Idee liberalne

Filip Paszko: Kilka pytań do anarchistów nielibertariańskich

Tytułem wstępu powiem, że sam raczej określam siebie mianem anarchisty, niż libertarianina. Nie oznacza to bynajmniej, że mój libertarianizm poszedł w odstawkę. Uważam się w pełnej mierze za libertarianina i nie wiem, czemu miałbym rezygnować z tego określenia. A już na pewno nie jest dla mnie powodem to, że kilku oszołomów również się tak określa. Jest to już prędzej powód, by intensywnie walczyć o ten termin i, jakkolwiek to nie brzmi, etykietkę. Dlaczego więc określam siebie, jako anarchistę? Prawdę mówiąc, i może popełniam tutaj jakąś herezję, ale co mi tam, uważam, że libertarianizm jest jedną z form anarchizmu. Tak samo, jak anarchoindywidualizm, czy anarchokolektywizm, czy inna anachoizmy. Nie zamierzam się tłumaczyć z takiej tezy, nie zamierzam też nikogo przekonywać do jej przyjęcia. Jest to teza, którą ja uznaję za słuszną i stąd określam się tak, a nie inaczej.

Na Liberalis.pl od dłuższego czasu toczą się dyskusje na temat libertarianizmu, anarchizmu tzw. społecznego i całej tej zgrai izmów. Udział w nich brałem o tyle, o ile, a więc głównie nie brałem. Nawet się im w dużej mierze nie przyglądałem, bo nie miałem takich możliwości. Jak już coś czytałem, to często przychodziło mi do głowy, że strasznie szkoda, że język debaty na Liberalis.pl zlazł na psy. Ja nie wiem, może części osób pasuje wyzywanie się od szmat, czy kogo tam jeszcze. Stawiam jednak tezę, że jeszcze większej części taka forma debaty nie pasuje, więc z niej zrezygnowała. I ja się im, prawdę mówiąc, nie dziwię. Mam więc nadzieję, że dyskusja pod niniejszym tekstem (która zapewne się wywiąże), będzie stała na trochę wyższym poziomie nie tylko intelektualnym, ale też estetycznym.

W związku z tymi dysputami, które to się toczą pod różnymi postami, często przewija się aspekt własności przedsiębiorstw, czy szerzej – własności prywatnej, a co za tym idzie: stosunków przedsiębiorca-pracownik, czyli wyzysku. Wydaje mi się, że anarchiści nielibertariańscy, jacy biorą udział w tej dyskusji, próbują skonstruować słomianą kukłę libertarianizmu, by sobie w nią ponapażać i poprawić sobie humor. Weźmy taki przykład-na-przykład. Wyobraźmy sobie przedsiębiorstwo państwowe. Anarchiści „społeczni” powiedzą, że trzeba je „uspołecznić”, tj. przekazać pracownikom na własność. Libertarianie powiedzą, że trzeba je sprywatyzować, bo państwowe jest niewolnościowe, że nie wspominając, że niewydolne. Jest to oczywiście świetny powód do tego, by stworzyć sobie kukłę i ponapierdalać w nią bejsbolem. Bo i zaraz pojawią się argumenty, że libertarianizm jest „cichym” sojusznikiem korporacji. Nie chce mi się tutaj o tym gadać i tłumaczyć, bo wydaje mi się, że próby dyskusji z takimi tezami tylko je uwiarygodniają. Oczywiście pojawi się zastrzeżenie, że są libertarianie, którzy mówią tutaj (jak choćby Rothbard, czy Hoppe, by wspomnieć tych libertarian, nie kojarzonych z lewicą), że należałoby przekazać je użytkownikom (pracownikom), zaraz jednak pojawia się komentarz, że to tak naprawdę „margines”. Przyznam szczerze, że ja nie znam żadnych statystyk na ten temat. Od kilku lat jednak w tym libertarianizmie siedzę, poznałem wiele osób o podobnych poglądach, znam wiele osób niebezpośrednio… I powiem wam, że jest raczej na odwrót: znacznie mniej jest libertarian, którzy postulowaliby wprowadzenie jednego właściciela (ew. grupy właścicieli nie-pracowników). Nikomu nie przeszkadza to jednak wołać, jaki to libertarianizm jest neoliberalny w zasadzie.

Ale czytając te dyskusje między libertarianami i innymi anarchistami zauważam jedną różnicę w tej kwestii. O ile libertarianizm nie widzi nic złego w tym, by ludzie się organizowali w kooperatywy, czy korporacje (dla uproszczenia korporacją nazywam tutaj taką formę przedsiębiorstwa, gdzie można określić jednego właściciela), o tyle anarchiści nielibertariańscy nie godzą się na żadną formę korporacji (w definicji, jaką przyjąłem wyżej). Oczywiście mogę się tutaj mylić, być może wysuwam błędne wnioski, zdaje mi się jednak, że libertarianizm mówi: „niech będzie tak, jak się ludzie dogadają”, a anarchizm mówi: „niech będzie tak, jak się ludzie w kooperatywie dogadają”. Jeżeli mój wniosek jest słuszny, pojawia się poważna wątpliwość o przemycanie totalniackich kwestii do wolnościowego dyskursu.

Ale co ja tam mogę wiedzieć, w sumie prosty człowiek jestem. I sobie na mój prosty rozum rozgryzam to, co przeczytam (bo jakoś tak udało się moim rodzicom zrobić, żem z natury przekorny i nie przyjmuję tego, co przeczytam, gdy nie przemyślę sobie sprawy na spokojnie). Jeżeli więc czytam, że „każda własność tak naprawdę istnieje dzięki państwowym przywilejom”, jako usprawiedliwienie dla przejmowania zakładów pracy przez pracowników, to musimy wiedzieć, że takie dajmy na to, mieszkanie, istnieje dzięki temu samemu. Mamy więc proste pytanie, czy mieszkanie należy się mieszkańcowi (użytkownik), czy budowlańcowi (wkład pracy w powstanie mieszkania)? O co mi się rozchodzi? Ano rozchodzi mi się o to, że tak naprawdę możemy stwierdzić, że WSZYSTKO istnieje dzięki państwu. Na przykład chleb istnieje dzięki państwu, bo państwo wprowadziło takie, a nie inne zasady, które produkcja chleba musi przestrzegać. Wydaje mi się, że taki pogląd (wszystko istnieje dzięki państwu) jest niebezpieczny z kilku powodów. Może prowadzić do antypaństwowego chaosu, uznanie sprawiedliwości jest niemal niemożliwe i przede wszystkim – niepotrzebnie komplikuje sytuację.

Mogę się oczywiście mylić – a jakże -, jednak jeśli się mylę, to chciałbym wiedzieć gdzie i jak to jest, że się mylę. Tym bardziej, że przecież kooperatywy pracownicze też istnieją dzięki państwu. Na przykład pewien market, w którym codziennie robię zakupy. Spółdzielnia pracownicza, jak się patrzy. Cała hala należy do pracowników. Poza wielobranżowym sklepem samoobsługowym na jej terenie znajduje się też kilka banków, sklep z komputerami, punkt ksero, sklep z ciuchami i kilka jeszcze innych. Mam taką wątpliwość, czy ci pracownicy, którzy są właścicielami sklepu, nie są wyzyskiwaczami, skoro każą sobie płacić za wynajem powierzchni (którą w końcu mogli przeznaczyć na coś innego, a z której muszą płacić: prąd, wodę, itd.)? Pomijam już pytanie, czy ta cała hala powinna należeć do nich, czy może do budowlańców, którzy ją postawili? No i co się z tym wiąże, czy gdy taki budowlaniec właściciel umrze, może w testamencie zapisać udziały rodzinie? Załóżmy, że może. Ale czy wtedy własność rodziny nie pochodzi dzięki państwu, więc należy rodzinę wywłaszczyć? Wróćmy jednak do tematu. Pojawia mi się kolejne światełko: czy zatrudniając kolejnych pracowników, ten kooperatyw właścicielsko-pracowniczy staje się wyzyskiwaczem pracowników, którzy nie są współwłaścicielami?

Zgodnie z teorią – są. Istnieje więc zasadne podejrzenie, że nie jesteśmy w stanie (przynajmniej ja) skonstruować takiej teorii społecznej, w której nie będzie „wyzyskiwaczy”. Tym bardziej, że stosunki „wyzyskujący-wyzyskiwany” są płynne. Jest to kolejny aspekt, który wg mnie jest pomijany przez nielibertariańskich anarchistów. Już tłumaczę, o co chodzi. Wyobraźmy sobie człowieczka, który przez 20 lat tyra jak wół w jakiejś pracy (w przedsiębiorstwie państwowym, dajmy na to), ciuła, oszczędza i zbiera pieniądze, po czym po dwudziestu latach rzuca robotę i realizuje swoje marzenie: otwiera sklep wędkarski. Przez 20 lat wszystko sobie dokładnie przemyślał, poukładał i teraz zbiera profity: sklepik szybko zaczyna przynosić zyski. Nie jakieś rewelacyjne, ale na tyle duże, by właściciel mógł zastanowić się nad zatrudnieniem pracownika. Umieszcza więc ogłoszenie, zgłasza się chętny, dogadują się co do warunków i skromny właściciel sklepiku ma już jednego pracownika. Czy nie możemy uznać, że jak początkowo ten człowiek był wyzyskiwany (przez właściciela, czyli państwo), tak później sam stał się wyzyskiwaczem? Mało tego – jego sklepik, jego własność, istnieje tylko dzięki państwu!

Wydawałoby się, że nic innego mu się nie należy, jak wywłaszczenie, tj. podzielenie się z pracownikiem udziałami w takich proporcjach, w jakich obaj pracują. Ale ponownie, co zrobić z ludźmi, którzy postawili ten zakładzik? Czy też ich włączyć, czy nie, czy może należałoby TYLKO im ten zakładzik przekazać? Której opcji byśmy nie wybrali, musimy zwrócić uwagę na konsekwencje, jakie ona przyniesie. Oczywiście konsekwencja jest taka, że właściciel sklepu wędkarskiego po prostu traci część praw do zakładu, który powstał dzięki jego ciężko zarobionym oszczędnościom. Taka perspektywa po prostu spowoduje, że ten 5 razy zastanowi się, czy aby nie zrezygnować z
1. postawienia sklepiku, lub
2. zatrudnienia pracownika.
Prawda jest taka, że taki pan wędkarz będzie gromadził oszczędności tylko po to, by je później wydać – każda forma inwestycji byłaby po prostu marnotrawstwem. Konsekwencje tego mogą być przykre dla całego społeczeństwa, zorganizowanego na takich zasadach. Wysoka stopa preferencji, słaby rozwój, zastój. Dywagacje? Tak, ale pytanie, czy nie mają racjonalnych podstaw?

Czy tak będzie, ja nie wiem. Czy do tego dążą anarchiści nielibertariańscy? Ja nie wiem. Ja pytam, właśnie dlatego, że nie wiem. W każdym bądź razie nie możemy zapominać – i taki jest główny cel tego tekstu -, że umiarkowanie i droga środka jest jedyną drogą, którą powinniśmy dążyć do celu. Ta znienawidzona przeze mnie arystotelesowska droga środka. Nawet w skrajnych ideologiach.

24.06.2009
Filip Paszko.