedmiotu, a własność nabrałaby charakteru kolektywnego.

Przeciwnik mógłby w tym miejscu kontrargumentować: Jeśli A uzna to za użyteczne i jeśli przewiduje, że akurat nie będzie używał kosiarki, może ją sprzedać albo wypożyczyć B. Skoro tego nie zrobił, widocznie nie było to dla niego użyteczne. Jednak co w przypadku, kiedy A z pewnych szczególnych, ale znanych dla B powodów nie wystawia tej kosiarki na sprzedaż? Przykładowo, ma inne zajęcia i szkoda mu czasu na organizowanie sprzedaży albo jest leniwy i mu się po prostu nie chce? Czy nie będzie usprawiedliwione, żeby B sobie tę kosiarkę po prostu przywłaszczył? A jej nie użyje, na pewno nie skorzysta, tymczasem B odniesie korzyść. Ogólna odczuwana użyteczność wzrośnie. Warto dodatkowo nadmienić, że zgodnie z zasadą ujawnionych preferencji, jeżeli B zabierze tę kosiarkę z terenu należącego do A (któremu widocznie nie zależało na jej ochronie, co trzeba zauważyć właśnie w kontekście ujawnionych preferencji) i eksploatując skosi swój trawnik, następnie odstawi skąd zabrał, to sytuacja ulegnie optymalizacji. Utylitarystycznie wszystko jest więc w jak najlepszym porządku. Czy można jednak uznać, że osoba A nie ma prawa wnosić sprzeciwu przeciw takiemu obrotowi sprawy? Czy B może samowolnie „pożyczyć” kosiarkę? Intuicja mówi, że raczej nie.

Ekskluzywność i rzadkość ekonomiczna dóbr

Można wysunąć sprzeciw, stwierdzając, że omawiana kosiarka ulegnie eksploatacji. Wskażmy więc na przypadek, kiedy nie ma mowy o żadnym zużywaniu zasobu, czy wyłączności (w rozsądnych graniach), a mimo to, mamy do czynienia z prawem własności – i to na zupełnie fundamentalnym poziomie. My home is my castle (ang. mój dom jest moją twierdzą). Wkraczając na czyjś teren bez zezwolenia, nikt nie może być zdziwiony, kiedy zostanie oskarżony o łamanie praw własności. Nawet jeżeli tylko nieszkodliwie przechadza się po terenie. Ale czy chodząc uszczupla coś z rzadkości tej ziemi? Czy ją eksploatuje16? Nie, nie uszczupla i nie eksploatuje. A jednak, większość ludzi zupełnie intuicyjnie rozumie, że nie można samowolnie wchodzić na teren kogoś innego.

Należy więc zadać pytanie: co jest przesłanką dla takiego prawa własności?

Trzeba w tym momencie dostrzec, że właściciel (A) nie zna zamiarów osoby wchodzącej (B) na jego teren. Być może B chce zabrać zgromadzone przez A dobra? Powiemy, że A może użyć siły wobec wchodzącego, na zasadach samoobrony. Przykładowo A uważa, że B chce zabrać jego kosiarkę. Wtedy, chcąc bronić swojego rzadkiego dobra17, nie pozwoli B wejść na swoją ziemię. Właściciel A działa więc mając na uwadze nie tyle fakt rzadkości swojej ziemi (której przecież nie ubywa od chodzenia po niej), ale chęci obrony zgromadzonych w jej obrębie dóbr, które – jako rzadkie – potencjalnie mogłyby być zagrożone. Widzimy więc, że prawo do wyłącznego przebywania na danej ziemi chronione jest tylko ze względu na ewentualną utratę innych dóbr materialnych, a nie ze względu na rzadkość samej ziemi.

Proszę w tym momencie zauważyć, że prawa do własności intelektualnej można bronić w zupełnie analogiczny sposób. Wystarczy stwierdzić, że nie zarobione pieniądze są utraconymi dobrami rzadkimi18. Wtedy bronimy własności intelektualnej, tyko po to, aby de facto bronić dóbr rzadkich. Podobnie, jak bronimy dostępu do swojej ziemi. Nic by się przecież nie stało, gdyby ktoś swobodnie przeszedł po naszym terenie (a najprawdopodobniej przechodzący by na tym skorzystał, skoro wybrał taką drogę, zasada ujawnionych preferencji), jednak zabraniamy mu tego, ponieważ boimy się o dobra rzadkie. Analogicznie, autor książki nie pozwoli jej swobodnie skopiować, mimo że przecież jej nie straci. Istnieje jednak ryzyko, że straci – pośrednio – inne dobra rzadkie.

Zastanówmy się, czy rozsądnym jest uznać nie zarobione pieniądze za utracone dobra rzadkie. Rozważmy wspomnianego przy omawianiu motywacji egoistycznego piekarza. Jak wiadomo, piekarz wytwarza pieczywo w bardzo tylko małym stopniu dla siebie, a raczej na sprzedaż, więcej niż sam jest w stanie zjeść. Wytwarza sto bochenków, a sam zjada jeden. Pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć nie ma dla niego bezpośredniej wartości, a tylko pośrednią – może je sprzedać i nabyć inne dobra. Pamiętajmy jednak o subiektywizmie i indywidualizmie metodologicznym19. Wygląda na to, że w konkretnej sytuacji piekarza, wytworzony chleb jako taki, nie jest dla niego dobrem rzadkim (co zaskakujące, fakt ten zdaje się być powszechnie niedostrzegany). Tak, jak ekonomicznie dobrem rzadkim nie jest powietrze, którym oddychamy, mimo że obiektywnie, fizycznie jest przecież rzadkie. Rzadkość zależy od kontekstu i od skali, a wartościowania dóbr zawsze dokonują jednostki. Rzadkość jest względna i zależy od sytuacji konkretnego, działającego podmiotu. Powietrze traktujemy jako dobro wolne (czyli przeciwne rzadkiemu), ponieważ w naszym fizycznym otoczeniu znajduje się go więcej, niż jesteśmy w stanie skonsumować. Cenimy je dlatego, że możemy dzięki niemu podtrzymywać funkcje życiowe i konsumować inne dobra, które są rzadkie. Podobnie piekarz. Ceni on swój chleb, który nie jest dla niego rzadki, tylko ze względu na otwierające się przed nim możliwości konsumowania innych dóbr, które będzie można uznać w jego sytuacji za rzadkie20. Zabierając pieczywo pozbawiamy go więc dóbr rzadkich, które dopiero potencjalnie, hipotetycznie mógłby nabyć, na drodze katalektycznej wymiany.

Chcąc oponować i niejako na siłę bronić prawa własności piekarza do wyprodukowanego przez niego pieczywa (już nie przy pomocy argumentu o rzadkości), można byłoby wskazać na istnienie konfliktu między ewentualnymi beneficjentami konfiskaty nadmiarowych dla niego bochenków. Zauważmy, że jego samego możemy już wykluczyć z naszych rozważań, ponieważ – podobnie jak właściciel dóbr podlegających pod własność intelektualną – nie straci możliwości konsumowania tego dobra na satysfakcjonującym go poziomie21, dla niego nie jest to dobro rzadkie. Niemniej, ktoś mógłby powiedzieć, że chleb powinien zostać przekazany tym osobom, którym jest on najbardziej potrzebny, a takie rozstrzygnięcie może rodzić konflikty. Zgodnie z zasadą ujawnionych preferencji, będą to te osoby, które chcą dla niego najwięcej poświęcić, czyli, zazwyczaj, najwięcej zapłacić. W ten sposób, ze względów pragmatycznych (choć bardzo krótkowzrocznie rozumianych), można próbować uzasadnić prawo własności piekarza do bezpośrednio nieprzydatnych mu bochenków chleba. Piekarz powinien dysponować prawem własności i dzięki temu, na drodze sprzedaży – pełniąc funkcję sędziego rozsądzającego konflikty – przekazywać „swoje” wyroby najbardziej zainteresowanym22.

Ekonomiści dedukcyjni analizując zjawiska zachodzące w gospodarce często narzucają na swoje rozumowanie pewne sztuczne ograniczenia, aby w uproszczonych warunkach wyłuskać pewne powszechne prawa i następnie stosować je już w każdym przypadku. Postulują wtedy przykładowo jednoosobową „gospodarkę” funkcjonującą na wcześniej bezludnej, a teraz zamieszkiwanej przez rozbitka (tradycyjnie Robinsona Crusoe), wyspie23. Spróbujemy podążyć ich śladem i zastosować takie podejście w naszych rozważaniach. Oczywiście, aby rozpatrywać temat praw własności, musimy założyć istnienie większej liczby podmiotów. Wyobraźmy sobie, że zupełnie niedawno mieszkańcy rozważanej wyspy zostali dotknięci przez epidemię jakiejś choroby zakaźnej. Tymczasem, Robinson Crusoe opracował i wyprodukował skuteczną szczepionkę dla każdego mieszkańca. Szczepionka jest jednorazowa, to znaczy po jednorazowym zaszczepieniu człowiek jest całkowicie odporny przeciw chorobie. Szczepionek jest tyle, że wystarcza dla każdego mieszkańca. Nie jest to więc dobro rzadkie24 ani dla Crusoe, ani dla innych (choć potrzebne do życia, niemal jak powietrze), nie ma mowy o konflikcie, czy wyłączności użytkowania (spożytkowania). Zapytajmy retorycznie. Czy można w związku z tym postulować pozbawienie Crusoe prawa własności do wytworzonego przez niego serum? Odpowiedź musiałaby opierać się na pewnych fundamentach etycznych. Przykład ze szczepionką może wydać się Czytelnikowi nazbyt kontrowersyjny, ale równie dobry byłby np. zegarek.

Można teraz wysunąć zarzut, że jest np. niesprawiedliwym, aby farmaceuta i pisarz zdobywali dobra rzadkie w ten sposób, co piekarz. Podobnie, jak udzielenie odpowiedzi na zadane przed chwilą pytanie, byłoby to argumentacyjne przejście na zupełnie inną płaszczyznę, nie zawsze przecinającą się z tą utylitarną, po której chcieliśmy się tutaj poruszać. Choć oczywiście zrobimy takie przejście (i będziemy starali się odpowiedzieć na zadane pytanie), ale dopiero w ostatniej części niniejszego tekstu. Wydaje się jednak, że argumenty z rzadkości i wyłączności wysuwane przez przeciwników własności intelektualnej wcale nie muszą być rozstrzygające.

Ruch wolnego oprogramowania i open source

Spróbujemy teraz, z konieczności bardzo pobieżnie spojrzeć na środowisko otwartego oprogramowania komputerowego i przeanalizować w kontekście motywacji oraz finansowania. Historycznie, korzenie współczesnych ruchów sięgają rozproszonym na różnych amerykańskich uniwersytetach społecznościom hackerskim. Rok 1961, w którym MIT (Massachusetts Institute of Technology) uzyskał dostęp do komputera PDP-1 przyjmuje się za punkt startowy na osi rozwoju hackerskiej kultury. Trzeba w tym momencie zaznaczyć, że rozpowszechniony przez media głównego nurtu wizerunek hackera, jako informacyjnego wandala, jest całkowicie błędny (myli się hackera z crackerem). Pierwszymi hackerami byli naukowcy zajmujący się sztuczną inteligencją na wspomnianym już MIT. Jak opisuje plik Jargon25: hacker to „osoba, która znajduje przyjemność w poznawaniu tajników oraz wykorzystaniu do granic możliwości programowalnych systemów, w przeciwieństwie do większości użytkowników, którzy wolą nauczyć się tylko koniecznego minimum”26. Hacker nie niszczy, a szanuje pracę innych. Nie starczy nam miejsca na przywołanie licznych faktów z historii społeczności27, trzeba jednak wspomnieć o systemie operacyjnym Unix oraz o projekcie GNU.

Unix powstał w laboratoriach firmy Bell Labs. Był to zupełnie nowy system operacyjny, oparty na nowych założeniach i nowym języku programowania (językiem tym był C). Zastosowano zasadę KISS (ang. Keep It Simple Stupid), polecającą realizować zadania przy użyciu jak najprostszych środków28. Pozwoliło to uzyskać znaczną przenośność pisanego kodu, który mógł być teraz uruchamiany na maszynach o dość różnej organizacji, praktycznie bez konieczności jego większych zmian. Unix i wywodzące się z niego odmiany osiągnęły sporą popularność. Jednak nowe oprogramowanie coraz częściej dystrybuowane było wraz z ograniczającą użytkownika licencją. W 1983 roku Richard Stallman, hacker pracujący w laboratorium sztucznej inteligencji MIT rozpoczął prace nad nowym, wolnym systemem operacyjnym. W ogłoszeniu na Usenecie napisał: „Zaczynając w Święto Dziękczynienia zamierzam napisać pełny zgodny z Uniksem system oprogramowania nazwany GNU (od GNU to Nie Unix), i dać go [org. „give it away free”] każdemu, kto mógłby go użyć. Ogromnie potrzebne jest wsparcie w postaci poświęconego czasu, pieniędzy, programów

i sprzętu.”29. GNU miał więc być systemem operacyjnym wzorowanym na Unixie, wprowadzającym pewne dodatkowe usprawnienia, ale, co najważniejsze, udostępnianym bez żadnych ograniczeń dla jego dalszego wykorzystania przez użytkownika. Prace nad systemem trwały do początku lat ’90. Gotowych była już większość niezbędnych elementów, brakowało jednak jądra systemu. Okazało się, że zostało ono opracowane na Uniwersytecie Helsińskim przez Linusa Torvaldsa. Połączenie dwóch części, tzn. komponentów GNU oraz jądra (które nazywało się Linux), zaowocowało otwartym systemem operacyjnym GNU/Linux.

Stosujemy tu nazwę forsowaną przez Free Software Foundation (organizacja ta została założona przez Stallmana w 1985 roku), chociaż potocznie przyjęło się rozszerzać nazwę samego jądra (Linux) na cały system operacyjny oraz jego współczesne dystrybucje. Spór o nazwę ma dość silne znaczenie symboliczne i wyznacza pewną linię demarkacyjną miedzy różnymi podejściami do otwartego oprogramowania. Skupieni wokół Stallmana zwolennicy tzw. wolnego oprogramowania wychodzą z innych założeń niż skupieni wokół Torvaldsa i Raymonda30 zwolennicy tzw. oprogramowania open source (czyli o otwartym kodzie źródłowym). Postulaty licencyjne obydwu grup są dośfć podobne i mają na celu zapewnienie użytkownikom (w praktyce programistom) największej możliwej swobody w korzystaniu z software’u, jednak wynikają z zupełnie różnych światopoglądów. U podstaw wolnego oprogramowania leżą postulaty etyczne, u podstaw oprogramowania open source postulaty pragmatyczne. Aktywiści Free Software Foundation twierdzą, że otwartość kodu jest konieczna, aby nie pozbawiać użytkowników wolności i aby wspierać kooperację społeczną, które są dobre same w sobie. Zwolennicy open source wskazują, że swoboda jest po prostu najefektywniejszym sposobem na tworzenie oprogramowania.

Tworzenie oprogramowania

Takie utylitarne podejście (ruchu open source) znalazło wiele zrozumienia i sympatii po opublikowaniu przez Erica Raymonda eseju pt. The Cathedral and the Bazar31, który ukazywał zalety rozproszonej metodyki produkowania oprogramowania. Prorokował: być może, ostatecznie kultura open source zwycięży nie dlatego, że kooperacja jest moralnie właściwa albo zamknięte oprogramowania moralnie złe (zakładając, że wierzysz w to drugie, w które ani Linus [Torvalds], ani ja, nie wierzę), ale po prostu dlatego, że środowisko zamkniętego kodu nie może wygrać ewolucyjnego wyścigu zbrojeń ze społecznościami open source32.

Oto, jak różnice w obydwu podejściach widzi Richard Stallman. Za open source stoi idea, że pozwolenie użytkownikom na zmianę i redystrybucję oprogramowania prowadzi do zwiększenia jego funkcjonalności oraz niezawodności. Ale to nie jest pewne. Programiści zamkniętych systemów nie muszą być niekompetentni. Czasami produkują program, który jest funkcjonalny i solidny, nawet jeśli nie respektuje wolności użytkownika. Jak na taką sytuację zareaguje aktywista wolnego oprogramowania, a jak entuzjasta open source?

Szczery entuzjasta open source, który nie uległ ideom wolnego oprogramowania, powie: „Jestem zaskoczony, że udało wam się stworzyć tak dobrze działający program bez użycia naszego modelu rozwoju, ale udało wam się. Jak mogę dostać kopię [programu]?

Aktywista wolnego oprogramowania powie: „Wasz program jest bardzo atrakcyjny, ale nie za cenę mojej wolności. Więc muszę sobie poradzić bez niego. Zamiast tego, wesprę projekt na rzecz stworzenia wolnego zamiennika.33

Jesteśmy jedynymi (we Free Software Foundation – przyp. ww), którzy mówią o wolności i społeczności jako o czymś, za czym warto się opowiedzieć; organizacje, które mówią o „Linuxie” (jak już powiedzieliśmy, wg. Stallmana poprawna nazwa systemu to GNU/Linux – przyp. ww) zazwyczaj o tym nie mówią. Czasopisma o „Linuxie” są zwykle pełne reklam nie-wolnego oprogramowania; firmy, które dystrybuują „Linuxa” dodają nie-wolne oprogramowanie do systemu; inne firmy „wspomagają Linuxa” nie-wolnymi aplikacjami; grupy użytkowników „Linuxa” często zapraszają przedstawicieli handlowych, żeby prezentowali swoje aplikacje.34

Trzeba zaznaczyć, że nawet użytkownicy GNU/Linuxa w znakomitej większości nie spełniają tutaj wymagań stawianych przez Stallmana. Przygniatająca większość istniejących dystrybucji wykorzystuje zamknięte oprogramowanie w zupełnie kluczowych miejscach35. Zgodnie z definicją Free Software Foundation, która wyklucza możliwość użycia jakiegokolwiek zamkniętego kodu taki fakt jest dyskredytujący i system jako całość nie może zostać nazwany wolnym oprogramowaniem. Obecnie istnieje jedynie kilka całkowicie wolnych dystrybucji systemu GNU/Linux, których instalacja i obsługa wymaga zazwyczaj bardzo zaawansowanej wiedzy36.

Dzisiaj wiele projektów open source finansowanych jest przez wielkie koncerny działające od dawna na rynku komputerowym, które swoją pozycję zbudowały na zamkniętych rozwiązaniach. Korporacyjnym pionierem w kontaktach ze środowiskiem open source był IBM, który w marcu 1998 nawiązał współpracę z głównym twórcą otwartego i bardzo (już wtedy) popularnego serwera stron internetowych Apache, Brianem Behlendorfem. „IBM przeznaczył niewielkie środki finansowe na założenie Apache Software Foundation – osoby prawnej, która zajęła się obsługą kontraktu w imieniu firmy”37. Spółka powołała specjalny zespół swoich własnych pracowników, którzy dołączyli do projektu Apache. Niedługo potem powołano również grupę mającą pracować nad GNU/Linuxem. IBM, który zarabia wielkie pieniądze na swoich zamkniętych rozwiązaniach postanowił wykorzystać potencjał open source. „Przeznacza rocznie sto milionów dolarów na ogólny rozwój Linuxa”38, co bardzo się opłaca, ponieważ stworzenie podobnego systemu tradycyjną metodą, wewnątrz firmy, kosztowałoby kwotę rzędu miliardów dolarów. Dodatkowo stracił na tym Microsoft, Sun oraz inni konkurenci koncernu. Wygląda więc na to, że rozproszony system tworzenia oprogramowania opisany przez Erica Raymonda rzeczywiście okazał się bardziej wydajny i wiele firm podążyło śladem IBM39, co zaowocowało ciekawym mezaliansem. Pojawiają się jednak głosy, że tak naprawdę nie wprowadzono nic nowego a metodyka jest w zasadzie taka sama40, tyle, że angażuje nowe osoby, z całego świata.

Interesującym przypadkiem jest Google, który cieszy się dość dobrą opinią w otwartym środowisku programistycznym. Google jednak, podobnie jak inne koncerny niezwykle pieczołowicie strzeże swoich rozwiązań, a algorytmy przynoszące miliardowe zyski zastosowane w wyszukiwarce oraz innych aplikacjach owiane są ścisłą tajemnicą. Firma ma ułatwione zadanie stworzenia pozytywnego wizerunku, ponieważ jej usługi oferowane są w większości za pośrednictwem przeglądarki internetowej, gdzie niejako naturalnym jest brak dostępu do kodu źródłowego. Warto dodatkowo zaznaczyć, że Google Corporation w blisko stu procentach finansuje Mozilla Foundation i tym samym coraz popularniejszą przeglądarkę internetową Firefox. Niektórzy dopatrują się tutaj konfliktu interesów. Natomiast Richard Stallman w przenoszeniu aplikacji do sfery internetu i rozwoju pewnych usług (cloud computing np. gmail) upatruje zagrożenia dla wolności41.

Argumenty deontologiczne

Skierujmy się teraz w kierunku argumentom deontologicznym. Ktoś może twierdzić, że praca fizyczna, która skutkuje wytworzeniem dóbr materialnych ma inny charakter niż praca czysto umysłowa. Zgodnie z hierarchią potrzeb uznaną przez dzisiejszą psychologię ten drugi rodzaj pracy często wiąże się z zaspokajaniem najwyższych potrzeb człowieka. W związku z tym niewłaściwym byłoby taką pracę dodatkowo premiować. Programiści wolnego oprogramowania często deklarują, że działają dla samej satysfakcji tworzenia czegoś wartościowego. Eric Raymond doszukuje się czynników motywacyjnych w chęci zdobycia szacunku i prestiżu w środowisku42, a to są również potrzeby raczej wyższe. Rażąco trywialnym będzie stwierdzenie, że osoby zaangażowane w tworzenie otwartego oprogramowania (nawet jeśli często finansowane przez wielkie koncerny), czy np. Wikipedii wykonują ogromnie pożyteczną pracę, która przynosi ogromne korzyści ogółowi ludzkości. Są to wspaniałe inicjatywy, które przecież każdy człowiek uzna za niesłychanie szlachetne, czy nawet piękne.

Ale nie może to być przesłanką do zupełnego potępienia praw własności intelektualnej. Tak, jak istnienie tradycyjnych organizacji charytatywnych nie może być przesłanką do potępienia praw własności w ogóle. Gwoli sprawiedliwości, zauważmy, że fundacja Billa i Melindy Gates przeznacza miliardy dolarów na pomoc charytatywną. Gates choć nie lubiany za liczne niechlubne postępowania Microsoftu jest obecnie jednym z największych filantropów na świecie. Pomaga innym, podobnie jak Richard Stallman. Ludzie mają prawo robić co chcą, w jaki sposób chcą, z kim chcą i kiedy chcą. Mają prawo w dowolny sposób dysponować owocami swojej pracy, dopóki są wolni. Mogą wspierać dowolne inicjatywy swoją pracą i zasobami. Nie znaczy to jednak, że osoba łożąca na cele dobroczynne może zmuszać do tego innych.

Jeżeli twórca czerpie przyjemność ze swojej pracy, jej owoce nadal należą do niego. Rzeźbiarz, który z satysfakcją tworzy swoje dzieła ma do nich wyłączne prawo. Dlaczego inaczej miałoby być np. z autorem książki? Ktoś może zarzucić, że autor raz napisanej książki będzie czerpał z niej korzyści nawet nic już później nie robiąc. Trzeba jednak zauważyć, że jest to zupełnie normalna sytuacja na wolnym rynku. Tak może działać każdy właściciel przedsiębiorstwa, a gdyby było inaczej rozwój gospodarczy zatrzymał by się na bardzo wczesnym etapie. Dysponując odpowiednim kapitałem, zatrudniając pracowników oraz managerów przedsiębiorca może nie robić zupełnie nic, a jednak czerpać korzyści z raz powziętego przedsięwzięcia. Oczywiście, ryzykuje, że wyprodukowane przez jego firmę dobra nie będą cieszyły się wystarczającym zainteresowaniem, albo, że ich cena spadnie na skutek zmiany preferencji konsumentów. Podobnie jednak, ryzykuje autor książki.

Można wysunąć inny argument: własności intelektualnej nie da się chronić, dlatego nie ma stosownego umocowania. Ale co, jeśli złodziej włamał się do naszego domu i zabrał zgromadzone przez nas dobra. Czy to znaczy, że skoro nie udało nam się uchronić przed kradzieżą, dobra nie należały do nas?

Człowiek jest istotą sentymentalną i ceni rezultaty swojej pracy. Często przykłada specjalne znaczenie do cech przedmiotów, które mają wymiar nierzeczywisty, do cech znajdujących się poza klasycznie rozumianym obiektywnym światem fizycznym43. Jeżeli ktoś przywiąże się do konkretnego wiecznego pióra, którym podpisał bardzo dla niego ważny dokument, to choćby proponowano mu w zamian dwa identyczne, może się na taką transakcję nie zgodzić. Właśnie to, konkretne pióro ma dla niego specjalne znaczenie. Pojmowane oczywiście czysto subiektywnie (gdyby ktoś – chyba tylko dla weryfikacji hipotezy – niepostrzeżenie podmienił przedmiot, właściciel oczywiście żyłby w przeświadczeniu, że cały czas posiada swoje „zasłużone” pióro).

Podsumowanie

Subsydiowanie upadających podmiotów gospodarczych (i podatki jako takie) można krytykować na dwóch podstawach. Albo wskazuje się na zaburzenie informacji o preferencjach konsumentów, co prowadzi do nieefektywnej alokacji rzadkich zasobów. Nie produkuje się wtedy tego, czego oczekują konsumenci. Dodatkowo jest to demotywujące dla efektywnego działania przedsiębiorców. Albo, z drugiej strony, że jest niemoralne. Siłą, bez zgody, owoce pracy jednych są im odbierane i dawane drugim. W przypadku braku własności intelektualnej mamy do czynienia z podobnymi problemami. Zniekształca się strukturę dochodową na korzyść producentów dóbr materialnych, kosztem producentów dóbr czysto intelektualnych. Rzadki zasób, jakim bezdyskusyjnie jest praca zostaje alokowany nieoptymalnie. Mówiliśmy o analogiach do krytyki socjalizmu, w którym własność ma charakter kolektywny. Kiedy, z drugiej strony mówimy o moralności, pamiętajmy, że właściciele wielkich firm również nie muszą już pracować, a nadal będą czerpać zyski z wcześniej zgromadzonego kapitału, czyli wcześniej wykonanej pracy.

Wiktor Wojtylak, 03.03.2009


Przypisy:

1 Śledziński K., „Własność intelektualna to kradzież”, https://liberalis.pl/2009/02/18/krzysztof-sledzinski-wlasnosc-intelektualna-to-kradziez/.
2 Jeśli nie, warto zapoznać się np. z teorią wyboru publicznego.
3 Co sugeruje Krzysztof Śledziński, cytując: „Drukarni można było przyznać prawo do kopiowania przez królewski dekret, oznaczający, że tylko ona mogła drukować książki lub gazety w pewnym dystrykcie” za Long, R. The Libertarian Case Against Intellectual Property Rights, http://libertariannation.org/a/f31l1.html.
4 Chodzi oczywiście o idee spontanicznego ładu; Hayek, F. A. Law, Legislation, and Liberty oraz The Use of Knowledge in Society.
5 W zależności od definicji, ponieważ jeżeli zdefiniujemy państwo jako organizację stosującą przymus, nadal można sobie wyobrazić dobrowolne społeczeństwo socjalistyczne. Będzie ono jednak borykało się z takimi samymi problemami, jak poprzednio – np. niemożnością kalkulacji ekonomicznej.
6 Mowa jest tu o argumentach utylitarnych, a nie np. etycznych.
7 von Mises L., Socialism, http://mises.org/books/socialism.pdf s. 118. Tu i wszędzie dalej tłum. włas. o ile nie zaznaczono inaczej.
8 Ibid., s. 120.
9 Oczywiście raz wytworzone „dobro intelektualne” mogłoby być już swobodnie dostępne i problem kalkulacji rozmyłby się. Chodzi tu jednak właśnie o produkcję nowych dóbr. Autor książki kalkuluje, że opłaca mu się napisać następną, firma produkująca oprogramowanie komputerowe kalkuluje, że opłaca się stworzyć modyfikacje i kolejne wersje programu itd. Nie możemy nigdy zapominać, że zanim takie dobra staną się dostępne zawsze muszą być wytworzone w procesie produkcji, którego racjonalność wiąże się z kalkulacją przedsiębiorcy. Przedsiębiorca ocenia czy bardziej opłaca mu się wytwarzać oprogramowanie czy np. ołówki.
10 Skondensowane ich omówienie wraz z omówieniem problemu kalkulacji można znaleźć w: von Mises L. Ludzkie działanie, rozdz. XXVI. Dostępne w wersji angielskiej: http://mises.org/humanaction/pdf/ha_26.pdf.
11 Hoppe H., A Theory of Socialism and Capitalism, http://mises.org/humanaction/pdf/ha_26.pdf , s. 24.
12 Jest to bardzo istotne spostrzeżenie na tle praw własności intelektualnej, na co zwrócimy jeszcze uwagę w dalszej części pracy – przyp. ww.
13 Z kontekstu wynika, że chodzi tu o dorabianie w szarej strefie, co wiąże się z dodatkowymi kosztami (których nie ma w sytuacji braku redystrybucyjnych przepisów państwowych, odstręczających od normalnej działalności) – przyp. ww.
14 Kinsella S., Przeciw własności intelektualnej, http://mises.pl/255/255/.
15 Czytelnik może wskazać, że zaniedbujemy koszty transportu, bo skoro w regionie A jest zima a w B wiosna, musi ich dzielić znaczna odległość geograficzna. Taka jest natura tego przykładu, z pewnością można wyobrazić sobie inny. Nie jest to mimo wszystko problem; możemy dodatkowo założyć, że B przebywał w regionie A na wakacjach (cyklicznych, na które jeździ co rok) i właśnie wraca do domu. Dodatkowo ma dużo wolnego miejsca na bagaż.
16 Zakładamy życzliwie, że np. nadepnięcie na źdźbło trawy nie jest eksploatacją.
17 Być może naiwnie, ale zakładamy, że agresywny A nie rozpatruje argumentów utylitarnych – „może bardziej niż mnie, kosiarka przydałaby się B?”
18 Co widać, czego nie widać? – trzeba zapytać retorycznie za F. Bastiatem.
19 Subiektywizm oraz indywidualizm są jednymi z głównych postulatów metodologicznych austriackiej szkoły w ekonomii, z którą notabene zdaje się sympatyzować np. S. Kinsella.
20 Nie mówimy tu o ewentualności bycia piekarzem z zamiłowania.
21 Konfiskujemy dziewięćdziesiąt dziewięć bochenków ze stu.
22 Argument ten jest oczywiście oparty na bardzo chwiejnych podstawach i zaniedbuje np. kluczowy czynnik motywacji. Trzeba zapytać, czy piekarz wypiekałby chleb w takich warunkach?
23 Jest to konstrukt myślowy do którego bardzo często odwołują się ekonomiści szkoły austriackiej.
24 Oczywiście trzeba te szczepionki „fizycznie” mieć w ręku, bo dopóki jest inaczej, potrzebujemy wykorzystać rzadkie zasoby na ich sprowadzenie. Tak samo jest jednak z dobrami podlegającymi tzw. własności intelektualnej.
25 Tzw. Jargon File to zbiór terminów używanych w społeczności, pisany przez hackerów. Dostępny pod adresem: http://catb.org/jargon/.
26 http://catb.org/jargon/html/H/hacker.html, wersja pliku 4.4.7, dostęp 28.02.2009.
27 Zainteresowany Czytelnik może zapoznać się z esejem Erica Raymonda A Brief History of Hackerdoom, http://catb.org/~esr/writings/cathedral-bazaar/hacker-history/.
28 Zasada KISS jest w pewnym sensie równoważna Brzytwie Ockhama.
29 Są to dwa pierwsze zdania z oryginalnego ogłoszenia Richarda Stallmana o rozpoczęciu projektu GNU, http://gnu.org/gnu/initial-announcement.html, tłumaczenie zaczerpnięte z http://gnu.org/gnu/initial-announcement.pl.html.
30 Oczywiście mówimy tu o najbardziej znanych przedstawicielach.
31 Raymond E., The Cathedral and the Bazaar, http://catb.org/~esr/writings/cathedral-bazaar/cathedral-bazaar/.
32 Ibid., rozdz. The Social Context of Open-Source Software.
33 Stallman R., Why “Open Source” misses the point of Free Software, http://gnu.org/philosophy/open-source-misses-the-point.html.
34 Stallman R., What’s in a name?, http://www.gnu.org/gnu/why-gnu-linux.html.
35 Chodzi tu głównie o sterowniki obsługujące sprzęt.
36 Warto wymienić gNewSense, http://gnewsense.org/ oraz stosunkowo nowe gobuntu, http://ubuntu.com/products/whatisubuntu/gobuntu (wokół, którego są jednak pewne wątpliwości).
37 Tapscott D., Williams A., Wikinomia, wyd. Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, 2006, tłum. Cypryański P. s. 123.
38 Ibid., s. 126.
39 Wspomnijmy np. firmę Novell, która zarabia na swoich zamkniętych systemach, a która obecnie finansuje dystrybucję openSUSE, http://novell.com/news/press/novell_completes_acquisition_of_suse_linux.
40 Connel C., Open Source Projects Manage Themselves? Dream On, http://chc-3.com/pub/manage_themselves.htm.
41 http://guardian.co.uk/technology/2008/sep/29/cloud.computing.richard.stallman
42 Raymond E., Homesteading the Noosphere, http://catb.org/~esr/writings/cathedral-bazaar/homesteading/.
43 Nie ma tym miejscu konieczności bardziej szczegółowo wdawać się w meandry epistemologii.

Krzysztof Śledziński

O autorze

Krzysztof Śledziński

Zobacz wszystkie teksty tego autora w archiwum Liberalis.

Wszystkie teksty autora: Krzysztof Śledziński

Dyskusja

62 odpowiedzi do „Wiktor Wojtylak: „Własność intelektualna to kradzież” – czy aby na pewno?”

  1. >To, że państwo nie jest w stanie skuteczne egzekwować jakiegoś prawa, w żadnym razie nie może świadczyć o defektach tegoż prawa.

    To, że komunizm w praktyce zawiódł wcale nie świadczy o tym, iż idea wspólności wszystkiego była błędna? Nie wydaje mi się ..

  2. >Jeżeli uznamy, że dobra podlegające własności intelektualnej można swobodnie kopiować, utracimy część funkcji informacyjnej transakcji rynkowych.

    W ten sposób można by wymierzyć solidny cios idei, wedle której na rynku powinna istnieć konkurencja między producentami i usługodawcami.

    >Rzeźbiarz, który z satysfakcją tworzy swoje dzieła ma do nich wyłączne prawo.

    Prawo do czego? Do rzeźby, do rzeczy, którą ów rzeźba przedstawia, do idei tej rzeczy?

  3. Ech, dalej czekam na poważną krytykę pracy Kinselli. A może którąś przeoczyłem?

    Chyba sam zacznę pisać dla Liberalis.pl… W jaki sposób można założyć tu konto? Trzeba mieć gdzieś bloga?

  4. I. Rola państwa w argumentacji
    Prawo własności w dzisiejszym rozumieniu nie jest w żadnym razie prawem klasycznym. Nie opiera się bowiem na pierwotnej apropriacji, jest państwowym konstruktem, jakże różnym od prawa własności w rozumieniu libertariańskim. Zdecydowanie bliższe jest ono prawu własności w ujęciu Benthama – czyli prawem własności jest to, co państwo mówi, że nim jest (vide: http://www.rp.pl/artykul/77985.html). Można powiedzieć, że stanowi ono połączenie ekonomicznych i politycznych środków.
    Oczywiście, jeśli coś ma etatystyczne korzenie to nie musi być to „złe”. Sama proweniencja jakiejś idei nie jest tu najważniejsza. Liczy się raczej, przynajmniej w tym punkcie argumentacji, czy idea ta (wynaleziona przez państwo) łamie prawa określane przez libertarian jako naturalne, tu: prawo własności. Jeśli prawo własności intelektualnej łamie prawo własności (niezależnie czy w rozumieniu lockeańskim, mutualistycznym czy georgistowskim) to dopiero wtedy jest „złe”. Jeśli by tak nie było, to można by Twój argument zastosować do uzasadnienia obozów koncentracyjnych: Tak samo mogło być jednak z obozami koncentracyjnymi, które podobnie, mogłoby narodzić się w wyniku spontanicznych, rynkowych interakcji.
    Poza tym, wyjaśnij jak prawo własności intelektualnej miałoby powstać w wyniku owych spontanicznych interakcji.

    II. Kalkulacja ekonomiczna
    Muszę przyznać, że tego argumentu nie rozumiem. Zgodnie z tym, co piszesz, każde działanie musi zakłócać przepływ informacji od konsumentów do producenta, bo każde działanie sprawia, że przedsiębiorcy trudniej przewidywać przyszłość. Poza tym, argument jest tym bardziej nietrafiony, że na jakiego podstawie mogę Ci udowodnić, że wolny rynek, rozpatrywany z pozycji monopolisty (dajmy na to Poczty Polskiej), powoduje, że konkurencja uniemożliwi mu przewidywanie przyszłości we właściwy sposób. Argument nie jest więc uniwersalny, bo zależy od punktu widzenia.
    Co więcej, nie jest tak, że „jeżeli uznamy, że dobra podlegające własności intelektualnej można swobodnie kopiować, utracimy część funkcji informacyjnej transakcji rynkowych” – oczywiście, część informacji zostanie utracona, ale część również powstanie. W żadnym razie nie jest to argument za WI – w zależności od tego, jak jest status quo, każde działanie spowoduje utratę części informacji i powstanie innej. Przykładowo, gdyby prawa własności intelektualnej nie było, jego powstanie spowodowałoby, że część informacji zostałaby utracona.
    Następne zdania („Co za tym idzie, twórcy nie będą mieli sygnału, że jest zapotrzebowanie na produkowane przez nich dobra. Takich dóbr będzie więc wytwarzanych dużo mniej”) to non sequitur. Brak prawa własności intelektualnej nie implikuje braku możliwości sprzedaży, np. książek. To czy będzie wytwarzanych mniej czy więcej, jest nie do udowodnienia.

    III. Motywacja
    Twierdzisz tym samym, że monopolista, któremu prawo gwarantuje wyłączność na produkcję danego dobra, w przypadku braku monopolu utraci motywację do wytwarzania produktu. Przecież „koszt alternatywny będzie w takich przypadkach zawsze wyższy, mniej zasobów będzie alokowanych do dziedzin niechronionych prawem własności intelektualnej i w konsekwencji mniej dóbr tego rodzaju będzie produkowanych”. Wniosek: utwórzmy monopole na wszystkie produkty.
    Poza tym, można równie dobrze tym argumentem uzasadniać subsydiowanie rolnictwa. Jak twierdzi Hoppe, subsydiowanie jakiegoś zjawiska, sprawia, że jest go więcej. Jednakże, przecież subsydia po pierwsze umożliwiają czerpanie większych zysków z pracy, po drugie – więcej osób zaangażuje się w to działanie, bo krańcowi producenci będą zachęceni, po trzecie – osłabione zostanie prawo użyteczności marginalne. Czy tak?
    Ogólnie rzecz biorąc, Twoja analiza nie jest całościowa.

    IV. Utylitaryzm kontra utylitaryzm
    Po pierwsze, ja nigdzie nie piszę o utylitaryzmie, Kinsella również tego nie robi. Jak Ci mówiłem, argumenty z konsekwencji to nie wyłącznie argumenty utylitarne, których raczej w swojej pracy unikam.
    Po drugie, mieszasz użyteczności. W jednym miejscu piszesz o użyteczności w rozumieniu subiektywnym („Jeśli A uzna to za użyteczne i jeśli przewiduje, że akurat nie będzie używał kosiarki, może ją sprzedać albo wypożyczyć B. Skoro tego nie zrobił, widocznie nie było to dla niego użyteczne. Jednak co w przypadku, kiedy A z pewnych szczególnych, ale znanych dla B powodów nie wystawia tej kosiarki na sprzedaż?”), w innym o użyteczności społecznej (ogólnej): „Zastanówmy się, czy nie jest możliwe bardziej maksymalizować użyteczności czerpanej z rozważanej kosiarki. Kosiarka nie jest przecież używana bez przerwy przez A, większość czasu jest dla swojego właściciela bezużyteczna. Korzystnie więc byłoby, z punktu widzenia maksymalizacji użyteczności, kiedy B, rozeznając się w sytuacji, „pożyczyłby” ją.”. Żeby Twój argument miał sens, musiałbyś ujednolicić definicje, a tak to stosujesz sofistyczną ekwiwokację, dlatego argument jest całkowicie nietrafiony.
    Co więcej, idea użyteczności ogólnej jest błędna, bo zakłada obiektywizację użyteczności, tzn. musi stosować jakiś przelicznik użyteczności, którym najczęściej jest pieniądz. Ignoruje to dość oczywisty fakt występowania innych bodźców. Dalej: żeby udowodnić, iż dane działanie jest użyteczne ogólnie, musiałbyś przeprowadzić dość skomplikowaną analizę efektywności Kaldor-Hicksa.

    V. Ekskluzywność i rzadkość ekonomiczna dóbr
    Po pierwsze, „prawa do własności intelektualnej można bronić w zupełnie analogiczny sposób”. Więcej, każdego monopolu można bronić w identyczny sposób. Wniosek: zmonopolizujmy wszystko!
    Po drugie, nie istnieje bezpośredni i, co chyba ważniejsze, możliwy do udowodnienia związek między prawem własności intelektualnej a zarobkiem. Z faktu istnienia owego prawa nie wynika, że zwiększy się dochód jakiejś osoby. On się może zwiększyć. Jednocześnie, właściciel czegokolwiek nie posiada ceny swoich produktów, bo cena istnieje w umyśle kupującego, a posiadający nic do niej nie ma. Jak pisałem: roszczenie do ceny dobra jest roszczeniem do umysłów innych ludzi.
    Po trzecie, oczywiście, że chleb jest dla piekarza rzadki. Rzadkość dobra oznacza, że jego ilość jest ograniczona w odniesieniu do celów, których realizacji mają służyć. Inaczej, za wiki, dobro rzadkie jest to takie dobro, którego dostępność nie jest w stanie pokryć potrzeb ludzkich. Jak pisze Rothbard, „jeśli środki występują w ilości nieograniczonej, nie stają się obiektem zainteresowania działającej osoby”. Jako że chleb jest obiektem zainteresowania piekarza, bo decyduje się go sprzedać, to jest on rzadki. Całkowicie błędna jest więc konstatacja, że „zabierając pieczywo pozbawiamy go więc dóbr rzadkich, które dopiero potencjalnie, hipotetycznie mógłby nabyć, na drodze katalektycznej wymiany”. Szczepionka w omawianym poniżej przykładzie także jest dobrem rzadkim, bo jest przedmiotem działania. Robinson nie jest zmuszony dać szczepionki każdemu, może chcieć zatrzymać ja dla nienarodzonego jeszcze swojego dziecka, może chcieć je zniszczyć, sam może wypić dwie, tak że dla jednej osoby nie starczy. Vulgo: szczepionka nie występuje w ilości nieograniczonej, dlatego jest rzadka.
    Problem z własnością intelektualną jest taki, że prawo to tworzy rzadkość w sposób sztuczny.

    VI. Argumenty deontologiczne
    Kamil trafił w sedno. Rzeźbiarz, tak jak piekarz, ma wyłączne prawo do produktu, który stworzył, ale nie do samej idei rzeźby (zakażmy innym produkować rzeźby, bo tylko ja chcę je produkować) czy nawet nie do takiej samej rzeźby stworzonej przez kogoś innego. Tak samo jest z autorem książki. Argument deontologiczny w Twoim wykonaniu jest więc non sequitur dość znacznych rozmiarów (objętościowo).

    VII. Podsumowanie
    Nie podważasz żadnych argumentów wysuwanych przeze mnie w pracy, a to byłoby najłatwiejszym sposobem na obronę własności intelektualnej. Przedstawiasz inne argumenty, które, moim zdaniem, są nieuzasadnione, bo w konsekwencji prowadzą do całkowitego wypaczenia nawet zawartych w Twoim artykule pomysłów.

  5. 🙂

    Za głupi jestem na takie dyskusje. Ale cieszę się, że przybiera formę polemik, a nie samych pyskówek pod-tekstowych:)
    Jak się rozkręcimy to może i w Nieregularniku się uda taki styl zaszczepić:)

  6. I. Rola państwa w argumentacji
    Jeden. „Prawo własności w dzisiejszym rozumieniu nie jest w żadnym razie prawem klasycznym. Nie opiera się bowiem na pierwotnej apropriacji, jest państwowym konstruktem, jakże różnym od prawa własności w rozumieniu libertariańskim”
    Nawet jeśli holistycznie nie jest, to prawo własności kreślone przez libertarian zdaje się być jego podzbiorem. Dobra nabyte zgodnie z przesłankami libertariańskimi są (w sferze deklaracji) chronione przez państwo. Jeśli rzeczywiście są jakieś istotne różnice, z pewnością warto będzie się o nich dowiedzieć (rzecz jasna wyłączając tu podzbiór prawa własności intelektualnej, bo co do niego właśnie idzie spór). Choć, z punktu widzenia budowania argumentacji nie ma znaczenia, czy państwo chroni własność intelektualną, czy nie.
    Dwa. Oczywiście zgadza się, że jeśli prawo własności intelektualnej łamałoby prawo własności w ogóle, to byłoby „złe”.
    Trzy. Co do przykładu z obozami koncentracyjnymi – to jest zupełnie jasne, że tak zdefiniowane „rynkowe interakcje” nigdy nie mogą być „dobre”. Sprowadzając do absurdu: państwo przecież też pojawiło się w wyniku takich „rynkowych interakcji”, nie ustanowiły go ufoludki. Krytykuje się je dlatego, że stosuje przymus i ogranicza wolność.
    Cztery. „[W]yjaśnij jak prawo własności intelektualnej miałoby powstać w wyniku owych spontanicznych interakcji.”. Tak jak prawo własności w ogóle. Czyli dlatego, że miałoby korzystne konsekwencje społeczne (tzn. powstawałoby więcej preferowanych dóbr) i/lub dlatego, że ludzie chcieliby mieć z zasady wyłączność do decydowania o efektach swojej pracy. Czy istnieje inne, przekonujące uzasadnienie klasycznych praw własności?

    II. Kalkulacja ekonomiczna
    Jeden. Funkcją przedsiębiorców jest przewidywanie przyszłości, w taki sposób, aby w największym stopniu zaspokajać preferencje konsumentów (jako ogółu). Zgadza się, że każde działanie może wpływać na taką antycypację. Każda interwencja i ingerencja w prawo też. Nie chodzi tu jednak w żadnym miejscu o fakt wpływania na informację dostępną przedsiębiorcom jako taki.
    Dwa. „Argument nie jest więc uniwersalny, bo zależy od punktu widzenia”. Oczywiście, że argument nie jest uniwersalny. Na zniesieniu praw własności w socjalizmie przecież też ktoś korzystał i z jego punktu widzenia (krótkowzrocznego) taki stan rzeczy można by uznać za pożądany. Argument nie miał być uniwersalny, a jedynie analogiczny do krytyki ustroju socjalistycznego, który wskazuje na nieuchronne zaistnienie deficytu dóbr pożądanych przez (większość) ludzi.
    Trzy. „Brak prawa własności intelektualnej nie implikuje braku możliwości sprzedaży, np. książek. To czy będzie wytwarzanych mniej czy więcej, jest nie do udowodnienia.”
    Podobnie można by powiedzieć, że argument z kalkulacji przeciw socjalizmowi też jest nie do udowodnienia. Można np. twierdzić: jeśli zabierze się ludziom część dochodu, to oni będą wtedy pracować więcej. Jeśli producentowi butów będzie się je zabierać, to on będzie je tym chętniej produkował. Nie ma sposobu, żeby wykazać, że taki przypadek nigdy nie będzie miał miejsca. Dalej, można by równie dobrze twierdzić, że ludzie nabiorą światopoglądu ascetycznego i będą brzydzić się wszelką konsumpcją. W ogóle niewiele rzeczy jest do udowodnienia, jeśli nie poczyni się pewnych założeń.

    III. Motywacja
    Jeden. „Twierdzisz tym samym, że monopolista, któremu prawo gwarantuje wyłączność na produkcję danego dobra, w przypadku braku monopolu utraci motywację do wytwarzania produktu”. Obiektywnie – nie utraci całej, ale na pewno taka motywacja będzie mniejsza.
    Dwa. Ciężko jest znaleźć motywację dla inwestowania sum zakończonych na końcu wieloma zerami w badania nad nowymi lekami, jeśli później, każdy (przy bardzo małych nakładach) będzie mógł te leki swobodnie produkować. Pamiętajmy, że produkcja już raz opracowanego leku jest niepomiernie tania w stosunku do samego opracowania specyfiku.
    Trzy. „Poza tym, można równie dobrze tym argumentem uzasadniać subsydiowanie rolnictwa. Jak twierdzi Hoppe, subsydiowanie jakiegoś zjawiska, sprawia, że jest go więcej.”
    Tym argumentem (z motywacji) można uzasadniać każde subsydiowanie. Jednak w świetle argumentu z kalkulacji ekonomicznej, takiego subsydiowania uzasadnić już absolutnie nie można. Zniekształca się informację o preferencjach konsumentów poprzez ingerencję z zewnątrz. Przedsiębiorcy będą produkowali dobra, na które jest relatywnie mniejsze zapotrzebowanie, zamiast przeznaczać środki do inwestycji w inne gałęzie.

    IV. Utylitaryzm kontra utylitaryzm
    Jeden. „Jak Ci mówiłem, argumenty z konsekwencji to nie wyłącznie argumenty utylitarne, których raczej w swojej pracy unikam.” Ok. Chociaż, będę Ci wdzięczny, jeśli wyjaśnisz mi różnice między utylitarnymi a tymi z konsekwencji.
    Dwa. „[M]ieszasz użyteczności”. Właśnie staram się tego uniknąć. Jedynym na to sposobem jest zastosowanie zasady o ujawnionych preferencjach. Zasada ta może mieć zaskakujące, a nawet absurdalne konsekwencje, ale jest jedynym „narzędziem” posiadanym przez ekonomistów szeregujących dobra ordynarnie (a nie kardynalnie, co potrzebne by było do przeprowadzenie analizy efektywności Kaldor-Hicksa, o której wspomniałeś). Bez tej minimalistycznej zasady żadna ekonomia nie byłaby możliwa.
    „Zastanówmy się, czy nie jest możliwe bardziej maksymalizować użyteczności czerpanej z rozważanej kosiarki. Kosiarka nie jest przecież używana bez przerwy przez A, większość czasu jest dla swojego właściciela bezużyteczna. Korzystnie więc byłoby, z punktu widzenia maksymalizacji użyteczności, kiedy B, rozeznając się w sytuacji, „pożyczyłby” ją.”. Jest to właśnie (oczywiście w kontekście odpowiedniej – szerszej – części artykułu) argumentacja oparta na tej zasadzie.

    V. Ekskluzywność i rzadkość ekonomiczna dóbr
    Jeden. „Nie istnieje bezpośredni i, co chyba ważniejsze, możliwy do udowodnienia związek między prawem własności intelektualnej a zarobkiem.” Jak już mówiliśmy, niewiele rzeczy można udowodnić jeśli chce się mieć pewność w każdym przypadku. Nie twierdzę, że prawo własności intelektualnej zawsze zwiększa zarobek.
    „Jednocześnie, właściciel czegokolwiek nie posiada ceny swoich produktów, bo cena istnieje w umyśle kupującego, a posiadający nic do niej nie ma.”. Pełna zgoda. Piszę: „Oczywiście, ryzykuje [przedsiębiorca], że wyprodukowane przez jego firmę dobra nie będą cieszyły się wystarczającym zainteresowaniem, albo, że ich cena spadnie na skutek zmiany preferencji konsumentów. Podobnie jednak, ryzykuje autor książki.”.
    Trzy. Nie rozumiem, dlaczego twierdzisz, że, co następuje. „Całkowicie błędna jest więc konstatacja, że “zabierając pieczywo pozbawiamy go więc dóbr rzadkich, które dopiero potencjalnie, hipotetycznie mógłby nabyć, na drodze katalektycznej wymiany”. Moim zdaniem chleb jako taki nie jest rzadki dla piekarza, bo ma go więcej niż jest w stanie zjeść. Nie widzę tu sprzeczności z przytoczonymi przez Ciebie definicjami.
    Cztery. „Problem z własnością intelektualną jest taki, że prawo to tworzy rzadkość w sposób sztuczny.”. Dlaczego problem? Ja nadal utrzymuję, że rzadkość jest subiektywna.

    VI. Argumenty deontologiczne
    „Rzeźbiarz, tak jak piekarz, ma wyłączne prawo do produktu, który stworzył, ale nie do samej idei rzeźby (zakażmy innym produkować rzeźby, bo tylko ja chcę je produkować) czy nawet nie do takiej samej rzeźby stworzonej przez kogoś innego.”.
    Rzeźbiarz ma prawo do konkretnej rzeźby i ew. jej kopii. Ale nie do samej idei. Każdy, wykorzystując własny intelekt, ma prawo na jej podstawie wymyślić coś nowego.

    VII. Podsumowanie
    Uprzedzając ew. zarzuty: nie będę tutaj bronić własności intelektualnej na każdym możliwym poziomie. Problematyczna może być sfera idei jako czystej abstrakcji, czy praw przyrody. Nadal jednak twierdzę, że istnieją mocne przesłanki na jej korzyść, przynajmniej w znacznej liczbie przypadków. Przedstawione w artykule argumenty nadal uważam za zasadne. Przytaczając wyświechtane powiedzenie: „Nie wylewajmy dziecka z kąpielą”, całościowo krytykując własność intelektualną. Gdyby ktoś twierdził, że będzie to arbitralność w wyborze uzasadnionych praw, niech dostrzeże, że od arbitralności się nie ucieknie. Arbitralny jest np. wiek w którym człowiek według prawa osiąga dojrzałość, arbitralne są również wysokości większości kar w systemie prawnym, arbitralny jest moment nabycia człowieczeństwa przez zarodek.

  7. >Trzy. Co do przykładu z obozami koncentracyjnymi – to jest zupełnie jasne, że tak zdefiniowane „rynkowe interakcje” nigdy nie mogą być „dobre”. Sprowadzając do absurdu: państwo przecież też pojawiło się w wyniku takich „rynkowych interakcji”, nie ustanowiły go ufoludki. Krytykuje się je dlatego, że stosuje przymus i ogranicza wolność.

    Ale rynkowe interakcje mogą być tylko i wyłącznie dobrowolne.

    >Pamiętajmy, że produkcja już raz opracowanego leku jest niepomiernie tania w stosunku do samego opracowania specyfiku.

    Bzdura totalna. Próbowałeś kiedyś zrobić xylometazolin domowej roboty? 😉

  8. >Obiektywnie – nie utraci całej, ale na pewno taka motywacja będzie mniejsza.

    Ale jednak wystarczająca, aby konkurować z innymi, bo choćby w innych dziedzinach tak jest.
    Zresztą, nie możesz zmierzyć „motywacji”, więc nie wiesz, czy może być mniejsza, gdy A zacznie produkować to samo, co B. ;]

    >Dlaczego problem? Ja nadal utrzymuję, że rzadkość jest subiektywna.

    Ale „rynkowo” będzie obiektywna. Spróbuj sprzedawać tlen, a zobaczysz, że nikt go nie kupi.

  9. >Rzeźbiarz ma prawo do konkretnej rzeźby i ew. jej kopii. Ale nie do samej idei. Każdy, wykorzystując własny intelekt, ma prawo na jej podstawie wymyślić coś nowego.

    A jak stworzy kopie dzieła rzeźbiarza X?

  10. > Ale rynkowe interakcje mogą być tylko i wyłącznie dobrowolne.

    Aha.

    > Próbowałeś kiedyś zrobić xylometazolin domowej roboty?

    Nie.

    > Ale jednak wystarczająca, aby konkurować z innymi, bo choćby w innych dziedzinach tak jest.

    Wykażesz bardziej?

    > „Ja nadal utrzymuję, że rzadkość jest subiektywna”. Ale “rynkowo” będzie obiektywna.

    Czy to znaczy, że mogę sobie iść do piekarza i zabrać mu kilka bochenków?

    > A jak stworzy kopie dzieła rzeźbiarza X?

    To co?