cynik9

cynik9 „Zielono mi”

czyli irlandzki budzik

„[A unified] ‚Europe’ is the result of plans. It is, in fact, a classic utopian project, a monument to the vanity of intellectuals, a programme whose inevitable destiny is failure: only the scale of the final damage done is in doubt.”

[Zunifikowana Europa jest wynikiem planów. Jest to w rzeczy samej klasyczna utopia, pomnik próżności intelektualistów, program którego nieuchronnym przeznaczeniem jest porażka: wątpliwości dotyczą tylko zakresu wyrządzonych szkód

Margaret Thatcher

 

Westchnienie ulgi wydobyło się z milionów ust tydzień temu (13.06.2008) kiedy to oznajmiono że 4 miliony Irlandczyków odrzuciły w referendum Konstytucję Europejską, szmuglowaną wbrew woli społeczeństw przez euro elitę pod nazwą Traktatu Reformującego. Podejrzewamy że połowa eurokratów w środku Brukseli, patrząc ukradkiem czy nikt nie widzi, również pozwoliła sobie głośno odsapnąć choć się do tego nigdy nie przyzna.

Dlaczego Irlandczycy odrzucili traktrat? Odpowiedź jest prosta – bo mieli taką szansę. Inni nie odrzucili tylko dlatego że jej nie mieli. Gdyby mieli podejrzewamy że duża część by go również odrzuciła. A tak 486 milionów innych Europejczyków dało się zakneblować i wieść elitom jak, nie przymierzając, owce do punktu skupu. Używając demokratycznej frazeologii rządzące nimi elity pozbawiły ich prawa do bezpośredniego wypowiedzenia się w sprawie absolutnie fundamentalnej – czy chcą utracić narodową suwerenność.

Nie to żeby bezwolność społeczeństw Europy była wymuszona terrorem bądź wynikała z braku informacji. Wręcz przeciwnie, pewne apatii rządzonych przez siebie lemingów rządzące elity pozwalają sobie nie owijać rzeczy w bawełnę. „We have not let a single sub­stantial point of the constitutional treaty go” – hiszpański premier Zapatero. „The substance of the constitution is preserved. That is a fact” – kanclerzowa Niemiec Merkel.

Francuzi i Holendrzy trzy lata temu też mieli podobną okazję, i też powiedzieli nie. Skomplikowali przez to plany euro socjalistów ku euroimperium ale, jak się okazało, nie na długo. Ofiarnie pracujące w kuluarach elity więcej już błędu pytania się ludu o zdanie nie popełniły i referendum tym razem nie ryzykowały. Zielona Wyspa była tu chlubnym wyjątkiem.

Wyniki referendum są wymownym przykładem jak dalece rządzące elity rozmijają się z pragnieniami i oczekiwaniami swoich wyborców i swoich teoretycznych przynajmniej suwerenów. Co cztery lata pędzą ich stadnie ku urnom wyborczym (wybory w niektórych krajach są już obowiązkowe) aby postawili parę krzyżyków na tej czy innej liście zaradnych i dalej się nie wtrącali. Anatemą numer jeden jest herezja one-man one-vote, w którym wybiera się po prostu najlepszego kandydata indywidualnie. Ale głosowanie na jednego gościa pozbawiłoby partyjne elity automatyzmu w załapywaniu się w nieskończoność na kolejne wybory drogą prostej obecności na partyjnych listach. A te ustalane są już w dyskretnym gronie najbardziej uświadomionych towarzyszy.

Dlaczego rzeczy z Konstytucją vel Traktatem idą tak opornie? Dlaczego społeczeństwa Europy nie chcą Traktatu? Przecież europejska strefa wolnego handlu, tworzona przez 27 suwerennych państw, od Portugalii po Finlandię, jest sukcesem. Dużym sukcesem. Swobodny przepływ ludzi, towarów i kapitału jest przecież z korzyścią dla wszystkich, a jako całość UE jest ekonomicznym gigantem i eksportowym potentatem. W tej sytuacji byłoby absurdem twierdzić że referendum irlandzkie, tak jak i wcześniejsze w Holandii i Francji, jest głosem “przeciw Europie”. Dlaczego Irlandczycy, którzy należą do największych beneficjentów Unii, mieliby nagle głosować przeciwko niej? Absurdem jest też sugestia że wynik irlandzkiego referendum to jedynie aberracja prawomocnie myślącego społeczeństwa, chwilowo odurzonego barażem propagandy eurosceptyków. Prawda jest bardziej złożona.

Nie chodzi tutaj wcale o wybór między “Europą” a nie-Europą. Nie chodzi o powrót do gospodarczego rozdrobnienia czy narodowych partykularyzmów. W przeszłości prowadziły one nieraz do konfliktów których nikt nie pragnie odnawiać. Nie chodzi też o burzenie tego co już zbudowano.

Ale jesteśmy na rozdrożu. Chodzi o przyszły kształt Europy i o dalszą drogę jej ewolucyjnego rozwoju. Kierunki są dwa. Pierwszy to kierunek dotychczasowy. Zakłada budowanie na fundamencie tego co uczyniło z początkowej Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej sukces. Budowanie Europy suwerennych regionów, Europy swobody gospodarczej, wolnej konkurencji i wolnych społeczeństw, współpracujących ze sobą wg sprawdzonych reguł wolnego handlu, a konkurujących ze sobą na równym gruncie unijnych regulacji. Bez barier, bez taryf, bez granic.

Europa zbudowała imponujący blok wolnego handlu. Ludzie w Europie to doceniają i tego właśnie chcą. Nie negując korzyści z organizacji ponadrządowej w roli koordynatora i arbitra nie widzą jednak celu i sensu w przekazywaniu jej większej części narodowej suwerenności. Nie widzą sensu odgórnie narzucanego kodu postępowania i jednie słusznego systemu euro-wartości, od imigracji islamskiej i aborcji po eutanazję czy przepisy podatkowe. To nie sztucznej unifikacji w kwestiach światopoglądowych i centralnemu planowaniu Europa zawdzięcza swój sukces. Nie temu będzie też zawdzięczała swój sukces w przyszłości. Swój sukces zawdzięcza przede wszystkim właśnie różnorodności, dywersyfikacji, pluralizmowi opinii i handlowi. To nie przypadek że to właśnie stało u kolebki Renesansu – najbujniejszego okresu w rozwoju Europy, kiedy to podzielony kontynent królestw i ksiąstewek zdobywał decydującą przewagę cywilizacyjną nad resztą świata, w tym nad dominującym wówczas monolitycznym imperium chińskim.

Drugim wyborem, bezceremonialnie narzucanym przez socjalizujące elity jest przerobienie Unii w ponadnarodowe państwo federalne. To wizja Europy Schultzów, Con-Benditów i Michników – projekt integracji politycznej Europy w euroimperium. W mniejszym stopniu chodzi w nim o gospodarkę, w znacznie większym o politykę i ideologię. Dotychczas suwerenne państwa zadowolić się mają statusem prowincji wielonarodowego federalnego molocha, do którego scedować mają swoje suwerenne uprawnienia i atrybuty niezależności. Tych co w tej materii mieliby najmniejsze jeszcze złudzenia wyprowadza z błędu premier Luxemburga, Juncker „Of course there will be transfers of sovereignty. But would I be intelligent to draw the attention of public opinion to this fact?

Nie, panie Juncker, może uczciwe tak ale inteligentne to by nie było. Tym bardziej że polityczny projektu Traktatu Reformującego jest jasny. Jest nim skodyfikowanie i utrwalenie na skalę całej Europy rozpadającego się skostniałego modelu zachodnioeuropejskiego socjalu. Ważną rolę w tym pełni narzucenie jednego systemu wartości socjalistycznej proweniencji. Nie bez powodów to głównie właśnie elity Niemiec i Francji wtłaczają traktat w gardło opornej reszcie Europy, starając się utrwalić korzystny dla siebie podział głosów. Mając dominujacą pozycję ekonomiczną w Unii Europejskiej chcą ją rozszerzyć o wymiar polityczny, decydujacy o dalszym kursie i stosunkach społecznych na kontynencie. Trwa, innymi słowy, walka o rząd dusz, o zunifikowane programy szkolne, o centralnie sterowane pranie mózgów nowego pokolenia w kierunku euro-słusznym.

Chodzi również o obarczenie każdej prowincji jednakowym kamieniem młyńskim wysokich podatków i groteskowo wysokich obciążeń socjalnych. Bez tego biznes, a wraz z nim całe centrum Europy, nieuchronnie dryfowałoby na wschód, ku szybciej rozwijającym się i bardziej przyjaznym dla biznesu nowym przybyszom. W perspektywie stara unia pozbyłaby się resztek swojego dawnego dynamizmu i swojej przemysłowej bazy, pozostając jedynie z coraz bardziej wyniszczającym bagażem euro-socjalu w stylu z najlepszych lat państwa opiekuńczego.

Ponieważ wprowadzenie tych zamierzeń dotychczasową metodą jednomyślności nie jest możliwe, eurosocjaliści prą ku imperium które je narzuci większością głosów, krok po kroku, zarządzenie po zarządzeniu. Wystarczy spojrzeć na ustaloną arytmetykę głosów by nie mieć wątpliwości co do tego w jakim kierunku ma się to odbywać.

Jest jasne że imperium które socjalizujące elity chcą stworzyć na bazie wielusetstronicowej, bizantyjskiej konstytucji maskowanej teraz “traktatem” wtłoczyć można tylko używając fasad demokratycznych rządów. W żadnym wypadku nie da się tego zrobić zwracając się bezpośrednio to ludów. W warunkach wolnego wyboru nie ma po prostu szans na zgodę. Nikt nie chce stawać się poddanym imperium i nie zamierza spontanicznie zakładać sobie uzdy. Bynajmniej nie negując pożytecznej roli UE jako ponadrządowej instancji koordynujacej oraz jako pan europejskiego arbitra procesów gospodarczych ludzie pozostają lojalni do swojego narodu i do swojego państwa. To właśnie państwo, a nie UE, uznają za swoją nadrzędną wartość, o to państwo nieraz się bili i o to państwo gotowi byli kiedyś umierać. Socjalistyczna międzynarodówka rządząca dzisiaj w Europie nie może po prostu zrozumieć że nikt nigdy nie będzie umierał za Europę.

Co teraz? Socjalizm nie byłby socjalizmem gdyby łatwo odpuścił. W pewnej perspektywnie prawdopodobne jest że zmusi Irlandię do powtórzenia referendum. Jeden raz, a jak trzeba to i drugi, i trzeci, aż do skutku. Bo trzeba przecież Irlandczykom to i owo wytłumaczyć, uświadomić ich bo pewnie niezupełnie zrozumieli dobrodziejstwa Traktatu Reformującego. Już w parę dni po odrzuceniu traktatu rozlega się wrzawa euro socjalistów aby rezultat irlandzkiego referendum negować i kontynuować procedury ratyfikacyjne w innych krajach. Irlandii “daje się” miesiące “do namysłu”, wywiera się na tej mały kraj olbrzymią presję aby sie “zreflektował” i wyszedł z propozycją “co dalej”. Już sama buta takiego paternalizmu jest zdumiewająca i stanowi najlepszą ilustrację co nas może czekać w planowanym imperium.

A przecież stoi czarno na białym że traktat musi być zaakceptowany przez wszystkie państwa. Skoro nie został zaakceptowany przez jedno to oznacza że został odrzucony, punkt, kropka. Niezależnie od tego czy go odrzucił kraj mały czy duży. Inaczej to interpretować oznacza bezpardonowe naginanie przyjętych ustaleń, podważanie umów oraz brak podstawowego respektu rządzących dla rządzonych. To przecież dopiero w euroimperium o rzeczach tak podstawowych jak suwerenność decydować będzie biuro polityczne, czy jak tam to nazwą, w Brukseli.

Otóż Irlandczycy “dobrodziejstwa” Traktatu zrozumieli doskonale, dużo lepiej niż reszta europejskich lemingów. I dlatego właśnie głosowali przeciw. Wykonali ważną robotę w interesie całej Europy. Irlandzki budzik zadzwonił, teraz kolej na resztę. Czas wstać i dać się słyszeć, upominając się o swoje prawa. O prawo do bezpośredniego głosu o swojej własnej przyszłości i o przyszłości kontynentu na którym żyjemy. Prawo do głosowania tak lub nie w bezpośrednim referendum w sprawie tak podstawowej jak suwerenność narodowa. Prawa którego sprytni operatorzy pozbawiają bezwolne, odurzone medialno-demokratyczną retoryką masy.

Jeżeli wybór jest tak oczywisty jak euro socjaliści twierdzą, jeżeli Europejczycy tak podobno łakną stać się poddanymi franko-germańskiego superpaństwa, ponosić na jego rzecz ciężary i płacić na jego rzecz podatki, a wszystko to dla zrealizowania euro-mrzonek o imperialnym statusie kontynentu, to niech przynajmniej będzie to wybór uczciwy, prosty i szczery. Wybór w bezpośrednim, powszechnym referendum, kraj po kraju, 26X razy. Jeżeli 26 narodów zechce się suwerennie, w weryfikowalny sposób, pozbyć swojej suwerenności, a w międzyczasie Irlandczykom się coś nie odwidzi, to okay. Będzie jak lud zdecyduje, vox populi vox Dei.

Ale do tego czasu dajmy sobie spokój z wprowadzanym kuchennymi drzwiami Traktatem Reformującym. Upomnijmy się za to o swoje prawa do referendum, przerywając ten chocholi taniec podczas gdy o sprawach suwerenności narodowej decydują elity w dyskretnych kuluarach europejskich stolic. Niech zwiastunem obudzenia się i końca apatii będzie świetny artykuł Agnieszki Kołakowskiej zamieszczony kilka dni temu w Rzeczpospolitej.

 

„What we should grasp, however, from the lessons of European history is that, first, there is nothing necessarily benevolent about programmes of European integration; second, the desire to achieve grand utopian plans often poses a grave threat to freedom; and third, European unity has been tried before, and the outcome was far from happy.”

[Wnioskiem który powinniśmy wyciągnąć z europejskiej historii jest, po pierwsze, to że nie ma nic dobroczynnego w programach europejskiej integracji; po drugie, że chęć zrealizowania wielkich utopijnych planów stanowi wielkie zagrożenie wolności; i po trzecie, że próbowano już europejskiej unifikacji wczesniej, i że wynik nie był zbyt szczęśliwy]
 

Margaret Thatcher

 
cynik9
21 czerwiec 2008 r.

***

Tekst był wcześniej opublikowany na blogu dwagrosze

Zezwolenie na przedruk dotyczy wyłącznie witryny liberalis.pl.
Ogólne zasady przedruku można odnaleźć bezpośrednio na blogu dwagrosze.

1 comment

  1. ignorant

    Mała poprawka – proszę popatrzeć na listę partii/związków nawołujących przeciw traktatowi. Sporo jest tam socjalistycznych ugrupowań. Niestety Irlandczycy w sporej mierze odrzucili TL bo się „bali o swoje miejsca pracy” itp. sprawy. Jestem bardzo zadowolony z wyniku, ale też jestem świadomy, że jest spowodowany zupełnie innym (niż moje) podejściem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *