Friedrich A. Hayek

Friedrich A. Hayek ”Dlaczego nie jestem konserwatystą”

„Szczerzy przyjaciele wolności są niezmiennie czymś wyjątkowym. W przeszłości wolność triumfowała dzięki mniejszościom, które trwały, albowiem jednoczyły się w działaniach z tymi, których cele często rozmijały się z ich własnymi; tego typu współdziałanie, z reguły nie będąc bezpiecznym, niekiedy kończyło
się katastrofalnie – dając przeciwnikom uzasadnione podstawy do sprzeciwu.”

Lord Acton

1. W czasie, kiedy większość ruchów społecznych, które uważa się za progresywne, opowiada się za dalszym uszczuplaniem indywidualnej wolności [1], ludzie ceniący wolność prawdopodobnie będą wydatkować swój zapał i energię po stronie opozycji. Przez większość czasu znajdować się będą jednej stronie z tymi, którzy z reguły sprzeciwiają się zmianom. W sprawach bieżącej polityki pozostanie im popierać partie konserwatywne. I chociaż opcja, którą próbowałem sprecyzować, często jest także określana jako „konserwatywna”, w rzeczywistości jednak znacznie różni się od opcji, której zwykle przypisuje się to miano. Istnieje pewne niebezpieczeństwo w braku przejrzystości sytuacji, w której sprowadza się obrońców wolności i autentycznych konserwatystów do wspólnej opozycji przeciw przekształceniom wrogim ich ideałom. Dlatego też ważne jest, aby odróżnić stanowisko prezentowane tutaj od stanowiska znanego od dawna pod nazwą „konserwatyzm” – chyba bardziej stosowną właśnie dla niego.

Konserwatyzm jest uzasadnioną, prawdopodobnie potrzebną, a na pewno rozpowszechnioną postawą opozycji w stosunku do gwałtownych zmian. Od czasu Wielkiej Rewolucji Francuskiej odgrywa ważną rolę w europejskiej polityce. Aż do narodzin socjalizmu, przeciwieństwem konserwatyzmu był liberalizm. W historii Stanów Zjednoczonych brak tego rodzaju przeciwstawienia, ponieważ to, co w Europie nazywano liberalizmem, w Ameryce było wspólną tradycją, na podstawie której tworzył się ustrój. W ten sposób obrońca amerykańskiej tradycji był liberałem w europejskim tego słowa znaczeniu [2]. Do jeszcze większego zamieszania doprowadziły ostatnio próby przeszczepienia do Ameryki europejskiego typu konserwatyzmu, który będąc obcym amerykańskiej tradycji, przybrał nieco dziwaczny charakter. Przy tym wszystkim, już wcześniej amerykańscy radykałowie i socjaliści zaczęli nazywać się liberałami. Niemniej jednak, w tym miejscu użyję słowa „liberalne” dla określenia zajmowanego przez siebie stanowiska, które, moim zdaniem, jest jednakowo różne zarówno od autentycznego konserwatyzmu, jak socjalizmu. Chcę jednak od razu zaznaczyć, że czynię to z coraz większą obawą i będę musiał zastanowić się nad odpowiednim określeniem dla partii wolnościowej. Po pierwsze dlatego, że termin „liberalny” jest dziś w Stanach Zjednoczonych przyczyną ciągłych nieporozumień; po drugie dlatego, że dominujący w Europie rodzaj racjonalistycznego liberalizmu jest jednym z przewodników socjalizmu.

Chciałbym wystąpić z decydującym, w moim mniemaniu, zarzutem pod adresem jakiejkolwiek postaci konserwatyzmu, która w ogóle zasługuje na to miano. Rzecz w tym, że konserwatyzm z natury nie potrafi zaoferować alternatywy dla kierunku, w jakim się rozwijamy. Owszem, może osiągnąć sukces, stawiając opór aktualnym tendencjom i spowalniając niepożądane zmiany, niemniej jednak nie jest w stanie ich powstrzymać, ponieważ nie wskazuje innych możliwości. Z tego powodu konserwatyzm jest niezmiennie skazany na kroczenie ścieżką, która jest wyborem innych. Przeciąganie liny między konserwatystami a progresywistami może tylko wpłynąć na tempo, lecz nie na kierunek rozwoju. I chociaż istnieje potrzeba „hamowania pojazdu zwanego postępem” [3], nie mogę poprzestać jedynie na naciskaniu pedału hamulca. Powinnością liberała jest przede wszystkim pytać, w jakim kierunku podążamy, a nie czy mamy tam podążać szybko albo jak daleko. W rzeczywistości różni się on dziś od kolektywistycznego radykała znacznie bardziej niż konserwatysta. Podczas gdy ten ostatni ogólnie prezentuje zaledwie umiarkowanie nieprzychylne nastawienie do współczesności, liberał musi bardziej stanowczo sprzeciwiać się niektórym z podstawowych idei, które większość konserwatystów dzieli z socjalistami.

2. Zazwyczaj pokazuje się miejsca, które zajmują omawiane trzy opcje, w taki sposób, że ich wzajemne relacje stają się nieczytelne. Sytuuje się je na linii, gdzie socjaliści znajdą się po lewej stronie, konserwatyści po prawej, a liberałowie mniej więcej pośrodku. Nic bardziej mylącego. Jeżeli chcemy posłużyć się wykresem, to należałoby narysować trójkąt, w którym konserwatyści zajmują jeden wierzchołek, socjaliści ciągną w stronę drugiego, a liberałowie w stronę trzeciego wierzchołka. Ponieważ od długiego czasu socjaliści są siłą dominującą w tych zawodach, konserwatyści wykazywali tendencję do podążania bardziej w kierunku wyznaczanym przez socjalistów, oraz w stosownych okresach przyswoili sobie idee, które udało się radykalnej propagandzie podnieść do rangi godnych uznania. To konserwatyści regularnie zawierali kompromisy z socjalizmem, a także koncentrowali na sobie uwagę należącą się działaniom socjalistów. Jako orędownicy Drogi Pośredniej [4] bez własnych celów, konserwatyści kierowali się przekonaniem, że prawda musi znajdować się gdzieś między skrajnościami. W rezultacie zmieniali swoje położenie za każdym razem, kiedy na którymkolwiek ze skrzydeł pojawiał się ruch o bardziej radykalnym charakterze.

Dlatego stanowisko, które w dowolnym momencie jest właściwie określone jako konserwatywne zależy od aktualnych tendencji. Ponieważ ostatnich kilka dekad to przewaga dążności socjalistycznych, mogłoby się wydawać, że zarówno konserwatyści, jak liberałowie mają na celu ich hamowanie. Rzecz jednak w tym, że liberalizm chce dokądś zmierzać, a nie pozostawać w bezruchu. I chociaż dziś odnosi się przeciwne wrażenie, co czasami może być spowodowane tym, że był czas, kiedy liberalizm cieszył się większą akceptacją i był bliższy osiągnięcia niektórych ze swoich celów, to jednak nigdy nie był doktryną patrzącą wstecz. (Nigdy w przeszłości nie udało się w pełni zrealizować liberalnych ideałów, ale też nigdy nie zdarzyło się, żeby liberalizm nie oczekiwał na kolejne ulepszenia postaci życia społecznego.) Liberalizm nie jest przeciwny ewolucji; a kiedy spontaniczne zmiany są tłumione przez ograniczające działania rządu, pragnie z kolei dużych zmian w polityce. Jeśli zaś chodzi o obecne poczynania rządów, niewiele jest powodów, dla których liberałowie chcieliby zachować istniejący stan rzeczy. W rzeczywistości liberałom wydaje się, że większość świata wymaga całkowitego usunięcia przeszkód na drodze do nieskrępowanego wzrostu.

Fakt, że w Stanach Zjednoczonych można bronić indywidualnej wolności, jednocześnie występując w obronie od dawna obecnych instytucji życia społecznego, nie powinien zaciemniać różnicy między liberalizmem a konserwatyzmem. Dla liberała instytucje te znaczą wiele nie dlatego, że są głęboko zakorzenione, ani też dlatego, że są amerykańskie, ale ponieważ pozostają w zgodzie z cenionymi przez niego ideałami.

3. Zanim rozważę zasadnicze kwestie, w których postawa liberalna będzie w ostrej opozycji do postawy konserwatywnej, powinienem podkreślić, że w przeszłości liberałowie mogli wyciągnąć wiele korzyści z nauk myślicieli konserwatywnych. Prowadzonym przez nich z wielkim zamiłowaniem i czcią studiom nad wartością dojrzałych przejawów życia społecznego (może poza dziedziną ekonomii) zawdzięczamy głębokie wejrzenie w pewne kwestie, co jest istotnym wkładem w zrozumienie wolnego społeczeństwa. Być może postacie takie jak Coleridge, Bonald, De Maistre, Justus Möser, czy Donoso Cortès można uznać za reakcyjne w polityce, niemniej, wyprzedzając współczesne podejście naukowe, na pewno wykazywali zrozumienie znaczenia spontanicznie rozwijających się dziedzin życia, takich jak język, prawo, moralność, i konwencja. I z tego właśnie zrozumienia liberałowie mieli szansę czerpać korzyści. Rzecz w tym, że podziw konserwatystów dla nieskrępowanego wzrostu ogólnie ogranicza się do czasów minionych. Charakterystyczne jest to, że nie mają odwagi przyjąć podobnych nieplanowanych zmian, z których wyłonią się kolejne narzędzia do realizacji ludzkich dążeń.

W świetle powyższych uwag mogę przejść do pierwszej kwestii, w której postawa liberalna i konserwatywna różnią się zasadniczo. Autorzy konserwatywni często przyznawali, że fundamentalnym rysem stanowiska konserwatywnego jest obawa przed zmianą, bojaźliwa nieufność do tego, co nowe samo w sobie [5], podczas gdy postawa liberalna opiera się na odwadze i pewności siebie, na gotowości do nieingerencji w naturalny przebieg zmian, nawet jeśli nie sposób przewidzieć, dokąd one zaprowadzą. Niewiele byłoby do zarzucenia, gdyby konserwatyści wykazywali jedynie niechęć do zbyt gwałtownych zmian instytucjonalnych oraz w polityce publicznej – w tej sytuacji rzeczywiście mocne uzasadnienie ma postawa ostrożności oraz wolniejszy proces przemian. Jednak konserwatyści mają skłonności do korzystania z władzy rządu w celu niedopuszczania do zmian lub też ograniczania ich tempa do poziomu, na który przystanie bardziej bojaźliwa umysłowość. Spoglądają w przyszłość bez wiary w spontaniczny potencjał przystosowawczy. Z kolei liberałowie, którzy wierzą w ów potencjał, bez lęku zaakceptują zmiany, mimo że nie wiedzą, w jaki sposób zostanie sprowadzony niezbędny proces adaptacyjny. W rzeczy samej, częścią postawy liberalnej jest założenie, że, zwłaszcza na polu gospodarki, samoregulujące się siły rynku w jakiś sposób wywołają pożądane przystosowania do nowych warunków, chociaż nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak to się odbędzie w określonej sytuacji. Prawdopodobnie żaden czynnik nie potęguje bardziej wcale nierzadkiej postawy niechęci do pozostawienia rynku samemu sobie, jak niemożliwość wyobrażenia sobie, w jaki sposób bez rozmyślnej kontroli może zaistnieć pewna niezbędna równowaga między popytem a podażą, eksportem a importem, itd. Konserwatysta poczuje się bezpieczny i zadowolony dopiero wtedy, gdy ma pewność, że jakaś wyższa mądrość obserwuje i kontroluje zmiany, gdy wie, że jakaś władza jest odpowiedzialna za utrzymywanie zmian w stanie uporządkowania.

Strach przed zaufaniem niekontrolowanym siłom społecznym jest ściśle związany z dwoma innymi cechami konserwatyzmu: zamiłowaniem do władzy oraz brakiem zrozumienia sił ekonomicznych. Ponieważ konserwatyzm nie dowierza ani abstrakcyjnym teoriom, ani ogólnym zasadom [6], to po pierwsze nie rozumie tych spontanicznych czynników, na których opiera się polityka wolnościowa, a po drugie nie posiada podstaw umożliwiających opracowanie zasad prowadzenia polityki. Konserwatyście wydaje się, że porządek jest rezultatem nieprzerwanych starań władzy, której, w celu utrzymania porządku, trzeba zezwolić na czynienie tego, czego wymagają określone okoliczności, i której nie wolno krępować sztywnymi regułami. Przywiązanie do zasad mieści w sobie pojmowanie ogólnych czynników, zgodnie z którymi integrowane są wysiłki społeczeństwa, ale tej właśnie koncepcji funkcjonowania społeczeństwa, a w szczególności mechanizmów ekonomicznych, konserwatyzmowi wyraźnie brakuje. Konserwatyzm był nieefektywny w opracowywaniu generalnej koncepcji utrzymywania społecznego ładu do tego stopnia, że jego współcześni wyznawcy, próbując konstruować teoretyczny fundament, niezmiennie i niemal wyłącznie odwołują się do autorów, którzy uważali się za liberałów. Tak, słusznie zresztą, myśleli o sobie Macaulay, Tocqueville, Lord Acton, oraz Lecky. Nawet Edmund Burke do samego końca pozostał Starym Wigiem i drżałby na samą myśl, że jest postrzegany jako Torys.

Wróćmy jednak do głównej kwestii, którą jest bierne zadowolenie konserwatysty z działań panującej władzy oraz jego głęboka troska o to, żeby tej władzy nie osłabiać, a nie o to, żeby ją utrzymywać w określonych granicach. Trudno utrzymać to w harmonii z zachowaniem wolności. Ogólnie rzecz biorąc, można prawdopodobnie powiedzieć, że konserwatysta nie sprzeciwia się przymusowi ani też arbitralnej władzy tak długo, jak jego zdaniem stosowane są one dla słusznych celów. Wierzy, że jeśli rządem kierują przyzwoici ludzie, nie powinno się go przesadnie ograniczać sztywnymi regułami. Ponieważ zasadniczo jest oportunistą, największą nadzieję będzie wiązał z mądrymi i dobrymi ludźmi, który będą rządzić – nie jedynie poprzez dawanie przykładu, jak wszyscy możemy sobie życzyć, ale poprzez nadaną im i egzekwowaną przez nich władzę [7]. Podobnie jak socjalistę, bardziej obchodzi go, kto dzierży władzę, niż jak należałoby władzę rządu ograniczać; i podobnie jak socjalista czuje się upoważniony do narzucania innym ludziom wyznawanych przez siebie wartości.

Kiedy mówię, że konserwatysta nie posiada zasad, nie jest moją intencją sugerować, że brakuje mu moralnych przekonań. Typowy konserwatysta jest w istocie człowiekiem o niezwykle mocnych przekonaniach moralnych. Mam na myśli to, że cierpi na brak jakichkolwiek zasad politycznych, które umożliwiłyby mu współpracę z ludźmi hołdującymi wartościom moralnym odmiennym od jego własnych, współpracę, która dałaby taki polityczny ład, gdzie obydwie strony mają możność pozostawania w zgodzie z własnymi poglądami. To właśnie uznawanie takich zasad pozwala na koegzystencję różniących się zbiorów wartości, na budowanie pokojowego społeczeństwa przy użyciu niewielkiego tylko przymusu. Akceptacja oznacza, że godzimy się tolerować wiele z tego, do czego nie czujemy sympatii. Jest wiele wartości konserwatywnych, które są dla mnie bardziej atrakcyjne niż wartości socjalistyczne. Należy jednak pamiętać, że dla liberała doniosłość, jaką osobiście przypisuje określonym celom bynajmniej nie jest wystarczającym uzasadnieniem dla zmuszania innych do służenia im. Jestem przekonany, że niektórzy z moich konserwatywnych przyjaciół będą wstrząśnięci „ustępstwami” na rzecz nowoczesnych poglądów, które w ich oczach poczyniłem w trzeciej części niniejszej książki. Aczkolwiek odczuwam być może antypatię do niektórych z rozważanych tam poglądów, podobnie jak konserwatyści, i opowiadałbym się przeciwko nim, to jednak nie znane mi są żadne generalne zasady, do których mógłbym się odwołać w celu przekonania ludzi o odmiennych zapatrywaniach, że owe poglądy są niedopuszczalne w ogólnie pojętym społeczeństwie, którego życzę sobie na równi z konserwatystami. Pełne pomyślności życie i praca z innymi ludźmi wymaga czegoś więcej niż wierność własnym konkretnym celom; wymaga intelektualnego przywiązania do pewnego rodzaju porządku, w którym w sprawach mających dla jednych fundamentalne znaczenie, innym zezwoli się na dążenie do urzeczywistnienia odmiennych celów.

Z tej właśnie przyczyny z punktu widzenia liberała ani ideały moralne, ani religijne nie będą stosownym przedmiotem wymuszenia, czego nie można powiedzieć o konserwatystach i socjalistach. Czasami mam wrażenie, że najbardziej wyrazistym atrybutem liberalizmu, który odróżnia go w jednakowym stopniu od konserwatyzmu i socjalizmu jest pogląd, że moralne przekonania dotyczące spraw zachowania względem innych, które bezpośrednio nie dotykają sfery chronionej drugiego człowieka, nie usprawiedliwiają wymuszenia. To być może również wyjaśnia, dlaczego pełnemu skruchy socjaliście znacznie łatwiej wydaje się odnaleźć nowe schronienie duchowe w obozie konserwatystów, niż u boku liberałów.

Ostatecznie konserwatyzm ucieka się do twierdzenia, że w każdym społeczeństwie nietrudno wskazać stojące wyżej w hierarchii jednostki, których dziedziczone standardy, wartości i pozycje należy chronić, oraz którym przysługuje większy niż innym wpływ na sprawy publiczne. Liberał, oczywiście, nie zaprzecza istnieniu społecznej hierarchii – nie głosi haseł egalitaryzmu – odmawia jednak słuszności twierdzeniu, jakoby ktokolwiek mógł mieć uprawnienia do decydowania, kto jest taką jednostką. Podczas gdy konserwatysta jest skłonny bronić pewnej panującej hierarchii, a także oczekuje, że władza będzie chronić statusu tych, których on ceni, liberał uważa, że uznanie dla panujących wartości w żadnym razie nie może tłumaczyć odwoływania się do przywilejów, monopolu, czy jakiekolwiek innej wymuszającej władzy państwa, w celu osłaniania grupy protegowanych przed wpływem zmian ekonomicznych. Jakkolwiek liberał jest w pełni świadom ważności roli, jaką elity kulturalne i intelektualne odegrały w ewolucji cywilizacji, uważa także, że elity muszą udowadniać swoją zdolność do utrzymania zajmowanej pozycji na tych samych zasadach, które obowiązują dla wszystkich pozostałych.

W ścisłym związku z powyższym pozostaje tradycyjna postawa konserwatysty względem demokracji. Już wcześniej wyraźnie zaznaczyłem, że nie uważam rządów większości za cel, ale jedynie środek, czy może nawet za najmniej szkodliwą z tych form rządzenia, z których musimy dokonać wyboru. Uważam jednak, że konserwatyści oszukują samych siebie, kiedy obciążają demokrację winą za złe zjawiska naszych czasów. A przecież największym złem jest nieograniczona władza rządu, i nie ma ludzi odpowiednich do dzierżenia nieograniczonej władzy [8]. Rządy, które dziś sprawuje demokracja byłyby jeszcze bardziej nie do zniesienia, gdyby znalazły się w rękach jakiejś niewielkiej elity.

Trzeba przy tym przyznać, że dopiero kiedy władzę przejęła większość, zamykanie rządu w coraz ciaśniejszych granicach uznano za zbędne. I w tym sensie demokracja i nieograniczony rząd są ze sobą powiązane. Jednak to nie demokracja, ale nieograniczony rząd jest nie do przyjęcia, i nie widzę powodu, dla którego ludzie nie mieliby się uczyć się zawężania zakresu władzy większości, podobnie jak jakiekolwiek innej formy rządzenia. W każdym razie, zalety demokracji jako metody nieagresywnego przeprowadzania zmian oraz edukacji politycznej wydają się tak wielkie w porównaniu z zaletami pozostałych systemów, że nie mogę czuć sympatii dla antydemokratycznego tonu konserwatyzmu. Kwestią zasadniczą jest dla mnie nie to, kto rządzi, ale do jakich działań rząd jest uprawniony.

Opozycja konserwatyzmu do rządu nazbyt rozszerzającego kontrolę nie jest kwestią zasad, ale zainteresowania określonymi zamierzeniami rządu, co widać wyraźnie w sferze gospodarki. Konserwatyści zwykle sprzeciwiają się działaniom kolektywistycznym i odgórnym zarządzeniom w przemyśle, i tutaj często znajdą sojuszników w liberałach. Jednocześnie w obszarze rolnictwa są na ogół protekcjonistami i niejednokrotnie wspierali posunięcia pro-socjalistyczne. I rzeczywiście, jakkolwiek restrykcje nakładane dziś na przemysł i handel są głównie rezultatem intencji o charakterze socjalistycznym, równie znaczące restrykcje w rolnictwie były z reguły wprowadzane przez konserwatystów i to nawet wcześniej. Z kolei w próbach podważania zaufania do swobodnej przedsiębiorczości, wielu przywódców konserwatywnych współzawodniczyło z socjalistami [9].

4. Nawiązywałem już do czysto intelektualnych różnic między konserwatyzmem a liberalizmem, wrócę jednak do nich, ponieważ typowa postawa konserwatywna decyduje nie tylko o słabości konserwatyzmu, ale również wykazuje tendencję do działania na szkodę wszelkiej sprzymierzonej z nią sprawy. Konserwatyści instynktownie wiedzą, że to właśnie nowe idee, bardziej niż cokolwiek innego, wywołują zmianę. Jednakże świeże idee niepokoją ich, ponieważ sami nie posiadają własnych dystynktywnych zasad, z którymi mogliby wystąpić w opozycji do nowego; i ze względu na brak zaufania do teorii oraz niemożność wyobrażenia sobie czegokolwiek poza tym, co dostarczyło wcześniej doświadczenie, sami pozbawiają się oręża niezbędnego w zmaganiach idei. W przeciwieństwie do liberalizmu, z jego fundamentalnym przeświadczeniem o dalekosiężnym wpływie idei, konserwatyzm jest w danym momencie skrępowany dziedziczonym zasobem myśli. I ponieważ nie wierzy w siłę argumentacji, z reguły ucieka się do wskazywania wyższej mądrości, której źródłem ma być jakaś sama sobie przypisana nadrzędna jakość.

Najwyraźniej widać tę różnicę w odmiennych postawach tych dwóch tradycji do postępu wiedzy. Chociaż liberał oczywiście nie traktuje każdej zmiany jako postępu, na pewno pojmuje rozwój wiedzy jako jedno z głównych zamierzeń ludzkości i oczekuje, że wiedza z czasem spełni nasze nadzieje na rozwiązanie problemów oraz przezwyciężenie trudności. Nie skłaniając się ku nowemu tylko dlatego, że jest nowe, liberał jest świadom, że kwintesencją osiągnięcia jest wytwarzanie czegoś nowego. Jest również gotów zaakceptować nową wiedzę, bez względu na to, czy podobają mu się jej bezpośrednie konsekwencje, czy nie.

Najbardziej nieakceptowalnego rysu stanowiska konserwatywnego osobiście upatruję w jego skłonności do odrzucania dobrze zweryfikowanej nowej wiedzy. Dzieje się tak, ponieważ nie w smak mu konsekwencje wynikające z nowej sytuacji, lub też, mówiąc bez ogródek, ponieważ cechuje go obskurantyzm. Nie przeczę, naukowcy oddają się przelotnym trendom i modzie i mamy wiele powodów, aby zachować ostrożność w akceptowaniu wniosków, które wyciągają ze swoich najnowszych teorii. Jednak powody naszej powściągliwości muszą być racjonalne, jak również muszą zostać odseparowane od uczucia żalu po tym, jak nowe teorie wprowadziły zamęt w bliskich naszym sercom przekonaniach. Nie mogę ze spokojem znosić tych, którzy na przykład sprzeciwiają się teorii ewolucji czy też tak zwanym „mechanistycznym” objaśnieniom zjawisk życia, z powodu pewnych moralnych konsekwencji, które początkowo zdają się wynikać z owych teorii; ani tym bardziej tych, którzy uważają stawianie pewnych pytań za zgoła nieodpowiednie i bezbożne. Odmawiając stawienia czoła faktom, konserwatysta jedynie osłabia własną pozycję. Owszem niejednokrotnie konkluzje, które przy racjonalistycznych założeniach wyciąga się z naukowego wglądu nie są wcale jego następstwem. Ale tylko biorąc aktywnie udział w dogłębnym badaniu konsekwencji kolejnych odkryć, dowiemy się , czy odkrycia te można uczynić częścią naszego wizerunku świata, a jeśli tak, to w jaki sposób. Gdyby nasze moralne przekonania miały rzeczywiście okazać się zależne od założeń faktycznych, które z kolei okazałyby się błędne, zgoła niesłuszna byłaby obrona tychże przekonań poprzez odmowę uznania samych faktów.

Z nieufnością konserwatyzmu do nowego i obcego związana jest jego wrogość do internacjonalizmu oraz skłonność do ostrego nacjonalizmu – oto kolejne źródło jego słabości w zmaganiach idei. Nie jest on w stanie zmienić faktu, że myśli przemieniające naszą cywilizację nie respektują żadnych granic. A odmowa zapoznania się z nowymi ideami oznacza po prostu pozbawienie się zdolności do skutecznego ich kontrowania w miarę potrzeby. Rozwój idei jest procesem o charakterze wszechświatowym i tylko ci, którzy w pełni uczestniczą w dyskusji o nich będą w stanie wywierać znaczący wpływ. Nie będzie wiarygodnym argumentem stwierdzenie, że idea jest
nie-amerykańska albo nie-niemiecka, a błędny czy zafałszowany ideał nie będzie lepszy tylko dlatego, że dał mu początek nasz rodak.

Można by jeszcze wiele powiedzieć o bliskim związku konserwatyzmu z nacjonalizmem, nie będę jednak rozpisywał się na ten temat, gdyż ktoś mógłby odnieść wrażenie, że moje osobiste stanowisko uniemożliwia mi sympatyzowanie z jakąkolwiek formą nacjonalizmu. Dodam tylko, że owa nacjonalistyczna skłonność częstokroć pozwala przerzucić most między konserwatyzmem a kolektywizmem: niewiele dzieli myślenie w kategoriach „naszego” przemysłu czy surowca od żądania, aby zarządzano tymi państwowymi zasobami w interesie narodowym. Pod tym względem liberalizm europejski wywodzący się z Rewolucji Francuskiej w niewielkim stopniu różni się od konserwatyzmu. Nie muszę chyba dodawać, że tego rodzaju nacjonalizm jest czymś bardzo różnym od patriotyzmu i że awersja do nacjonalizmu jest w pełni zgodna z głębokim przywiązaniem do tradycji narodowych. Przy tym jednak fakt, że preferuję i darzę większym szacunkiem niektóre z tradycji mojego społeczeństwa, nie musi być powodem wrogości do tego, co obce i odmienne.

Tylko na pierwszy rzut oka może się wydawać paradoksalne, że konserwatywny anty-internacjonalizm jest tak często kojarzony z imperializmem. Jednak im większą ktoś odczuwa niechęć do obcego i im bardziej jest przekonany o wyższości własnych zwyczajów, tym bardziej traktuje „cywilizowanie” innych jako misję [10] – cywilizowanie nie na drodze dobrowolnych i nieskrępowanych kontaktów, które preferują liberałowie, ale poprzez przynoszenie dobrodziejstwa sprawnie działającego rządu. Znamienne jest, że również dziś konserwatyści nierzadko łączą siły z socjalistami przeciwko liberałom – nie tylko w Anglii, gdzie Sidney Webb i Fabianie byli otwartymi imperialistami, czy w Niemczech, gdzie państwowy socjalizm i kolonialny ekspansjonizm szły ramię w ramię i znalazły poparcie tej samej grupy „krzesełkowych socjalistów” (socjalistów akademickich – przyp. tłumacz), ale także w Stanach Zjednoczonych, gdzie można to było zaobserwować nawet w czasach prezydentury pierwszego Roosevelta: „Stronnicy dżingoizmu i Społeczni Reformatorzy połączyli się, formując partię polityczną, która groziła, że przechwyci rządy i wprowadzi program cezarystycznego paternalizmu. Jeśli udało się uniknąć tego niebezpieczeństwa, to tylko dzięki temu, że inne partie zaadoptowały ten program w nieco bardziej umiarkowanej formie [11].”

5. Jednakże pod jednym względem jest podstawa do twierdzenia, że liberalizm zajmuje pozycję w połowie drogi między socjalistą a konserwatystą: taki sam dystans dzieli go zarówno od niedojrzałego racjonalizmu socjalisty, który chce przebudować wszystkie przejawy życia społecznego zgodnie z wzorem podyktowanym jego indywidualnymi przesłankami, jak od mistycyzmu, do którego tak często musi odwoływać się konserwatysta. W tym kontekście stanowisko liberalne dzieli z konserwatyzmem nieufność do rozumowania w takim zakresie, że liberał jest doskonale świadom , że nie znamy wszystkich odpowiedzi, że brak mu przekonania co do całkowitej słuszności swoich rozwiązań i wreszcie, iż ma wątpliwości, czy w ogóle uda nam się udzielić odpowiedzi na wszystkie pytania. Poszuka też wsparcia w każdej nieracjonalnej normie obyczajowej czy zwyczaju, który udowodnił swoją wartość. Jednak liberał, w przeciwieństwie do konserwatysty, jest gotów stawić czoła tej ignorancji i uznać ograniczoność naszej wiedzy, nie powołując się na autorytet nadprzyrodzonych źródeł wiedzy w sytuacji, kiedy zawodzą go moce rozumowania. Trzeba przyznać, że pod pewnymi względami liberał jest w istocie sceptykiem [12] – mimo to trzeba chyba nieco skromności, aby pozostawić innym swobodę w poszukiwaniu pomyślności na swój sposób, jednocześnie konsekwentnie obstając przy tego rodzaju tolerancji, która jest zasadniczą cechą liberalizmu. <br><br>
Nie musi to wcale oznaczać, że liberał pozbawiony jest wiary religijnej. W przeciwieństwie do racjonalizmu Rewolucji Francuskiej, autentyczny liberalizm nie ma powodów do kwestionowania religii, i pozostaje mi tylko ubolewać nad agresywną i w gruncie rzeczy nieliberalną antyreligijnością, która pobudzała tak dużą część dziewiętnastowiecznego europejskiego liberalizmu. Antyreligijność nie jest istotną cechą liberalizmu, co wyraźnie widać na przykładzie jego angielskich protoplastów, Starych Wigów, którzy, jeśli chodzi o ścisłość, pozostawali w zdecydowanie zbyt ścisłym przymierzu z określonym przekonaniem religijnym. Niezależnie od tego, jak głębokie będą religijne odczucia liberała, w przeciwieństwie do konserwatysty nie uważa się on za osobę upoważnioną do narzucania ich komukolwiek. W oczach liberała, sfera duchowości i życia doczesnego funkcjonują oddzielnie i powinny pozostać wolne od wzajemnego wpływu.

6. Mój dotychczasowy wywód powinien stanowić wystarczające uzasadnienie, dlaczego nie uważam się za konserwatystę. Wiele osób będzie jednak zdania, że stanowisko wyłaniające się z tegoż wywodu jest niezupełnie tożsame z tym, które zwykli nazywać słowem „liberalne”. Dlatego też czuję się w obowiązku postawić pytanie, czy miano to ma uzasadnienie dla partii wolnościowej. Sygnalizowałem już, że chociaż przez całe życie utrzymywałem, że jestem liberałem, ostatnio mam coraz większe wątpliwości – nie tylko dlatego, że w Stanach Zjednoczonych omawiany tu termin jest nieustannie powodem nieporozumień, ale również dlatego, że jestem coraz bardziej świadom wielkiej przepaści dzielącej moje stanowisko od racjonalistycznego liberalizmu europejskiego czy nawet angielskiego liberalizmu utylitarystów.

Jeśli mimo to liberalizm znaczył to, co znaczył dla angielskiego historyka. który w roku 1827 mógł mówić o Rewolucji Wspaniałej z roku 1688 jako o „triumfie tych zasad, które w języku dnia dzisiejszego nazywane są liberalnymi i konstytucjonalnymi” [13]; albo jeśli mimo to można było, wspólnie z lordem Actonem, wyrażać się o Edmundzie Burke’u, Thomasie Macaulayu, i Williamie Gladston’ie jako o trzech największych liberałach; lub też jeśli mimo to można było, za lordem Laski, uważać Tocqueville’a i lorda Actona za „znaczących liberałów dziewiętnastego stulecia” [14], w rzeczy samej powinienem doprawdy z wielką dumą mienić się liberałem. I chociaż odczuwam wielką pokusę nazwać ich liberalizm autentycznym liberalizmem, muszę stwierdzić, że większość europejskich liberałów stawało po stronie idei, którym ci panowie mocno się sprzeciwiali, i że większością kierowało raczej pragnienie narzucenia światu z góry przyjętego racjonalnego wzorca, niż chęć zapewnienia szansy na swobodny rozwój. W dużym stopniu odnosi się to również do liberalizmu w Anglii, przynajmniej od czasu Lloyda George’a.

W związku z tym trzeba stwierdzić, że to, co nazywałem liberalizmem ma niewiele wspólnego z którymkolwiek ze współczesnych ruchów politycznych działających pod tym szyldem. Wątpliwe jest również, czy historyczne związki dzisiejszej nazwy zwiększają prawdopodobieństwo sukcesu któregokolwiek ruchu liberalnego. Pozostaje kwestią sporną, czy w obecnych warunkach należy podjąć wysiłek wyswobodzenia nazwy z okowów niewłaściwego użycia. Osobiście jestem coraz bardziej zdania, że posługiwanie się nią bez długiego wyjaśnienia powoduje zbyt wiele zamieszania, jak również że jako etykieta stała się bardziej obciążeniem niż źródłem siły.

W Stanach Zjednoczonych, gdzie szanse na używanie terminu „liberalny” w takim rozumieniu, jak ja go do tej pory używałem zmalały niemal do zera, stosuje się termin „libertariański”. Może jest to jakaś odpowiedź, jednak osobiście uważam ją za wysoce nieatrakcyjną. Termin „libertariański” ma zbyt intensywny posmak fabrykatu i środka zastępczego, co nie jest w moim guście. Życzyłbym sobie raczej słowa, które odda charakter partii życia, partii, która na pierwszym miejscu stawia nieskrępowaną progresję i spontaniczną ewolucję. Zachodzę w głowę nad terminem, który najlepiej odda istotę rzeczy i będzie w stanie sam się zareklamować – jednak bez powodzenia.

7. Nie wolno nam jednak zapominać, że w czasie kiedy ideały, które próbuję uczynić bardziej zrozumiałymi, po raz pierwszy szerzyły się w świecie zachodnim, partia reprezentująca je miała ogólnie rozpoznawalną nazwę – była to mianowicie angielska Partia Wigów. To właśnie idee tego stronnictwa zainspirowały ruch, który później znano w całej Europie pod nazwą ruchu liberalnego [15], jak również prowadziły amerykańskich kolonistów do walki o niepodległość oraz były dla nich wskazówką w procesie ustanawiania konstytucji [16]. Partia wolnościowa była ogólnie znana pod nazwą „Partii Wigów” do czasu, kiedy charakter tej tradycji stał się obiektem kolejnych nawarstwień zapoczątkowanych przez Rewolucję Francuską, z jej totalitarną demokracją i nachyleniem socjalistycznym.

Nazwa ta poniosła śmierć w kraju swoich narodzin częściowo dlatego, że przez jakiś czas zasady, które się za nią kryły przestały wyróżniać jedną określoną partię, a częściowo z tego powodu, że członkowie partii nie pozostawali wierni tym zasadom. Dziewiętnastowieczne partie wigów, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak Stanach Zjednoczonych, ostatecznie doprowadziły do zdyskredytowania nazwy w środowiskach radykałów. Ponieważ jednak liberalizm zajął miejsce wigizmu dopiero po tym, jak ów ruch na rzecz wolności przyswoił niedojrzały i bojowniczy racjonalizm Rewolucji Francuskiej, i ponieważ w dużej mierze naszym zadaniem musi być uwolnienie starej tradycji od przesadnie racjonalistycznych, nacjonalistycznych i socjalistycznych wpływów, które naruszyły jej charakter, jest prawdą, że „wigizm” jest historycznie uzasadnioną nazwą dla określenia idei, w które pokładam wiarę. Im większa moja wiedza na temat ewolucji idei, tym bardziej jestem świadom bycia po prostu nieuleczalnym Starym Wigiem – z akcentem na „stary”.

Przyznanie się do bycia Starym Wigiem nie oznacza, naturalnie, chęci cofnięcia się do miejsca u schyłku siedemnastego stulecia. Jednym z celów tej książki było pokazanie, że doktryny, które wtedy po raz pierwszy wyrażono stale się rozwijały aż do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, chociaż pod koniec nie wyrażały już dążeń odrębnej partii. Od tamtej pory staliśmy się mądrzejsi o wiedzę, która powinna umożliwić nam ponowne ich przedstawienie, tym razem w formie bardziej akceptowalnej i dającej lepsze efekty. Niemniej, jakkolwiek istnieje potrzeba ich ponownego opracowania w świetle naszej obecnej wiedzy, nie zmienią się podstawowe zasady Starych Wigów. Owszem, późniejsze dzieje partii wigów wzbudzały u niektórych historyków wątpliwości, czy istniał jakiś wyrazisty zespół zasad wigizmu; mogę jednak zgodzić się z lordem Actonem, że chociaż niektórzy z „ patriarchów tej doktryny cieszyli się bardzo złą sławą, pojęcie prawa przewyższającego miejskie kodeksy, z którym to pojęciem zaczynał wigizm, jest najwyższym osiągnięciem Anglików i ich spuścizną narodową” [17] – a także, można by dodać, światową. Doktryna ta leży u podstaw powszechnej tradycji w krajach anglosaskich. Liberalizm europejski czerpał z niej to, co najlepsze. Bazuje na niej amerykański system rządzenia. W czystej formie ma swoją reprezentację w Stanach Zjednoczonych, lecz nie pod postacią radykalizmu Jeffersona, ani też konserwatyzmu Hamiltona czy nawet Johna Adamsa, ale pod postacią idei Jamesa Madisona, „ojca Konstytucji” [18].

Nie jestem przekonany, czy wskrzeszanie dawnej nazwy można nazwać praktyczną polityką. To, że dla całych rzesz ludności, w świecie anglosaskim i poza jego granicami, termin prawdopodobnie nie budzi obecnie konkretnych skojarzeń, być może przynosi więcej korzyści, niż mogłoby się wydawać. Dla osób obeznanych z historią idei będzie to chyba jedyny termin dobrze oddający znaczenie tej tradycji. Z drugiej strony, „wigizm” jest solą w oku autentycznym konserwatystom, a nawet bardziej wielu konserwatystom z socjalistyczną przeszłością. Ich instynkt ma swoje uzasadnienie. „Wigizm” nazywał przecież jedyny zbiór ideałów, który konsekwentnie występował przeciwko władzy arbitralnej.

8. Można by zapytać, czy nazwa ma aż tak duże znaczenie. W kraju podobnym do Stanów Zjednoczonych, gdzie generalnie naród cieszy się wolnymi instytucjami życia społecznego i stąd obrona istniejącego stanu rzeczy jest często obroną wolności, być może nie stanowi większej różnicy, czy rzecznicy wolności nazywają siebie konserwatystami, chociaż nawet w tej sytuacji wiązanie się z konserwatystami z usposobienia często będzie kłopotliwe, ponieważ nawet kiedy ludzie aprobują ten sam układ, trzeba zapytać, czy aprobują go, bo istnieje, czy też dlatego, że jest sam w sobie pożądany. Powszechny sprzeciw prądom kolektywistycznym nie może spychać na dalszy plan faktu, że wiara w integralną wolność jest oparta na postawie zasadniczo zakładającej postęp i czerpanie z nowych idei, a nie na nostalgicznej tęsknocie za minionym czy na romantycznym uwielbieniu tego, co było i jest.

Mimo to, wyraźne rozróżnienie jest absolutnie konieczne tam, gdzie – jak ma to miejsce w wielu częściach Europy – konserwatyści zaakceptowali dużą część kolektywistycznego kredo; kredo, które określało kurs polityki przez tak długi czas, że wiele jego założeń zostało zaakceptowanych naturalną koleją rzeczy i stało się źródłem dumy partii „konserwatywnych”, które te założenia opracowały [19]. W tej sytuacji rzecznikom wolności pozostaje wejść w konflikt z konserwatystami i zająć z gruntu radykalne stanowisko wymierzone przeciwko rozpowszechnionym uprzedzeniom, utrwalonym stanowiskom i dobrze ugruntowanym przywilejom. Nadużycia i akty bezmyślności nie stają się lepsze tylko dlatego, że są wyrazem od dawna obecnych zasad bezmyślności.

Chociaż polityk uzna <i>quieta non movere</i> za rozsądną maksymę, nie może ona usatysfakcjonować filozofa politycznego. Jakkolwiek życzyłby on sobie ostrożnych działań politycznych, którym opinia publiczna gotowa byłaby udzielić poparcia, nie wolno mu akceptować postanowień tylko dlatego, że uzyskały powszechną aprobatę. W świecie, w którym raz jeszcze – podobnie jak u początku dziewiętnastego stulecia – nadrzędną potrzebą jest usunięcie stworzonych w efekcie braku wyobraźni barier i obciążeń krępujących proces swobodnego wzrostu, ziszczenie nadziei filozofa politycznego zależy od jego zdolności do przekonania i pozyskania poparcia tych, którzy z natury są „progresywistami”, którzy, choćby dążyli do zmian w niewłaściwym kierunku, przynajmniej gotowi są spojrzeć krytycznie na aktualny stan rzeczy i zmieniać go w każdym miejscu, które tego wymaga.

Mam nadzieję, że nie wprowadziłem większego zamieszania, mówiąc okazjonalnie o „partii”, podczas gdy miałem na myśli grupy ludzi broniących pewnego zespołu zasad intelektualnych i moralnych. Polityka partyjna jakiegokolwiek kraju nie była przedmiotem zainteresowania tej książki. Pytanie o to, w jaki sposób zasady, które starałem się odtworzyć poprzez dosztukowanie odłamanych fragmentów określonej tradycji, można przetłumaczyć na program atrakcyjny dla mas, filozof polityczny musi pozostawić „temu podstępnemu i zręcznemu zwierzęciu, pospolicie zwanemu mężem stanu lub politykiem, którego ciało rządzące działa w odpowiedzi na chwilowe wahania sytuacji politycznej” [20]. Do zadań filozofa politycznego nie będzie należało mobilizowanie ludzi do działania, ale jedynie wywieranie wpływu na opinię publiczną. I osiągnie on efekty, ale tylko pod warunkiem, że nie będzie zaprzątał sobie głowy tym, co aktualnie jest politycznie osiągalne, ale konsekwentnie bronił „ogólnych zasad, które pozostają zawsze takie same” [21]. Dlatego wątpię w istnienie czegoś na kształt konserwatywnej filozofii politycznej. Owszem, konserwatyzm będzie często użyteczną i praktyczną maksymą, jednak nie zaoferuje żadnych zasad przewodnich, które mogłyby wywierać wpływ na rozwój wydarzeń w dłuższej perspektywie.
Przypisy

Cytat z początku posłowia zaczerpnięty z: Acton, The History of Freedom and Other Essays, red. John Neville Figgis and Reginald Vere Laurenc, Macmillan, Londyn 1907, s. 1

1. Dzieje się tak od ponad stu lat; już w 1855 r. J. S. Mill mógł powiedzieć, że „niemal wszystkie projekty reformatorów społecznych są dziś naprawdę zabójcze dla liberalizmu.” (patrz: F. H. von Hayek, John Stuart Mill and Harriet Taylor: Their Correspondence and Subsequent Marriage, Londyn i Chicago 1951)

2. Bernard Crick słusznie stwierdza, że „normalny Amerykanin, który nazywa siebie «konserwatystą» jest w istocie liberałem.” Mogłoby się wydawać, że niechęć tych konserwatystów do stosowania bardziej adekwatnego określenia ma miejsce od czasu jego nadużywania w okresie Nowego Ładu; B. Crick, „The Strange Quest for an American Conservatism”, w: Review of Politics, XVII (1955), s. 365

3. Wyrażenie to pochodzi z: R. G. Collingwood, The New Leviathani, Oxford University Press, Oksford 1942, s. 209

4. Por. charakterystyczny wybór tego określenia na tytuł książki obecnego premiera Wielkiej Brytanii, Harolda Macmillana, The Middle Way Londyn, 1938

5. Por. Lord Hugh Cecil, Conservatism, Home University Library, Londyn 1912, s. 9: „Naturalny konserwatyzm (…) jest usposobieniem niechętnym zmianom; częściowo wyrasta z nieufności do nieznanego.”

6. Por. odkrywczy auto-opis konserwatysty w: K. Feiling, Sketches in Nineteenth Century Biography, London, 1930, s. 174: „Jako grupa, strona prawa przeżywa horror idei, bo czyż nie jest człowiekiem praktycznym ten, jak mówi Disraeli, «kto praktykuje omyłki swoich poprzedników»? Ludzie ci przez długie okresy swojej historii opierali się bez wyjątku wszystkim innowacjom, a utrzymywanie, że czczą swoich przodków powoduje, że ich osądy zawężone zostają do starych indywidualnych uprzedzeń. Ich stanowisko okaże się bezpieczniejsze, chociaż bardziej skomplikowane, kiedy dodamy, że prawe skrzydło nieustannie wysuwa się przed lewe; że funkcjonuje dzięki ciągłemu aplikowaniu sobie szczepionki przeciw ideom liberalnym i dlatego cierpi na wiecznie niedoskonały stan kompromisu.”

7. Proszę wybaczyć, że powtórzę słowa, których przy innej okazji użyłem do przedstawienia ważnej kwestii: „Główną zaletą indywidualizmu, za którym przemawiali [Adam Smith] i jemu współcześni jest to, że stwarza układ, w którym źli ludzie są mniej szkodliwi. Funkcjonowanie takiego układu nie zależy od tego, czy znajdziemy dobrych ludzi do kierowania nim, ani też od tego, czy wszyscy ludzie staną się lepsi, niż są teraz. Znajdzie się w nim miejsce dla ludzi w całej ich różnorodności i złożoności, czasami dobrych a czasami złych, czasami inteligentnych a częściej głupich.”; F. A. Hayek, Individualism and Economic Order, Londyn i Chicago, 1948, s. 11

8. Por. Lord Acton w: Letters of Lord Acton to Mary Gladstone, red. H. Paul London, 1913, s. 73: „Niebezpieczeństwo nie tkwi w tym, że określona klasa jest niezdolna do rządzenia. Wszystkie klasy są niezdolne do rządzenia. Prawo wolności dąży do zniesienia panowania rasy nad rasą, wiary nad wiarą, klasy nad klasą.”

9. J. R. Hicks słusznie mówił w związku z tym o „karykaturze rysowanej zarówno przez młodego Disraeli’ego, Marksa, jak i Goebbelsa”; J. R. Hicks, The Pursuit of Economic Freedom, w: What We Defend, Oxford University Press, Oksford 1942, s. 96. O roli konserwatystów w tej kwestii patrz również: F. A. Hayek, Introduction to Capitalism and the Historians, University of Chicago Press, Chicago 1954, s. 19 i dalej.

10. Por. J. S. Mill, On Liberty, red. R. B. McCallum, Oksford 1946, s. 83: „Nie jestem przekonany, czy prawdą jest, iż jakakolwiek społeczność ma prawo zmuszać inną do cywilizowania się.”

11. J. W. Burgess, The Reconciliation of Government with Liberty, Nowy Jork, 1915, s. 380

12. Por. L. Hand, The Spirit of Liberty, red. I. Dilliard, Nowy Jork, 1952, s. 190: „Duch wolności to duch, który nie do końca jest pewien, że racja stoi po jego stronie.” Patrz również często cytowana wypowiedź Olivera Cromwella w jego Letter to the Assembly of the Church of Scotland, August 3, 1650: „Proszę was, na litość boską, dopuście myśl, że możecie się mylić.” Godne odnotowania jest to, że słowa te są prawdopodobnie najlepiej zapamiętaną wypowiedzią jedynego „dyktatora” w Brytyjskiej historii!

13. H. Hallam, Constitutional History red. Everyman, 1827, III, s. 90. Często sugeruje się, że termin „liberalny” wywodzi się od wczesnodziewiętnastowiecznej hiszpańskiej partii „Liberales”. Bardziej jestem skłonny uwierzyć, że wyprowadzony został z ustępów pism Adama Smitha, np. The Wealth of Nations, II, s. 41: „liberalny system wolnego eksportu i importu” oraz s. 216: „pozwalając każdemu człowiekowi na realizowanie swoich zainteresowań na swój własny sposób, zgodnie z liberalnym projektem równości, wolności i sprawiedliwości.”

14. Lord Acton w: Letters to Mary Gladstone, s. 44. Por. także jego zdanie o Tocqueville’u w: Lectures on the French Revolution, London 1910, s. 357: „ Tocqueville był liberałem najczystszej rasy – liberałem i tylko liberałem, patrzącym z głęboką nieufnością na demokrację i jej krewnych – równość, centralizację i utylitaryzm.” Podobnie w: Nineteenth Century, XXXIII, 1892, s. 885.

Słowa H. J. Laski pojawiają się w tegoż: Alexis de Tocqueville and Democracy, w: The Social and Political Ideas of Some Representative Thinkers of the Victorian Age, red. F. J. C. Hearnshaw, Londyn 1933, s. 100, gdzie mówi, że „twierdzenie, iż on [Tocqueville] i Lord Acton byli pierwszoplanowymi liberałami dziewiętnastego stulecia, można by uczynić argumentem nie do zbicia.”

15. Już na początku osiemnastego wieku, angielski obserwator zauważał, że „rzadkością było znać obcokrajowca – Holendra, Niemca, Francuza, Włocha czy Turka – osiedlającego się w Anglii, który by nie został wigiem po krótkim obcowaniu z nami”; cytowane przez: G. H. Guttridge, English Whiggism and the American Revolution, University of California Press, Berkeley 1942, s. 3

16. W Stanach Zjednoczonych dziewiętnastowieczne użycie terminu „wig” na nieszczęście wymazało z pamięci fakt, że w osiemnastym wieku reprezentował on zasady, które przewodziły rewolucji, osiągnęły dla ludzi niepodległość i nadały kształt Konstytucji. To w społecznościach wigów młody James Madison i John Adams rozwijali swoje polityczne idee (por. E. M. Burns, James Madison, Rutgers University Press, New Brunnswick, N.J., 1938, s. 4); to zasady wigów, jak przekazuje nam Jefferson, były wskazówką dla wszystkich prawników stanowiących tak silną większość wśród sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości, jak również wśród członków Konwencji Filadelfijskiej (patrz Writings of Thomas Jefferson, Memorial ed., Waszyngton 1905, XVI, s. 156). Wyznanie zasad wigizmu dosięgło punktu, w którym nawet żołnierze Waszyngtona ubrani byli w tradycyjne kolory wigów – niebieski i beż, podobnie jak wigowie Charles’a James’a Foxa w brytyjskim parlamencie. Kolory te obecne są po dziś dzień na okładkach Edinburgh Review. Jeśli pokolenie socjalistów uczyniło z wigizmu swój ulubiony cel, tym bardziej uzasadnione są powody oponentów socjalizmu do dowodzenia adekwatności tej nazwy. Jest to dziś jedyna nazwa właściwie określająca przekonania liberałów Williama Gladstone’a, ludzi pokolenia Maitlanda, Actona i Bryce’a, ostatniego pokolenia, które za główny cel stawiało sobie wolność, nie równość czy demokrację.

17. Lord Acton, Lectures on Modern History, Londyn 1906, s. 218 (Wprowadziłem drobne zmiany w układzie zdań, aby zwięźle odtworzyć sens wypowiedzi Actona).

18. Por. K. Padover w jego wstępie do: The Complete Madison, Nowy Jork 1953, s. 10: „Współczesna terminologia przypisałaby Madisonowi etykietę liberała drogi środka, zaś Jeffersonowi – radykała.” Jest to ważne i zgodne z prawdą, chociaż musimy też pamiętać, jak E. S. Corwin określał późniejszą postawę Madisona – „poddanie się przemożnemu wpływowi Jeffersona”; E. S. Corwin, James Madison: Layman, Publicist, and Exegete, University Law Review, XXVII, Nowy Jork 1952, s. 285

19. Por. deklaracja linii politycznej brytyjskiej Partii Konserwatywnej, The Right Road for Britain, Londyn 1950, s. 41–42, w której utrzymuje się nie bez racji, że „ta nowa koncepcja [usług socjalnych] została opracowana [przez] Rząd Koalicyjny z większością ministrów konserwatywnych i pełnym poparciem większości konserwatywnej w Izbie Gmin (…) Przedłożyliśmy podstawy systemu świadczeń emerytalnych, zasiłku chorobowego i dla bezrobotnych, wsparcia w sprawach nadużyć w miejscu pracy, jak również podstawy planu narodowej służby zdrowia.”

20. A. Smith, The Wealth of Nations, I, 432

21. Tamże

Tłumaczenie:

Piotr Makuch

piotrekmakuch@gmail.com

Anglojęzyczny oryginał można znaleźć na stronie www.lewrockwell.com

27 comments

  1. Timur

    „Rządy, które dziś sprawuje demokracja byłyby jeszcze bardziej nie do zniesienia, gdyby znalazły się w rękach jakiejś niewielkiej elity.”

    Bardzo słuszna uwaga.

  2. Apfelbaum

    Nie! W demokracji jest gorzej niż w oligarchii. Wybory wygrywają zawsze najwięksi szaleńcy i wariaci jak pisał Tocqueville lub kłamcy korzystający z socjotechniki oligarchie najczęściej nie podlegają takiej negatywnej selekcji.

  3. Timur

    Sęk w tym, by przyszłe elity kształtowały się w inny sposób niż to było onegdaj.
    A największym plusem demokracji jest „desakralizacja władzy” która zdejmuje kajdany z umysłu i pozwala za czas jakiś skorygować błąd. Króla Tyrana zaś nie obali nikt. Taki to może zginąć tylko przypadkowo. Gdy zgwałci żonę swojego dowódcy straży a ten w końcu nie zdzierży.

  4. Faer

    Zależy jakie oligarchie – państwa komunistyczne z pewnością można nazwać oligarchiami, a selekcja była tam bardziej negatywna niż w przypadku demokracji, bo do elyty dostawała się najgorsza swołocz – ci, którzy poświęcili wszystko dla kariery w partii. Choć np. w Wielkiej Brytanii XIX-wiecznej selekcja była mniej negatywna niż w demokracji.

  5. Faer

    Co do komentarza Timura – racja, demokracja sprawia, że jeżeli władca jest ogromnie tyrański i nieznośny (dla zdecydowanej większości!) to raczej się nie utrzyma. Iwan Groźny rządził przez dziesiątki lat, a taki Bush nie utrzyma się dłużej niż 8.

  6. Apfelbaum

    Przepraszam, ale nie chodzi mi o jakiekolwiek oligarchie partyjne. Partie zawsze powodują awans najgorszych i najbardziej bezwzględnych, oraz rządnych władzy osobników do przywództwa. A ludzie szaleni najłatwiej podbijają serca tłumów. Nie ma większego znaczenia czy jest jedna, dwie czy wiele partii efekt jest podobny. Rządy muszą być bezpartyjne. Car miał takie wielkie uprawnienia, bo w odróżnieniu od katolicyzmu tyranobójstwo w prawosławiu jest i było grzechem ciężkim.

  7. Faer

    Co z pewnością nie powstrzymywało nikogo przed mordowaniem tyranów – patrz Wielka Smuta. Rzeczywiście wyjątkowi tyrani bywali w krajach europejskich zabijani i wybuchały przeciw nim bunty (w średniowieczu), często jednak przeżywali żelazną ręką pilnując, żeby nie było żadnych buntów. Ale to już dyskusja o monarchii, a nie oligarchii.

    Co do oligarchii, to partyjność nie jest kluczowym czynnikiem. Jakby ziomkowie z PZPR nie grupowali się w partie, lecz tworzyli inny rodzaj zamkniętej kliki jak w oligarchiach starożytnych, niewiele by się zmieniło. Po prostu, jakość oligarchii zależy od profilu Grupy Trzymającej Władzę.

  8. Apfelbaum

    Jest zasadnicza różnica arystokratą lub plutokratą się po prostu jest i taka osoba jest niezależna i suwerenna, a w partiach nie ma czegoś takiego, bo jednostka (kadry partyjne) są niczym a partia wszystkim. Do partii człowiek się zapisuje i zabiega o awans. Arystokratą się po prostu jest a pozycję się zdobywa. Różnice są zasadnicze. Niech pan zauważy, że spory partyjne dotyczą liczby stanowisk zdobytych przez poszczególne frakcje, a nie rzeczywistych różnic w poglądach. Z oligarchami było zupełnie inaczej. Oligarchowie wszystko zawdzięczają sobie i przodkom a działacze partyjni układom frakcji i partii. W partiach zawsze dochodzi do czystek i likwidowaniu indywidualizmu, a w arystokracjach i plutokracjach indywidualizm jest ceniony. Arystokracje są hierarchiczne, a partie to egalitarny trybalizm.

  9. Timur

    Ale z tej „niezatapialności” arystokratów nic dobrego nie wynika. Ktoś kto uważa się za „naznaczonego przez Stwórcę” często bywa bezkrytyczny i nieobliczalny.
    A indywidualizm niejedno ma imię. Sam jestem ponoć straszliwym indywidualistą ale wkurza mnie sytuacja gdy indywidualizm jest zastrzeżony tylko dla jakiejś „Boskiej Kasty”

  10. Apfelbaum

    Nie zmienia to dwóch faktów:
    Partia, a arystokracja nie jest tym samym, a wręcz są to bardzo odmienne wspólnoty. W pierwszej dochodzi do selekcji negatywnej w drugiej do pozytywnej.
    Liczba arystokratów będzie stała i związku z tym poziom etatyzmu będzie stały, natomiast partia będzie miała coraz liczniejsze szeregi i doły partyjne będą wymuszały na aparacie kierownictwa partii zwiększanie liczby urzędników.
    Dodatkowo zwrócę uwagę na fakt, że członkowie partii są aktywistami, podczas gdy większość ludzi jest raczej biernymi obserwatorami i nie lubi zmian.

  11. Timur

    A ja bym wolał żeby demokracja trwała dalej. Przynajmniej do momentu gdy poziom świadomości społeczeństwa i postępująca laicyzacja posunie się do tego stopnia że nikt nie będzie wierzył w „błękitną krew” ani w dogmat o Woli Bożej którą można wytłumaczyć wszystko włącznie z Prawem Pierwszej Nocy które oby NIGDY nie wróciło.

    Liczba arystokratów jest stała więc poziom etatyzmu będzie stały? Tylko że mit o „błękitnej krwi” wymaga pewnych poświęceń. Na przykłąd „ustawienia” nieślubnego syna w zamian za milczenie coby nie było skandalu.
    Tuż przed Rewolucją Francuską nastąpiła postępująca etatyzacja społeczeństwa, tak że nawet JKM wysnuł tezę, że rewolucji nie wywołał lud ( wg niego l…d ) tylko mlodzi arystokraci dla których zabrakło stołków.
    Zwróć uwagę Apfelbaum że nawet feudalizm tak onegdaj chwalony przez JKM gnił w ciągu kilku stuleci. Z paru dni pańszczyzny w miesiącu zrobiło się 6 dni w tygodniu od świtu do zmroku.
    A zatem każda władza się degeneruje i jak widać „prywatyzacja władzy” czy „włądca-właściciel dbajacy przecież…” to też mit.

  12. Apfelbaum

    Proszę pana zawsze państwo tworzy jakiś ład aksjologiczny, na którym opiera się prawo. W Francji przed rewolucją już nie było feudalizmu. On się skończył wraz z rządami Ludwika XIV i kardynała Richelieu. To oni wprowadzili merkantylizm i powstrzymali bunt frondy przeciw nadużyciom władzy jednocześnie pokazując, że z ludem można zrobić wszystko, czego efektem był pierwszy w historii terror za czasów rządów jakobinów. Jednak wracając do tematu faktem jest, że ludzie wybrani losowo ze społeczeństwa są lepsi od członków partii, a w wypadku arystokracji była to selekcja pozytywna. Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze wierzy w resztki po starej arystokracji. Ja jestem jak najbardziej z władzą jednostki legitymizowanej raczej odgórnie niż oddolnie.

  13. Timur

    Resztki po starej arystokracji? Tu nie trzeba wiary tylko osobistych doświadczeń. Ba! Żyją nawet potomkowie Cesarzy Rzymskich ( narodu niemieckiego oczywiscie ).
    A zatem oni wciąż istnieją.
    Między Richelieu a Rewolucją Francuską było ponad stulecie.

    Jednostka legitymizowana odgórnie? No to będziemy mieli królową-blondynkę która się ze wszystkimi możnymi przespała.
    Albo króla-brata tejże blondynki.
    Albo w najlepszym przypadku króla-zwycięzce w turnieju rycerskim albo na polowaniu.
    Czy aby na pewno tego chcemy?
    Czy machanie mieczem ( dzisiaj ) daje kompetencje do rządzanie WSPÓŁCZESNYM Państwem?
    Może w średniowieczu to wystarczało. Obronić królestwo i tyle a chłopi i tak wiedzieli jak się orze i nie trzeba było ich szkolić.

    A tak poza tym panie Apfelbaum. Skąd Pan klika?

    Pozdro,

  14. Apfelbaum

    Piszę ze stolicy!!! Legitymizm odgórny polega na legitymizacji w sferze idei np. legitymizacja królewska od Boga lub przodków czy legitymizacja za wybitną mądrość, zdolność itd. Nie jest to inna legitymizacja niż w wypadku legitymizmu oddolnego w ludzie narodzie. I jedna i druga jest metafizyką, ale ich konsekwencje są inne. Legitymizm oddolny jest sterowany i subiektywny, a odgórny stały i obiektywny. Pierwszy może ulegać zmianie drugi nie. Jest to zapisane w samej jego istocie. Arystokracja już nie istnieje te resztki nie są godne takiego tytułu. Nawet, jeśli są pojedyncze wyjątki, które mogłyby tworzyć nową arystokrację to większość straciła wszelki legitymizm.

  15. Timur

    Na jakiej podstawie uważasz że arystokracja straciła legitymizm? A ja też klikam ze stolicy tak poza tym.

  16. Apfelbaum

    Straciła wiarę w tą legitymizację i straciła „ducha” (w sensie sposobu bycia i pewnego poczucia misji). Choć jest to smutne trzeba to zaakceptować. Należy wyczekiwać nowej arystokracji przecież zawsze dochodzi do wymiany elit i nie ma, co płakać za starą. Wystarczy zlikwidować uzurpatorów i wyłonią się najdzielniejsi.

  17. Timur

    Ależ ja się nie smucę z powodu zgaśnięcia starej arystokracji. Wręcz przeciwnie. Bardzo bym chciał by elity nie były dziedziczne a by pojawiła się wreszcie Selekcja Pozytywna.
    Jakich uzurpatorów pragnąłbyś zlikwidować?
    Jakie znasz przypadki utraty honoru w przypadku starej arystokracji? A co do honoru to bardzo honoriwi potrafią być chłopi z Podlasia z którego pochodzę.
    No to już kończę. Pora otwierać szampana. Choć zaraz ktoś się obruszy i powie że to tylko sect. 😀

    To Dosiego Roku wszystkim forumowiczom 🙂

  18. Apfelbaum

    Elity zawsze w mniejszy lub większy stopień są dziedziczne, ale zawsze część ludzi się od nich przedostaje i część je opuszcza. Jednocześnie okresowo dochodzi do wymiany elit. Ten naturalny proces zaburza demokracja, dokładnie tak jak pusty pieniądz zaburza gospodarkę. Dlatego żyjemy w czasach selekcji negatywnej. Ludzie inteligentni zostają zamknięci w państwowych ośrodkach i uzależnieni od budżetu okupantów. Cała siła przedsiębiorców zostaje pochłonięta na walkę z biurokracją, a przed obywatelami media zakrywają prawdę prowadząc własną politykę. Dlatego nie ma arystokracji i zrywów ludu. Bardzo dziękuję za życzenia i życzę wszystkiego dobrego.

  19. Apfelbaum

    Nie odpowiedziałem na część pańskich pytań, więc szybko naprawię błąd:
    Jakich uzurpatorów pragnąłbyś zlikwidować?
    Chodzi mi o wszystkie partie polityczne i wysokich urzędników, rządzących i dziennikarskie salony. ONI uzurpują władzę w Polsce. Tak naprawdę nie wiadomo, która strona jest silniejsza, ale wszystkie trzeba pozbawić władzy. Dziennikarzy przez stworzenie konkurencji. Urzędników zwolnić. Partie rozwiązać.
    Chłopska moralność często ewoluuje w honor szlachty. Nic dziwnego, że szlachta to przeważnie ziemiaństwo.

  20. Timur

    Uff! Dobrze że nie chcesz wybijać dziennikarzy Apfelbaum.
    A swoją drogą w epoce madialnej trudno będzie stworzyć faudalizm taki jak w średniowieczu. Kiedyś jedynym „mass-medium” była księżowska ambona. Mam nadzieję, że te czasy nie wrócą.

  21. Apfelbaum

    Ależ chodzi jedynie o rozdrobnienie rynku medialnego i pojawienie się alternatywnej do demoliberalnej istoty dziennikarstwa. Dokładniej na ten temat pisze pan Maciej Pacholarz.
    http://konserwatyzm.pl/content/view/2635/111/
    Konserwatyzm jest personalistyczny i traktuje życie i godność każdej osoby, jako wartość nadrzędną w odróżnieniu od kolektywistów, dla których jednostka jest niczym.

  22. Timur

    A ja nie jestem konserwatystą a mimo to jednostka NIGDY nie była dla mnie zerem ani bzdurą!

  23. Mieczysław S.Kazimierzak

    Ekonomiczne teorie Augusta von Hayeka wydają się być dobrą podstawą dla wizji federacji europejskiej.
    To cały jednak proces poprzez Europę Ojczyzn i zrozumienie w nich nadrzędności praw stworzenia i natury.Konsekwencje braku tego zrozumienia widać przy realizacji utopii GATT i globalnego wolnego handlu.Nie unika się możliwości globalnego konfliktu poprzez WOJNĘ O PIENIĄDZ,którą opisał Chińczyk Song Hongbing.Od historii finansowania sposobów sprawowania władzy doszedł do tego jak dziś kreuje się kryzysy i jak się na nich zarabia.

  24. Pingback: Hayek: Dlaczego nie jestem konserwatystą - konserwatyzm, konserwatyścimises.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *