Oczywiście – nie te w skarpetkach czy rękawach swetrów. Chodzi o ludzi ściągających z Internetu pliki muzyczne, filmowe, książkowe i wszelkie inne. W kręgach medialno-zaiksowo-totalniackich nazywa się ich obowiązkowo „piratami” vel „złodziejami”. Ponoć „okradają” z forsy i „własności intelektualnej” biednych artystów i innych twórców, wpędzając ich w skrajną nędzę.
Przeanalizujmy.
I. Wyobraźmy sobie, że idziemy wielkomiejską ulicą. W pewnym momencie wpada nam w oko kolorowa reklama najnowszej choliłódzkiej superprodukcji zapowiadającej cuda na kiju i dwie godziny gwarantowanej rozrywki. Przypominamy sobie – faktycznie, dwa dni temu oglądaliśmy w Internecie trajler tego filmu, owszem, efektowny. Dobrze, zapowiedzi i reklama przekonały nas. Wchodzimy do kina, płacimy 25 PLN i rozsiadamy się na widowni.
Po pół godzinie projekcji zaczynamy ziewać i rozglądać się na boki. Przed wyjściem z kina powstrzymuje nas jedynie niedojedzony kubełek popcornu – niezgrabnie z tym się idzie ulicą, poza tym zimny jest niesmaczny. Wytrzymujemy kolejne dwa kwadranse, dojadamy popcorn i opuszczamy salę projekcyjną. Wracamy okrężną drogą do kas biletowych i informujemy sprzedawczynię, że film nam się nie podobał. Panienka wzrusza ramionami, no bo w końcu co ona może?
Inna sytuacja. Uznana aktorka z zapałem reklamuje pewną książkę. Aktorkę lubimy, opis arcydzieła także brzmi zachęcająco: tajemnica, ciemne moce, błyskotliwa intryga i nieoczekiwane zwroty akcji. Lubimy takie klimaty, więc wyciągamy z pugilaresu 33,90 PLN i stajemy się posiadaczem owego bestsellera. Wracamy do domu, wyciągamy się wygodnie na kanapie… Po lekturze kilkunastu pierwszych stronic zaczynamy z rosnącą niecierpliwością kartkować książkę w poszukiwaniu zapowiadanych atrakcji. W końcu rzucamy makulaturę w kąt i złorzecząc idziemy oglądać telewizję.
A teraz odwrotnie.
II. Wyobraźmy sobie, że film i książkę w powyższych przypadków ściągamy z sieci. Oglądamy/czytamy jedno i drugie, wzruszamy ramionami, po czym gratulując sobie przemyślności oba pliki kasujemy zapominając o nich raz na zawsze.
Jak nasze zachowanie wygląda z perspektywy medialno-zaiksowych totalniakiów?
Przypadek I w ogóle ich nie interesuje. Wszystko jest w najlepszym porządku.
Przypadek II – aaa, cóż my tu mamy! Złodziejstwo, piractwo, kradzież, niemoralne postępowanie!
Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.
Przypadek I– Klient, puszczony kantem przez producentów i dystrybutorów oraz wynajętych cyngli do pisania recenzji na zamówienie, jest bezradny – został oszukany i nikt, żaden zaiks czy inny obrońca „praw autorskich”, nie poczuwa się do zwrócenia mu pieniędzy. To ryzyko widza/czytelnika, że kupi coś, co mu się nie spodoba. Jednocześnie…
Przypadek II– ściągnęliśmy film/książkę, obejrzeliśmy, nie spodobało się nam, więc wyrzuciliśmy oba wytwory intelektu precz. Uniknęliśmy strat finansowych. Czy jednak kogoś z czegoś okradliśmy? Nie – odrzuciliśmy ofertę, nie spodobała się nam. Gdyby była możliwość normalnego podejrzenia filmu/książki, a w ten sposób możliwość podjęcia wyboru, to i tak byśmy obu propozycji nie przyjęli. Dlatego nie można mówić, że autorzy stracili. Zaryzykowali – i nie trafili w gusta. Ich problem, ponieważ to oni są oferentami.
Porównanie obu sytuacji wyraźnie dowodzi, że mamy do czynienia z terrorem tzw. twórców i ich aliantów wymierzonym w ludność cywilną. Wszelkie przywileje zachłannie zgarniają pod siebie wytwórcy, wszelkimi obciążeniami obarczając odbiorców. Wobec tak nierównego traktowania stawianie zarzutów o niemoralności ściągaczy jest… niemoralne właśnie. A skoro to niemoralne postępowanie, to mamy prawo się bronić. Poprzez ściągactwo.
Jest jeszcze jeden aspekt ściągactwa. Bez trudu można ustalić, które pliki cieszą się największą popularnością. Autorzy owych filmów/publikacji są tym samym popularni, popularność przekłada się na sławę, a sława – na większe zarobki. Renoma wyrobiona w sieciach P2P przynosi zatem realne korzyści, jako że jakiś procent ściągaczy na tyle zachwyci się „piracką” kopią, że zdecyduje się na kupno „legalnej” książki lub płyty CD. No i poleci arcydzieło znajomym – część z nich także sięgnie po nośnik dobrej jakości.
A co z tymi, co przesłuchają/przeczytają, lecz mimo wszystko nie kupią? Ano nic – gdyby nie było możliwości ściągactwa, to przecież także by niczego nie nabyli. Gdzież zatem jest tu jakaś „szkoda” wytwórni i twórców? Ta krętacka arytmetyka zasadza się na założeniu, że każdy, kto ściąga pliki z sieci, kupowałby je w sklepie – gdyby ściągactwo zlikwidować. Tymczasem to nonsens – niewielu stać na to, by realizować wszystkie swoje zachcianki. Realne dochody wytwórni i wydawnictw wcale nie byłyby większe. A może i mniejsze – z powodu braku peer-to-peerowej reklamy.
Oczywiście adwokaci antyściągaczowych krzyżowców tłumaczą, że ceny płyt/książek są wysokie, ponieważ wliczają w nie koszty zabezpieczeń i walki z „piratami”. Można zadać pytanie: o ile owe płyty i książki byłyby tańsze, gdyby zakończyć tę konfrontację?
Na razie jednak walka trwa, przerywana od czasu do czasu surrealistycznymi doniesieniami z sal sądowych – dwóch osiemnastolatków skazano za ściąganie plików z sieci na 14 miliardów dolarów odszkodowania… – i końca jej, na szczęście, nie widać. Pozostaje czekać na to, aż ktoś oskarżony o „piractwo” odpowie kontrpozwem, domagając się udziału w zyskach ze sprzedaży, motywując swój wniosek następująco: „Rozpowszechniłem dwa biliony plików z muzyką wśród miliarda użytkowników sieci wymiany. Dzięki mnie wytwory waszych wytwórni stały się znane w każdym zakątku świata. Reklama, jak sami wiecie, kosztuje. No to mi płaćcie – złodzieje”.
DOPISEK (29.04) –dzisiaj media doniosły, że komunistyczne włądze Chin zabroniły dystrybucji filmu „Katyń” na terenach przez siebie okupowanych. Jednocześnie poinformowano, że film na płytach DiWiDi jest bez problemu dostępny na targowiskach w kramach prowadzonych przez „piratów”. Tym „piratom” za propolską działalność trzeba będzie chyba przyznawać ordery…
23.04.2009
xiazeluka
***
Tekst ukazał się wcześniej na blogu autora.