Mateusz Machaj

Mateusz Machaj “Słów kilka o ekonomii dobrobytu”

Zwolennicy gospodarki rynkowej podkreślają zazwyczaj, że na transakcjach rynkowych „zyskują” obie strony transakcji. Niektórzy nawet posuwają się do stwierdzeń zdecydowanie mocniejszych, np. że wszyscy zyskują, lub że w wyniku dobrowolnych wymian podnosi się ogólny dobrobyt społeczny.

Twierdzenie o korzyściach płynących z wymiany i o wynikłym z niej ogólnym podniesieniu się dobrobytu społecznego nie jest pozbawione podstaw. Najmocniejszą obronę tego twierdzenia przedstawił Murray Rothbard w swoim przełomowym tekście dotyczącym ekonomii dobrobytu. Niewątpliwą zasługą wybitnego Austriaka jest ostra krytyka zarówno „starych”, jak również „nowych” ekonomii dobrobytu, które po cichu lub też explicite zakładają możliwość pomiaru użyteczności jednostek i interpersonalnego ich porównania.

Streśćmy możliwie szybko ogólne tezy Rothbarda: Każdy człowiek żyjący w społeczeństwie ma indywidualną subiektywną użyteczność, którą uzyskuje bądź traci w wyniku rozmaitych społecznych interakcji. Jednakże nie jest to użyteczność kardynalna, a więc mierzona w jakichś jednostkach („utilsach”). Takowe zwyczajnie nie istnieją. Nie da się stworzyć uniwersalnego mianownika o solidnych naukowych podstawach, który mierzyłby satysfakcję ludzi z rozmaitych porządków społecznych. Dlatego też użyteczność należy traktować w kategoriach porządkowych, a nie kardynalnych. Zatem jednostka może wybierać i szeregować dla swego użytku rozmaite alternatywy. Mogę na przykład stwierdzić, że wolę książkę od kina, albo kota od samochodu – ale nie ma sposobu na sprowadzanie tych wyborów do wspólnej jednostki miary („utilsa”). Zamiast tego możemy porządkować nasze wybory i stwierdzać, co wolimy bardziej od czegoś innego[1]. W tym sensie użyteczność jest rzeczą całkowicie subiektywną, porządkową i przede wszystkim (co będzie ważne dla nas później) relatywną. Kiedykolwiek zaczynamy wartościować użyteczne dla nas rzeczy robimy to w odniesieniu do jakichś potencjalnych alternatyw, które mogłyby zaistnieć.

Stąd już łatwo zrozumieć, dlaczego rozmaite projekty ekonomii dobrobytu z konieczności budowane są na błędnych podstawach – gdyż zakładają możliwość pomiaru użyteczności. Tymczasem, zgodnie z powyższą konstatacją, pomiar użyteczności nie istnieje i z ekonomicznego punktu widzenia istnieć nie może (prywatne firmy marketingowe mogą próbować się zajmować tego typu wyliczeniami i spekulacjami; nie jest to jednak ściśle ekonomiczna analiza, lecz działanie z zakresu psychologii eksperymentalnej). A skoro pomiar nie może istnieć w przypadku jednej osoby, to o ileż bardziej jest to prawdziwe w przypadku interpersonalnych porównań użyteczności. Skoro bowiem nie można przeprowadzić rachunku i zmierzyć, o ile „utilsów” ma się lepiej dana jednostka, to również nie do wykonania jest taki rachunek porównujący „utilsy” dwóch różnych osób. Wszelkie stwierdzenia tego rodzaju kończą się ślepą uliczką. Stąd niezwykle trudny do przecenienia wkład Rothbarda, który w zasadzie ostatecznie rozniósł w pył ekonomie dobrobytu bazujące na pomiarze użyteczności (profesor Jeffrey Herbener swoim niedawnym tekstem dokonał dzieła zniszczenia nawet tych prochów).

Odrzucenie ekonomii dobrobytu ma bardzo poważne i przykre konsekwencje dla ekonomii głównego nurtu. Jak wiadomo, w naukach społecznych obowiązuje całkiem uzasadniona gilotyna Hume’a, zgodnie z którą wyraźnie odróżnia się stwierdzenia normatywne od pozytywnych. „Prawdziwy” naukowiec nie zajmuje się zaleceniami o charakterze normatywnym, czyli takimi, które twierdzą jak „być powinno”. Raczej winien zajmować się stwierdzeniami pozytywnymi, opisującymi rzeczywistość bez mieszania w to jakichkolwiek osobistych przekonań – religijnych, politycznych, czy etycznych. A zatem ekonomista tak naprawdę nie może stwierdzić, które rozwiązanie polityczne „powinno” zostać przyjęte. Jego zadaniem, jako naukowca, jest analiza pozytywna.

Ekonomia dobrobytu miała być wyłomem w tej tradycji – swoistym koniem trojańskim, w którym ekonomiści mogliby przemycać „obiektywne” stwierdzenia dotyczące społecznej „korzyści”, jaką dane rozwiązania miałyby przynosić. Skoro bowiem istnieje „rachunek” użyteczności, to ekonomista może prosto wskazać, która możliwość daje społeczeństwu najwięcej „utilsów”. A zatem bez wpadania w jakiekolwiek normatywne rozważania (o tym co się „powinno”, a czego nie) „naukowiec” po prostu pokazuje rozwiązanie „optymalne” społecznie. Staje się w takiej sytuacji obiektywnym naukowym mentorem, który może z mądrą miną powiedzieć, iż, przykładowo, konfiskata mienia chłopa jest korzystna społecznie, bo zwiększa ilość „utilsów”.

Rothbard swoim esejem (bazując na porządkowej teorii użyteczności, której autorami są Franz Cuhel i Ludwig von Mises) dokonał druzgocącej krytyki takiego podejścia. A zatem ekonomia dobrobytu okazała się fiaskiem. Nie ma rachunku użyteczności, a zatem nie może być mowy o stricte obliczeniowym porównywaniu rozmaitych porządków społecznych.

Rekonstrukcja Rothbarda

Mimo że Rothbard niezwykle skutecznie obalił koncepcje ekonomii dobrobytu, to jednak na tym nie poprzestał. Jego celem była bowiem „rekonstrukcja” teorii dobrobytu i zaprezentowanie poprawnej teorii społecznej interakcji w kontekście ekonomicznym. Jego rozwiązanie bazuje na wypracowanej przez niego koncepcji „demonstrowanej preferencji” i na ujęciu „efektywności w sensie Pareto”.

Koncepcja efektywności w sensie Pareto zakłada, że rozwiązanie jest „społecznie korzystne”, gdy w wyniku jakiegoś działania dobrobyt co najmniej jednej osoby się poprawił, a dobrobyt wszystkich innych się nie zmienił. Uzasadnienie jest dosyć proste i wynika z subiektywizmu i niemożności porównywania użyteczności. Każdy człowiek ma swoją unikalną użyteczność, której nie można porównać do użyteczności żadnej innej osoby. Jeśli co najmniej jednej jednostce jest lepiej, to ogółem społeczna sytuacja jest lepsza niż w sytuacji, gdy nikomu się nie poprawia, lub gdy chociaż jedna jednostka traci. A zatem, wyobraźmy sobie, że wprowadzamy jakieś rozwiązanie, które sprawia, że wiele osób zyskuje, lecz chociaż jedna traci (na przykład zabieramy pieniądze milionerowi i rozdajemy je ludziom). Wtedy ten krok nie jest efektywny w sensie Pareto. Ponieważ interpersonalne porównanie subiektywnych użyteczności nie jest możliwe, to takie rozwiązanie nie może być uznane za optymalne społecznie.

Demonstrowana preferencja jako pojęcie jest z kolei konsekwencją zaakceptowania przez Rothbarda podstawowego motywu Misesowskiej ekonomii: nauka ta nie zajmuje się fikcyjnymi i wyimaginowanymi stanami, lub też psychologicznymi dywagacjami, lecz analizuje bezpośrednio faktyczne działania ludzi. Weźmy przykład ucznia, który wykonuje zadanie domowe. Wielokrotnie stwierdza on, że „nie chce” robić zadania i że „wolałby” w tym czasie się bawić. Być może z psychologicznego punktu widzenia sprawa tak wygląda, ale ekonomista jest zainteresowany wyborami rzeczywistymi, a zatem faktycznymi. A fakt jest taki, że uczeń wybiera między wykonaniem zadania a jego niewykonaniem. Co go powstrzymuje przez pójściem na zabawę?

Odpowiedź jest prosta – najwyraźniej woli wykonać zadanie niż go nie wykonać i potem ponieść konsekwencje w postaci negatywnej oceny. A zatem realny wybór dotyczy wykonania obowiązku oraz złych konsekwencji odmowy. Opowieść o świecie zabawy, w którym w ogóle nie występuje przydzielenie zadania, należy uznać za niezwiązane z faktycznym wyborem. W warunkach rzeczywistych, w których przyszło uczniowi działać, następuje demonstracja preferencji. Uczeń chce wykonać zadanie domowe.

Identycznie postępuje człowiek palący papierosy, który „chciałby” rzucić palenie. Takie „chcenie” nie ma istotnego znaczenia z punktu widzenia ekonomii – i bynajmniej nie chodzi o marginalizację takich nauk jak psychologia. Wprost przeciwnie; są to dziedziny istotne, mające swoje narzędzia i sposoby analizy badanego podmiotu. Ekonomia jest jednak nauką odmienną. Zajmuje się faktycznymi działaniami jednostek, których wybory mają konsekwencje dla ładu społeczno-gospodarczego. Ważne jest to, że ktoś jednak chce w sensie prakseologicznym kupować papierosy, a nie to, że – psychologicznie – „chciałby” rzucić palenie. Ponieważ przedmiotem badań ekonomii jest alokacja środków (przykładowo w sektorze produkcji papierosów) i rzeczywiste zachowania konsumentów (przykładowo ludzi, którzy kupują papierosy), to nauka ta z konieczności bazuje na prakseologicznej koncepcji chęci, czyli na demonstracji preferencji. I bynajmniej nie chodzi o zaprzeczenie temu, że psychologia ma istotny wpływ na działanie człowieka i że to, co dzieje się w jego głowie, ma wpływ na jego działania. Chodzi raczej o dokładne wytyczenie granicy. Tam, gdzie zaczyna się psychologia, tam kończy się ekonomia.

W oparciu o zasadę demonstrowanej preferencji i efektywność w sensie Pareto Rothbard mógł zbudować nową wersję ekonomii dobrobytu bez popadania w normatywne rozważania. Skoro ważne jest to, co ludzie faktycznie robią, a przy tym kluczowe jest poprawienie dobrobytu co najmniej jednej osoby, to gospodarka rynkowa maksymalizuje społeczną użyteczność. Jak Rothbard uzasadnia swoje rozumowanie?

Przyjrzyjmy się relacjom rynkowym i porównajmy je do instytucji państwowych. Jeśli dwie strony angażują się w relację rynkową, to znaczy, że demonstrują swoją preferencję dla takiego a nie innego biegu spraw. Gdy klient kupuje bułkę w sklepie, oznacza to, że bardziej sobie ceni bułkę niż pieniądze. Sprzedawca w sklepie wręcz przeciwnie – wyżej ceni pieniądze niż bułkę. Obie strony demonstrują swoje preferencje w odniesieniu do wymienianych rzeczy i – co więcej – obie (ex ante) zyskują na transakcji, gdyż w przeciwnym wypadku by takiego wyboru nie podjęły. A zatem mamy sytuację, w której dwie jednostki z konieczności w momencie zawierania transakcji zyskują (nie zmienia to w żaden sposób faktu, że ktoś może ex post, po jakimś czasie, dojść do wniosku, że na wymianie stracił).

Tymczasem w przypadku interwencji państwa zachodzi relacja przeciwna. Ex ante jedna strona zyskuje, lecz kosztem strony drugiej, która traci. Tak dzieje się, gdy państwo wprowadza jakieś regulacje, lub opodatkowuje jakichś ludzi. Jest to zatem rozwiązanie niekorzystne w sensie Pareto.

W przypadku dobrowolnych, rynkowych transakcji, dobrobyt społeczny rośnie, ponieważ zyskują (ex ante) dwie strony transakcji. A zatem, powiada Rothbard, ekonomista, który chce uniknąć normatywnych tez, winien być od stóp do głów leseferystą! Skoro na rynkowej relacji handlu zyskują zawsze dwie strony, i skoro interwencja państwa nie może być efektywna w sensie Pareto (bo zawsze ktoś traci), to w tym układzie najkorzystniejszy z punktu widzenia społeczeństwa jest maksymalny wymiar wolnego rynku.

A co ludźmi, którzy na przykład nie uczestniczą w jakiejś transakcji? Możemy wymienić mnóstwo przykładów rynkowych relacji, które muszą wpłynąć na strony trzecie. Zdaniem Rothbarda w ekonomii nie ma miejsca na „opinie” na temat tego, co robią inni, ponieważ dla tej nauki kluczowe jest faktyczne dokonywanie wyborów. Stąd na przykład zazdrość człowieka A wobec transakcji między B i C nie gra roli, gdyż nie jest elementem działania i demonstrowania preferencji. Nie chodzi przecież o konstruowanie wyimaginowanych map użyteczności w duchu Paula Samuelsona, lecz analizowanie konkretnych wyborów w świecie rzeczywistym. A jeśli tak, to zazdrość czy efekty wpływające na osoby trzecie nie mają miejsca w rozważaniach ekonomii dobrobytu.

Rząd nie może zwiększyć dobrobytu społecznego, gdyż w wyniku jego działania zawsze ktoś musi stracić – dodatkowo zaznacza w swojej analizie Rothbard. Mówi przy tym, że dobrobyt społeczny nie może wzrastać, bo działanie rządu nigdy nie jest efektywne w sensie Pareto i ktoś na nim zawsze traci. Można jednakże dodać do tego rozważania aspekt kontrfaktyczny, który wzmacnia tezę Rothbarda – nie dość, że rząd nie może zwiększyć dobrobytu, to nawet go zmniejsza. Gdyby rząd nie zadziałał, to oznaczałoby, że ludzie weszliby dobrowolnie w pożądane transakcje, co zgodnie z kryterium efektywności Pareto zwiększyłoby dobrobyt społeczny. A zatem, gdy dokonamy komparatywnej analizy (zgodnie z zaleceniami Rothbarda) między interwencją rządu a jej brakiem, to dojdziemy do wniosku, że jednak rząd zmniejsza dobrobyt społeczny, gdyż obrana droga działania z konieczności zmniejszy czyjąś użyteczność, co nie nastąpiłoby w scenariuszu alternatywnym.

Problemy z ujęciem Rothbarda

Ujęcie Rothbarda wydaje się poprawne, a dla ekonomisty wolnorynkowego może się wydać nawet kuszące. Bez popadania w rozważania etyczne odnaleźliśmy, jak się wydaje, solidną i niezwykle prostą ekonomię dobrobytu: wolny rynek maksymalizujący społeczną użyteczność. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej ujęciu wybitnego Austriaka, dojdziemy do wniosku, że wydaje się ono co najmniej niepełne.

Pierwsza rzecz, którą moglibyśmy skrytykować, to koncepcja „demonstrowanej preferencji”. Faktycznie, podstawa jest dosyć istotna – ekonomia powinna zajmować się zjawiskami realnymi, a nie psychologicznymi modelami użyteczności. Lecz odrzucenie tego drugiego wcale nie oznacza, iż jesteśmy skazani na analizę wyborów zachodzących jedynie w pewnych konkretnych warunkach. Możemy przecież spekulować o wyborach w potencjalnie innych warunkach. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: czy naprawdę możemy powiedzieć, że na początku lat dziewięćdziesiątych w Polsce umowa z monopolem telekomunikacyjnym była rozwiązaniem maksymalizującym społeczny dobrobyt? Stwierdzenie, że Telekomunikacja zdobyła swoją pozycję poprzez aparat przymusu niczego nie zmienia. Wszak w momencie podpisywania umowy nie jestem w stanie tego „zademonstrować”. Podpisuję umowę, albo nie. W danych warunkach oczywiście wolę korzystać z monopolu telefonicznego niż nie mieć telefonu w ogóle. Tutaj Rothbard ma rację. Myli się jednakże, gdy sugeruje, że zmienianie warunków i rozważanie innych alternatyw wypada poza przedmiot zainteresowania ekonomii dobrobytu.

Całkiem racjonalne jest przecież przeprowadzenie kontrfaktycznej analizy, w której wyobrazimy sobie brak agresji i wprowadzoną wolną konkurencję między operatorami telefonicznymi. Podejście demonstrowanej preferencji niestety każe nam się skupiać tylko na wyborze w jedną lub drugą stronę. A przecież jako teoretycy moglibyśmy się zastanawiać, jak wyglądałby wybór w innych warunkach.

Problem jest jednak zdecydowanie głębszy, a niejasność schematu Rothbarda wynika wprost z faktu, że ujęta przez niego koncepcja demonstrowanej preferencji albo niewiele wnosi, albo wnosi wiele, ale tylko pod warunkiem ukrytego założenia, jakim jest przyznanie prymatu sprawiedliwej własności. Popatrzmy chociażby na scenariusz opodatkowania. Urzędnik Skarbowy przychodzi do domu Murraya Rothbarda i żąda od niego kilku tysięcy dolarów podatku. Rothbard staje przed wyborem: albo zapłaci podatek, albo zostanie wtrącony do więzienia. W tej sytuacji wybiera, jak zapewne większość z nas, zapłatę podatku. Zgodnie z jego własnym podejściem, demonstruje preferencję dla bycia opodatkowanym. Wybiera w danych warunkach najkorzystniejszą dla siebie opcję. A zatem w określonych z góry warunkach na tej, a nie innej drodze działania, zyskuje.

Brzmi to dla nas paradoksalnie, lecz tak w istocie wygląda rzeczywistość, jeśli skupimy się tylko na faktycznych działaniach i wyborach. W rzeczy samej, preferujemy zapłatę podatku niż nękanie przez aparat przymusu. Oczywiście, wolelibyśmy żyć w innym świecie, w sytuacji, gdy opodatkowanie nie byłoby przymusowe. Ktoś jednak – zgodnie ze schematem Rothbarda – mógłby odpowiedzieć, że przecież nas interesują demonstrowane preferencje, a nie potencjalne światy, które mogłyby kiedyś tam zaistnieć. Tymczasem jest dla nas naturalne, że rozpatrujemy różne porządki społeczne i zastanawiamy się nad ich konsekwencjami. W naszych ekonomicznych rozważaniach znaczenie ma nie tylko demonstrowana preferencja, lecz również rozmaite scenariusze kontrfaktyczne. Tylko i wyłącznie dzięki temu jesteśmy w stanie dojść do wniosku, że na opodatkowaniu tracimy. Tylko wychodząc poza obszar demonstrowanej preferencji i myśląc o świecie alternatywnym, który istniałby w instytucjonalnie odmiennych warunkach[2].

Jeszcze inny problem ujęcia Rothbarda dotyczy faktu, że jego koncepcja wychodzi od aktualnego stanu posiadania. Od momentu, w którym każdy posiada określone zasoby, faktycznie ludzie wybierają najkorzystniejsze dla siebie rozwiązania. Jednakże ten stan wyjściowy niekoniecznie musi być najkorzystniejszy społecznie! Wystarczy sobie przecież wyobrazić sytuację po zniesieniu socjalizmu, gdy komuniści przechwytują całość majątku w swoje ręce, zamiast dokonać sprawiedliwego przekazania zasobów społeczeństwu. Od tego „punktu zerowego” faktycznie każdy wybiera najkorzystniejsze dla siebie rozwiązania. Ale to przecież nie znaczy, że ten punkt zero jest korzystny społecznie.

Innymi słowy, koncepcja demonstrowanej preferencji Rothbarda może mieć sens tylko i wyłącznie gdy z góry będziemy wiedzieć na czym polega „właściwe” lub też „sprawiedliwe” posiadanie.

Poza tym propozycja Rothbarda w dzisiejszym systemie niewiele nam pomaga. Ekonomista nie może na przykład opowiadać się za zniesieniem interwencjonizmu, gdyż zawsze znajdzie się jakaś grupa, która na tym straci (beneficjenci państwa), co oznacza sprzeczność z efektywnością Pareto.

Możemy to także zauważyć w samych rozważaniach Rothbarda, który implicite zawiera w swojej analizie rozważanie etyczne, przed którymi rzekomo uciekł. Porównuje bowiem system dobrowolny do państwowego i dochodzi do wniosku, że na pierwszym obie strony zyskują, a na drugim jedna traci. Ale jak dokonuje tego rozróżnienia? Skąd wie, na czym polega różnica między jednym a drugim?

Rothbard naturalnie odpowiada, że państwo stosuje aparat przymusu. Lecz co tak naprawdę oznacza „stosowanie aparatu przymusu”? Czym się różni Kowalski, wypłacający pieniądze ze swojego konta, od urzędnika podatkowego, wypłacającego pieniądze z cudzego konta? Obydwie czynności wyglądają w zasadzie tak samo, a jednak różnica dla nas jest oczywista. Naturalnie jest oczywista i jedna: Kowalski jest uprawniony do swoich pieniędzy i właśnie dlatego używamy w tym miejscu określenia „swoich”. Z kolei urzędnik do nich uprawniony nie jest i dokonuje aktu zawłaszczenia wbrew woli prawowitego posiadacza. A cóż oznacza „wbrew woli”? Oznacza to, że jest jakaś inna, prawowicie posiadająca pieniądze jednostka, która może o nich powiedzieć „moje”.

Widzimy więc, że u podstaw analizy samego Rothbarda muszą leżeć koncepcje prawowitego posiadania – w przeciwnym wypadku nawet nie będziemy w stanie odróżnić instytucji państwa od rynku i pójść tropem jego własnej analizy. A jeśli tak, to obietnica Rothbarda o pełnym abstrahowaniu jego ekonomii dobrobytu od analizy normatywnej musi być fiaskiem.

Sprawiedliwe posiadanie jako podstawa ekonomii dobrobytu

Jak widzimy, ekonomia dobrobytu nie jest w stanie uciec od rozważań etycznych, przynajmniej przy określaniu tego, co jest „sprawiedliwym” czy „uzasadnionym” posiadaniem. Niniejszy tekst nie służy za wyjaśnienie tego, jakie posiadanie jest sprawiedliwe czy uzasadnione. Jego cel był zdecydowanie skromniejszy. Istotne jest podkreślenie, że, jak pokazał Rothbard, niemożliwe jest zbudowanie ekonomii dobrobytu na fundamencie społecznych funkcji użyteczności.

Dokładnie tak samo niemożliwe jest jednakże ugruntowanie koncepcji ekonomii dobrobytu na porządkowej, subiektywnej i indywidualnej koncepcji użyteczności. W końcu opodatkowanie też może być rozpatrywane jako element rozwiązania efektywnego w sensie Pareto. Urzędnik zyskuje, bo otrzymuje więcej środków, a opodatkowany zyskuje, ponieważ demonstruje swoją preferencję bycia wywłaszczonym z części dochodu niż umieszczonym w lochu.

Możemy analogicznie wyobrazić sobie wiele różnych sytuacji, gdy efekty stron trzecich nie są efektywne w sensie Pareto – gdy na przykład wchodzący na rynek producent samochodów doprowadza do masowego bankructwa wszystkich przedsiębiorstw dorożkarskich. Producent samochodu i jego odbiorcy zyskują niewątpliwie, ale czy można to powiedzieć o konkurencji, która traci na tego typu działalności (traci w sensie takim, że bez producenta samochodów otrzymywałaby wyższe obroty pieniężne).

Z pewnością łatwo odrzucić ten przykład, lecz jest to możliwe tylko w oparciu o analizę koncepcji własności. Przykład ten nie może być odrzucony z zasady, po prostu dlatego, że dorożkarze nie mogą zademonstrować swojej preferencji i mogą co najwyżej wyrażać ubolewanie. Efekty trzecich stron jednak grają poważną rolę. Sam Rothbard doskonale sobie zdawał z tego sprawę – w końcu, gdyby konsekwentnie chciał ignorować efekty trzecich stron, to nie zajmowałby się koncepcją cyklu koniunkturalnego, monopolu czy innych aspektów interwencji. Czy, gdy w dziewiętnastym wieku na wyspach władza zakazała sprowadzania żywności, ograniczając wolny handel, moglibyśmy powiedzieć umierającym ludziom, iż jest to tylko efekt trzeciej strony, że ich preferencja nie może zostać zademonstrowana, a ważna jest tylko relacja państwa do potencjalnych producentów? Postawienie takiego pytania oznacza udzielenie odpowiedzi.

Widzimy, że użyteczność gra istotną rolę w koncepcji dobrobytu, jednakże pozostaje elementem zupełnie pustym, jeśli nie zostanie umieszczona w ramach „sprawiedliwego posiadania”. Badawczym punktem wyjścia powinna być właśnie ta kwestia. Gdy już określimy problem „sprawiedliwego posiadania” i tego, co komu powinno się należeć, sprawa ekonomii dobrobytu zostanie rozwiązana. Wszystkie relacje, w jakie wejdą ze sobą właściciele, będą musiały być uznane za zgodne ze społecznym interesem, gdyż taka jest właśnie definicja sprawiedliwego posiadania.

Powiedzmy, że jesteśmy komunistami i uznajemy, że sprawiedliwe jest posiadanie czynników produkcji przez wszystkich towarzyszy. W momencie, gdy wprowadzimy nasz system w życie przez rozdanie tych czynników, to wszystko, co nastąpi po jego nadejściu, winno być określone jako w danym momencie społecznie optymalne. Nietrudno przewidzieć, iż w takiej sytuacji szybko dojdzie do takiej wymiany owych czynników produkcji, że środki przejdą na własność sprawnych przedsiębiorców. Wielu robotników będzie chciało sprzedać swoje udziały w czynnikach produkcji, niektórzy będą chcieli zostać oszczędzającymi kapitalistami. Relacje cenowe i ekonomiczna kalkulacja zostaną przywrócone na podobny wzór jak dzisiaj, z tą tylko różnicą, iż pierwotna dystrybucja majątku będzie odmienna.

Analiza komparatywna a własność i użyteczność

Widzimy wobec powyższego, iż absolutnie kluczowe dla ekonomii dobrobytu jest rozstrzygnięcie kwestii, który porządek własności jest „odpowiedni”. Wszystkie rzadkie zasoby w gospodarce muszą być ostatecznie kontrolowane, a więc ktoś konkretny musi o nich ostatecznie decydować. Ustalenie tego, jaka powinna być struktura własności, rozwiązuje w pełni każdy problem ekonomii dobrobytu, gdyż, skoro już wiemy, do kogo co „powinno” należeć, to kwestia „użyteczności” jest tylko tego konsekwencją, rzeczą pochodną.

Warto zatem przyjrzeć się sprawie „zyskiwania” na rozmaitych transakcjach lub porządkach. Nie ulega wątpliwości, że w danej chwili, w każdym porządku gospodarczym, wszystkie jednostki wybierają optymalne dla siebie rozwiązania, działając zgodnie z tym, co wg ich preferencji przynosi możliwe największy zysk (oczywiście subiektywny, więc niekoniecznie pieniężny). Jednakże, jak wiemy, wartościowanie jest czysto subiektywne i zawsze działająca jednostka może sobie zadeklarować, iż na transakcji rynkowej traci.

Pytanie kluczowe brzmi: co to znaczy, że „traci”? „Traci” w stosunku do czego? Na początku tekstu zaznaczyliśmy, iż wartościowanie jest nie tylko subiektywne, lecz także porządkowe i relatywne. Wobec tego, mówiąc, że na czymś „tracimy” lub „zyskujemy”, musimy porównać tę sytuację do stanu innego, bardziej lub mniej pożądanego.

Stąd naciągane subiektywne oceny, jak choćby że Kowalski „traci” na tym, że milioner daje swojemu synowi kilkadziesiąt tysięcy dolarów (albo że budżet państwa „traci” na tym, że ludzie unikają opodatkowania…). W końcu łatwo sobie wyobrazić alternatywny scenariusz, w którym milioner daje pieniądze Kowalskiemu. Relatywne ujęcie tych dwóch potencjalnych światów sprawia, iż można teoretycznie uznać Kowalskiego za „przegranego”. Możemy też użyć mniej wydumanego przykładu i wyobrazić sobie wejście na rynek telekomunikacyjny agresywnego konkurenta tnącego ceny usług. Niewątpliwie inni producenci, dotychczas panujący na rynku, mogliby twierdzić, iż „tracą” na tego typu działalności, gdyż w innych warunkach osiągnęliby większe zyski.

Nie zmienia to w żaden sposób faktu, że w danych konkretnie warunkach każdy wybiera optymalne dla siebie decyzje.

Jak już widzieliśmy, analogicznie jest w przypadku opodatkowania. W końcu podatnicy też w danych warunkach wybierają rozwiązanie optymalne (wolą płacić niż iść do więzienia). A jednak wydaje się nam uzasadnionym, gdy zaczynają dumać na temat innego potencjalnego świata, w którym podatek nie zostałby nałożony. Porównując instytucjonalnie dwa porządki stwierdzają oni, które rozwiązanie przynosi im więcej korzyści – nałożenie opodatkowania czy rezygnacja z tego procederu.

Obydwie alternatywy są do siebie podobne. Kowalski mógłby być w lepszej sytuacji, gdyby milioner dał mu pieniądze i podobnie gdyby urzędnik nie nałożył na niego podatku. Ale nie sama użyteczność jest domeną nauk społecznych, które mają odpowiadać na pytania zdecydowanie istotniejsze: Które działania są „dopuszczalne”, „odpowiednie”, lub „pożądane”? Czy dopuszczalne jest zmuszenie milionera do rezygnacji z pieniędzy? Czy odpowiednie jest powstrzymanie urzędnika przed nałożeniem podatku?

Widzimy, że problem jest znacznie głębszy niż analiza użyteczności. Dotyczy czegoś bardziej fundamentalnego: określenia, jakiego rodzaju kontrola jest dopuszczalna i uzasadniona, a którą należałoby uznać za negatywną. Ekonomia dobrobytu powinna więc opierać się na analizie komparatywnej – najpierw na różnieniu na posiadanie uzasadnione i posiadanie nieuzasadnione, a następnie na wskazywaniu istotnych konsekwencji obydwu.

Moglibyśmy nawet zwrócić naszą uwagę, iż właśnie o to chodziło w tradycji prawa naturalnego – aby spostrzec pewne uniwersalne różnice między radykalnie odmiennymi typami działań międzyludzkich. Bez względu na to, czy analizujemy współczesne cywilizacje, czy porządki społeczne sprzed wielu lat, zawsze możemy odnaleźć pewne wspólne cechy różnych typów działań. I właśnie te wspólne cechy pomagają nam zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość.

 

 


[1] Ciekawy wydaje się fakt, że powszechny dzisiaj w ekonomii nurt neoklasycyzmu buduje kardynalne matematyczne modele użyteczności, które mają reprezentować użyteczność porządkową. Bez względu na to, czy jest to spójne bądź wewnętrznie niesprzeczne podejście, z pewnością nie jest to teoretyzowanie, a raczej zabawa w budowę modeli będących kiepskimi imitacjami rzeczywistości.

 

[2] Poza tym, ścisłe trzymanie się zasady demonstrowanej preferencji ma poważne konsekwencje dla teorii mikroekonomicznej. Nie sposób bowiem na aksjomacie demonstrowania preferencji oprzeć prawa malejącej użyteczności marginalnej, stanowiącego filar austriackiej teorii wyceny. Needless to say, jest to temat na inny artykuł.

Mateusz Machaj

***

15 sierpnia 2006

***

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Instytutu Misesa

1 comment

  1. Faer

    Ciekawe rozważanie, ale przez caly artykul liczylem na to, że autor w końcu udoskonali teorię określając, jakie właściwie posiadanie jest odpowiednie, a jakie nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *