Wolności osobiste

Olgierd Sroczyński: Świat uratowany przed faszystami – part two

Jakoś w codziennym zabieganiu ominęła mnie informacja o odwołaniu debaty o ONR na Uniwersytecie Gdańskim, ale raczej nic straconego. Nie ma w niej niczego specjalnie zaskakującego, a poza tym blog ten wcale nie służy podawaniu gorących newsów tylko wyzłośliwianiu się na rzeczywistość w chwilach znudzenia.

Wyborcza popisała się (jak zwykle) profesjonalizmem, zamieszczając jako ilustrację do artykułu o ONR zdjęcie dwóch najbardziej znanych – i to z imienia i nazwiska – członków Falangi, acz nie będziemy się do tego czepiać, gdyż trudno wymagać od raczej ciężko orientującego się nawet w meandrach kpiny i ironii red. Sandeckiego posiadania tak skomplikowanych umiejętności jak odczytywanie napisów ze zdjęć. IAczkolwiek wiadomo za co mu w GW płacą – pod piórem red. Sandeckiego, podane jego wiele pozostawiającym do życzenia stylem informacje nadają się jeszcze bardziej do indoktrynowania ludu na najbardziej prawdziwe wyznanie wiary, niż to zwykle w wyborczej bywa. „Aktywiści ONR noszą ogolone głowy, wojskowe buty i uniformy i chętnie pozdrawiają się hitlerowskim gestem wyciągniętej ręki” – groza!
Grupka studentów – jak można się domyślać po nazwie zrzeszającego ich koła, lewicowych – zechciała podyskutować na temat idei Wielkiej Polski z przedstawicielami ONR, co samo w sobie byłoby zapewne doświadczeniem dość ciekawym. Sama chęć takiej dyskusji ze strony fanów Marcusego i Fromma przynosi duży plus – zwłaszcza w porównaniu z pewnymi środowiskami, które zwykły organizować „konferencje” o „faszyzmie”, na które nie wpuszczają żadnej z osób, które nadawałyby się ich zdaniem do ochrzczenia mianem faszysty. Jeszcze by ktoś się ważył zaprotestować – jak np. ci „prawicowcy, którzy weszli niepostrzeżenie” – i zburzyłoby to wizję jedynej słusznej prawdy, którą należy przyjmować a nie tam razsużat.

Prawdopodobnie zapał do dyskutowania zrzucić należy na karb młodzieńczej naiwności i idealizmu, które dopiero później rozbiją się o nieubłaganą praktykę Partii. Habermas ze swymi nieco mętnymi i ciężkostrawnymi w odbiorze dziełami może sobie tam być ikoną systemu demoliberalnego, można pisać o jego ideach doktoraty i habilitacje, ale przecież nie oznacza to wcale, że trzeba je dosłownie realizować. I jak Habermas mówi, że trzeba dyskutować bo to podstawa demokracji, to trzeba to rozumieć trochę inaczej, bo przecież nie będziemy o demokracji dyskutowali z tymi, którzy mają nieco inne zdanie od powszechnie przyjętego. No jaki by to miało sens? Jeszcze by nam się ta demokracja rozwaliła i co wtedy.

No i jeszcze tak skandaliczne zachowanie studentów jak nazwanie spotkania pojęciem „dyskursu wykluczonych”. Jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że kogoś się tutaj prześladuje, a wiadomo, że miano „wykluczonych” przysługuje jedynie i odwiecznie homoseksualistom i osobom transdżenderowym, bo wskazuje, że są w trudnej sytuacji i trzeba się nad nimi litować! Nie można się zatem dziwić decyzji o odwołaniu debaty, była słuszna i rozsądna, służąc dobrze ludowej ojczyźnie.

Nic mi nie wiadomo o politycznych poglądach lub uwikłaniach prof. Gąsiorowskiego, ale bez wątpienia takie istnieją, skoro podjął tak histeryczną akcję i zachował się niefachowo. Pozostaje jednak zastanowić się nad tym, co następnie otrzyma zakaz wstępu na uczelnie państwowe ze względu na niezgodność z aktualną linią polityczną? Prof. Gąsiorowski powinien wiedzieć, że praktyki takie nie wróżą niczego dobrego, wszak historia magistra vitae est. Chyba, że dopadła profesora „choroba czerwonych oczu”, a to się przecież coraz częściej zdarza.


W jednym prof. Gąsiorowski ma rację – część narodowców zatrzymała się w latach 30-tych XX wieku. Kiedy się przemyka po stronach niektórych ugrupowań, razi po oczach kiczowata estetyka wyjęta żywcem z dawno już wyblakłych lub pożółkłych plakatów propagandowych (również miłośnicy PRL mogą tam znaleźć elementy, które sprawią, że zadrga im wrażliwa struna), nie lepiej jest z prezentacją członków pewnych organizacji na żywo. Bez wątpienia większość z tych rzeczy nadaje się na popis ostrej szydery, zwłaszcza jeżeli ktoś wie więcej niż piszą w GW. To jednak potwierdza tylko przypominany przeze mnie ostatnio fakt, że „zagrożenie” z tej strony sceny politycznej jest równie realne, jak zagrożenie gatunku ludzkiego świńską grypą – istnieją po prostu problemy dużo poważniejsze. Jakie? Hmm, choćby to, że ZUS przeżarł wszystkie pieniądze jakie miał, musiał się zapożyczyć i liczenie na emeryturę jest działaniem niepoprawnym. No i jak, „faszyści” są ważni?

Tak więc ponownie pytanie – co dalej? Zakaz dyskusji z poglądami sceptycznymi na globalne ocieplenie? Zakaz dyskusji z krytykami „ekonomii dobrobytu”? Każdy z nich można tłumaczyć w taki sam sposób, jak to zrobił prof. Gąsiorowski. I dopiero mnożenie kolejnych zakazów i wyroków w takich sprawach jest rzeczywiście faszystowskim zagrożeniem.