Po dwóch tekstach na temat znęcania się współczesnego systemu politycznego nad Obozem Narodowo-Radykalnym, a ściślej po dyskusji jaka się na ich temat wywiązała na portalu Liberalis, którego redakcja zdecydowała się je opublikować, konieczny jest komentarz wyjaśniający dlaczegóż to taki a nie inny temat został przez autora wybrany i cóż takiego autor miał na myśli.
Obrona ONR z punktu widzenia przeciwnika państwa – a więc osoby, której z faszyzmem nie po drodze – nie wydaje się niczym nadzwyczajnym. Po pierwsze dlatego, że ONR z faszyzmem nie ma wiele wspólnego, o ile traktować tę organizację jako ideologiczny monolit (co jest w gruncie rzeczy niedorzeczne), a w porównaniu np. z europejską socjaldemokracją – nawet bardzo niewiele. Militaryzm (bardzo biedny w tym wykonaniu zresztą), kult bohaterstwa, przywiązanie do takiej a nie innej estetyki nie są wcale wyznacznikami faszyzmu, a przynajmniej nie w takim sensie, w jakim faszyzm stanowi zagrożenie dla wolności. Po drugie – ponieważ liberalna „wolność słowa” nie powinna czynić wyjątków i skoro wolnością wypowiedzi cieszą się feministki, aborcjoniści, Rafał Pankowski czy Joanna Senyszyn, to wolność ta powinna przysługiwać również ONR-owi. Członkowie ONR mogą nie lubić kogo chcą i ich preferencje i antypreferencje, wyrażane w taki a nie inny sposób, nie są wcale gorsze od preferencji i antypreferencji w/w grup i osób. Po trzecie zaś dlatego, że wszelkie zakazy państwowe powinny być traktowane z dużą dozą podejrzliwości. I to powinno niektórym wystarczyć.
Jeżeli chodzi o sprawę pierwszą – jest to temat na naukowy elaborat, na napisanie którego autor nie ma w tej chwili ani ochoty, ani też czasu. Na co należy postawić nacisk, to na fakt, że ONR deklaratywnie odwołuje się do tradycji przedwojennego Obozu, ale skupia ludzi wielu odmiennych postaw ideologicznych, reprezentujących różne wizje państwa i stosunków międzyludzkich – konserwatystów, endeków i socjalistów, odwołujących się do Nauki Społecznej Kościoła lub też nie. Drugą sprawą jest fakt zerowego wpływu politycznego, jak i braku perspektyw na zmianę tej sytuacji. Gdyby nawet ONR jak jeden mąż deklarował kult Mussoliniego czy nawet Hitlera, wyższość rasy aryjskiej i niższość żydów, to i tak pozbawiony wpływu na kształtowanie instytucji polityczno-prawnych nie może być traktowany jako zagrożenie. Realne zagrożenie „faszystowskie” – a więc widmo zaprowadzenia ustroju totalitarnego – płynie ze stronnictw, które faktyczną władzę w tej materii posiadają i deklarując głośno swoją nienawiść do systemu faszystowskiego, same przekształcają instytucje państwowe na modłę Heglowsko-Gentile’owską.
Odnośnie twierdzenia drugiego – nie ma tutaj zastosowania przytaczany w komentarzach przykład z publicznością w kinie jako uzasadnienie ograniczenia wolności słowa. Przypomnijmy pytanie: czy można krzyknąć „pali się!” w zatłoczonej sali kinowej? Słowo może mieć tu określone, nierzadko tragiczne konsekwencje. Czy na tej zasadzie można zakazywać ONR-owi głoszenia swoich poglądów? Nie. Z prostej przyczyny – kwestia ograniczenia wolności słowa zawsze będzie w tym wypadku decyzją arbitralną, w której osobą decydującą będzie dany urzędnik państwowy. Nie ma żadnego obiektywnego kryterium mówiącego, które poglądy są niebezpieczne. Idąc tropem Rothbardiańskim – nie było w tym wypadku żadnej umowy pomiędzy krzyczącym „pali się” a właścicielem kina odnośnie zachowania się w kinie. Nie ma żadnej „woli ludu”, która decydowałaby o braku takich poglądów w przestrzeni publicznej, gdyż w zakazie tym chodzi o to, aby „wolę ludu” chronić przed ich poznaniem. Gdyby jednak był wynik demokratycznego głosowania mówiący, że świadoma, demokratyczna większość nie chce słuchać takich poglądów, to sam zakaz byłby zupełnie zbędny. Ale nawet tego nie ma – zatem kwestią arbitralnego wyboru jest to, czy chcemy słuchać o Wielkiej Polsce i sprzeciwianiu się dewiacjom, czy też może o Unii Europejskiej i pingwinach-homoseksualistach. Dlaczego jedno miałoby być lepsze od drugiego? Tutaj też zyskuje uzasadnienie twierdzenie trzecie.
Co ciekawe – jeden z komentatorów opowiadających się za „antyfaszyzmem” dawał mocno do zrozumienia w komentarzach, że „faszyzm” należy niszczyć fizycznie, za pomocą tajemniczych, bo nigdy nie widzianych, „bojówek sportowców antyfaszystowskich”, którzy napadaliby na skinheadów i wybijaliby im z głowy siłą pięści zabawy w marsze czarnych koszul. Czy jest to nawoływanie lepsze niż okrzyki „pedały do gazu”? Oczywiście,ale tylko w warunkach socjaldemokracji. „Faszyzm” nas atakuje, więc należy się przed nim bronić – a wojna obronna, jak wiadomo, jest przeważnie usprawiedliwiana, bez względu na środki. I tak można tłumaczyć wszystko – hitlerowcy też uprawiali samoobronę przed spiskiem żydów, a stalinowcy przed polską partyzantką (która zresztą w propagandzie też była „faszystowska”).
Społeczeństwo – zwłaszcza w krajach zachodnich, w Polsce w tej części, która jest najbardziej wpłwyowa – jest dzisiaj w większości wytresowane, na dźwięk pewnych słów reagując jak całe stado psów Pawłowa. To jest sytuacja niepokojąca, gdyż zmierza do stworzenia generacji niewolników nieumiejących myśleć krytycznie w kwestiach, które są obwarowane swoistym tabu przez państwową propagandę. Komentarze internetowe pod newsami dotyczącymi „walki z faszyzmem”, choć nie tylko, świadczą o tym dobitnie. Każda rzeczywiście antysystemowa postawa, która jest zakazywana, wymaga dlatego obrony ze strony zwolennika wolności.
14.12.2009
Olgierd Sroczyński
***
tekst pochodzi z blogu autora.