Powszechnie przyjmuje się, często bez większego zastanowienia, że demokracja to najlepszy z możliwych ustrojów i że właściwie poza nią jest ciemność: same totalitaryzmy, zamordyzmy i systemy niesprawiedliwości. Podaje się przy tej okazji znaną maksymę Winstona Churchilla, który stwierdził, że demokracja to najgorszy ustrój, ale jak na razie nie wymyślono lepszego. Dopiero, kiedy się zastanowimy nad problemem, dochodzimy do wniosku, że demokracja, tak naprawdę, ma w sobie mnóstwo wad i nie przez przypadek Churchill mówił o niej jako o „najgorszym ustroju”. Problemem, którym chciałbym się w poniższym tekście zająć, jest wydawanie pieniędzy przez rządzących w państwie demokratycznym. Czy to możliwe, że władza wybrana przez lud, w wolnych wyborach, nierozsądnie wydaje pieniądze swoich obywateli?
Wydawanie pieniędzy z podatków, jakie nałożone są na społeczeństwo, nie jest kwestią bez znaczenia. Jest to właściwie główna płaszczyzna, na której opiera się działanie władzy w państwie demokratycznym i główna broń rządzących. Jeżeli pieniądze zostaną wydane dobrze, państwo zacznie się rozwijać, a potrzeby obywateli, przynajmniej większości, zostaną zaspokojone. Jeżeli natomiast pieniądze zostaną ulokowane nie tam, gdzie trzeba, lub po prostu przejedzone, ewentualnie przepuszczone przez potężne sito biurokracji i strawione bez żadnych efektów, to wtedy władza sama zaczyna ścinać gałąź, na której siedzi.
Milton Friedman, ikona liberalizmu i laureat Nagrody Nobla z dziedziny ekonomii, przestawia w swojej książce pt. „Wolny wybór” cztery sposoby wydawania pieniędzy, które można zobrazować poniższą tabelką:
- Nasze własne pieniądze wydajemy na siebie. Mamy wtedy najsilniejszy bodziec, by jak najoszczędniej i najroztropniej wydawać oraz za jak najmniejszą kwotę otrzymać możliwie jak najwięcej. Gdy kupujemy komputer za własne, ciężko zarobione pieniądze, nie podejmujemy decyzji pochopnie, zastanawiamy się wiele razy, konsultujemy się z fachowcami, szukamy informacji, porad, korzystniejszych ofert, zniżek. Każdą wydaną złotówkę analizujemy i dążymy, by była wydana z maksymalnym rozsądkiem i wedle naszych potrzeb.
- Własne pieniądze wydajemy na kogoś innego. W tej grupie znajdują się np. wydatki na prezenty dla kogoś. Nasze pieniądze co prawda wydajemy oszczędnie, ale nie mamy już takiego bodźca, jak w sposobie nr 1, by otrzymać równowartość wydanych pieniędzy. Chodzi głównie o to, żeby prezent zrobił dobre wrażenie, przy niekoniecznie wielkim wysiłku z naszej strony i również niezbyt dużej ilości czasu, który zamierzamy poświęcić. Przecież gdyby chodziło nam o to, by obdarowany dostał równowartość wydanych pieniędzy na jego prezent, po prostu dalibyśmy mu gotówkę, zamiast cokolwiek kupować.
- Pieniądze kogoś innego wydajemy na siebie. Tutaj Friedman posługuje się przykładem obiadu na rachunek firmy. Nie mamy wtedy silnego bodźca, by wydatki były podejmowane w sposób racjonalny, a rachunek był jak najniższy, ale jest za to bodziec, by otrzymać równowartość wydanych pieniędzy. Chcemy się dobrze najeść, a koszty przedsięwzięcia nie grają głównej roli, bo w ostateczności nie my płacimy.
- Pieniądze kogoś innego wydajemy na kogoś innego. Tu znów przykład z obiadem – płacimy z rachunku firmy za czyjś obiad. Występuje w takim przypadku niewielka skłonność do oszczędnego wydawania i niewielkie oczekiwania co do równowartości otrzymanych za wydane pieniądze dóbr. Chodzi o to, by gość zjadł najlepszy, według niego, obiad. „Jeżeli jemy razem z nim, obiad staje się połączeniem wariantu 3 i 4. Mamy wtedy silny bodziec, aby dogodzić własnym gustom, nawet kosztem naszego gościa.”
Nietrudno teraz odpowiedzieć sobie na pytanie, który z dostępnych sposobów wydawania pieniędzy jest wykorzystywany przez władze we wszystkich sektorach publicznych: są to sposoby 3 i 4, te najmniej efektywne. Poprzez podatki obywateli rząd zyskuje fundusze, wykorzystując je następnie w różnego rodzaju operacjach, które, przynajmniej teoretycznie, mają służyć poprawie życia tych, którzy rzeczone podatki płacą, czyli, podsumujmy, państwo zabiera od obywatela Kowalskiego pieniądze, żeby… wydać je na obywatela Kowalskiego. Czy może byc coś bardziej nienormalnego?
Istnieje również poważne zagrożenie, że pieniądze z budżetu będą przez rządzących po prostu rozkradane, a wtedy efektywność wydawania maleje jeszcze bardziej, doprowadzając do bankructw państw. Gdy dodamy do tego fakt, że żeby pobrać pieniądze od obywatela, przesłać je dalej i wydać na jakiś cel, potrzebna jest armia urzędników, którzy również za swoją pracę muszą dostać wynagrodzenie, widzimy absurdalność takich rozwiązań jeszcze bardziej. Nierozsądność i nieefektywność się więc kumulują.
cz II
Inne światło na finanse rzuca nam Hans-Herman Hoppe w książce „Demokracja – bóg, który zawiódł”. Autor zestawił i porównał ze sobą dwa typy rządów: publiczny (występujący w demokracji) oraz prywatny (występujący w monarchii). Obie formy rządzenia wpływają inaczej, całkowicie odmiennie, na społeczną preferencję czasową i towarzyszący jej proces cywilizacyjny. Autor wykazuje nam krok po kroku, że monarchia jest dużo bardziej racjonalnym ustrojem, silniej pobudzającym rozwój społeczności oraz rozrost bogactwa obywateli, charakteryzującym się dodatkowo daleko bardziej idącą przewidywalnością i stabilnością.
Czym jest zjawisko preferencji czasowej? Najprościej będzie, kiedy sam autor odpowie nam na to pytanie:
Działający podmiot dąży zawsze do tego, żeby mniej zadowalający stan rzeczy zastąpić bardziej zadowalającym, co przejawia się w tym, że preferuje większą niż mniejszą ilość dóbr. Ponadto zawsze bierze pod uwagę, kiedy plany na przyszłość będą zrealizowane, czyli zastanawia się nad tym, ile czasu potrzeba na ich urzeczywistnienie, oraz nad tym, jak długo określone dobro będzie istniało i służyło. A zatem przedkłada dobra wcześniejsze nad dobra późniejsze oraz dobra trwalsze nad dobra mniej trwałe.
Przekładając jednak tę definicję na normalny język, chodzi o to, że podmiot charakteryzuje się wysoką preferencją czasową, kiedy dąży do jak najszybszego skonsumowania dostępnych dla niego dóbr, a podmiot charakteryzujący się niską preferencją czasową powstrzymuje się od konsumpcji dóbr w oczekiwaniu na wyższą konsumpcję, która będzie możliwa w przyszłości. Wysoka preferencja czasowa oznacza więc, mówiąc kolokwialnie, bieżące przepijanie dóbr, a niska – wstrzymanie się, gdyż w przyszłości będziemy mieli z tego tytułu więcej do przepicia.
Preferencja czasowa oczywiście zależy od bardzo wielu czynników, które Hans-Herman Hoppe dzieli na: zewnętrzne (zdarzenia, nad którymi podmiot nie ma ani bezpośredniej, ani pośredniej kontroli), biologiczne (rozwój człowieka: dzieciństwo, dorosłość, starzenie się, umieranie), osobiste i instytucjonalne. Sytuacji mogących wpłynąć na naszą preferencję czasową jest mnóstwo, wyliczyć ich nie sposób, zresztą nawet nie o to chodzi. Ważne jest natomiast to, że obniżanie się preferencji czasowej coraz większych grup ludzi napędza „proces cywilizacyjny„, czyli utrwalenie się tendencji do spadku stopnia preferencji czasowej, poprzez pojawienie się oszczędności i kapitału lub dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku.
Wiedząc już, czym są preferencja czasowa i proces cywilizacyjny, możemy przystąpić do krótkiej analizy porównawczej demokratycznej formy rządów z formą monarchistyczną. Hoppe uważa, że monarchia jest lepszą formą rządów, choć także nie pozbawioną wad. Podaje szereg argumentów historycznych, ale ja je pominę, przyglądając się jedynie tym, które tyczą się naszego tematu.
Twierdzi, że właściciel prywatnego rządu (monarcha) będzie planował, myśląc o kilkadziesiąt lat do przodu, czyli poziom jego preferencji czasowej będzie niższy, a co za tym idzie – stosowana przez niego eksploracja gospodarcza będzie mniejsza niż zakres eksploracji dokonywanej przez władzę publiczną (demokratyczną). Z tego wynika, że społeczeństwo w demokracji, poddane intensywniejszej eksploatacji, jest bardziej zorientowane na teraźniejszość, a w monarchii – zorientowanie społeczeństwa na teraźniejszość zmniejsza się.
Te dwie różnice, czyli okres planowania oraz wynikający z niego stopień eksploatacji, wynikają z prostego faktu, że władza publiczna jest powoływana na krótki czas, podczas gdy władza prywatna jest stała. Skutkuje to tym, że rządy wybrane w demokracjach, naturalnie nie posiadające władzy na własność, nie mają odpowiednich motywacji, by przejmować się, co będzie za kilkadziesiąt lat. Dla publicznego rządu liczą się przede wszystkim krótkoterminowe osiągnięcia, czym mogą zaskarbić sobie poparcie wyborców. I tu powstaje dylemat: mogą więcej zrobić, ale jednocześnie muszą więcej zabrać społeczeństwu. Monarcha tego problemu nie ma, zatem jego preferencja czasowa jest dużo niższa niż preferencja czasowa rządów demokratycznych.
Ważnym elementem stabilizującym takie państwo jest to, że właściciel rządu prywatnego swoją władzę może przekazać spadkobiercy, więc również tutaj ma motywację, by zarządzać długoplanowo i racjonalnie, by jego następca, prawdopodobnie syn, przejął państwo w stanie lepszym niż on sam, obecny monarcha, je dostał.
Jak pisze Hoppe, monarcha oczywiście nie będzie nie eksploatował, ale w jego dobrze pojętym interesie, jako prywatnego właściciela rządu, jest „pasożytowanie na gospodarce rozwijającej się, coraz bardziej produktywnej i zasobnej”. To mu przyniesie większe bogactwo i pomyślność, bez żadnego wysiłku z jego własnej strony. A zarządca, czyli władca publiczny, nie będzie miał powodów, żeby nie doprowadzić kraju do ruiny.
Powstanie „świadomości klasowej” w monarchii sprzyja również niejako ochronie społeczeństwa przed monarchą. Z reguły władza rządu prywatnego należy do wąskiego grona osób: do rodziny panującej i do pewnego stopnia jej przyjaciół, pracowników i partnerów biznesowych, stąd też niewielkie są możliwości, by przejść z jednej klasy do drugiej, degradując się lub awansując. W obliczu takiej sytuacji wśród poddanych wytwarza się solidarność, czyli „poczucie identyfikacji z ofiarami lub potencjalnymi ofiarami naruszania praw własności rządu, a wzrasta ryzyko utraty legitymacji przez klasę rządzącą z powodu nadmiernej eksploatacji.”
A zatem, kończąc, w obu częściaj próbowałem przedstawić ciekawy punkt widzenia, obecnie mało zauważany, ale, jak się okazuje, wcale nie taki bezsensowny i bezpodstawny.