Patryk Bąkowski

Patryk Bąkowski “Magiczne hasła – presja inflacyjna”

czyli kolejny odcinek z serii “głupie qatryka widzenie ekonomii”.
Wielokrotnie, gdy ktoś zaczyna mówić o obniżaniu podatków, o zmniejszeniu składek rentowych, zdrowotnych czy co tam jeszcze zus sobie pobiera, o działaniach banku centralnego związanych z stopami procentowymi zawsze odzywają się głosy oburzonych, że przecież każdy powinien pamiętać o inflacji. Że jak się daje ludziom więcej pieniędzy to wtedy oni pędzą kupować i ceny rosną. A przecież to jest wbrew ludziom, szczególnie tym najbiedniejszym, bo gdy ceny rosną to oni nie mogą kupować tyle, co przedtem. A teraz qatryk wytłumaczy wam drogie dzieci gdzie tkwi haczyk.

Zacznijmy od tego prozaicznego hasła, jakim jest inflacja. Co to jest inflacja? Ano każdy zapewne powie, że jest to wzrost cen. Prawda? Nie prawda drogie dzieci. Wzrost cen jest tylko efektem inflacji – inflacja to tak naprawdę zwiększenie podaży pieniądza, czyli po prostu zwiększenie jego ilości na rynku.

Załóżmy sobie, że jest nas 10 osób stanowiących sobie państwo. Ja jestem rząd. Ustalam sobie, że naszą walutą są “dupeczki”. Na początku drukuje tysiąc dupeczek i wymieniam się z tymi 10 osobami – one mi dają np. złoto a ja im odpowiednią ilość dupeczek.

Kiedy może zaistnieć wzrost cen na takim rynku (jest to jakiś tam rynek – wymieniamy się towarami używając w tym celu dupeczek, jako środka płatniczego) zakładając, że póki co jeszcze nie wpadłem na pomysł że skoro mam monopol na drukowanie dupeczek to mogę je sobie bezkarnie dodrukowywać, a co więcej jeszcze nie wpadłem na pomysł aby opodatkować wszystkich po kolei (dla ich dobra oczywiście)? Otóż moi drodzy wzrost cen nigdy nie nastąpi, co najwyżej pojawiać się będą jakieś fluktuacje. A tak naprawdę ceny mogą przede wszystkim zacząć spadać – gdy opanujemy jakąś nowa technikę pozwalająca produkować dotychczasowe produkty wydajniej i taniej. Fluktuacje mogą następować, gdy np. kilka osób zacznie akumulować kapitał, tzn. zacznie oszczędzać dupeczki i pewnego dnia razem postanowią wydać wszystkie zaoszczędzone pieniądze. Co śmieszniejsze będzie to bardzo krótkoterminowe i przejdzie falą przez cały rynek. Gdy nagle dwie osoby zaczną kupować jakieś dobro w zwiększonej ilości od osoby trzeciej to ta osoba podniesie cenę swoich produktów, zwiększy produkcję, bądź jedno i drugie. Więcej pieniędzy trafi do tej osoby trzeciej i wtedy ona zacznie je wydawać u osoby czwartej i piątej. Tamte uczynią podobnie. Ale osoby pierwsza i druga nie mają nieskończonych oszczędności. Przestana w pewnej chwili kupować więcej. Wtedy osoba trzecia zacznie zarabiać znów mniej – w zależności, jakie podjęła decyzje może oczywiście na tym stracić (np widząc wzrost popytu zwiększyła produkcję a teraz znów popyt osłab i towaru jest w nadmiarze) i nawet zbankrutować. Pieniędzy jednak zostaje na rynku tyle samo. Inne osoby obracają tymi pieniędzmi i osoba, która zbankrutowała, nadal w jakiś sposób będzie uczestniczyła w tym rynku. Tu tkwi w zasadzie główna pułapka i największa manipulacja współczesnej ekonomii. Tłumaczy się nam, że temu nieszczęśnikowi, który podjął nietrafne decyzje trzeba jakoś pomagać. O tym, dlaczego jest to kompletną bzdurą i dlaczego dziś jeszcze bardziej szkodzi się takiej osobie niż jej pomaga powiem kiedy indziej. Na razie skupmy się na tym jak funkcjonuje system.

Gdy jako rząd mówię wy mi dajecie złoto ja je trzymam, a w zamian dostajecie dupeczki którymi jest łatwiej obracać niż sztabami złota i póki gwarantuje wam że każda dupeczka jest zawsze wymienialna na tę samą ilość złota to rynek funkcjonuje tak jak opisałem powyżej. I co najważniejsze inflacja pojawia się na nim co najwyżej na bardzo krótko np. gdy okazuje się że z jakiś powodów popyt na jakiś produkt znacznie wzrasta bądź podaż jakiegoś produktu gwałtownie maleje. Ale wtedy na takim rynku automatycznie pojawiają się inne zdrowe mechanizmy. Albo zostaje zwiększana produkcja albo konkurencja zwęszy interes i wystawi szybko produkt konkurencyjny dla produktu, którego produkcja zmalała.

W pewnym momencie, jako rząd stwierdzam jednak że, ja zadbam o część waszych interesów: ubezpieczę was przed utratą pracy, zadbam abyśmy w naszym mini państwie chodzili po prostych chodnikach i zagwarantuje wszystkim różne takie fajne rzeczy które ułatwią życie każdemu z nas. No ale cóż moi drodzy, muszę skądś na to mieć dupeczek trochę. Zrobimy tak – wy mi będziecie płacić podatek w wysokości dajmy na to 1 dupeczki miesięcznie (jestem dobry i nie mówię jak inni, że macie mi płacić procent – każdy niech płaci 1 dupeczkę a nie dajmy na to 1% dupeczek jakie posiadacie) a ja wam to wszystko zagwarantuje.

I co się dzieje z naszymi dupeczkami w takim systemie? Niezależnie od tego czy jestem dobrym czy złym władcą, tzn. czy pieniądze które mi powierzyliście faktycznie inwestuje tak jak obiecywałem czy marnotrawię je na jakieś inne zbytki (ma to zasadniczo ogromne znaczenie ale w opisywanym problemie znów nie takie wielkie) to ilość pieniądza pozostaje na rynku nadal taka sama. Po prostu część wydatków, które czyniło moje mini społeczeństwo wziąłem na siebie i te pieniądze tak czy inaczej lądują na rynku. Niezależnie jak je wydaje, wydaje je na rynku, przez co trafiają one pośrednio i bezpośrednio do każdego. Tu oczywiście mamy inny problem – problem stłuczonej szyby. Bo wydatki rządowe polegają w dużej mierze na tłuczeniu okna a potem wstawianiu nowego. Niby jest wszystko oki bo pieniądze trafiają do szklarza i rynek pięknie funkcjonuje ale chyba każdy czuje że cos jest nie tak. Gdybyśmy nie wybili tego okna pieniądze trafiłyby np do malarza. W wypadku, gdy tłuczemy szybę szklarz ma prawo podnieść cenę na swoje usługi, bo ma więcej roboty, ale malarz przymiera głodem. Wchodzimy w zupełnie inne kwestie a nie o tym przecież ta bajka.

Zatem okazuje się, że niezależnie czy podatku nie pobieram czy też go pobieram ze zjawiskiem inflacji jako takim nie wiele to ma wspólnego. Co więcej gdybym nagle nawet stwierdził, że jednak podatku nie będę od nikogo brał, albo że rezygnuje z pewnych usług które chciałem wam zagwarantować ale nie podołałem więc oddaje wam pół dupeczki pobierając jedynie drugie pół na to z czego jestem w stanie się wywiązać, pieniędzy na rynku pozostaje tyle samo i o inflacji nie może być mowy. Oczywiście sytuacja gdy nie pobieram podatku jest o wiele bardziej korzystna gdyż dupeczki inwestowane są znacznie lepiej. Po prostu synergia społeczna pozwala na wydajniejsze obracanie dupeczkami.

A teraz w zasadzie to, do czego zmierzaliśmy. Podatki mi się spodobały – zabrałem malarzowi, ale dałem szklarzowi i strasznie mi się to spodobało. Co więcej za swoją pracę postanowiłem pobierać sobie odpowiednie wynagrodzenie. Podniosłem podatki, ale widzę że dalej ni chu chu bo mnie wszyscy zlinczują. Więc sobie wymyślam, że fajnie byłoby jednak mieć więcej kaski a że mam monopol na drukowanie dupeczek to czemuż tego nie wykorzystać? Tu już nie będę wchodził w szczegóły mechanizmów, jakie stoją za dodrukowywaniem dupeczek. Bo nie może to być takie proste – przecież chodzi o to aby u większości zatrzeć tę świadomość. O tym jak dodrukować nie dodrukowując napisze być może kiedy indziej. W każdym razie załóżmy że zarządziłem zmianę wzoru dupeczek – o ile pierwotne dupeczki były dość trwałe to nowe się szybko niszczą i każda taką zniszczoną dupeczkę trzeba wymienić na nową. A co najistotniejsze oczywiście rezygnuje ze standardu złota, czyli gwarantowania pieniędzy złotem. Na to tez znajduje jakieś mądre uzasadnienie. W takim zamieszaniu bez problemu dodrukowuje sobie nowych dupeczek i wypuszcza na rynek. Co się dzieje?

Ano mechanizm jest podobny jak ten opisywany na początku, gdy kilka osób nagle zaczyna wydawać swoje oszczędności. Dupeczki zaczynają krążyć, fala przelatuje przez rynek, ale nie jest to już taka zwykła fala. Ten, który znalazł się na początku łańcucha podniósł ceny z powodu wzmożonego popytu. I każdy zrobił podobnie. Okazało się jednak, że po przejściu fali ludzie dalej wydaja tyle samo pieniędzy co podczas przechodzenia tej fali. Gdy nie było dodatkowych pieniędzy na rynku ten, który wydawał więcej na początku w końcu przestawał je wydawać z powodu ich braku – druga osoba w łańcuch musiała przez to obniżyć ceny aby utrzymać dalej produkcję (bądź na odwrót) i również przestać wydawać tyle co do tej pory. Ale teraz okazuje się, że rynek otrzymuje mylne sygnały. To co do tej pory kosztowało tyle i tyle, dziś kosztuje znacznie więcej a popyt mimo to nie spada. Po przejściu fali okazuje się, że w kieszeni wszystkich jest znacznie więcej pieniędzy – ale cóż z tego jeżeli patrząc na ceny stwierdzamy że są one znacznie większe niż przedtem.
Największy problem jest w tym że rynek jest żywy i wpuszczając dodatkowe pieniądze do jego obiegu zaciera się sygnały dzięki którym na rynku zachowuje się równowaga z pierwszego przykładu. Co gorsze największymi beneficjentami są ci którzy otrzymują pieniądze w pierwszej kolejności – mogą oni kupić produkty po starych cenach za pieniądze które juz niedługo nie będą miały tej samej wartości.

Gdy mówi się o presji inflacyjnej mówi się przede wszystkim o tym że zmniejszenie podatków, pozostawienie ludziom w kieszeniach ich własnych pieniędzy odbije się ludziom bardzo źle bo ich pieniądze stracą wartość (oczywiście mówi się o tym również gdy wzrastają płace i ogólnie przeważnie gdy ludzie mogliby więcej decydować o tym jak dysponować swą własnością). Stracą wartość, dlatego że cała masa pieniędzy pojawi się nagle na rynku. Tylko tak naprawdę proszę sobie odpowiedzieć na proste pytanie gdzie te pieniądze trafiały poprzednio?
Z perspektywy wydajnościowej – oczywiście do czarnej dziury jaką jest budżet państwa. Ale z perspektywy obiegu pieniądza trafiały one po prostu na rynek. Za te pieniądze “buduje” się autostrady, stadiony, 3 mln mieszkań. Za te pieniądze płaci się urzędnikom państwowym (swoją droga tu kolejny absurd – urzędnikowi płaci się z podatków pensje, która ponownie jest opodatkowana – czyli nie dość że daje się komuś ukradzione pieniądze to jeszcze na dodatek temu obdarowanemu kradnie się część tego co się wcześniej ukradło i dało temu ponownie okradanemu – kompletna paranoja). Te pieniądze w takiej czy innej formie trafiają na rynek – więc niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego trafiając na ten rynek za pomocą brudnych państwowych łap nie wywierają one presji inflacyjnej, natomiast gdy maja trafić na rynek za pomocą rąk milionów obywateli taką presję te pieniądze są w stanie wywołać?

Patryk Bąkowski
25 październik 2007 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Qatrykowe boje

Autor artykułu prowadzi bloga Qatrykowe boje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *