Samuel E. Konkin III

Samuel E. Konkin III „Odpowiedź na krytykę Rothbarda”

Tekst pochodzi ze „Strategii Nowego Sojuszu Libertariańskiego” („Strategy of New Libertarian Alliance”), nr 1 z 1 maja 1981, s. 11-19. Jest on odpowiedzią na krytykę Rothbardowską „Nowego Manifestu Libertariańskiego” (NLM, „New Libertarian Manifesto”), która jest dostępna tutaj. Jeśli ktokolwiek natrafi na replikę Rothbarda, będę wdzięczny za informację. Tekst drugiej edycji NLM jest dostępny tutaj, z kolei „Agorystyczną Teorię Klas” autorstwa Wally’ego Congera rozwijająca myśl Konkina znaleźć można tutaj. Aby dowiedzieć się więcej o Konkinie, zobacz prywatny hołd, jaki złożył mu powieściopisarz J. Neil Schuman tutaj.

Gwałtowny atak, jaki przypuścił Murray N. Rothbard, na mój NLM jest na swój sposób orzeźwiający; nie jestem pewien czy nawet sam wziąłbym na serio swoje pierwsze poważne próby napisania mniej lub bardziej spójnej teorii, gdyby nie wywołały one z lasu prof. Rothbarda. Jakby nie było, Rothbard i jego neoromantyczna wizja Idei – niemal jako stających w szranki szlachetnych rycerzy w zbrojach i czarnoksiężników więżących piękne księżniczki – była inspiracją i wsparciem dla wielu, jeśli nie większości, z nas, aktywistów libertariańskich, a już z pewnością dla mnie samego.

Nie chcąc utracić swojego honoru, Rothbard prędko rzuca rękawicę: „Uważam agoryzm Konkina za totalną porażkę”. Dalej są już tylko pchnięcia, cięcia i uniki.

Jednakże, pomimo wyśmienitej formy, Rothbardowi zdecydowanie brak ostrego oręża. Jego zarzuty o rzekomej śmiertelnej wadzie agoryzmu są tak nieistotne w stosunku do rdzenia agoryzmu, że zostały wspomniane jedynie en passant w stopce Nowego Ruchu Libertariańskiego.

Zanim odrzucę ten tekst jako nieszczególnie zasadną krytykę agoryzmu, chciałbym zaznaczyć, że debata między Rothbardem (i z całą pewnością wieloma jego zwolennikami) a mną (i wcale nie tak nielicznymi) w rzeczywistości dotyczy następującej kwestii: czy praca najemna jest usprawiedliwiona? Kwestionujemy bowiem konieczność tejże (cybernetyka i robotyka w coraz większym stopniu zastępują pracę fizyczną – włączając w to nawet menedżerowanie); kwestionujemy jej stronę psychologiczną (sprzedawanie własnej pracy i poddawanie jej kontroli innej osoby wspiera zachowania poddańcze oraz sprzyja powstawaniu relacji autorytarnych); kwestionujemy również jej zyskowność (jedynie najrzadsze umiejętności – zdolności aktorskie, działalność artystyczna, wybitne talenty naukowe – mogą cieszyć się płacą na rynku nawet w przypadku byle jakiej przedsiębiorczości cechującej szczęśliwego posiadacza rzeczonej cechy).

Mając to na uwadze, stwierdzić należy, iż debata ta nie ma żadnego przełożenia na dyskusję o zasadności agoryzmu. Zapewne i ja, i Rothbard zgodzilibyśmy się co do tego, jak pożądany byłby obecnie wzrost liczby przedsiębiorców w naszym społeczeństwie; z całą pewnością obaj chętnie ujrzelibyśmy znacznie więcej przedsiębiorców libertarianizmu. Jednakże, Rothbard pozwoliłby, aby stało się to samoistnie (laisser passer), uznając, że źródła samej przedsiębiorczości są owiane tajemnicą. Moje doświadczenie, z kolei, podpowiada mi, że przedsiębiorcą człowiek się nie rodzi, a staje, co wcale nie jest takim znowu problemem; z tego też powodu „przedsiębiorczenie (produkcja) przedsiębiorców” (entrepreneurizing entrepreneurs) jest dochodową działalnością.

Jednak ceteris paribus, jak powiada Maestro, utrzymajmy liczbę przedsiębiorców na stałym poziomie. Jaki ma to związek z agoryzmem? Mianowicie, utrudnia to przekonanie libertarian do kontrekonomicznej przedsiębiorczości, ale w dalszym ciągu mogą oni (i powinni) stawać się kontrekonomicznymi kapitalistami i pracownikami – nawet naukowymi! (George H. Smith przetarł szlak, zostając pierwszym kontrekonomicznym filozofem!) Jednak jeśli mówimy o przekabaceniu jakichś dwóch milionów (na dzień dzisiejszy) libertarian na kontrekonomię oraz około czterdziestu milionów kontrekonomistów (z tego samego faktu są oni lada przedsiębiorcami) na libertarianizm, perspektywa utraty kilku tysięcy przedsiębiorców nie wydaje się aż tak istotna. Co więcej, libertarianie i kontrekonomiści pokrywają się w pewnym – a moich kręgach dosyć sporym – stopniu.

Ponownie nadmienię tylko, że z moich obserwacji wynika, iż niezależne wykonawstwo obniża koszty transakcyjne – a nawet likwiduje je całkowicie, jeśli odniesiemy się do stosunku szef/robotnik na różnorodnych stanowiskach od takich, w których musisz walczyć z irytującą robotą papierkową i rejestrami, aż po pełnowymiarową opiekę socjalną takich wielkich firm jak Krupp. Jest to jednak zagadnienie czysto empiryczne, które, jakby powiedział Mises, należy nie do dziedziny ekonomistów, a do historyków ekonomii. Czemu ma służyć odwołanie do mojego austriackiego credo – chyba że jako próba werbalnego onieśmielania mnie? Tak więc – en garde!

Historyczne korzyści płynące z pracy najemnej mogą być porównywane z tymi, płynącymi z wynalezienia pieluchy – jednak nauka korzystania z toalety (w tym wypadku przedsiębiorczenie) niesie za sobą znacznie większy postęp, czyż nie?

Mając kwestie poboczne za sobą, możemy spokojnie powrócić do do głównego zagadnienia – kontrekonomii, prawdziwej podstawy zarówno agoryzmu, jak i Nowej Strategii Libertariańskiej. Według Rothbarda NLM pomija „biały rynek” – jednakże, ani tutaj, ani w moich innych pismach traktujących o kontrekonomii z całą pewnością nie zaniedbałem jednej ważnej kwestii. Takiej mianowicie, że imperatywem agorysty jest przekształcenie Białego w Czarne. Nie sposób wyrazić tego jaśniej. Akt ten jest równoznaczny z tworzeniem społeczeństwa libertariańskiego. Cóż innego może bowiem oznaczać społeczeństwo libertariańskie, jeśli nie wyjęcie działalności rynkowej spod kontroli Państwa? Czynności rynkowe nie będące pod kontrolą Państwa to czarny rynek. Z kolei czynności rynkowe znajdujące się pod kontrolą Państwa to biały rynek, któremu z tego powodu się sprzeciwiamy.

Aby dać jaśniejszy obraz: niewolnicy budujący piramidy to biały rynek. Niewolnicy, którym udaje się uciec i sprzedać kamienie i narzędzia, jakie udało im się zatrzymać, tudzież znaleźć inne, nieniewolnicze zajęcie to właśnie czarny rynek – a tym samym wolni ludzie. Jak libertarianin powinien ustosunkować się do biało-rynkowej budowy piramid? Bądź też, jeśli sądzisz, że piramidy nie istniałyby się w wolnym społeczeństwie, za to akwedukty już jak najbardziej, jaki powinien być nasz stosunek do budowy akweduktów na białym rynku, wobec czarno-rynkowego przemytu wody? Nowi Libertarianie zachęcają niewolników, aby olać akwedukty i korzystać z wiader do czasu, kiedy budowa akweduktów będzie możliwa na podstawie dobrowolnych umów. Jakie inne rozwiązanie zasugerowałby Rothbard? Stopniowe odejście od budowy akweduktów, a tym samym stopniowe odejście od niewolnictwa?

Nie kwestionuję abolicjonistycznych imponderabiliów Rothbarda, choć faktycznie moje własne podejście może sugerować coś wręcz przeciwnego. Jednak praktycznie niewinny, przestrzegający prawa businessman jest zniewolony w tej mierze, w jakiej płaci podatki, zaś jego wejście na czarny rynek przez uchylanie się od płacenia podatków bądź przez omijanie przepisów podatkowych (w zależności od tego, co sprawdza się lepiej) to nic innego jak akt natychmiastowej emancypacji niewolnika, nieprawdaż? Jak Rothbard może potępiać jakiekolwiek kontrekonomiczne zachowania biało-rynkowców, przynajmniej te, dla których ryzyko aresztowania jest poniżej 100%, nie rezygnując jednocześnie ze swoich abolicjonistycznych bona fides?

Stworzona przez Rothbarda lista kontrekonomicznych usług i dóbr jest interesująca pod jednym względem: spośród tego, co Rothbard wymienia („klejnoty, złoto, narkotyki, słodycze, pończochy, itp.”) tylko jeden – narkotyki – występuje w Manifeście. To prawda, „Kontrekonomia” jest dopiero teraz publikowana, ale i tak te kilka przykładów, które podałem to nic innego jak parę gałęzi sektora usługowego bądź łatwych do ukrycia produktów. Oto lista, pochodząca ze stron 16 i 17, prezentująca te, które zostały wymienione: „od jedzenia po naprawę telewizora”; cały kraj „Birma to niemalże wyłącznie czarny rynek” – włączając w to przemysł ciężki, chociaż i tak w Indiach udział czarnego rynku w przemyśle ciężkim jest nawet większy niż w Birmie; duża grupa ludzi „pracujących na czarno” w Europie Zachodniej; gospodarka mieszkaniowa w Holandii; wykorzystywanie istniejących luk prawnych celem uniknięcia płacenia podatków w Danii; unikanie kontroli walutowej we Francji; „gospodarka podziemna” w postaci nieopodatkowanych transakcji wymiennych w Stanach Zjednoczonych; „leki, włączając w to amigdalinę oraz zakazane substancje medyczne”; „prostytucja, pornografia, nielegalna produkcja, fałszowanie dowodów tożsamości, hazard, nielegalne i dobrowolne kontakty seksualne pomiędzy dorosłymi”; transport samochodowy (główna jego część); wszelkiego rodzaju przemyt; a także oszukiwanie państwowych egzekutorów. Żadne z powyższych nie jest nieistotne, ale – świadomie bądź nie – wszystkie razem współtworzą wielki biznes!

Produkcja samochodów jest kontrekonomiczna. I to pod wieloma względami: transport samochodów między państwami oraz unikanie podatków i kontroli – fizycznie bądź na papierze; nielegalna praca cudzoziemców na linii montażowej; podkradanie części przez zarząd, pracowników, a nawet za zgodą właścicieli, które to części są następnie wykorzystywane przy produkcji samochodów na zamówienie; zatrudnianie kierowników firm samochodowych jako „niezależnych konsultantów”; opłacanie w częściowo lub całkowicie kontrekonomiczny sposób „konsultantów” z zakresu informatyki, projektów, inżynierii, badań i zarządzania; „korumpowanie” związków zawodowych celem zawierania korzystnych dla związku i zarządu, a krzywdzących pracownika umów, celem uniknięcia pracowniczych (państwowych) przepisów; przekupienia lub wprowadzenie w błąd OSHA1 i innych inspektorów; usunięcie ze spisu inwentarza i form podatkowych „niesprzedanych” produktów, po czym sprzedanie ich; dobra, poddaję się, nie dam rady wymienić wszystkich sposobów. A prócz samochodów, stal i cement także cieszą się równie przykrą reputacją, jeśli chodzi o przestępstwa urzędnicze.

Pojawia się tutaj problem skali. Duże, skartelizowane firmy mogą przekupić polityków, przez co zawdzięczają swoją przewagę bezpośrednio Państwu. To prawda, każdy, komu grozi aresztowanie może, powinien i w rzeczywistości wlepia łapówki i przekupuje państwowych egzekutorów. Jednakże, który wysoce konkurencyjny przemysł z dużą liczbą producentów może skutecznie kupić głosy i polityków – a tym samym ulec pokusie wykorzystania ofensywnie swoich politycznych wpływów? Wielki przemysł, jako objęty kartelem, nie jest raczej wylęgarnią libertarian; wręcz przeciwnie, to miejsce, gdzie Państwo ma swoje żywotne interesy. Nie ma, jednakże, podstaw do tego, aby utożsamiać produkcji wielkoskalowej z oligopolami, jak Rothbard zdaje się tutaj czynić.

Zamykając ów temat, Rothbard oskarża mnie wreszcie o ignorowanie klasy pracującej. Biorąc pod uwagę, jak często zarzut ten był stawiany jemu, można by oczekiwać od niego nieco większej spostrzegawczości, jeśli nie wrażliwości. Kim więc są hydraulicy, mechanicy, stolarze, spawacze, kierowcy, farmerzy, piloci, aktorzy, księgowi, inżynierowie, technicy, laboranci, programiści i zwykli operatorzy dziurkarek klawiaturowych, pielęgniarki, położne, sanitariusze i lekarze, sprzedawcy, specjaliści od Public Relations, barmani, kelnerki, pisarze, pracownicy fabryk, prawnicy, kierownicy oraz ludzie zajmujący się wszelkiego rodzaju naprawami, jeśli nie pracownikami, pokrywając całe spektrum proletarianizmu?

W każdej z powyższych grup przynajmniej 20 procent to kontrekonomiści, a w wielu – ponad 50 procent. Nawet jeśli oni sami nie zrobią pierwszego kroku, stając się niezależnymi wykonawcami, robią to za nich ich pracodawcy (nieopodatkowane napiwki dla kelnerek, niezarejestrowani, nielegalni imigranci pracujący w fabrykach, przedstawiciele aktorów, pisarzy i tak dalej). Stawiam wyzwanie prof. Rothbardowi: niech wskaże jakikolwiek prawowity (tj. nie będący na usługach Państwa) obszar gospodarki, którego nie da się przekonwertować na kontrekonomię, dziesięć takich, które nie mogą przejść tego procesu bez wprowadzania technologicznych lub organizacyjnych innowacji lub sto, dla których owa przemiana nie będzie korzystna pod względem dochodów czy efektywności organizacyjnej. „Konkinizm” ma sporo do zaoferowania każdemu, kto nie jest etatystą.

Stwierdzenie Rothbarda, jakoby działanie polityczne było bardziej skuteczne, aniżeli nieposłuszeństwo obywatelskie, jeśli chodzi o obniżanie obciążeń podatkowych, to niewiarygodne przekłamanie historii, tym większe, że wypowiedział je ktoś, kto nawrócił mnie na rewizjonizm. Nigdy w dziejach ludzkości nie zdarzyło się, aby zniesienie opodatkowania czy też znaczące obniżenie podatków, nie było wynikiem masowego sprzeciwu wobec podatków lub groźby takiego nieposłuszeństwa (nie licząc kilku mniej istotnych przypadków w ostatnich latach, które były konieczne dla osiągnięcia celów charakterystycznej dla keynesizmu kombinatoryki, a obecnie lafferowskiego „więcej za mniej”). Co więcej, rezultatem działań politycznych były zmiany podstawy podatkowej i ogólnie wyższy poziom grabieży – jak choćby osławione, spektakularne fiasko Propozycji 13 w Kalifornii2.

Poparcie, jakie wyraził Rothbard dla Pyro Egona, zostało niewdzięcznie odrzucone przez samego pana Egona, który poinformował mnie, że to, co on postrzega jako moje „polityko-podobne gierki” (NLA, MLL) nie przyczynią się do powstania nowych przedsiębiorców, jednak podziela on pogląd, jakoby przedsiębiorcy byli w rzeczy samej „produkowalni”. Rothbard stwierdził później, że wierzy, iż przedsiębiorczość to cecha wrodzona, nie nabyta – a w każdym razie nie produkowalna.

Odnoszący sukces przedsiębiorcy nie mogą być teoretykami agoryzmu, tak jak pan Konkin, ale odnoszącymi sukces przedsiębiorcami, kropka. Do czego jest im potrzebny pan Konkin i spółka?” A co powiecie na to: „Odnoszący sukces biznesmeni nie będą teoretykami ekonomii, jak prof. Rothbard, ale dobrymi biznesmenami, kropka. Na co im prof. Rothbard?”. Bądź też „Odnoszący sukces inżynierowie nie będą teoretykami fizyki, jak prof. Einstein”. Lub „Odnoszący sukces pisarze nie będą wykładowcami języka angielskiego, jak profesor Strunk4”. Czy muszę dalej pastwić się nad błędem w rozumowaniu Rothbarda?

Straszne jest przede wszystkim to, że Rothbard odżegnuje swój libertarianizm od przedsiębiorców. Byciem libertarianinem nie ma nic wspólnego z tym, co się mówi, ale z tym, co się robi. Dlatego też libertarianin musi być godny zaufania i lepiej rozumieć rynek jako taki. W przeciwnym razie nie jest on/ona libertarianinem, niezależnie od tego, co sam/a zwodniczo twierdzi. Jest to podstawa moich działań demaskatorskich, za które zachwala mnie prof. Rothbard. I – spieszę dodać – generalnie dostrzegam w nim ten sam, co u mnie optymizm.

Jakież to osobiste doświadczenia czy też badania naukowe prowadzą Rothbarda do konkluzji, jakoby pre-libertariańscy kontrekonomiści nie potrzebują agorystów, aby „pocieszali ich i oczyszczali z winy”? Z mojego własnego doświadczenia wyciągam wniosek wręcz odwrotny – i anulowałem niejeden czek i niejeden list gratulacyjny, aby tego dowieść.

Pokrótce; nie wiem jaką planetę opisuje szacowny pan profesor, kontrastując ją z moją kontrekonomią, ale z pewnością nie jest to Ziemia.

Twierdzenie Rothbarda, jakoby brutalna rewolucja (a jakiż to mamy inny sposób na zniesienie klasy rządzącej – czy jest on w stanie wymienić choć jeden establishment, który ustąpił pokojowo?) nigdy w historii nie zakończyła się sukcesem, zniekształca albo język, albo historię.

Ma on bowiem na myśli albo, że żadna rewolucja nie była wystarczająco libertariańska, aby odnieść sukces, nie popadając w sprzeczność (co jest prawdą, ale nie można traktować tego jako precedensu), albo, że żadna grupa nie zdołała obalić klasy rządzącej, stosującej demokratyczne środki opresji. Drugie stwierdzenie jest nie tylko fałszywe, ale stanowi również dokładne odwrócenie historii. Niemalże wszystkie w pewnej mierze udane rewolucje ostatnimi czasy zniosły właśnie władzę demokratyczną: Amerykańscy Rewolucjoniści przeciwko demokratycznym imperialistom brytyjskim; jakobińscy rewolucjoniści przeciwko burżuazyjnemu Zgromadzeniu; liberalni rewolucjoniści przeciwko carskiej Dumie (marzec 1917) czy bolszewicka rewolucja przeciwko liberałom i socjaldemokratom (listopad 1917); falanga przeciwko Republice Hiszpańskiej (1936); descamisados4 Perona przeciwko argentyńskiemu parlamentowi; Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu przeciwko parlamentowi Wietnamu Południowego (niemalże do samego końca); społeczne obalenie reżimu Allende wybranego w wyborach demokratycznych (co wsparł Pinochet przeprowadzający rewolucję wojskową); oraz niedawny przypadek obalenia demokratycznie wybranego, prawicowego prezydenta Salwadoru przez centrową, populistyczną juntę. Powyższa lista w żadnym razie nie jest wyczerpująca. Stwierdzenie, że „brutalna rewolucja” sprawdzała się jedynie w „demokratycznym państwie z wolnymi wyborami” byłoby bliższe prawdy, i często jest używane w Ameryce Łacińskiej jako usprawiedliwienie prewencyjnych zamachów stanu.

Wszystkie powyższe grupy rewolucyjne pozostawiają wiele do życzenia z punktu widzenia libertarianizmu, ale szczerze mówiąc – kto jak dotąd spełnił libertariańskie wymagania w tym względzie? Aby zakończyć ten wątek poboczny, Rothbard albo mówi, że wszystkie „brutalne” obalenia Państwa nie były rewolucjami, gdyż nie były libertariańskie (w tym zakresie jednak libertarianizm nie został w ogóle sprawdzony), albo też jest on, historycznie rzecz biorąc, w błędzie.

Rothbard ma czelność oczekiwać, że będę oddzielał libertarianizm od kontrekonomistów, gdyż tym drugim nie jest on potrzebny – po czym zmienia zeznania i zadaje pytanie, dlaczego rosyjscy kontrekonomiści nie skupili się w agorach? Ludzkie działanie motywowane jest wolą; bez przedsiębiorców libertarianizmu, nie uda się go sprzedać. Tak czy inaczej, moja ocena sytuacji w Rosji Radzieckiej jest zbieżna z oceną kilku rosyjskich dysydentów, według których Rosja to beczka prochu, która lada chwila eksploduje. Polska, oczywiście, perfekcyjnie wpisuje się w agorystyczny schemat, wliczając w to kontrekonomicznych robotników wraz z patriarchalnym związkiem Solidarność.

Tym samym Rothbardowi nie udało się przedstawić jakiegokolwiek sensownego argumentu przeciwko kontrekonomii, a co za tym idzie – strategii agorystycznej. Zajmuje się wątkami pobocznymi i zniekształca język bądź historię, aby uzasadnić swój punkt widzenia. Mimo to, nasz spór wynika, jak mi się wydaje, z niezrozumienia – nieporozumienia dotyczącego sprawdzalnych faktów, nie zaś teoretycznych spekulacji. Nie jest to zaskoczeniem, jako że – o ile mi wiadomo – wychodzimy z tych samych przesłanek i metod analizy. Jeśli wziąć pod uwagę, że przejąłem je od niego, jest to tym mniej zaskakujące.

Rothbarda krytyka Nowego Libertarianizmu zdaje się dostrzegać wyłącznie wierzchołki gór lodowych, pomijając jednakże ich ogromne podstawy. Widzi on tylko jeden procent „czarnorynkowej” gospodarki, ignorując 20-40% które Urząd Skarbowy (!) postrzega jako „podziemie” i drugie tyle, którą to część Urząd Skarbowy zostawia w spokoju, określając, że sfera ta nie podlega prawom podatkowym. Jedynie libertarianin, wychowany na Rothbardzie i innych, może dostrzec punkty wspólne i zobaczyć antypaństwową całośćł.

To samo można powiedzieć o stanowisku, jakie Rothbard przyjmuje odnośnie działań moich i setek Nowych Libertarian na całym świecie. Rothbardowi nie poświęciliśmy dużo miejsca, ale to, za co go skrytykowaliśmy wydaje się dla niego – co zresztą zrozumiałe – znaczące. Nieco bardziej sceptyczni jesteśmy wobec LP i innych form działania, które cieszą się jego największym zainteresowaniem. Ludzie, którzy nazwali siebie libertarianami po pierwszym lub drugim kontrakcie ze mną lub moimi hardcorowymi kolegami (a, szacując pesymistycznie, było to 10,000 ludzi), nigdy się nie spotkali, a więc są niewidzialni. Sieć kontrekonomicznych firm, które tak sumiennie utrzymujemy i miliony „niewidzialnie” wymienianych dolarów również są – czemu trudno się skądinąd dziwić – niewidzialne dla niego.

Ja, z mojej strony, nie widzę żadnych barier dla rekonwergencji („przegrupowania” jakby powiedzieli marksiści) między Rothbardem z jego „zdrowym, trzeźwym, anarchistycznym centrum” a nami, „ultralewicowymi odszczepieńcami”. Pozostała krytyka, jaką zaprezentował nam Rothbard, nie dotyczy tak naprawdę samego „Manifestu”, choć obejmuje zdecydowaną większość jego artykułu. Jednakże, w pewien sposób jest to najbardziej wymowny zarzut w moim kierunku, podważa bowiem, jakobym wykazywał się zdolnościami pisarskimi, jako że nie udało mi się skutecznie tego, co miałem na myśli. Większość argumentów krytycznych, jakie Rothbard wystosował pod adresem NLM, wynika z nieporozumienia; wymienię je jedynie, a sprostuję tylko tam, gdzie okaże się to konieczne. Oczywiście kwestia Partii to zupełnie odrębny problem.

Nowy Libertarianizm ma pewne preferencje co do formy organizacji. Inne formy są więc raczej nie-nowolibertariańskie, ale już niekoniecznie „antylibertariańskie”, tudzież nieagorystyczne. Nowa Strategia Libertariańska dąży do optymalizacji działań, które doprowadzą do stworzenia nowolibertariańskiego społeczeństwa tak szybko i sprawnie, jak to tylko możliwe. Działania, które pociągają za sobą autorytarne zależności i bierną akceptację Państwa, nieoptymalne i niemile widziane; optymalne zaś są działania indywidualistyczne, przedsiębiorcze i zorganizowane rynkowo.

Jeśli czytelnik będzie miał to na uwadze, staje się oczywiste, że nie istnieją żadne moralne (prócz związanych z indywidualnym poczuciem własnej wartości) wątpliwości związane z organizacją i hierarchią („wrzucanie ich do jednego worka”, które Rothbard potępia, należy uznać za połączenie koncepcji wysuniętych przez kogoś innego).

W żadnym miejscu nie przeciwstawiam się spółkom akcyjnym (odsyłam ponownie do strony 23, gdzie wyraźnie je zachwalam). Po tym, jak napisałem NLM, założyłem właśnie spółkę tego rodzaju, aby stać się właścicielem czasopisma „Nowy Libertarianin” („New Libertarian”). Zakładam, że obaj nadal przeciwstawiamy się państwowemu przekształcaniu spółek akcyjnych w spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Nigdy nie zasugerowałem „doraźnych grup współpracy”. Gdyby Rothbard założył ogólny Sojusz Libertariański, który nie wystawia żadnych kandydatów i nie ma żadnych powiązań z państwem, natychmiast zadeklarowałbym stuletnie członkostwo, i pragnę, aby mi kiedyś o tym przypomniał.

Dostrzegam mniej wad organizacji niż Rothbard i bez trudu jestem w stanie wskazać organizacje, które nie mają żadnych.

Nieco ironiczna jest żywa obrona „Kochtopusa” przez Rothbarda po tym, jak sam Koch zdezerterował, no ale niech będzie. Muszę jednak wspomnieć, że jego przejście do opozycji kończy mój spór. Cieszę się jednak, że do pewnego stopnia moje wczesne ataki przyczyniły się do demonopolizacji Ruchu.

Gwoli wyjaśnienia, zwróciłem tak baczną uwagę na monocentryzm wokół pieniędzy Kocha tylko i wyłącznie, aby ostrzec. Zbyt wielu neo-libertarian uważa, iż jedynie branie pieniędzy od Państwa skutkuje zależnością i kontrolą. Prawda, nie jest niemoralne w libertariańskim tego słowa znaczeniu zostanie pisarzem bądź aktywistą na utrzymaniu miliardera, ale w żadnym razie nie sprzyja to wizerunkowi ruchu i jego sprawie, a tym samym jest to anty-nowolibertariańskie. Wiedziałem, że reszta lewicy zaatakuje libertarian jako narzędzie plutokratów (jak zrobił to w końcu magazyn „Mother Jones”) i powziąłem pewne kroki mające na celu ukazanie różnorodności i niezależności w Ruchu. Na poczekaniu, muszę przyznać, że odniosło to skutek.

Zgadzam się z obroną libertarian-milionerów, jaką poczynił Rothbard i sam mam kilku (z pewnością nie multimilionerów) po swojej stronie. Jego pomysł na zwiększenie konkurencji w Ruchu jest i był również moim pomysłem. Jednak wątpię, aby współzawodnictwo Kocha z samym sobą było najlepszym rozwiązaniem i nawet Rothbard wydaje się wahać z wysunięciem takiej sugestii.

Moje niesprawiedliwe potraktowanie Charlesa Kocha wymaga nieco semantycznego wyjaśnienia. Nigdy nie twierdziłem, jakoby Charles Koch osobiście był motywowany do zrobienia czegokolwiek. Każdy, kto włożył miliony w Ruch z odrobiną zdrowego rozsądku w wykupywaniu instytucji osiągnąłby ten sam skutek.

Biorę na słowo Rothbarda i LeFevre’a – którzy znali Kocha osobiście – jakoby był on świetnym facetem. Oby mu się powodziło i oby zawsze uchylał się przed Państwem! (Oby jednak nigdy nie kupił kolejnego polityka). I oby, ku własnej uciesze, wspomagał libertarian i organizacje libertariańskie (za wyjątkiem LP). Czyż to nie wspaniałe, kiedy biedny aktywista, taki jak ja, może być tak szczodry wobec paliwowego miliardera?

Ja jednak posunę się nawet dalej niż Rothbard w ochoczym poszukiwaniu pozytywnych cech osobowościowych Kochtopusa. Roy Childs może i bywa drażliwy i pamiętliwy, ale poza tym jest erudytą z poczuciem humoru i dobrym smakiem i wcale nie idzie dalej w swych odstępstwach aniżeli prof. Rothbard. Jeff Riggenbach pozostaje moim przyjacielem, partnerem, a czasem zwolennikiem, pomijając nawet fakt, że pracuje na pełen etat w „Libertarian Review” Koch’a. Joan Kennedy Taylor, Victoria Vargas, Milton Mueller – kogoś pominąłem? – z nimi wszystkimi utrzymuję jedynie bardzo przyjemne stosunki. Nawet Ed Crane (Rothbarda – ekhm – bête noire) – z jego ciętym dowcipem i towarzyskim usposobieniem – służy wolności tak, jak zdaniem najlepiej będzie dla niego i dla Ruchu.

Oby żaden z nas nigdy nie zniżył się do ad hominem.

I na sam koniec – Partia Libertariańska. Rothbard pisze: „Przyjmę na ten moment, że libertariańska partia polityczna (…) nie jest zła sama przez się”. Zastanawiam się, czy Rothbard równie ochoczo założyłby, że Państwo samo przez się nie jest złe, przechodząc do analizy jakiejś ustawy – zobaczmy dokąd go to zaprowadzi. Wygląda na to, że prowadzi to do cudu uchylenia wszystkich ustaw.

Historyczna orientacja Rothbarda wydaje się znowu go zawodzić. Kiedy to Państwo uchyliło cokolwiek, począwszy od „Ustaw Zbożowych”, a kończąc na podatku od nieruchomości podmiejskich, jeśli tylko było ono władne utrzymać dane prawo? Najpierw mamy kontrekonomiczne omijanie prawa, następnie masowe nieposłuszeństwo obywatelskie, potem groźba powstania i tylko wtedy nastąpić może uchylenie ustawy. Nie, nie zgadzam się z LeFevrem, że zniesienie powszechnej służby wojskowej jest niemoralne (zakładając, że LeFevre powiedziałby dokładnie to). Niemoralne jest za to ułatwianie politykom gnębienia nas tylko dlatego, że może to doprowadzić do zniesienia innego środka opresji. Wykorzystując wszystkie pieniądze, czas i energię, które wkłada się w wybór polityka dobrego pod jednym bądź kilkoma względami, ilu ludzi można by bezpośrednio uwolnić lub jak bardzo można by zmniejszyć ryzyko aresztowania za uchylanie się od płacenia podatków, od służby wojskowej i od przepisów w ogólności? Nie trzeba też nawoływać ich o wkład w słuszną sprawę, wystarczy jedynie zaoferować ludziom – a niektórzy żądają za to astronomicznych kwot! – narzędzia, którym pozbędą się kontroli, dzięki czemu będą mogli się uwolnić sami, a nie zostać uwolnieni przez innych.

Głosy to „dochody” partii politycznej. Partia jest organem Państwa, którego jawnym celem jest walka o kontrolę nad Państwem, ukrytym zaś – przyjęcie wsparcia-sankcji ofiary. Liczba głosów wyznacza liczbę wybranych przedstawicieli i ich udział we władzy i grabieży oraz liczbę tych, którzy wciąż akceptują legitymację Państwa i jego możliwą użyteczność. Kampania Crane`a i Clarka pozostawała w zgodzie z ich rolą jako „patriarchów”. Jak mógłby powiedzieć Frank Chodorov, „Najlepszym sposobem na pozbycie się sprzedawczyków na posadach w LP jest pozbycie się posad w LP”.

Weźmy teraz te partie polityczne, które Rothbard podziwia. Jest oczywiste, że Demokraci nie byli tak sympatyczni, jak to Rothbard przedstawił w „Conceived in Liberty”, kiedy – jak Republikanie Jefferson’a – zwalczali antyfederalistów i dokooptowali opozycję do Konstytucji. Czy Jackson, współtwórca porażki nullifikacji; Van Buren, archetyp polityki szefa; Polk, antymeksykański imperialista; albo Pierce i Buchanan, obrońcy niewolnictwa, zdołali odkupić te nieciekawe początki?

Tymczasem Rothbard potępił brytyjskich Liberałów za to, że popchnęli oni zwolenników wolności do obrony Imperium i Wojny Światowej. Jednak umiarkowani minarchiści – że o anarchistach, nawet wtedy, nie wspomnę – w tamtym czasie nie mieli żadnego pożytku z Demokratów i Liberałów. Minarchistyczni reformatorzy tamtego okresu zasilali szeregi albo w Partii Wolnej Ziemi (Free Soil Party) w USA, albo w partii Filozoficznych Radykałów (Philosophic Radical Party) w Wielkiej Brytanii.

Byłoby nietaktem z mojej strony przypominać Rothbardowi, kto powołał Revolutionary Causus, a następnie rozwiązał go, gdyż służył on jedynie celom „obiektywnie kontrrewolucyjnym”, tak więc pominę tę część.

Stwierdzenie: „uzbrojona i abolicjonistyczna Partia Libertariańska, gdyby kontrolowała Kongres ” aż prosi się o pytanie – w jaki sposób się tam znalazła? Jak mogła się tam dostać? Scenariusz George’a Smitha wygląda na dużo bardziej przekonujący. W rzeczywistości LP będzie rządzić na końcowych etapach rewolucji agorystycznej, aby zwabić naszych marginalnych sprzymierzeńców i usidlić nieuważnych „libertariańską” nowomową. LP dojdzie do władzy, kiedy tylko Wyższe Kręgi uznają to za konieczne. Nie wątpię, że prof. Rothbard zauważy to jako pierwszy i jako pierwszy wyrzeknie się współpracy.

Czy możecie sobie wyobrazić niewolników na plantacji wybierających swoich właścicieli, marnujących swoją energię na organizowanie kampanii i na wybór kandydatów, podczas gdy mogliby wybrać „kolej podziemną”? Z całą pewnością wybraliby oni kontrekonomię, a prof. Rothbard zachęcałby ich do tego, jak i do opuszczenia plantacji dopóki wyborów nie wygra Abolicjonistyczna Partia Właścicieli Niewolników.

Rothbard określił mnie również „szkodnikiem”, co jest prawdziwym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę wszystkie libertariańskie organizacje i publikacje, które stworzyłem i wspierałem – bardziej niż ktokolwiek inny, wyjąwszy prof. Rothbarda – od Wisconsin przez Kalifornię aż do Nowego Jorku, w niemalże każdym stanie, regionie i i kraju na ziemi. Czy mam wymienić wszystkie libertariańskie grupy, które nie doznały moralnego ataku z mojej strony? A co ze wszystkimi libertariańskimi klubami towarzyskimi w Los Angeles i Nowym Jorku? Stowarzyszenie Na Rzecz Wolności Jednostki (Society for Individual Liberty), Stowarzyszenie Na Rzecz Życia Libertariańskiego (Society for Libertarian Life), stary Kalifornijski Sojusz Libertariański i Teksański Sojusz Libertariański, Brytyjski Sojusz Libertariański, coroczna konferencja Przyszłość Wolności (Future of Freedom), Południowa Konferencja Libertariańska. Przecież to śmieszne. Tak, przestałem bić swoją żonę – nawet, jeśli jestem kawalerem.

Szkodziłem jedynie szkodnikom w naszym niegdyś bezpartyjnym Ruchu, obrońcom patriarchii i zwolennikom kompromisów w ogólności. Czy Rothbard chce powiedzieć, że odwrócił wzrok od tych, którzy odchylili się od „pionu”, ponieważ istnieje możliwość, że wykonują oni dobrą robotę?

Podsumowując, Rothbard i ja wciąż walczymy o to samo – i przeciwko temu samemu. Mam nadzieję, że będziemy walczyć dalej – każdy na swój sposób – trafiając do tych, których drugi z nas pominął. Mam też wielką nadzieję, że zamiast marnować czas i energię na waśnie, poświęcimy je walce ze wspólnym wrogiem. A ja osobiście z całą pewnością nie odrzucę dłoni wyciągniętej na zgodę.

Jednakże, jeśli Nowi Libertarianie i Rothbardiańscy Centryści muszą poświęcić część czasu temu, co nas różni („podejmując Rewolucyjny Dialog”), wpierw należy próbować zrozumieć się nawzajem – czemu ten tekst jest poświęcony – a następnie rozstrzygnąć różnice. A wtedy niech drży Państwo i jego elity władzy!

Tłumaczenie: Weronika Tomaszewska i Krzysztof Śledziński

Przypisy:

1. Occupational Safety and Health Administration – Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Miejscu Pracy, będąca częścią Departamentu Pracy w rządzie Stanów Zjednoczonych – przyp. tłum.
2. Propozycja zmiany, wprowadzona do Konstytucji Stanu Kalifornia zatwierdzona przez sąd po uprzednim referendum (6 czerwca 1978). Propozycja ta między innymi doprowadziła do znacznego obniżenia podatków od nieruchomości, co w perspektywie okazało się mieć negatywny wpływ m.in. na rynek nieruchomości i strukturę podatkową stanu – przyp. tłum.
3. William Strunk, Jr. wykładał język angielski na Uniwersytecie Cornella w Stanach Zjednoczonych. Sławę przyniósł mu napisany w 1918 roku podręcznik Elementy Stylu – przyp. tłum.
4. „ludzie bez koszul” – przyp. tłum.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *