Jaś Skoczowski

Jaś Skoczowski “Wolnorynkowy socjalizm”

Tak drodzy państwo, istnieje. Podkreślam ISTNIEJE, nie istniał. I napiszę coś jeszcze weselszego: pan Machaj raz obwinił angielskich liberałów za powstanie marksizmu, ponieważ ten miał być efektem przyjętej przez nich laborystycznej teorii wartości. Ale zapewniam was – zdecydowanie więcej wspólnego od Marksistów z tradycjami liberalizmu gospodarczego z Wyspy mieli właśnie anarcho-mutualiści, bo i tak można nazwać wolnorynkowych socjalistów. Zwłaszcza Ci z nich, którzy skupieni byli wokół pisma „Liberty” prowadzonego przez pana Benjamina Tuckera.

Założenia tej koncepcji społeczno-politycznej są naprawdę dość egzotyczne, jak na dzisiejsze, jasno określone realia. Anarcho-mutualiści byli i są antykapitalistyczni. Uważają, ze system ekonomiczny w którym większość środków produkcji nie należy do ludzi bezpośrednio dzięki nim i nad przeróbką ich pracujących, nie mógł powstać w wyniku dobrowolnej wymiany dóbr i usług. Jako dowód wskazują na charakter tzw. pierwotnej akumulacji kapitału, jaka nastąpiła przed wybuchem kapitalizmu (rozumianego jako ustrój wynikający z uprzywilejowania pewnych graczy ekonomicznych przez państwo), a według których nastąpiła poprzez działania wyjątkowo odległe od tego, co można byłoby uznać za swobodną wymianę handlową – tzw. burżuazja zdobywała środki bogacenia się zarówno dzięki zwyczajnemu zabieraniu ziemi ludziom mieszkającym na niej (np. w Anglii w swoim czasie nazywało się to grodzeniem – tradycyjnie należące do wspólnot wiejskich pastwiska były im siłą odbierane przez szlachtę), jak i protekcjonizmowi. Kapitalizm dla mutualistów nie tylko został zrodzony przez inicjację przemocy, ale także jest przez nią konserwowany, ponieważ dawniej i dziś spora cześć własności kapitalistów i bogactwa kapitalistycznego zdobyta została i jest zdobywana tylko dzięki państwu, czyli tworowi w całości służącemu tylko inicjacji przemocy np. państwo udostępnia nieużytki tylko jeśli chętny spełni państwowe warunki, państwo stosuje ulgi podatkowe, dopłaca do produkcji, stosuje cła ochronne, składa zamówienia na różne dobra i usługi i tym podobne praktyki.

Mutualiści, jak wszyscy inni socjaliści, przyjmują laborystyczną teorię wartości za słuszną. Ważne jest jednak, jak ją pojmują. Mianowicie uważają oni, że na całkowicie swobodnym rynku (a znaczy to pojęcie dla nich tyle samo, co dla innych anarchistów rynkowych, czyli brak instytucji stosujących inicjacje przemocy) ceny rzeczywiście dążyć będą do stanu (na skutek wzmożonej konkurencji), w którym pokryją się z kosztami produkcji, czyli kosztami wynikającymi z nakładu pracy potrzebnego do wyprodukowania danego dobra. Przy czym nie należy rozumieć przez to, że mutualisci twierdzą, że sytuacja takiej równości ceny towaru z kosztem jego wyprodukowania kiedykolwiek nastąpi! Jedynym efektem wprowadzenia stosunków wolnorynkowych ma być zmniejszenie różnic między ceną produktu, a poziomem nakładu pracy potrzebnym do wyprodukowania go. Między innymi to ma być przyczyną zachwiania stosunków własnościowych typowych dla produkcji kapitalistycznej na wolnym rynku – profity z wypożyczania najemnikom materiałów i maszyn mają być niewystarczająco wysokie, by proceder ten był opłacalny. Wszystko to miałoby być wynikiem wzmożonej konkurencji, która zredukowałaby poziom cen. Tak więc omawiany tu nurt socjalizmu uznaje swobodną wymianę handlową za bardzo wydajną.

By zrozumieć wizję mutualistów, należy dodać, co uznają oni za rzeczy charakterystyczne dla kapitalizmu, systemu gospodarczego wyzysku, istniejącemu tylko dzięki państwu. Są to: występowanie zysków z pożyczek, tej część ceny, którą stanowiły zyski kapitalisty oraz renta z ziemi, pobierane przez właścicieli „nieobecnych”, niezajmujących danego gruntu, jako że za akceptowalną uznają mutualiści taką własność ziemską, która opiera się na indywidualnym zajmowaniu danego terenu (jednak w sporach własnościowych o ziemię przynajmniej jeden z nich, Kevin Carson gotów poddać wyrokowi sądu arbitrażowego, niezależnie od jego brzmienia). I właśnie to wolny rynek miał być lekarstwem na tą „piekielną trójkę”. Według przedstawicieli tego nurtu anarchizmu pod wpływem poziomu kredytów spadnie do bardzo niskiego poziomu. Miałoby się to stać dzięki bankom mutualnym – bankom, w których za dostarczone owoce (lub obiecany udział w zyskach) pracy kredytobiorca dostawałby kwity na nie. W ten sposób robotnik zyskał by pieniężną pożyczkę, mogąc ją zainwestować.

Niskoprocentową pożyczkę, ponieważ bank musiałby, licząc się z konkurencją, obniżać poziomy kredytów, zbliżając się do równowartości zastawionego dobra. To spowodować miałoby tak sporą łatwość uzyskania kredytu, że zdobycie go było by dostępne prawie dla każdego. Łatwy kredyt nie pozwoliłyby na ustalanie poziomów robotniczych płac poniżej wartości poprze nich pożądanych, bo gdyby spadły by one poniżej pożądanego poziomu, zawsze mogliby spróbować zaciągnąć kredyt i zacząć pracować na wolną rękę. Kapitalista, by ich utrzymać przy sobie, musi więc podwyższyć im pensje w sposób zadowalający pracowników. Jednocześnie nie może on za bardzo zwiększyć ceny całego produktu, ponieważ stanie się ona nie konkurencyjna. Co ciekawe, dopiero w współcześnie mutualiści (dokładnie wspominany już Carson) zauważyli, że cena wyznaczona przez robotnikom kapitalistom wcale nie musi odpowiadać jakiejś obiektywnej wartości nakładów pracy. Nie zauważyli tego natomiast ich poprzednicy, tacy jak wspomniany Tucker, wierzący, że praca będzie po prostu przeliczana na godziny i godzina każdej pracy będzie posiadała zawsze tą samą cenę.

Dostępność kredyty obniżyło by w analogiczny sposób poziom rent pieniężnych – właściciel działki musiałby obniżyć poziom swego czynszu do zadowalającego poziomu, lub liczyć się z utratą klienteli – a czynsz ten zbliżał by się do kosztów utrzymania tej działki w określonym stanie. Klasyczni anarchoindywidualisci, bo to o nich mowa, właśnie liczyli, że efektywność mutualnego pieniądza będzie bardzo spora. Jego dostępność miała zasadzać się na banalnych zasadach – farba drukarska droga nie jest i nie była, tak więc bank zajmujący się emisją własnego pieniądze, zgodnie z przedstawioną interpretacją laborystycznej teorii wartości, dla utrzymania się na rynku, będzie musiał bardzo zbliżyć się do kosztów produkcji, czyli właśnie do kosztów druku banknotu. Tak ogromna konkurencja.

Obraz to piękny. Szkoda, ze według mnie bardzo kruchy. Być może wielu z was moje stwierdzenie wyda się oczywiste. Innym może się okazać błędne i tych bardzo chętnie wysłucham. W poglądzie ekonomicznym mutalistów dostrzegam jedną rzecz wątpliwą, ale niestety dosyć istotną – jest nią sama koncepcją banku mutualnego, a dokładnie wiara w jego wysoką efektywność. Pytam się – skoro robotnik nie może sprzedać swojego towaru (gdyby tak nie było, po co miałby wymieniać go na mutualny pieniądz), to dlaczego niby banknoty posiadające pokrycie tylko jego mało atrakcyjnej pracy lub niechcianym przez klientów towarze maiłyby kogokolwiek zainteresować? Moim zdaniem to spostrzeżenie zabija mutualizm. Wolnorynkowy socjalizm jest martwy w tym kształcie.

Jednak pozostawienie za sobą wszystkich obserwacji mutualistów jest dla mnie błędem – bo zastanówmy się, czy to, co nas otacza jest systemem szerokiej i swobodnej wymiany handlowej? I czy kiedykolwiek nim był? Wiem, istniały enklawy, takie jak Islandia, ale ja się pytam, czy naprawdę to co zbudowało nasz świat, wynikło ze nie zaburzonej, wolnorynkowej wymiany dóbr. O czym w takim razie pisał Nock (jego tekst „Państwo twój wróg” jest godny polecenia i dostępny w internecie) paleolibertarianin, gdy wspominał o masowej interwencji państwowej w gospodarce, trwającej przez całą historię Stanów Zjednoczonych do czasów mu obecnych (książka została wydana w roku 1935!)? I dlaczego dla niego (a przecież prawdziwy etatyzm miał się zacząć dopiero po wojnie) obraz rzeczy nastrajał raczej pesymistycznie – Nock przekonany był, że cała kultura zachodnia chyli się do upadku, a jako kurs spadkowy wskazywał na historię Stanów właśnie, przy czym objawy upadku widział w samym początku powstania republiki. Tak więc już wtedy świat wielu myślącym nam podobnie nie wydawał się zbytnio leseferystyczny. Czy naprawdę od tego czasu stał się naprawdę tak bardzo inny, i świat dzisiejszy jest dużo wolniejszy? W takim razie, czy, jeśli nie wszyscy libertarianie „prawicowi”, to przynajmniej anarchokapitaliści nie są… antykapitalistyczni?

Zainteresowanych pogłębieniem wiedzy z przedstawionej dziedziny odsyłam do strony www.mutualist.org, z której pozwoliłem sobie korzystać, przygotowując ten skromniutki szkic. Będę też wdzięczny Czytelnikom za uwagi. Najlepiej pozwalające udoskonalić treść.

Jaś Skoczowski

listopad 2004 r.

========================

Autor artykułu prowadzi bloga Król Jest Nagi

5 comments

  1. kuskowski

    Świetny artykuł! Przyda się takie wprowadzenie do antykapitalistycznej myśli wolnorynkowej, szczególnie w naszej przeprawicowanej scenie libertariańskiej. Nie mogę się jednak powstrzymać przed paroma uwagami:

    1. Nie przypominam sobie takiego określenia, jak „piekielna trójka” w odniesieniu do zysków, procentów i czynszów, ale warto by wspomnieć o „wielkiej czwórce monopoli,” która, zdaniem Tuckera leżała u źródeł kapitalistycznego wyzysku: monopol ziemi (czyli własność prywatna w ziemi), monopol pieniądza (czyli supresjonowanie banków mutualnych), monopol celny (mówi sam za siebie) oraz, o czym tekst nie wspomina, a powinien, monopol patentów – myśl anarchoindywidualistyczna dostarcza jedną z pierwszych w historii krytyk „własności” intelektualnej – i pokazuje, że już wtedy była ona źródłem koncentracji kapitału.
    Warto też zwrócić uwagę na to, że Tucker miał zwyczaj nazywania anarchistami ludzi, którzy według dzisiejszej typologii leżeliby mocno w worze anarcho”kapitalistycznym,” jak Lysander Spooner (który popierał prywatną własność ziemi oraz – co ciekawe – własność intelektualną), Auberon Herbert (minarchista typu Randowskiego – „państwo dobrowolne” et al.) czy choćby znany jako pierwszy anarchista rynkowy ekonomista liberalny Gustave de Molinari. A dla Tuckera było jasne, że anarchizm=socjalizm, więc gdyby wskrzesić Rothbarda i wysłać go w przeszłość do czasów Tuckera, ten z pewnością nazwałby go swoim kumplem socjalistą.

    2. Choć koncepcja banu mutualnego tak czy owak jest dość absurdalna, gdy spojrzeć na realia ekonomiczne, wydaje mi się, (ale nie jestem tak do końca pewien), że założenia banku mutualnego wyglądały trochę inaczej niż „będziemy drukować aż pieniądz będzie wart tyle, co papier” – bardziej chyba chodziło o to, że inne środki płatnicze niż wtedy legalne złoto i srebro mogłyby być używane. Ale powtarzam, nie znam się tak do końca, tak mi się tylko wydaje.

    3. Z gatunku Czepialstwo: „Państwo nasz wróg,” nie „Państwo twój wróg.” Nock był za bardzo arystokratą, żeby tak do wszystkich per „ty” 🙂

    4. Problem nierównej i niesprawiedliwej dystrybucji kapitału, wynikający z „subsydium historii” pozostaje nierozwiązany, gdy już pokażemy, że bank mutualny nic na niego nie poradzi. Tucker wierzył, że wystarczy wprowadzić wolny rynek, aby wszystko się wyrównało i problem rozwiązał się sam. Ja byłbym bardziej sceptyczny – widzieliśmy w końcu, co stało się w Somalii – państwo upadło i, choć przez pewien czas, dzięki kruchej równowadze udało się stworzyć rozwijające się społeczeństwo, ostatecznie bogaci i wpływowi zapanowali nad biednymi. Warto się temu tematowi przyjrzeć z bliska: Rothbard i Hoppe (choć w nieco innych kontekstach) pisali o tym, że firmy, które szczególnie skorzystały na interwencji państwowej, powinny zostać zsyndykalizowane i przejęte przez pracowników zgodnie z Lockeańskimi zasadami powstania własności. Może przesocjalistujemy Tuckera? 😉

    5. Mimo generalnej porażki, jaką jest bank mutualny, jego obalenie nie „zabija” z całą pewnością wolnorynkowego socjalizmu – w gruncie rzeczy jeśli rozumieć „socjalizm” jako system, gdzie płace są rzeczywiście proporcjonalne do włożonej pracy, nie ma wolnego rynku bez socjalizmu i nie ma socjalizmu bez wolnego rynku.

    Zresztą wiele niezwykle cennych pereł analizy mutualistycznej (i socjalistycznej ogólnie) pozostaje zakopanymi w błocie przed libertariańskimi wieprzami. W szczególności chodzi mi o demitologizację historycznego dziewiętnastowiecznego kapitalizmu, który, jak wskazują socjaliści powstał dzięki „epizodowi zapisanemu w annałach ludzkości krwią i ogniem,” czyli akumulacji pierwotnej i istniał dalej jako jeden wielki system państwowej interwencji na rzecz kapitalistów (nawet gdy ograniczymy znaczenie słowa „państwowa interwencja” do anarcho”kapitalistycznego” znaczenia). Choć Rothbard, Childs i Stromberg pisali trochę na ten temat, cała sprawa jest głęboko zepchnięta w czeluści naszej kolektywnej libertariańskiej podświadomości – tylko dlatego, że tak wiele z nas ma alergię na słowo socjalizm i wszystko z nim związane. To trochę smutne.

  2. jaś skoczowski

    znaczy ja zgadzam się z uwagami, ale sam ma kilka do twojego postu:

    teraz nie uważam, że bank mutualny jako pomysł jest/był porażką. np. Warren świetnie sobie radził prowadząc swój sklep czasowy podobno, tyle, zę on nie chciał tylko odnieść sukcesu na rynku, ale wpłynąć na zmianę społeczną, a nie bardzo wierzył, zę jeden sklep to zmieni. więc sklep zamknął.

    natomiast nie wyobrażam sobie na razie realizacji banku czasowego czy sklepu czasowego u mnie na wsi. i to jest prawdziwa porażka mutualizmu, przynajmniej na moim terenie… przy czym wina może leżeć po stronie mojej zaradności (czy jej braku) i lenistwa.

    no i ja zdecydowanie jestem bardzo daleki już od dawna od Rothbarda. i jeśli chodzi o prawo naturalne, jak i o ekonomię. nie lubię szkoły austriackiej z rozmowy na rozmowe. choć gdyby uparte żonglowanie abstrakcyjnymi dogmatami (vide marksiści niektórzy…) uznać za przejaw ideologii mogącej odnieść sukces, to austriacy mają sukces w kieszeni.

  3. kuskowski

    Może się mylę, bo, jak mówiłem, nie znam się za bardzo na teorii mutualistycznej (ale mam w planach nadrobienie zaległości), ale chyba w sklepie Warrena chodziło o ździebko coś innego – tzn. o „koszt jest limitem ceny,” a nie o udostępnienie taniego kapitału robotnikom przez obniżenie stóp procentowych do niemal zera. Podobno istnieją systemy mutualnego kredytu, którym wiedzie się całkiem nieźle, ale mimo wszystko wydaje mi się, że taki system, choć mógłby działać na niewielką skalę w zaufanej społeczności, to w obrębie szerszego rynku byłby niekonkurencyjny w stosunku do banków, których cena kredytu odpowiada preferencjom konsumentów – w końcu stopa procentowa bliska zeru trochę zniechęca do pożyczania komuś pieniędzy.

    Rothbardowskie prawo naturalne jak dla mnie nigdy nie miało większego sensu, ale ekonomia austriacka jest jak dla mnie dość intuicyjna i realistyczna (szczególnie w porównaniu z neoklasyczną). To, że niektórzy austriacy mają tendencję być dogmatykami zamkniętymi na nowe argumenty nie oznacza, że ich poglądy są błędne. Gdybyś mógł przybliżyć mi, co tak dokładnie uważasz za błędne w EA, byłbym bardzo wdzięczny – za jakiegoś wielkiego dogmatyka się nie uważam 🙂

  4. Kamil

    @Tak drodzy państwo, istnieje. Podkreślam ISTNIEJE, nie istniał. I napiszę coś jeszcze weselszego: pan Machaj raz obwinił angielskich liberałów za powstanie marksizmu, ponieważ ten miał być efektem przyjętej przez nich laborystycznej teorii wartości.

    Bo tak uczą historii, przynajmniej mnie nauczono, iż Marks czerpał z trzech głównych źródeł: angielskiej ekonomii politycznej , utopijnego socjalizmu Saint-Simona oraz idealizmu heglowskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *