Krzysztof "Critto" Sobolewski

Krzysztof “Critto” Sobolewski “Delegitymizacja suwerenności władczej i państwowej pod względem własności”

 „Delegitymizacja suwerenności władczej i państwowej (prawa do sprawowania przez nie władzy) pod względem własności”

Zgodnie z wolnościowym założeniem, każdy powinien być (i jest) suwerenem na SWOIM terenie, stanowiącym jego prawowitą własność. Dla libertarian oczywistym jest, iż dotyczy to WYŁĄCZNIE uczciwie nabytej i posiadanej własności prywatnej.

Niektóre osoby spoza środowiska wolnościowców mają problemy ze sklasyfikowaniem tego, KTO, JAK i DLACZEGO jest „słusznym” lub „niesłusznym” właścicielem danego terytorium oraz tego, KTO w ogóle jest właścicielem jakiegoś terytorium, a kto uzurpatorem do miana jego zarządcy.

Pragnę przeto wyjaśnić, jak sprawa ta wygląda z wolnościowego punktu widzenia, aby rozwiać wszelkie mity i fałszywe wyobrażenia na temat światopoglądu libertariańskiego.

Kto ma prawo do suwerenności?

Prawo do suwerenności na danym terenie ma tylko ten, kto jest jego prawowitym właścicielem. W historii jednak, bywało przeważnie inaczej: różnego rodzaju władcy i wpływowe organiacje przywłaszczali sobie prawo rządzenia terenami, do którego mają prawa takie, jak Ty czy ja do Księżyca. Oczywiście, ponieważ dysponowali oni dużymi pieniędzmi i wielką władzą, więc stworzyli na swój użytek wiele błędnych teorii politycznych, które miały ‚usprawiedliwiać’ ich poczynanie.

Ideologie — zaciemnianie faktów oczywistych w imię „dobra idei”

‚Legitymizm’

Na pierwszy ogień pójdzie legitymizm. Ta stara teoria sugeruje, iż prawowitym suwerenem jest król, który ma suwerenne prawo własności do terytorium, i, co za tym idzie, prawo do decydowania o tym, co ma się dziać na jego terenie. Jako usprawiedliwienie takiego stanu rzeczy, zwolennicy legitymizmu podają ‚tradycję’ oraz, przede wszystkim, ‚dziedzictwo rodowe’ rodów królewskich. Ciekawe, zaiste, porównanie: jeśli Ty masz swój domek od kilku pokoleń i masz do niego prawo, to król ma prawo do kraju, który uzyskał jakieś kilkadziesiąt pokoleń wstecz.

Zaiste, ciekawa teoria, nieprawdaż? Momentami wydaje się kompatybilna z libertariańską teorią suwerenności na posiadanych włościach. Istnieje jednak bardzo poważna różnica, która stanowi, iż legitymizm i libertarianizm to sprzeczne ze sobą nurty.

Podczas, gdy legitymizm twierdzi, iż własność króla jest święta niezależnie od jej cech, libertarinizm stwierdza, iż święta (czyli nietykalna) jest tylko ta własność, która została zdobyta UCZCIWĄ drogą, czyli BEZ UŻYCIA PRZEMOCY LUB OSZUSTWA. Jeśli zaś w celu nabycia własności, przeciwko życiu, wolności lub własności drugiej osoby użyta została przemoc lub oszustwo, to taka własność stanowi po prostu WŁASNOŚĆ ZAGRABIONĄ. Jest, krótko mówiąc, ukradziona prawowitemu właścicielowi, który w każdej chwili ma prawo się po nią upomnieć, włącznie z naliczeniem należnych mu karnych odsetek i odszkodowań za „utracone korzyści” (lucrum tenans).[1]

Jak ma się to do królów i ich rodów? Bardzo poważnie. Podczas gdy faktem jest, iż królowie posiadali również terytoria zdobyte w sposób prawowity, np. poprzez zagospodarowanie ziemi określanych wcześniej jako ‚ziemie niczyje’, lub też otrzymanie jakiegoś terenu na podstawie dobrowolnej umowy kupna-sprzedaży lub darowizny, to faktem historycznym jest również, iż jest to raczej MNIEJSZOŚĆ posiadanych przez nich terytoriów. Jak więc zdobywana była większość? Każdy, choć trochę obeznany z historią średniowiecza, niech odpowie sobie sam. Proszę wyobrazić sobie te wszystkie najazdy, grabieże, gwałty, wymuszanie posłuszeństwa, torturowanie, mordowanie i upokarzanie osób niepokornych, mordowanie całych populacji, które nie chcialy się poddać rzekomo ‚nadanej przez Boga’ władzy jakiegoś określającego siebie jako ‚króla’ czy ‚księcia’ faceta (to samo dotyczy określających się jako ‚królowe’ lub ‚księżne’ kobiet).

W dodatku, królowie przywłaszczali sobie każdą inną własność, jaka tylko wpadła im w ręce. Wchodząc do domu stanowiącego własność kolegi ze stanowiącym moją własnosć zegarkiem na ręku NIE tracę prawa własności do mojego zegarka, przeciwnie: próba jego zanegowania przez tego kolegę (i siłowego odebrania go) zakończyłaby naszą przyjaźń i doprowadziła niechybnie do ‚wojny’ czyli wymiany ciosów. Gdybym natomiast wszedł na teren króla z jakimkolwiek mieniem — czy to zegarkiem, czy wozem konnym, czy zebranymi z mojego pola płodami rolnymi, moje prawo własności zostałoby natychmiast zanegowane, a ściślej: zepchnięte na wymyślony przez legitymistów ‚niższy poziom własności’ — własność niesuwerenną, nad którą król miał ‚prawo’ sprawować władzę suwerenną. Nie będę nawet pytał retorycznie, CZYM różni się ten przykład od przykładu z zegarkiem i domem kolegi, bo odpowiedź ‚niczym’ sama ciśnie mi się na klawiaturę i myślę, że osobie to czytającej też.

W swoim dążeniu do sprawowania władztwa królowie nie ograniczali się przy tym do rzeczy, ani też do traktowanych jak rzeczy istot żywych takich, jak zwierzęta. Uprzedmiatawiali również ludzi — bądź to pod postacią niewolnictwa czy pańszczyzny, bądź sprawowania ‚suwerenności’ nad teoretycznie ‚wolnym’ człowiekiem, bądź też posiadania ‚prawa’ do korzystania z owoców ludzkiej pracy (w postaci podatków) a nawet, posiadania ‚prawa’ do korzystania z uroków seksualnych podporządkowanej osoby płci (na ogół) przeciwnej, pod postacią ohydnego zwyczaju „prawa pierwszej nocy”[2]. Pytania, CZY moja koleżanka staje się własnością kolegi gdy wchodzi do jego domu nawet NIE ośmielę się żadnemu z nich zadać, bo nie chcę oberwać po buzi za takąż impertynencję.

Pytanie więc o to, CZY większość królewskich itd. terenów i ruchomości stanowi ich PRAWOWITĄ własność jest retoryczne, a odpowiedź brzmiąca „NIE” jest oczywista. Średniowieczni królowie i książęta to trochę jak obecni bossowie gangów i mafii, wymuszający haracze, przywłaszzający sobie własność innych osób (np. lokale gastronomiczne, samochody), i gwałcący kobiety — tyle, że oni robili to na znacznie większą skalę, dysponując znacznie większą siłą i poparciem społecznym, oraz działając przy „akompaniamencie” ideologii, której ich obecni odpowiednicy mogliby tylko pozazdrościć.

‚Suwerenność ludu’

Następną ideologią, którą należy wziąć ‚na tapetę’, jest dominująca obecnie ‚suwerenność ludu’. Po niedokładnej nawet analizie na jaw wychodzi, iż nie idzie tu o suwerenność LUDU, tylko pewnej organizacji, określanej politologicznie jako PAŃSTWO. Czymże jest więc ‚państwo’ poza tym, iż, jak słusznie zauważył Friedrich Nietzsche, jest ono „najzimniejszym z lodowatych potworów’?

Państwo to po prostu organizacja jak każda inna. Ktokolwiek śledził podstawy ustrojów republikańskich (demokracji, dyktatury, totalitaryzmu) oraz bywał w swoim życiu członkiem jakiegoś stowarzyszenia, najlepiej międzynarodowego lub choćby ogólnokrajowego, stwierdzi wiele podobieństw między państwem a tą organizacją. Jak każda organizacja, państwo ma swoje PLACÓWKI (urzędy, placówki ‚siłowe’ typu wojsko czy policja) na różnych terytoriach, będące jego przedstawicielstwami; jak każda organizacja, państwo posiada hierarchię, oraz swoje wewnętrzne zasady (regulamin).

Co więc różni państwo od organizacji np. studenckiej czy ogólnospołecznej? Oczywistym jest, iż to przymusowość odróżnia przymusowe państwo od dobrowolnych stowarzyszeń studentów, kolejarzy, lekarzy czy robotników. Podczas, gdy przynależność do któregokolwiek z tych stowarzyszeń, oraz idące za tym przestrzeganie jego regulaminu, terytorialność działalności i funkcjonowanie w jego hierarchii jest DOBROWOLNE, to w przypadku państwa, przynależność do niego jest obowiązkowa — „nabywa się” ją rodząc się na terenie, które ono uważa za „swój” [3], lub tamże „emigrując”; przestrzeganie jego regulaminu jest również obowiązkowe; potocznie nazywa się on „prawem” (jest to przekręcanie tego słowa, ale to już inna historia) i jest ściśle (bądź nieściśle) egzekwowany przez rozmaite agendy tej organizacji takie, jak policja, wywiad, sądy, wojsko itd. Podobnie też, przymusowa jest hierarchia — niezależnie od tego, jak mogę nie lubić np. prezydenta państwa, to JEST on wobec mnie władzą, czego nie da się powiedzieć np. o prezesie stowarzyszenia studentów, którego, gdy nie chcę, mogę nie słuchać, rezygnując z członkostwa w tym stowarzyszeniu.

Jeżeli więc państwo jest po prostu działającą na jakimś terenie organizacją, to jak możliwe jest, że sprawuje ono WŁADZĘ i ZMUSZA do jej słuchania? Dlaczego nie czyni tego żadne inne stowarzyszenie? Te pytania są zbyt trudne, aby tu na nie odpowiedzieć. Można stwierdzić natomiast z całkowitą pewnością, iż państwo NIE MA żadnego prawa własności do terytorium, na którym działa( o ile nie nabyło go na uczciwej drodze (patrz poprzednio) za uczciwie zarobione (lub uzyskane z dobrowolnych darowizn) pieniądze — tak, jak w przypadku każdej innej organiacji) bardziej, niż np. stowarzyszenie studentów posiada prawo własności do uniwersytetu, na którym działa, stowarzyszenie kolejarzy — do kolei, lub dowolne stowarzyszenie – do ulicy, przy której znajduje się jego siedziba, lub do miasta, w którym się ona znajduje.

A co w przypadku terenów, które to państwo rzeczywiście nabyło w prawowity sposób — na przykład, teren jakiegoś ‚urzędu’, który został podarowany przez kochających je mieszkańców prowinicji czy miasta? Oczywiście, nad tym terenem organizacja (stowarzyszenie) zwane ‚państwem’ ma prawo suwerennej własności. I tylko i wyłącznie nad nim, niezależnie od popartych brutalną siłą uzurpacji do innych, nie będących jego własnością terenów.

Skoro więc państwo NIE ma prawa własności do terytorium, na którym prowadzi swoją działalność, fałszywie nazywaną ‚rządzeniem’ lub ‚zarządzaniem’, to jakie ma ono prawo sprawowania nad nim suwerenności? Czy w ogóle ma jakieś? Znowu pytanie retoryczne, ech … oczywiście, że NIE.

Podobnie jak działalność królów i książąt w średniowieczu, działalność obecnych państw daje się więc porównać do tych organizacji (stowarzyszeń) których myślę najbardziej nie lubimy: wymuszających posłuszeństwo, pieniądze i co tam jeszcze gangów i mafii. Państwo to zdecydowanie NIE dobrowolne stowarzyszenie studenckie; to NIE kółko filatelistów, ani nawet NIE federacja koszykarska, piłkarska czy kajakarska. Żadna z tych organizacji nie używa przemocy, aby prowadzić swoją działaność — to czyni wyłącznie państwo, co, tak na marginesie, świadczyć może o poziomie świadczonych przezeń usług, o tym, jak to wielu ma ‚fanów’ (ich liczba … rośnie, jeśli postawić ją w mianowniku ułamka, w liczniku którego umieścimy ‚1’ 😉 i który reprezentuje istniejące dla państw poparcie), jak to ludzie je ‚kochają’ i jak bardzo go ‚potrzebują’. Przecież, gdyby było pożyteczne, to NIE MUSIAŁOBY zniżać się do tego, co robią gangi i mafie, czyż nie tak?

Dobra, wiem że wersji ideologii ‚suwerenności’ jest więcej, ale nie zamierzam się w nie zagłębiać — nie będę przecież rozważał nad ‚dziejowym prawem klasy robotniczej’ do sprawowania władzy, czy nad ‚wyższością narodu X nad resztą nacji’ — bredniami typowymi dla totalitarnych reżimów komunizmu i nazizmu. Nie zamierzam również rozważać prymitywnych dyktatur — teoria ich ‚suwerenności’ leży gdzieś pomiędzy ‚suwerennością’ władcy-króla a ‚suwerennością’ państwa. Dość, że te proste wyjaśnienia mogą naprostować niejedno błędne wyobrażenie na temat libertarianizmu. Im ich mniej, tym więcej ludzie wiedzą na temat filozofii WOLNOŚCI, i tym większą odnoszą z tego korzyść.

W Imię Wolności !!!

Krzysztof „Critto” Sobolewski

(c) Copyright by Krzysztof „Critto” Sobolewski 11.VIII.2001

[1] odszkodowanie za ‚utracone korzyści’ i sposób jego naliczania to jeden z punktów NIEZGODY wśród libertarian. Ja przyczyniam się do zdania, że należy oceniać szkody z ‚dobrodziejstwem inwentarza’, zawsze na korzyść osoby poszkodowanej, nawet jeśli ‚za bardzo’, choć należy być przy tym realistycznym — jeśli ktoś był, dajmy na to, szewcem, to kradzieży należącego do niego narzędzia (np. młotka) nie można wyceniać tak, jak kradzieży należącego do wynalazcy np. mikroskopu elektronowego

[2] prawo pierwszej nocy — wyjątkowo odrażający zwyczaj, typowy dla niektórych średniowiecznych królestw i księstw. Wychodząca za mąż dziewczyna (w teorii- dziewica 🙂 była ZMUSZANA do współżycia w pierwszej kolejności (przed współżyciem ze współmałżonkiem) z władcą lub jego sługą. Po prostu, taka legalizacja gwałtu seksualnego

[3] nabywanie ‚obywatelstwa’ poprzez urodzenie się na okupowanym przez jakieś państwo terenie uznawane jest przez te państwa, które uznają ‚prawo ziemi’ (w odróżnieniu od ‚prawa krwi’ — tam ‚obywatelstwo’ nabywa się przez urodzenie z rodziców, którzy oboje byli obywatelami tego państwa)

***

Tekst został wcześniej opublikowany na stronie autora http://liberter.webpark.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *