Robert Gwiazdowski

Robert Gwiazdowski: O wilkach i wolności

Podczas debaty Davida Friedmana i Grzegorza Kołodki, która odbyła się w szkole Koźmińskiego, nasz były minister finansów porównał wskaźniki redystrybucji dochodu (które są jednym z podstawowych kryteriów oceny wielkości rządu) z tempem wzrostu gospodarczego, inflacją, współczynnikiem śmiertelności niemowląt i długości życia, stwierdzając, że nie ma pod tym względem różnic pomiędzy państwami w których stopa redystrybucji jest skrajnie różna. A zatem, konkludował, nie można stwierdzić, że rząd ograniczony jest lepszy od nieograniczonego z punktu widzenia zapewnienia obywatelom odpowiednich warunków życia. Zapomniał tylko o jednym: o wolności!!! I o jej konsekwencjach. Pan profesor podkreślił, że w krajach, w których jest większy poziom redystrybucji tempo wzrostu gospodarczego wcale nie jest wyższe, za to niższy jest poziom zróżnicowania społecznego. To prawda, ale za to ciągle ci sami są na szczycie drabiny społecznej i ci sami na dole. A w państwach, w których dywersyfikacja społeczna jest większa, ci z dołu częściej wspinają się po drabinie awansu na najwyższe jej szczeble. To nam daje wolność.

Po epoce niewolnictwa i kapłanów, którzy wiedzę „tajemną” o zaćmieniach słońca wykorzystywali do manipulowania ludźmi, przyszła epoka poddaństwa, palenia czarownic na stosach i królewskiej władzy absolutnej. Aż wreszcie, jacyś fizjokraci, którzy zastrzegali (żeby nie denerwować króla), że polityką się nie zajmują, a chcą tylko zwrócić uwagę na sprawy gospodarcze stwierdzili, że człowiek, któremu pozwolimy działać (lesse fair, lesse pasair) lepiej będzie pracował i pomnażał swój majątek, przyczyniając się do bogactwa ogółu od chłopa pańszczyźnianego. Po drugiej stronie Kanału La Manche poddani króla angielskiego poszli nieco dalej i najpierw jednemu ucięli głowę, a potem drugiemu wypowiedzieli posłuszeństwo. John Locke uzasadnił ex post tę „Chwalebną Rewolucję” teorią umowy społecznej i prawami podmiotowymi człowieka, które przysługują każdemu z chwilą narodzin, a do których należy wolność, równość wobec prawa i własność. Adam Smith stwierdził trochę później, że ta wolność sprawia, iż człowiek dążąc do osiągnięcia swoich celów „niechcący” przyczynia się do poprawy warunków życia wszystkich. W tym samy roku 1776 gdy na półkach księgarskich Londynu ukazały się „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”, poddani Króla Jerzego III zamieszkujący Kolonie Korony Brytyjskiej w Ameryce Północnej w proklamowanej Deklaracji Niepodległości uznali „za prawdy oczywiste, że wszyscy ludzie są stworzeni równi, że są przez Stwórcę obdarzeni pewnymi prawami przyrodzonymi wśród których jest prawo do życia, prawo do wolności i prawo dążenia do szczęścia”.

Ci wszyscy, którzy mieli dusze egipskich (i nie tylko) kapłanów strasznie tej idei nie polubili. Zaczęła się walka z wolnością. Od czego zaczyna się walkę? Od, mówiąc językiem dzisiejszych realiów, tak zwanego czarnego PR. Najpierw się okazało, że liberalna wolność wcale nie jest taka fajna. Ma tylko wymiar czysto formalny i w ogóle nic nie znaczy. Później przypięto liberałom łatkę „darwinistów społecznych”. Do czego to podobne, żeby ludzie zjadali się jak zwierzęta w bezlitosnej walce o byt! Oczywiście Darwina wtedy zmanipulowano. Bo Darwin wcale nie pisał, że w walce tej zwyciężają „najsilniejsi”, tylko „najlepiej przystosowani”. A to jest akurat zasadnicza różnica z punktu widzenia konsekwencji społecznych. A to, że najlepiej przystosowany przywódca stada wilków ma pierwszeństwo w dostępie do wilczyc wcale nie oznacza, że zjada inne wilki. Wilki z jednej watahy potrafią sobie nawet pomagać.

Ludzie jednak tak sobie wolność upodobali, że wilk, który ją chciał „zjeść” musiał się przebrać w owczą skórę. Zaczął się sam nazywać… liberałem, a prawdziwych liberałów nazwał… konserwatystami. Liberałowie nie chcieli się pogodzić z ograniczeniem ludzkiej wolności – ergo byli przeciwnikami zmian – ergo chcieli „zakonserwować” rzeczywistość – ergo byli konserwatystami.

Friedrich Hayek najpoczytniejsze swoje dzieło, „Konstytucję Wolności” zakończyć musiał rozdziałem zatytułowanym: „Dlaczego nie jestem konserwatystą”!

Po czarnym PR, do roboty wzięli się „kreatorzy wizerunku” wilka. Przestał on być wrogiem wolności, a stał się przyjacielem wolności „prawdziwej”, „materialnej” tudzież „pozytywnej”. Do roli symbolu takiej wolności urosło prawo maszerowania po ulicy z wyciętą dziurą na gołym tyłku podczas „parady równości”. Jak bezdomny stanie na ulicy z czapeczką i zacznie żebrać – nie zainteresuje się nim urząd skarbowy. Ale jak taki bezdomny znajdzie gdzieś na wysypisku śmieci ostrzałkę, stanie na osiedlu z karteczką: „Ostrzenie. Duże noże i nożyczki – 5 zł. Małe noże – 2 zł.”, będzie to działalność przestępcza! Musi najpierw założyć firmę. Oczywiście w „jednym okienku”. Nie będzie tylko miał co wpisać w rubryce: „siedziba”. Więc firmy nie założy. Nie będzie zresztą nawet próbował jak się dowie, że ma do ZUS co miesiąc wpłacić osiem stów, bez względu na to, ile zarobi!

Wolności potrzeba nam jest jak powietrza. Bez wolności kiedyś się zaczniemy znowu dusić – jak dusiliśmy się w komunizmie. „Demokracja plebiscytarna”, w której hipokryzja zwycięża z wolnością nie jest dużo lepsza od komunizmu.

Robert Gwiazdowski
05.11.2008

***
Tekst pochodzi ze strony autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *