Idee liberalne

Jaś Skoczowski: Związki zawodowe, czyli czym jest libertarianizm

Libertarianizm nie jest tzw. propertarianizmem. Libertarianizm to pogląd, którego fundamentem jest postulat, zgodnie z którym wszyscy powinni być wolni, czyli robić ze sobą co chcą. Ten postulat nie rozstrzyga, jak powinna wyglądać dystrybucja dóbr skierowana do wolnych jednostek – oczywiście, nie powinna wykluczać tej wolności całkiem. Czy możliwe jest, by nie wykluczała jej zupełnie? Moim zdaniem nie, nie wszystko da się podzielić nieeksluzywnie, a trudno uwierzyć, że możliwość dysponowania czymś przez kogoś, wyłączna, nie doprowadzi do sytuacji, w której ktoś będzie powstrzymany przed robieniem czego chce z rzeczą, która będzie kogoś innego.

Związki zawodowe to organizacje, które tradycyjnie godziły w prawo własności i łamały umowy, nie zrywając ich, stosowały też przemoc fizyczną czy to wobec straży przemysłowej, czy to wobec łamistrajków. Gdy tylko zdobyły wpływy na politykę parlamentarną, to wpływały na nią tak, by państwo chroniło ich interesów kosztem swobód innych jednostek, w tym – kosztem praw własności prywatnej. Rycerze Pracy w Stanach pod koniec XIX wieku dążyli np. do ograniczenia swobody poruszania się i zawierania umów przez określoną grupę ludzi – sprawa jest tym bardziej pikantna, że miała podłoże rasowe, prawo do zwierania kontraktów związkowcy chcieli odebrać Chińczykom, zapewne dlatego, że ci mieli mniejsze wymagania co do warunków pracy i zarobków.

Związki zawodowe więc mogą być jak najbardziej niewolnościowe w swoim działaniu i jego skutkach – mogą godzić w ten podstawowy postulat libertarianizmu, zgodnie z którym każdy powinien (albo: zgodnie z którym libertarianin chce, by każdy mógł) móc być panem samego siebie. Ale to nie jest odpowiedź wystarczająca na pytanie: “czy związki zawodowe mogą być instytucją promującą ludzką wolność?” (a jest to pytanie zasadnicze, prawda?). Oczywiście pytanie dotyczy wolności libertariańskiej, czyli autonomii, czyli mocy władania sobą i tylko sobą.

Pytanie to nie uzyskuje odpowiedzi przez stwierdzenie, że związki mogą łamać czyjąś wolność. Nawet instytucje pacyfistyczne, jak bierny opór, mogą do tego posłużyć. Autonomię można naruszać poprzez manipulację, poprzez nacisk psychiczny, poprzez zwyczajne oszustwa, poprzez wychowanie i tak dalej. Może wydawać się, że przemoc fizyczna jest wyjątkowa względem tych środków przymusu. Ale na czym polega ta wyjątkowość? Być może skuteczności, choć zastanawiam się jak, zmierzyć tę skuteczność?

Libertarianin staje przed dylematem dotyczącym związków zawodowych dość często – jak propagować wolność, skoro większość sposobów działania (poza bardzo restrykcyjnym pacyfizmem) może prowadzić do zmuszania kogoś do zrobienia czegoś? Oczywistym się zdaje, że libertarianin będzie musiał więc w sposób wybiórczy promować wolność – pewne swobody trzeba poświęcić na rzecz innych, by być libertarianienem, przynajmniej w swoich rojeniach, praktycznym.

Wizje tego, jaki przymus jest dopuszczalny, jaki nie, są wśród libertarian różne i tylko kwestie pozamerytoryczne sprawiają, że przynajmniej w Polsce znana jest tylko jedna w zasadzie – propertarianizm. Oczywiście, zanim w ogóle w Polsce pojawił się libertarianizm, można było mówić o nurtach “anarchizmu społecznego”, które rzeczywiście były w jakimś stopniu rodzajami libertarianizmu – przecież jeśli nie Kropotkin, to już na pewno Emma Goldman głosiła komunistyczny, ale libertarianizm – czyli komunizm, zgodnie z którym najwyższą wartością jest wolność każdej jednostki.

Ostatnie zdanie, a dokładnie dwa słowa: “komunistyczny” i “libertarianizm” świetnie obrazują czytelnikowi Liberalis, zazwyczaj tzw. propertarianinowi, jak bardzo szeroki wachlarz tworzą poglądy libertariańskie. I zwraca nas do kwestii poruszonej na początku tekstu – libertarianizm nie jest propertarianizmem, bo z postulatu autonomii czy samowłasności nie da się wywieść jednej wizji dystrybucji dóbr, tym bardziej więc – nie da się wywieść tylko tego, co proponował Rothbard czy Nozick.

Czy jednak nie istnieją jakieś kryteria pozwalające na unieważnienie choćby niektórych wizji? Zapewne, ale nie będą to wyjątkowo ostre kryteria – jak już wspomniałem, jest mało instytucji ludzkich, które nie mogłyby posłużyć do zniewolenia człowieka. Ludzie, jako tacy, są bardzo związani z środowiskiem, w którym żyją. Jak zresztą inne organizmy, my co najwyżej potrafimy się przystosowywać do różnych miejsc życia w sposób bardziej elastyczny niż inne zwierzaki. I choć niektórzy z nas wpadają na bardzo wymyślne pomysły robienia tego (i przez to jesteśmy coraz bardziej wolni wszyscy, jeśli pomysły te mogą wolno krążyć i być swobodnie realizowane przez innych), dalej musimy oddychać, pić i jeść. W dodatku chcemy wymieniać informacje i płyny – czyli uzależniamy się od siebie. Wszelkie zmiany w dostępności do dóbr, które mogą zaspokoić nasze potrzeby, zmieniają nas i wkracza to w naszą autonomię. Trudno jednocześnie pomyśleć instytucje, które nie doprowadza do wykluczenia kogoś z korzystania z jakiegoś rzadkiego dobra.

Wyciągam z tych rozważań taki wniosek, zgodnie z którym nie da się udzielić prostej odpowiedzi dotyczącej tego, czy związki zawodowe mogą być instytucjami wolnościowymi, czyli też – czy takie mogą być skutki ich działań. Pytania muszą być zrelatywizowane do jakiś kryteriów, które wybiórczo będą wskazywały dopuszczalny zakres przymusu i nie znam, na razie, niewątpliwych dla mnie sposobów przyjmowania takich kryteriów. Pewnym natomiast jest, że jest to problem nieszczególny – tak samo jest z instytucją własności choćby (ale też wieloma innymi, które równie trudno odrzucić, choćby instytucją władzy opiekuna dziecięcego) może nie być wolnościowa w najbardziej ogólnym sensie tego słowa – a to dlatego, że osiągnięcie stanu zgodnego z generalnym postulatem libertarianizmu napotyka ogromne trudności. I nie jest to problem tylko libertarianizmu, ale każdego poglądu, zgodnie z którym ludzka wolność jest czymś, co ma pierwszeństwo w realizowaniu, przed innymi dobrami. Bo ludzka wolność, zawsze przypisana określonej jednostce, bardzo łatwo może kłócić się z wolnością innej osoby.

Co pozostaje? Ja, powtarzając za niedawno przeczytanym Chmielewskim (który powołuje się znowu na Berlina), stwierdziłbym, że zaakceptowanie i dążenie do tego by konflikt interesów, sprawiający, że postulat libertariański, nie okrojony zastrzeżeniami, jest najprawdopodobniej nie do wcielenia w życie, był mniej okrutny. Jednak, w odróżnieniu od Chmielewskiego nie sądzę, że służyć temu może demokracja parlamentarna i stawiam raczej na empatię (także – jej wykształcanie), zdając sobie sprawę, jak krucha jest to podstawa do czegokolwiek i do jak wielu błędów może doprowadzić.

Jaś Skoczowski
28.02.2010