W jednej z popełnionych przez siebie prac noblista austriacki stawia tezę, że korzyści, jakie czerpiemy z wolności innych, rosną wraz z powiększeniem się liczby tych, którzy cieszą się wolnością. […] Mimo wszystko jednak lepiej jest dla wszystkich, gdy wolni są raczej niektórzy, niż nikt, oraz gdy raczej wielu korzysta z pełnej wolności, niż wszyscy z wolności okrojonej. (Friedrich August von Hayek, Konstytucja Wolności, PWN, Warszawa, 2006, str. 45). Chyba każdy libertarianin zgodzi się z tym twierdzeniem, jak i z jego pointą, że społeczeństwo może być tak spętane regulacjami, że jego członkowie nawet nie będą sobie zdawać sprawy, jak bardzo ich wolność została ograniczona. Wszyscy to wiemy, obserwujemy to obecnie. By słowem streścić pogląd Hayek’a w tej kwestii, wystarczy powiedzieć, że tym ustrój lepszy, im więcej ludzi cieszy się w nim pełną wolnością.
Hoppe z kolei w swojej książce dowodzi, że monarcha – jako prywatny właściciel – lepiej zadba o swój kraj, niż demokratycznie wybrany rząd. Dowodzi również, że monarchia jest mniej regulowanym ustrojem, ergo: obywatele cieszą się w niej większą wolnością, czy raczej: mniej są tłamszeni organizmem państwowym. Pominiemy tutaj dosyć niepewną tezę o lepszym zarządzaniu i skupmy się na wolności w czasach monarchii.
Pierwszym problemem jest zmierzyć poziom wolności. Czym bowiem możemy nazwać wolność? Mnogością możliwości? Swobodą w decydowaniu o sobie? Jeżeli alpinista wspina się po ścianie na wysokości 1000 metrów nad poziomem morza, to oczywiście jest on wolny, ale czy możemy rzeczywiście powiedzieć, że ma wybór? Wolność jest niemierzalna, metafizyczna. Nie możemy mówić o większej wolności, gdy stawiamy tezę, że „w wiekach średnich nie było podatku dochodowego”. Wolność nie kończy się na opodatkowaniu. Nie możemy mówić, że obecnie jest więcej wolności, bo „prawo pierwszej nocy już nie obowiązuje”. Nie na ekonomii się wolność zaczyna i nie na obyczajach kończy.
Czy to oznacza, że nie możemy stosować metody wartościowania? Owszem, możemy, byleby to czynić dogłębnie. Problemem Hoppe’go jest właśnie to, że spłyca on problem do wolności ekonomicznej. I tak możemy przeczytać, jak to Polska troszczyła się o wolność i propagowanie jej idei. […] Polska była monarchią elekcyjną, zaś w polskim parlamencie pojedynczy poseł miał prawo wetowania jakiejkolwiek inicjatywy ustawodawczej. I w dalszej części martwi się Hoppe, że Polska nie wskrzesiła swej pełnej chwały wolnościowej przeszłości (Hans-Hermann Hoppe, Demokracja – bóg, który zawiódł, Fijor Pub., Warszawa, 2006, wstęp, str. 5 i nast.). Spłycając problem wolności do kwestii polityki i swobód szlachecko-arystokratycznych naraził się Hoppe na razy. I tak otrzymał cios, który przeszło 40 lat wcześniej zadał jego tezie Hayek. Jeśli bowiem wolność ustroju mierzymy ilością wolnych, to monarchia niewątpliwie wypada zdecydowanie na niekorzyść. I nie tylko o prawa polityczne mi tutaj chodzi.
Spróbujmy to sprecyzować. W monarchii całkowicie wolnym jest monarcha, jako właściciel, mniej wolni są urzędnicy (w tym szlachta, magnateria, arystokracja i nierzadko kapłani) i cała banda lizusów królewskich. Reszta była delikatnie mówiąc niewolna. W demokracji z kolei wolnym może zostać każdy. Wystarczy tylko odpowiednio nałgać. Uczy nas Cuzán (Alfred G. Cuzán, Czy kiedykolwiek uciekniemy od anarchii?, dost. na www.mises.pl), że w ustroju parlamentarnym wolny jest nie tylko najwyższy przedstawiciel w osobie prezydenta, ale też jego przyboczni z rodziną, rząd, rodziny członków rządu, parlamentarzyści i ich rodziny, urzędnicy… W którą stronę byśmy nie liczyli, zawsze okaże się, że w demokracji więcej osób może być (jest) wolnych, niż w monarchii!
Wybór ustroju wobec tego powinien być prosty. 1… 2…. 3… Hoppe na łopatkach, odliczanie trwa.
Filip Paszko
Tekst ukazał się wcześniej w Nieregularniku.