Filip Paszko

Filip Paszko: Anatomia kryzysu

Wiele razy już pisałem o tym, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych. Zresztą, nie ja jeden pisałem, bo pisał też Qatryk, Gwiazdowski i wielu, wielu innych. Myślę jednak, że przyszedł taki moment, by nie ograniczać się do krótkich analiz najświeższych wydarzeń, a spróbować wejść w temat głębiej. Nie znajdziecie tutaj relacji dzień-po-dniu z giełd, wahań różnych WIGów, czy czego tam jeszcze. Jeżeli nie czytacie prasy codziennej w nadziei, że ktoś w Internecie zrobi to za was, to źle trafiliście. Jeżeli jednak chcecie całościowego spojrzenia na te wydarzenia, nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić do czytania. Zaznaczam jednak na wstępie, że tekst ma charakter analityczny (cokolwiek to słowo znaczy), a co za tym idzie – jest dosyć obszerny.

 Co widać, a czego nie widać?

 Gdyby tak ktoś czytał te wszystkie teksty prasowe, dotyczące obecnej sytuacji na rynkach (oczywiście głównie rynku amerykańskim, bo USA pępkiem świata jest – nie „są”, ale to już inna historia:), to tak, jak i ja, mógłby sobie w główce poukładać, że:

1.       za kryzys odpowiadają agencje i banki, rządne zysków
2.       spekulanci
3.       Wall Street.

Chwała Bogu, matce naturze, a może i Bushowi, jest taki ktoś, jak Paulson, który chce zapobiec, do spółki z Bernake’em, rozkładowi gospodarczemu Stanów Zjednoczonych. Pamiętam, że jeszcze na początku tego roku, że nie wspomnę o minionym, dorzucano jeszcze argument, że za kryzys odpowiada drożejąca ropa naftowa. Ale gdy okazało się, że ropa tanieje, a banki plajtują na potęgę, argument zarzucono.

Wyczytałem jeszcze w jednym miejscu, że przyczyną kryzysu jest to, że Greenspan (po ataku na WTC) w obawie przed krachem zaczął obniżać stopy procentowe, czym spowodował ułatwiony dostęp do „taniego kredytu”. Jakkolwiek ta argumentacja zdaje się poprawnie dostrzegać przyczyny, tak myli się w jednym punkcie. To nie wypadki wrześniowe doprowadziły do obniżania stóp procentowych; łatwo znaleźć w Internecie dane (mogę podać, jak się komuś nie chce grzebać), w których jak na dłoni widać, że od początku 2001 roku stopy procentowe były regularnie obniżane (od 5.75% na początku stycznia do 2,5% w połowie września).

Zasadniczo rzecz ujmując nie ma się do czego przyczepić w takim ujęciu spraw. W znacznej mierze to właśnie kredyty typu subprime, czy NINA (czy, jak również się używa, NINJA) odpowiadają za kryzys. I to widzi każdy, bo i trudno tego nie dostrzegać. Jak jednak twierdził Bastiat, dobrego ekonomistę to różni od złego ekonomisty, że ten drugi dostrzega to, co widzą wszyscy, natomiast pierwszy – widzi jeszcze to, co niewidoczne dla reszty.

Jakkolwiek w żadnej mierze nie mam zamiaru nazywać siebie ekonomistą (no chyba, że w znaczeniu osoby interesującej się tymże tematem), tak lubię sobie poanalizować to i owo. Pomyślmy więc, czego nie widać w tym kryzysie. Metodą indukcyjną więc spróbujemy dojść do praprzyczyny wszystkiego, a przynajmniej tego, co nas interesuje.

W poszukiwaniu utraconego sensu

Punktem wyjścia naszych rozważań uczyńmy fakt udzielania ryzykownych kredytów. Szukając przyczyny takiej działalności możemy dojść do kilku odmiennych punktów. Najpierw zastanówmy się, dlaczego kredytów udzielano osobom, które za nic w świecie nie powinny ich dostać? Najlogiczniejsze wytłumaczenie mówi, że działo się tak, ponieważ nie było innych chętnych. Powinniśmy więc znaleźć przyczynę tego braku chętnych. Jak to się dzieje, że ludzie, którzy bez problemu spłaciliby dany kredyt, nie zgłaszają się po niego? Niepotrzebny im? Wszystkim? Nikt z tej grupy bezproblemowej nie chciał kredytu? Nie wiem, jak wy, ale ja wprost nie mogę w to uwierzyć. Oczywiście, że te osoby chciały brać kredyty – i brały. Sęk w tym, że one brały kredyty wtedy, kiedy uznały, że są w stanie je spłacać i nie zastanawiały się, czy za tyle-a-tyle miesięcy będą mogli kredyt dostać łatwiej. Wiem, że wydaje się to skomplikowane, więc ubiorę to w przenośnię. Gdy idę kupić cukier, bo mi jest potrzebny, to biorę te 2 złote, czy nawet 2,5 i idę do sklepu. I tak zrobi każdy, kto potrzebuje cukru i stać go na niego. Popyt współgra z podażą, tak? No tak. A teraz okazuje się, po tym, jak ludzie kupili cukier za 2,50 zł., że dziwnym zbiegiem okoliczności niebotycznie wzrosła produkcja cukru. Jego cena spadła, w związku z czym ludzie, którzy uważali, że poprzednia cena  jest zbyt wysoka, udali się na zakupy. Ja już nie poszedłem, już cukier mam i nie potrzeba mi więcej. Rozumiemy już, DLACZEGO znalazło się tylu chętnych na łatwe kredyty? W jednym zdaniu: wzrost podaży kredytów na preferencyjnych warunkach doprowadziła do wzrostu popytu na nie.

Fakt udzielania ryzykownych kredytów powinien nas skłonić do jeszcze jednej refleksji, mianowicie, co skłoniło banki do tego, że działały w ten sposób? I tutaj możemy również dojść do ciekawych wniosków. Szczególnie interesujące jest to w odniesieniu do chronicznej inflacji (rozumianej, jako wzrost cen). Zanim zaczniemy drążyć, powinniśmy krótko naszkicować sytuację, coby nie było nieporozumień, które zapewne i tak będą. Ceny rosną, rosną ceny energii, żywności, benzyny. Prowadzi to do rozszerzania wzrostu cen na niemalże we wszystkich dziedzinach gospodarki. W związku z rosnącymi cenami ludzie muszą wydawać więcej, by utrzymać stały poziom życia. Prowadzi to do spadków w ilości depozytów – na kontach zostaje mniej oszczędności. Oczywiście, część ludzi zrezygnuje z pewnych wygód, byle utrzymać stały poziom wzrostu depozytów, a część nawet nie zauważy wzrostu cen. Generalnie jednak ludzie mają szczuplejsze konta, kosztem tego samego poziomu życia. [tak, wiem, że niektórzy już dostrzegli pewną nieścisłość; do niej właśnie dążymy, więc proszę o trochę cierpliwości]. Warto więc zadać sobie pytanie, co się dzieje, gdy ilość pieniędzy w bankach spada. Per analogiam: co się dzieje, gdy spada podaż danego towaru? Oczywiście, rośnie jego cena (upraszczam, no jasne, że upraszczam, ale na litość, nie piszę pracy licencjackiej!). Jak to więc się dzieje, że pomimo spadku ilości dolarów w bankach, te ostatnie ułatwiają dostęp do greenbacków potencjalnym klientom? To jest pierwsza problematyczna sprawa. Druga jest taka, jakimże cudem przy względnie stałym popycie na dane towary i notorycznym wzroście produkcji, cena tych towarów rośnie? Gdyby popyt rósł proporcjonalnie do produkcji, ceny pozostawałyby na mniej więcej stałym poziomie. Gdyby popyt rósł znacznie szybciej, i ceny by rosły. Ale do jasnej cholery, jak to jest, że popyt jest stały, a rośnie zarówno podaż, jak i ceny?!? Odpowiedź może być w zasadzie tylko jedna. Otóż w tym drobnym szkicu, umieszczonym na początku akapitu nie uwzględniłem jednej podstawowej kwestii: rośnie również podaż pieniądza! To ona powoduje, że kredyty są coraz tańsze, a wszystkie towary coraz droższe. Oczywiście Stiglitz, Bernake, czy Greenspan uważają wprost inaczej, prawdę jednak mówiąc raczej nie przekonują mnie ich tłumaczenia. Nie dochodzą one do końca, czy raczej do początku kryzysu, a urywają się w pół drogi. Dlatego też wyręczymy naszych guru ekonomicznych i sami poszukamy przyczyn.

Dolar, do rezerwy! 

Powinniśmy się teraz zastanowić, w jaki sposób zwiększa się podaż dolara? Czy jest na to jakiś wzór, czy podlega ograniczeniom, a jeśli tak, to jakim? Z oczywistych powodów nie będziemy zbyt szeroko dociekać, do czego prowadzi zwiększona podaż pieniądza (przypominam bowiem, że prowadzimy indukcyjny tok rozumowania i dochodzimy do przyczyn od skutków).

Zacznijmy może od samej teorii. W jaki sposób wzrost podaży pieniądza może powodować wzrost cen? Znany jest od czasów Hume’a przypadek dobrego anioła, który to chciał wszystkim ludziom zrobić dobrze i pewnej nocy wszystkim ludziom podwoił ich oszczędności. Jeżeli oszczędności Smitha, czy innego Kowalskiego wynosiły x, to po tej cudownej nocy wynosiły 2x. Teoretycznie nic złego się nie stało, każdy ma dwa razy więcej pieniędzy na wydatki. Ale czy to znaczy, że żadnych skutków nie ma? Ten, kto od razu poszedł wydać swoją nadwyżkę, zrobił to jeszcze zanim ceny poszły w górę. Z kolei, gdy ktoś chciał odczekać kilka dni, czy tygodni, to okazało się, że ceny zdążyły osiągnąć już nowy punkt równowagi i jego nadwyżka nie oznacza dwa razy większych zakupów. Realnie on stracił. Choć szanse każdy miał takie same. Oczywiście zwiększona podaż pieniądza sama w sobie jest zjawiskiem neutralnym (czy raczej w teorii jest), ponieważ rynek przyjmie każdą jego ilość. Problem pojawia się jednak przy wprowadzaniu tej teorii w praktykę: gdy rośnie podaż pieniądza, nie odbywa się to wprost proporcjonalnie do oszczędności każdego pojedynczego człowieka. Innymi słowy: następuje nierównomierne rozmieszczenie „dodatkowych” pieniędzy, co oznacza, że ci, którzy otrzymują go na początku, zyskują kosztem tych, do których dociera on na samym końcu. Zwiększanie podaży pieniądza, czy jak wolimy inflacja (nie kłóćmy się tutaj o definicję, bo nie o to chodzi), jest najnormalniejszym w świecie ukrytym podatkiem. A jak to z podatkami bywa, najbardziej poszkodowanymi są ludzie z klasy średniej i niższej.

Wzrost podaży pieniądza jest więc de facto zjawiskiem dla gospodarki niekorzystnym. Zastanówmy się teraz w jaki sposób podaż pieniądza na rynku może się zwiększyć. Nie będziemy się tutaj wgłębiać w historię i teorię pieniądza kruszcowego, a skupimy się na chwili obecnej, czyli państwowego monopolu na kreację banknotów i monet. W przypadku Stanów Zjednoczonych tymże monopolistą jest System Rezerwy Federalnej, czyli FED. Z tego co pamiętam, a czego nie chce mi się sprawdzać (bo nie jest to istotne dla tego wywodu) regionalnych banków FED jest 12. Ile by ich nie było, trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że system bankowy tworzy swego rodzaju odwróconą piramidę. System Rezerwy Federalnej jest na samej szpicy i pełni rolę niejako banku banków. Wszystkie depozyty banków komercyjnych są deponowane właśnie w FED. Nie jest to jednak aż tak ważne, jak następne spostrzeżenie. Otóż banki komercyjne są permanentnie niewypłacalne. Na jakiej podstawie? Gdy rezerwy danego banku wynoszą 1 milion dolarów, to teoretycznie każdy, kto ma wkład w ten milion swoim depozytem, może w każdej chwili swoje pieniądze odebrać. Tylko teoretycznie jednak, gdyż system 100%-owych rezerw po prostu nie istnieje. Miast tego we współczesnej bankowości centralnej posługujemy się systemem rezerwy cząstkowej. Wyobraźmy sobie, że obligatoryjny poziom rezerw wynosi 10%. Znaczy to ni mnie, ni więcej, a tyle, że od każdych 100 dolarów bank może pożyczyć 90$, a 10 musi zachować, na wypadek, gdyby klienci przyszli po swoje pieniądze. Ponieważ banków jest dużo, to istnieje prawdopodobieństwo, że te 90 dolców trafi do innego banku, który również będzie mógł pożyczyć 90% z tej sumy. Prześledźmy kilka etapów. Po kolei będzie to: 81$, 72,9$, 65,61$, i tak dalej. Gdzie się to skończy? Całkowita podaż pieniądza wzrośnie niemalże 10-krotnie. Dodajmy dla uczciwości, że robią to banki komercyjne. Dodajmy więc jeszcze dla uczciwości, że robią to za przyzwoleniem, a de facto nawet nakazem Systemu Rezerwy Federalnej. Jak się to ma do podaży pieniądza w USA? Na tymże wykresie widzimy wzrost podaży pieniądza w stosunku rok do roku. Linia czerwona (M3) to dane oficjalne. Tam, gdzie przechodzi w niebieską, FED przestał podawać te dane. Widać też na wykresie, że w pierwszej połowie roku 2008 podaż dolara spadła. Oczywiście, wszyscy pamiętamy upadek Bear Stearns. Zaowocowało to wyparowaniem wielu pieniędzy z rynku (nagle okazało się, że pieniądze, które teoretycznie są, de facto ich nie ma). A końcówka to już banał – Merill Lynch, Lehman Brothers… Zapamiętajcie moje słowa, za kilka miesięcy niebieska kreska znowu ruszy do góry – tym razem za pomocą planu Paulsona.

 

A co mają do tego stopy procentowe? Bank centralny, w naszym przypadku FED ustala wysokość oprocentowania, po jakim poszczególne banki komercyjne udzielają pożyczek sobie nawzajem i od banku centralnego. Im stopy są niższe, tym łatwiej bankowi uzyskać pożyczkę. Oznacza to, że ma on więcej pieniędzy, dzięki czemu może je przeznaczyć na nowe kredyty, również obniżając ich oprocentowanie (ma towar w postaci pieniądza i szuka chętnych, w postaci kredytobiorców, poprzez atrakcyjne oferty, czyli niskie oprocentowanie).

Dobra, podsumujmy, co już mamy. Wiemy, że bezpośrednio do kryzysu doszło poprzez udzielanie ryzykownych kredytów. Wiemy, że za możliwość udzielania kredytów NINJA była odpowiedzialna zwiększona podaż pieniądza. Wiemy też, że za zwiększanie podaży pieniądza winny jest FED. Jako żywo widać więc, że winą za obecny kryzys należy obarczyć właśnie System Rezerwy Federalnej.

Hey, Paul! – What? 

Jest taki zajebisty film (książka zresztą też) pt. American Psycho. Główny bohater, makler z Wall Street bawi się w popełnianie brutalnych morderstw. Jest taka scena, gdy zaprasza do siebie do domu swojego konkurenta z firmy (wcześniej, jak to kumple upijają się w barze), po czym go morduje. W całej scenie morderstwa ważne jest, że kumpel, imieniem Paul siedzi sobie na fotelu, a nasz bohater od tyłu do niego podchodzi z siekierą. Ponieważ puścił głośno muzykę, musi go zawołać: „Hey, Paul!”, ale Paul nie słyszy. W końcu jednak reaguje, odwraca głowę, pytając „what?” i są to jego ostatnie słowa.

Wielce bym chciał, by plan Paulsona był jego politycznym samobójstwem. Ma zresztą po temu wszelkie przesłanki. Oczywiście wyimaginowana scena na wzór filmu byłaby inna. Przede wszystkim rekiny Wall Street będą się do Henry’ego modlić, byle tylko im dał te miliardy, a nie konkurencji. W roli naszego mordercy będą wszyscy Amerykanie, których plan pier.., uderzy po kieszeni.

Pokuszę się jeszcze, zbliżając się do końca, na drobne przewidywania (gdy w styczniu wieściłem nasilenie się kryzysu niewielu przyznawało mi rację, ale wyszło na moje). Upadło już kilka banków, kilka znacjonalizowano, lub przeszło w inne ręce. Goldman Sachs ma się coraz gorzej, mimo pompowania w niego miliardów. Chwilowo ustabilizuje to jego sytuację, ale wszystko ma swoje konsekwencje. Podejrzewam też problemy z Bank of America. Dlaczego? Ano dlatego, że wykupienie aktywów Merill Lynch oznaczało również wykupienie jego długów depozytowych. Nie wierzę, by BoA zrobił to z czystego humanitaryzmu (nie wierzę w humanitaryzm współczesnej bankowości), wydaje mi się, że zrobił to po to, by mieć większą siłę przetargową, gdy ujawni swoje kłopoty. Sam w sobie był (jest) dużym bankiem, ale nie zapominajmy, że Lehman Brothers też był. Skupienie „toksycznych aktywów” oznaczało zwiększenie bazy klientów, czyli liczenie na litość Bena Bernake’a. Czy słusznie? To się okaże. W każdym bądź razie uważam, że kilka banków jeszcze wpadnie w niemałe tarapaty, inflacja w USA się zwiększy, po czym.. sytuacja ustabilizuje się. Ale nie na długo.

Eee, ale o co cho?  No właśnie, o co chodzi z tym kryzysem? Przede wszystkim musimy sobie zdać sprawę, że nie jest to kryzys gospodarki, a rezultat takiego, a nie innego działania banku centralnego. Można więc powiedzieć, że jest to kryzys centralnej bankowości. Niestety, przenosi się on na realną gospodarkę, realne płace, realne ceny i realne życie. Gdy więc szukamy rozwiązań, powinniśmy się zastanowić nie nad tym, w jaki sposób zabezpieczyć depozytariuszy, ale w jaki sposób nie doprowadzić do tej sytuacji ponownie. Nie ma sensu gasić pożaru benzyną. Tego mi właśnie brakuje w całych tych prasowych analizach, że w żadnej z nich nie zwraca się uwagi na niewidoczne dla oka. Jeżeli chcemy walczyć ze spekulacją, to walczmy konsekwentnie – z największym spekulantem na rynku, czyli bankiem centralnym.

Filip Paszko
08.10.2008 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu autora

6 comments

  1. Timur

    Banki komercyjne udzielały na potęgę kredytów NINJA ( wg tyg. Polityka DUPA czyli bez DochodU Pracy ani Aktywów ) bo doskonale wiedziały że Wujek FED wykupi te toksyczne aktywa aby „ratować fundament amerykańskiej gospodarki”. Zresztą tak było od zawsze w tym kraju a przynajmniej od momentu gdy FED istnieje.

    A to ma tyle wspólnego z Gospodarką Rynkową ile ja z arcybiskupstwem gnieźnińskim.
    Tak to jest gdy pod płaszczykiem chrzanienia o Rynku prowadzi się czystej wody etatyzm i koncesjonizm.

  2. Jaca

    Nalezaloby jeszcze dodac, ze bank centralny (FED) to nie jest instytucja panstwowa! To prywatni bankierzy zarzadzaja FED! Wbrew takzwanej „demokracji” amerykanskiej sa oni niezalezni od prezydenta i kongresu, innymi slowy robia co chca!!! Realizuja sobie tylko znane cele: udupienie a wiec zniewolenie nie tylko osob prywatnych, ale calych spoleczenstw przez zadluzenie. Wszystkie rozwiniete kraje a wiec czolowka gospodarcza jest zadluzona. Splacanie tylko odsetek od zadluzenia zabiera juz 3 miesiace pracy wszystkich pracujacych (np. Niemcy). To nic innego jak nowa, wspolczesna forma niewolnictwa!!! Ten system jest chory i nalezy wreszcie o tym mowic, a nie chowac prawdy pod dywan jak to czania media.

  3. smootnyclown Post author

    Nalezaloby jeszcze dodac, ze bank centralny (FED) to nie jest instytucja panstwowa! To prywatni bankierzy zarzadzaja FED! Wbrew takzwanej “demokracji” amerykanskiej sa oni niezalezni od prezydenta i kongresu, innymi slowy robia co chca!!!

    a co powiedzenie tego by zmieniło? Nie wiem, czy sugerujesz, że nacjonalizacja byłaby dobrym wyjściem, czy nie sugerujesz?

  4. jaca

    Ja nic nie sugeruje. Widze niedopowiedzenia w artykule i chce je sprostowac. Oczywiscie, ze martwie sie bezdyskusyjnym i jakby juz ukartowanym wejsciem Polski do strefy €. Trzeba przeciez rozwazyc brak mozliwosci sterowania pieniadzem przez demokratyczne, teoretycznie uczciwe Panstwo i zdanie sie na zagraniczne, prywatne banki czyli droge prowadzaca do nowoczesnej formy niewolnictwa a wiec akceptacje choroby!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *