Idee liberalne

Jaś Skoczowski „Prawo naturalne – czemu jest nonsensem, nowe wyjaśnienie”

Co to jest prawo? Prawo to jest przepis lub zestaw przepisów na słuszne postępowanie, zwrócony do kogoś. Np. prawo karne to zestaw przepisów zwrócony do tych, którzy mają karać (właśnie tak, prawo karne nie dotyczy tych, którzy za swoje uczynki mają być ukarani, nie są oni jego adresatami). Prawo będzie składało się z przepisów, często ze sobą powiązanych. Co charakteryzuje tego rodzaju przepisy?


Można je opisać w języku. Przepisy o których piszę przypominają projekty – są opisem czegoś, co nie musi się stać i co niekoniecznie dotąd się stało, ale co może zdarzyć się. Istnieją jednak poważne różnice. Projekt nie musi być wykonany, natomiast to, że prawo istnieje, pociąga za sobą to, że powinno być przestrzegane, chyba, że następuje wyjątek. Ludzie (i niekoniecznie tylko ludzie) natomiast nie realizują projektów nawet wtedy, gdy sytuacja jest normalna, a nie wyjątkowa i nie szkodzi to projektom w taki sposób, jak szkodzi to przepisom. Zobrazować to można tak: jeśli naszym obowiązkiem jest karmić głodnych i na świecie starczyłoby (dosłownie, czyli nic nie mogłoby przeszkodzić temu, by byli nakarmieni) jedzenia by wszystkich nasycić, to należy ich nasycić. Ale to wcale nie znaczy, że ktoś to zrobi – może się mu nie chcieć. I choć nie wykona on projektu, dalej będzie zobowiązany. Złamie prawo, choć nie złamie projektu – bo projektu nie da się złamać. Prawo “nakarm głodnego” jest czym innym od opisu, jak to można zrobić, bo taki opis nie zawiera w sobie nakazu, by go wykonać – prawo taki nakaz może co najwyżej stracić w sytuacji wyjątkowej.
Jakie mogą być granice wykonywalności prawa, jakie to mogą być wyjątki? Jednym z nich wydaje się nonsens. Jeśli ktoś nakazuje, by ktoś zrobił rzecz niemożliwą, to prawo nie obowiązuje nikogo do niczego. Jeśli nie da się nakarmić wszystkich ludzi na Ziemi, prawo tego nakazujące jest niewykonalne, więc można go nie wykonywać. Dlaczego? Bo na jedno wyjdzie, czy ktoś będzie próbował je wykonać, czy nie.
Czym jest prawo naturalne? Jest prawem bez prawodawcy. Można obruszać się na taki pomysł. Bo jak możliwe jest prawo, którego nikt nie ustanowił? Kto w takim razie wetknie w nie nakaz? Sam adresat? To nonsens. Nakazu nie może nadać sobie sam adresat, bo nie da się odróżnić jego przekonania, wyrażonego tak: “ja powinienem x” od przekonania “ja chcę zrobić x”. Tak można przeprowadzić wstępną krytykę prawa naturalnego.
Jednak ma ona wady – opiera się na założeniu, że prawo w ogóle potrzebuje prawodawcy, autora. Dlaczego to błąd? Bo prawo musi być wyrażalne w jakimś języku, ale nie musi być stworzone w żadnym, nie musi mieć więc też twórcy. Prawo naturalne może więc istnieć bez prawodawcy. I będzie dalej prawem – zestawem przepisów na słuszne postępowanie, które należy wykonać, a nie tylko można.
Jednak, czy prawo naturalne może mieć sens? Widzę inną przeszkodę, niż brak autora takiego prawa.
Z czego mielibyśmy odczytywać to prawo? Tradycyjnie robiono to, odczytując je z charakterystyki dotyczącej każdego człowieka jako człowieka. Jest to praktyka całkiem rozsądna, jeśli weźmiemy pod uwagę, że żadne prawo nie jest sensowne, gdy odnosi się do adresata w taki sposób, że on nie może wykonać swojego zadania, wskazanego przez to prawo. Bo prawo naturalne zarazem za adresata ma człowieka, jak i za przedmiot regulacji.
Znając charakter człowieka, każdego człowieka, wiedzieć będziemy, co może. Dopóki nie będzie mógł latać na własnych skrzydłach – do tego momentu nie będzie można było jemu tego sensownie nakazać (czyli sens kształtuje technologia, wniosek na marginesie). Nie mamy gwarancji, że pozwoli to na utworzenie jednego zestawu praw i obowiązków każdego człowieka, nie wykluczy to sprzeczności między różnymi zestawami – ale nie odbierze prawu naturalnemu sensowności, bo prawo może nie zgadzać się z jakimś innym prawem i być sensowne. Jeśliby przeszkodą byłoby wskazać tylko ten obszar w człowieku, który może ulegać regulacji, to można opisać jego różne prawa naturalne, a różnice w opisach będą mieściły się w rozsądnych granicach. Pluralizm praw nie oznacza, że są one bezsensu.
Problem tkwi gdzie indziej – ludzie myślą o sobie jako o jaźniach. Jaźnie nie są tym samym, co tożsamości. Jestem Jasiem Skoczowskim – to nie znaczy to samo, co powiedzieć, że to jest Jaś Skoczowski lub, że Jaś Skoczowski jest Jasiem Skoczowski. Ja mogę wątpić, że jestem Jasiem Skoczowski i mogę odrzucić każdą inną tożsamość, którą ktośby mi przypisał. Mogę więc nawet twierdzić, że mnie nie ma I dalej sie posługiwać słowem ja, nie popełniając żadnego błędu. Da sie odróżnić kogoś, kto uważa się za Jasia Skoczowskiego w danym momencie od kogoś, kto się za niego nie uważa. Ale wykazać mu, że jednak jest Jasiem Skoczowskim i się myli, się nie da, choć da się, że Jaś jest tym Jasiem właśnie. Właśnie dlatego, że się nie uważa za niego (a więc będziemy wiedzieć, że się nie uważa i będziemy wiedzieć, że jednak nim jest). Można co najwyżej go zmusić do powiedzenia, że jest Jasiem Skoczowskim. A przymus nie może niczego dowieść.
Co z tego wynika? Nie da się uregulować niebytu. Niebyt nie może być w ogóle do czegokolwiek zobowiązany, choćbyśmy znali dokładnie ludzką naturę – bo go nie ma i nic się z nim nie da zrobić. Niebyt, który oznaczamy dla niepoznaki słowem “ja”, gramatyczna fikcja, którą w ten sposób konstruujemy sobie, jest odporna na zakusy nie tylko prawodawców, ale także – na prawa bez prawodawców, bo każde prawo go dotyczące zawsze jest bezsensu.
O ile więc postrzegamy siebie jako siebie i tylko siebie,, i nic poza tym, dowolne prawo naturalne jest wobec nas bezsensowne. I w ogóle – dowolne prawo. Nie dotyczy nas w ogóle, bo nas nie ma. Może dotyczyć kogoś, ale na pewno nie nas.
Oczywiście to nie znaczy, że Jan Skoczowski nie istnieje i nie może działać pod opisem: “jestem tym ja”. Ten opis może być nonsensowny (zwłaszcza, gdy będziemy twierdzić, że czegoś chcemy), a jeśli prowadzi Jasia do stwierdzenia, że nie jest Jasiem, to też fałszywy. Ale może mu bardzo namieszać w głowie i skłonić np. do tego, żeby nie przestrzegał swoich obowiązków*, pomimo tego, że jest bezsensowny i może być fałszywy. I ja nie mam nic przeciwko.
Trzeba też zaznaczyć, że tylko określone użycie słowa “ja”, pozwala przełamywać swoje granice, jeśli są do przełamania. Jeśli Jaś Skoczowski twierdzi, że on jest Jasiem Skoczowskim, czyli mówi: “ja jestem Jasiem”, to kojarzy ja z jakąś tożsamością. Ten zabieg, wykonywany zarówno przez Jasia na samym sobie jak i przez innych na nim służy znowu zniewoleniu, związaniu go zobowiązaniami płynącymi z faktów, które konstytuują Jasia, a są faktami instytucjonalnymi. Wtedy to ja przyjmuje na siebie obowiązki Jasia, zamiast je odrzucić. Chyba, że umie podkreślić, że nie miał wcale tego na myśli.

* Ludziom, którym zdaje się, że nie ma różnicy między działaniem pod opisem, a działaniem bez opisu i działaniem pod innym opisem polecam tekst Iana Hackinga “Kinds of People: Moving Targets”.