Włodzimierz Gogłoza

Włodzimierz Gogłoza „Słów kilka o tym, jak wolnościowcy wszystkich krajów łączyli się i co z tego wynikło”

W dniach 1-5 lipca w Dax we Francji odbyło się międzynarodowe spotkanie wolnościowców (od klasycznych liberałów poprzez anarchokapitalistów aż po przedstawicieli najskrajniejszego odłamu libertarianizmu – agorystów), w ten, czy w inny sposób związanych z International Society for Individual Liberty i/lub Libertarian International. Okazją do jego zorganizowania była dwusetna rocznica urodzin wybitnego francuskiego ekonomisty, pisarza i proto-libertarianina Frédérica Bastiata (1801-1850). Jadąc na tą konferencję spodziewałem się naprawdę udanej imprezy, ale to co miało miejsce przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Pierwszy dzień spotkania miał umożliwić jego uczestnikom wzajemne poznanie się i w tym celu organizatorzy przygotowali dla nas bankiet powitalny w Murgon – miejscowości, z którą Bastiat był szczególnie związany i w której znajduje się upamiętniający go pomnik. Ku naszemu zaskoczeniu na placu jego imienia oczekiwała na nas niemal stuosobowa grupa demonstrantów z organizacji ATTAC (domagającej się likwidacji rajów podatkowych oraz wprowadzenia tzw. Tobin Tax tj. podatku od międzynarodowych transakcji finansowych), której lider przebrany za mafijnego bossa przywitał nas na meetingu międzynarodowej burżuazji. Ciekawy jestem jak wyglądałaby jego mina gdyby dowiedział się, że obok licznej grupy Amerykanów i Kanadyjczyków, do owej burżuazyjnej mafii należą też ludzie z tak bogatych krajów jak Albania, Nigeria czy Rumunia, którzy mogą tylko marzyć o osiągnięciu takiego standardu życia jaki on uważa za uwłaczający ludzkiej godności…

Ponieważ moja znajomość języka francuskiego ogranicza się do tak użytecznych w politycznych debatach sformułowań jak „jestem treserem lwów” czy „jakie sporty zimowe pan uprawia” miast angażować się w dyskusje z lewakami począłem zacieśniać stare znajomości i zawierać nowe. Najmilej z owego wieczoru wspominam pogaduszki z Thogrą GhaemMaghami – miłośniczką Bastiata pochodząca z Iranu, Anna Singerovą (kallisti) – studentką piątego roku ekonomii z Pragi, Dottie Gardner – nauczycielką z prywatnej podstawówki na Hawajach, Dulmaagiem Khurelbaatarem – libertarianinem z… Mongolii i przemiłym starszym małżeństwem z Texasu, państwem Geri i George Shermanami, od których dowiedziałem się m.in. co nowego słychać u Rona Paula (znowu próbuje przepchnąć w amerykańskim Kongresie poprawkę do konstytucji delegalizująca podatek dochodowy) i jak się układa życie w Freeporcie (dobrze).

Na co najmniej parę słów zasługuje również poznana tego dnia Meagan Walker-Williams, rdzenna Indianka z plemienia Somena, która przy pomocy prawnej prof. Davida Friedmana (którego jak sądzę nikomu z czytelników nie trzeba przedstawiać, wszak to czołowa postać anarchokapitalizmu, a i ekonomista i prawnik nie byle jaki) usiłuje stworzyć autonomiczną, wolnorynkowa strefę w regionie Cowichan (Vancouver Island, Kanada). Spytana czym zajmuje się na co dzień odpowiedziała, „jestem profesjonalną zadrą w rządowym tyłku„.

Jak się później okazało podobnym mianem można byłoby obdarzyć znacznie więcej osób, obok bowiem licznej rzeszy akademickich libertarian wśród uczestników spotkania było też sporo aktywistów na co dzień propagujących wolnościowe idee (m.in. Sarah Lawrence, organizatorka kontrdemonstracji w Quebec City). Byli też tacy, którzy nie wahali się dla ich urzeczywistniania wejść w konflikt z prawem – kilku anarchistów biorących udział w konferencji parę tygodni przed jej rozpoczęciem wyszło z więzienia, w którym siedzieli bądź to za ukrywanie dochodów przed urzędami skarbowymi, bądź też za uprawianie marihuany.

Właściwa konferencja rozpoczęła się następnego dnia od wystąpienia prof. Boba Mc Teera – „Why Bastiat is my Hero„. Nim jednak Jacques de Guenin, prowadzący konferencję z ramienia Le Cercle Frédéric Bastiat oddał mu głos, poinformował publikę, że w myśl francuskiego prawa konferencja jest nielegalna, gdyż na podstawie tzw. ustawy Toubona o ochronie j. francuskiego wszelkie oficjalne imprezy odbywające się na terenie Francji muszą być prowadzone w języku urzędowym. Nie trudno sobie chyba wyobrazić z jaką reakcją spotkała się ta informacja…

Okazji do śmiechu nie brakowało również podczas pierwszej prelekcji. Szef Federal Reserve Bank of Dallas okazał się być doskonałym mówca, obdarzonym ciętym językiem i poczuciem humoru jakiego nigdy bym się nie spodziewał po osobie na co dzień główkującej nad tym o ile promili obniżyć/podwyższyć stopy procentowe, by maluczcy, w tą lub inną stronę, z zaciąganiem kredytów nie przesadzili. Żartobliwy ton jego wystąpienia nie ustrzegł go jednak przed atakami ze strony publiki. Nie sądzę jednak by specjalnie go to zaskoczyło, wszak jako miłośnik Ayn Rand z pewnością wiedział, że ani banki centralne, ani ich szefowie nie cieszą się specjalną sympatią libertarian. Przyciśnięty do muru musiał w końcu przyznać, że żonę przestał bić dopiero trzy lata temu…

W podobnie lekkim tonie utrzymana była następna prelekcja Bertranda Lemenniciera. Profesor ekonomii na University of Paris, dziekan Laboratoire d’Economie Publique de Paris II i członek Mont Pelerin Society (wolnorynkowa międzynarodówka założona w 1944 roku przez noblistę F.A. Hayeka), używając argumentów z zakresu teorii publicznego wyboru wyjaśniał dlaczego tak trudno przychodzi nam wyeliminowanie z publicznych debat fałszywych politycznych frazesów. „Nasi przeciwnicy ideowi mają nad nami jedną istotną przewagę – potrzebują jedynie kilku słów by przekonać publikę do swych półprawd, my zaś musimy pisać długie rozprawy naukowe by je obalić„. Nie powinniśmy jednak z tego powodu załamywać rąk, takie kampanie jak ta podjęta przez Anti-Corn Law League udowadniają, że można przekonać do wolnościowych idei większość społeczeństwa.

Dla mnie jako osoby dla której pierwszą świadomą lekturą polityczna była „O sprawiedliwości i rewolucji w kościele” P. J. Proudhona szczególnie interesującym w tej części spotkania okazał się być następny wykład, poświęcony relacjom pomiędzy ojcem anarchizmu, a patronem konferencji. Alain Laurent (wykładowca socjologii i filozofii na Uniwersytecie Paryż I, autor kilku poczytnych książek m.in. „De L’individualisme” i „Solidaire si je veaux„) w przekonywujący sposób wykazywał, że utarczki słowne między Bastiatem a Proudhonem były wręcz weberowskim typem idealnym kłótni w rodzinie. Proudhon, kojarzony przede wszystkim z obrazoburczym aksjomatem „własność to kradzież„, był według niego dużo bliższy klasycznemu liberalizmowi niż to gotowi są przyznać jego współcześni zwolennicy. W jednej z cytowanych przez p. Laurent prac („Teoria własności„) pisał on m.in. – „Właściciel fabryki musi mieć swobodę użytkowania swoich surowców, jak mu się żywnie podoba, byle tylko zapłacił należności tym co przed nim nadali nową formę, wygląd, użyteczność materiałom, których jest posiadaczem. Co więcej powinien mieć swobodę odmówienia sprzedaży swych produktów poniżej cen, jakie mu się podobało ustanowić. Nie przez wprowadzanie maksymalnych cen społeczeństwo obetnie zyski handlu, nie zakazami lichwiarskich pożyczek zwalczy oprocentowanie, ale organizowaniem w swym łonie instytucji opartych na wzajemności„. Na jakich zasadach miałaby się opierać działalność owych instytucji? Według Proudhona zasady wolnego społeczeństwa są następujące: „1) swoboda własności, 2) swoboda pracy, 3) wyodrębnienie się naturalne i swobodne specjalności przemysłowych, kupieckich, naukowych itd. zgodnie z zasadą podziału pracy i bez śladu kastowości. Wolna własność to taka która w Rzymie nazywano własnością kwirytów, a u najeźdźców barbarzyńskich własnością alodialną. Jest to własność absolutna w tej mierze przynajmniej, w jakiej wśród ludzi może istnieć coś absolutnego: własność zależna bezpośrednio i wyłącznie od właściciela, który nią administruje, wynajmuje ją, sprzedaje, darowuje i zastawia według swego upodobania i nikomu nie zdając z tego sprawy„. Trudno chyba o dosadniejszą deklarację poparcia dla wolnego rynku. Wprawdzie nie posunąłbym się tak daleko jak p. Laurent i nie określiłbym Proudhona mianem „lewicowego klasycznego liberała” (cokolwiek miałoby to znaczyć) ale wysunięty przez niego pomysł uczczenia dwusetnej rocznicy jego urodzin konferencją zorganizowaną przez ISIL przyjąłem z entuzjazmem.

Nieco mniej interesujące, choć dalekie od drętwoty akademickich wykładów, było wystąpienie prof. Gerard Bramoulle z Uniwersytetu Aix-Marseille pt. „Bastiat, von Mises, and Epistemology„. Za pomocą cytatów z „Economic Harmonies” i „Economic Sophisms” udowadniał on, że Bastiat był prekursorem ekonomicznej prakseologii utożsamianej zazwyczaj z Ludwigiem von Misesem i Murrayem N. Rothbardem.

Kolejnym mówcą był profesor Donald Boudreaux, jeden z najbardziej szanowanych amerykańskich ekonomistów, dziekan Wydziału Ekonomii George Mason University (słynącego z wielu libertariańskich profesorów, wykładają tam m.in. noblista J. Buchanan, G. Tullock, W. Williams, B. Caplan i R. Hanson) szef Fundation For Economic Education i naczelny redaktor pisma „Ideas on Liberty” (do niedawna „The Freeman„). Błyskotliwy intelekt, olbrzymia wiedza i niezwykła wręcz umiejętność czynienia tego co skomplikowane zrozumiałym, a tego co banalne interesującym sprawiły, że jego wykład „Resisting the Growth of Governments” był nie tylko wspaniałym show ale i intrygującą lekcją public relations.

Zwieńczeniem pierwszego dnia konferencji był wykład samego Anthony’ego de Jasaya… Zastanawiasz się kim do cholery jest Anthony de Jasay? Niestety nie Ty jeden. Choć postać to dla rozwoju myśli wolnościowej niezwykle zasłużona, pozostaje niemal zupełnie nieznaną. Jego książki są bądź to dawno wyprzedane („The State„) bądź też zupełnie nieprzystępne dla masowego odbiorcy ( „Social Contract, Free Ride” ), on sam trzyma się raczej na uboczu środowiska wolnościowego, nie biorąc udziału ani w kanapowych debatach, ani w ulicznych demonstracjach. W 1962 roku porzucił karierę uniwersytecką, opuścił Oxford i zajął się własnym biznesem. Po przejściu w latach 80-tych na emeryturę powrócił do swoich akademickich pasji i bez reszty poświęcił się pisarstwu, do jego najwybitniejszych prac zalicza się „Social Contract, Free Ride: A Study of the Public Goods Problem„, „Against Politics„, „Choice, Contract, Consent: A Restatement of Liberalism” i wydaną w 1985 roku „The State„, o której sam Pan Libertarianin, prof. Murray Newton Rothbard powiedział „najlepsza libertariańska pozycja jaka ukazała się w XX wieku„.

Wykład profesora de Jasaya był miażdżącą wręcz krytyką popularnego wśród klasycznych liberałów i minarchistów poglądu, w myśl którego państwo jest warunkiem sine qua non pokojowego współistnienia ludzi. Zwolennicy tej wywodzącej się od Hobbsa koncepcji utrzymują, że w stanie natury ludzie nie będąc zobligowanymi do dotrzymywania umów będą nieustannie wchodzić ze sobą w konflikty i w związku z tym dla zapobieżenia „wojnie wszystkich ze wszystkimi” niezbędne jest ustanowienie suwerena. Przy braku państwa dlaczego ktokolwiek miałby przestrzegać postanowień kontraktowych, a nie np. zbiec z cudzym towarem nie zawracając sobie głowy zapłatą.? Czyż teoria gier nie ukazuje nam wyraźnie, że w wielu przypadkach łamanie reguł popłaca? Prof. de Jasay w swoim wystąpieniu odwrócił te pytania. Jeśli nie możemy oczekiwać od racjonalnych jednostek by dotrzymywały umów, dlaczego mielibyśmy oczekiwać tego od rządzących? Wszak oni też są racjonalnymi jednostkami nad którymi nikt nie stoi. Qui custodiet ipsos custodes – kto pilnuje pilnujących i co miałoby ich powstrzymać przed łamaniem reguł? Konstytucja? Toż to tylko „pas cnoty do którego klucz jest zawsze w zasięgu ręki„. Kontrakt społeczny na mocy którego ludzie powołują państwo boryka się z problemem, któremu miał zaradzić. Zarzut braku suwerena – o ile słuszny -stanowi zatem argument zarówno przeciwko anarchii, jak i państwu. Według autora „The State” istota sprawy leży jednak gdzie indziej, błędne jest podstawowe założenie Hobbsa – w przeciwieństwie do tego co twierdzą jego zwolennicy dotrzymywanie umów leży w interesie racjonalnych jednostek. Jeśli dwie osoby pozostają ze sobą w stałych relacjach najrozsądniejszym wyjściem jest wzajemna uczciwość. Jeśli Ty postępujesz ze mną fair, ja będę tak samo będę postępował wobec Ciebie. Jeśli mnie zawiedziesz, zerwę kontakty z Tobą i postaram się by to samo uczynili inni. Jednostki które, łamią tą regułę nie znajdą zbyt wielu chętnych do wspólnej gry. Jeśli zatem w naszym interesie leży dotrzymywanie umów, to po co nam państwo?

Następny dzień konferencji rozpoczął wykład Pascala Salina (profesor ekonomii i socjologii na University of Paris, szef Mont Pelerin Society) „Enterprise in a Free Society„. Przedstawił on interesującą teorię firm w myśl której są one niczym innym jak sumą dobrowolnie zawartych kontaktów. Takie podejście stanowi całkowite zaprzeczenie marksistowskiej koncepcji kapitalistycznego wyzysku. W warunkach leseferyzmu wszyscy pracownicy mają bowiem pełną swobodę wyboru pracodawcy. Jeśli nie odpowiadają im warunki umowy jakie oferuje im jakiś osoba mogą 1) zwrócić się do kogoś innego, kto zaproponuje im lepsze warunki, 2) samozatrudnić się tworząc własną firmę, co braku biurokratycznych utrudnień byłoby to znacznie łatwiejsze niż dzisiaj, 3) nie podejmować pracy w ogóle. Według prof. Salina z faktu, że komuś nie odpowiadają warunki zatrudnienia nie wynika jeszcze, że jest on wyzyskiwany. Byłoby tak gdyby był fizycznie zmuszany do pracowania wbrew własnej woli. Jednak taką władzą przymuszania dysponuje jedynie rząd i jego „niepaństwowi” odpowiednicy – przestępcy. Gdy bandyta przystawia mi broń do głowy i wrzeszczy „pieniądze albo życie” ogranicza mi możliwość wyboru do utraty pieniędzy bądź utraty życia. Niezależnie na który wariant się zdecyduje, tak czy inaczej będę stratny. Tymczasem pracodawca oferując mi pracę poszerza mi możliwość wyboru, dzięki jego propozycji mogę zyskać stały dochód, którego wcześniej jako bezrobotny nie miałem. Co więcej w warunkach wolnorynkowych pracodawcy muszą konkurować między sobą, by pozyskać pracowników. Jeśli jakiś pracodawca oferuje niższe płace i gorsze warunki pracy niż jego konkurenci naraża się na odejście pracowników. Dlatego w jego własnym interesie leży składanie możliwie najlepszych ofert. Propozycja pracodawcy w żadnym wypadku nie może być zatem uznana za ekonomiczny ekwiwalent broni! O przymusie moglibyśmy mówić jedynie wówczas gdy jakiś pracodawca przemocą zmusza daną osobę do podjęcia pracy w jego firmie. Wtedy jednak jest to praca niewolnicza a nie dobrowolna umowa rynkowa. (To samo się tyczy sytuacji w której nie pozwolonoby tej osobie zrezygnować z dobrowolnie podjętej pracy).

Tuż po wystąpieniu prof. Salina głos zabrał Alphonse Crespo, do niedawna chirurg obecnie prywatny przedsiębiorca, który swój wykład poświęcił wolnorynkowej ochronie zdrowia. Zmierzył się on m.in. z często wysuwanym zarzutem, że biednych nie będzie stać na opłacenie kosztów operacji wykonywanych przy użyciu nowoczesnych technologii, zwracając uwagę na fakt, że wszelkie nowe usługi i towary na które początkowo stać wyłącznie nielicznych z czasem stają się powszechnie dostępne. Tak stało się z pasażerskimi lotami samolotowymi, samochodami czy telewizorami, dlaczego zatem nie miałoby się tak stać z usługami medycznymi? Należy również pamiętać o tym, że zmuszanie biednych do przymusowego łożenia na państwową służbę zdrowia może pozbawić ich pieniędzy, które w innym wypadku mogliby wydać na dużo bardziej im potrzebną żywność czy np. węgiel na opał. Dla wielu osób takie postawienie sprawy może się wydać okrutnym, ale przypomina nam ono, że pozbawiając ludzi alternatyw nie tylko nie czynimy ich szczęśliwszymi, ale i możemy im wyrządzić poważną szkodę.

Trzecim i ostatnim tego dnia wystąpieniem była prezentacja projektu Eco-emballages, reklamowanego przez Serge Milhanda (szefa Nestle-Francja) jako wolnorynkowa alternatywa dla państwowego systemu segregacji odpadów, a który okazał się być niczym innym jak kolejnym przykładem „partnerstwa sektora państwowego i prywatnego”. Z opisu p. Milhanda wynikało, iż producenci opakowań z tworzyw sztucznych zostali zmuszeni przez rząd do stworzenia przetwórni śmieci, których działalność została sfinansowana z podatków municypalnych, zaś wszystko po to by sprostać normom Unii Eurrropejskiej… Nie wiem jak Ty drogi czytelniku, ale ja niczego wolnościowego w tym rozwiązaniu nie widzę. Niczego takiego nie dostrzegli też chyba chińscy luminarze skoro zdecydowali się na zaadoptowanie tego systemu w Pekinie… Nie tylko moim zdaniem było to najsłabsze wystąpienie podczas konferencji.

Tuż po obiedzie udaliśmy na wycieczkę do rodzinnego miasta Bastiata – Bayonne, gdzie na ścianie domu w którym się urodził odsłoniliśmy tablicę pamiątkową ku jego czci i gdzie ponownie spotkaliśmy się z demonstrantami z ATTAC. Po krótkiej, acz dość burzliwej momentami dyskusji, lewacy oddalili się, by snuć marzenia o szklanych domach, my zaś wybraliśmy się nad ocean. Było miło.

Trzeci dzień konferencji otworzyło rewelacyjne wystąpienie prof. Kena Schoollanda „The Libertarian Controversy on Immigration„. Tak jak Anthony de Jasay zmiażdżył parę dni wcześniej argumenty klasycznych liberałów opowiadających się za państwem-„minimum”, tak autor „Przygód Jonatana Poczciwego” ostatecznie rozprawił się z rzekomo libertariańskimi argumentami przemawiającymi za ograniczeniem imigracji. Tak, tak, choć trudno w to uwierzyć wielu prominentnych libertarian – m.in. Llewellyn H. Rockwell, Hans Herman Hoppe, John Hospers i Milton Friedman – utrzymuje, że tak długo jak istnieje welfare state o ponownym otwarciu granic nie może być mowy. Prof. Schoolland udowodnił, że ich obawy są pozbawione podstaw – badania wyraźnie wskazują, na to że imigranci są zazwyczaj dużo bardziej pracowici, bardziej złaknieni sukcesu i niezależni niż statystyczny mieszkaniec kraju do którego uciekają. W rezultacie rzadziej niż on korzystają z pomocy społecznej i więcej wnoszą pieniędzy do budżetu. To wszystko jednak według prof. Schoollanda nie powinno mieć dla libertarianina żadnego znaczenia – istotny jest jedynie fakt, że kiedykolwiek ludzie dobrowolnie ze sobą współpracują obie strony odnoszą z tej współpracy korzyści. Imigranci zawierając umowy z rodowitymi mieszkańcami, nie tylko polepszają własną sytuację, ale i przyczyniają się do powiększenia dobrobytu innych. Wystąpienie zostało nagrodzone owacja na stojąco.

Bardzo interesującym okazał się być też następny wykład zatytułowany „The Future of Currencies„. Profesor Philippe Nataf, wykładowca ekonomii i socjologii na Uniwersytecie Paryskim i światowej sławy ekspert w sprawach prywatnej bankowości roztoczył przed słuchaczami niezwykle atrakcyjną perspektywę wolnej od państwowej interwencji gospodarki, w której wszelkie płatności są dokonywane za pomocą walut nie kontrolowanych przez rządowych „ekspertów” w rodzaju Balcerowicza czy innej Ziółkowskiej. Futurologia? Niekoniecznie, według prof. Natafa już dziś obserwujemy wśród szerokich rzesz pewne symptomy utraty zaufania do legalnych środków płatniczych, o czym może świadczyć choćby stale powiększająca się liczba użytkowników systemu e-gold. Jeśli jeszcze upowszechni się zachodzący w niektórych krajach proces wyprzedawania przez banki centralne zapasów złota, demonopolizacja pieniądza (której domagali się zarówno anarchiści, by wspomnieć choćby Proudhona, Spoonera czy Tuckera, jak i klasyczni liberałowie – vide Mises i Hayek) może stać się w niedługim czasie faktem.

Kolejnym prelegentem był George V. Sherman. Sympatyczny starszy pan, z którym tak miło mi się rozmawiało w czasie „wieczorku zapoznawczego”, okazał się być szefem amerykańskiego oddziału jednej z największych firm na świecie ExxonMobil (niegdyś Standard Oil Co.). Podjął on się niełatwego zadania bronienia ponadnarodowych korporacji, które od dłuższego czasu są ulubionym chłopcem do bicia lewaków. Jego wystąpienie „In Defense of Multinationals” nie wszystkich jednak usatysfakcjonowało. W prywatnej rozmowie dwaj libertarianie z Nigerii zwrócili mi uwagę na fakt, że w wielu krajach afrykańskich międzynarodowe korporacje dopuszczają się bardzo poważnych naruszeń podstawowych praw człowieka. Tak np. w ich kraju bojówki wynajęte przez Shell Petroleum Development Co., zabiły kilkunastu członków plemienia Ogoni, którzy nie zgodzili się na przeprowadzenie rurociągu naftowego przez ziemie będące ich własnością! Szkoda, że ze względu na napięty program nie mieli okazji powiedzieć tego na forum publicznym…

Po wystapieniu p. Shermana, miejsce na mównicy zajęła Benoite Taffin, przewodnicząca Contribuables Associes – stowarzyszenia francuskich podatników liczącego sobie przeszło 150 tys. członków, które za swój cel obrało walkę z Wujkiem Fiskusem. A jest z czym walczyć, gdyż wedle słów pani Taffin we Francji istnieje ponad tysiąc (!) podatków, zaś Dzień Wolności Podatkowej wypada później niż w Polsce! Jej wystąpienie „The Taxpayer Revolt” było doskonałym instruktażem mniej lub bardziej skutecznych technik obywatelskiego nieposłuszeństwa. Jedną z kampanii prowadzonych przez Contribuables Associes jest zbieranie od kandydatów na posłów podpisów pod deklaracją, że w trakcie swej kadencji nie będą oni podnosić podatków. Póki co żaden nie podpisał…

W trakcie dyskusji po wystąpieniu p. Taffin doszło do prześmiesznej licytacji, w której wolnościowcy z różnych krajów przekonywali się nawzajem, w którym państwie są najwyższe podatki. Jak stwierdził później szef ISIL, Vincent Miller był to jedyny dostrzeżony przypadek nacjonalizmu w środowisku, które przez swych oponentów nazywane jest skrajnie prawicowym (vide konferencja w Whistler).

Następnym prelegentem był profesor Madsen Pirie, wykładowca logiki na Cambridge University i prezydent Adam Smith Institute, który w przezabawny sposób przybliżył uczestnikom konferencji obecną sytuację w Wielkiej Brytanii. Cięty język i piekielnie sarkastyczne poczucie humoru sprawiły, że to co zapowiadało się na mało interesujące narzekanie na rządy Tomcia Blaira okazało się być jednym z sympatyczniejszych wystąpień na konferencji. Co ciekawe prof. Pirie pokłada spore nadzieje w rządach Partii Pracy, twierdząc, że to co miała zepsuć już zepsuła, a to co trzeba naprawić naprawi w myśl jego wskazówek. Oby. Ten uroczy angielski gentleman poinformował nas również o planowanej na jesień konferencji nt. legalizacji narkotyków, której celem jest skonfrontowanie brytyjskich konstabli, biskupów i polityków z pierwszych stron gazet z faktami, które nijak nie mogą trafić do ich pustych łepetyn (by użyć określenia prof. Bertranda Lemenniciera). Przyznacie chyba, że zapowiada się niezła impreza…

Po wystąpieniu prof. Madsena Pirie, głos zabrał Christian Michel będący już niemal etatowym prelegentem ISIL-u. Tym razem ten międzynarodowy biznesmen i filozof cieszący się opinią jednego z najbardziej intrygujących europejskich myślicieli, tłumaczył uczestnikom konferencji dlaczego nie jest demokratą („wolę wolność„). Tekst jego wystąpienia jest dostępny na jego stronach internetowych i dla znających j. angielski powinna to być lektura obowiązkowa.

Prelekcja p. Michela okazała się być wstępem do dyskusji nt. systemu konstytucyjno-prawnego Szwajcarii, który przez niektórych wolnościowców uważany jest za idealne stadium przejściowe pomiędzy etatyzmem, a społeczeństwem bezpaństwowym. Zwolennicy tego poglądu – Frances Kendall i prof. Leon Louw (małżeństwo z RPA, ona jest psychologiem i właścicielką szkoły tańca, on zaś profesorem prawa i ekonomii, razem byli trzykrotnie nominowani do Pokojowej Nagrody Nobla za wkład w walkę z apartheidem) oraz Stefan Metzeler (libertariański aktywista i prywatny przedsiębiorca) usiłowali przekonać do niego innych anarchistów z Christianem na czele. Nie sądzę aby im to się udało, w każdym bądź razie, ani mnie, ani Michela nie przekonali, ale przyznaję, że dyskusja była interesująca. Zabawnym było patrzeć jak prof. Louw, który parę godzin wcześniej zapewniał, że „jest jednym z tych libertarian co to wolą rząd bombardować niż go reformować„, bronił demokracji. Adwokat Diabła? Przekonaj się sam – http://www.liberalia.com/htm/cm_reply_louw_kendall.htm.

Tuż po „panelu szwajcarskim” rozpoczął się bankiet, na którym wolnościowcy popisywali się umiejętnościami tanecznymi (prym wiedli wspomniani już F. Kendall i Leon Louw oraz rozchwytywany przez damy Rigoberto Stewart). Nim jednak anarchiści zrysowali obcasami swych lakierków parkiet, kapituła nagrody im. Bruce’a Evoya wręczyła ISIL’s Freedom Torch Award Valentinie Nicolae za sprawą, której w Rumunii ukazały dzieła zebrane Ayn Rand oraz wiele innych klasycznych libertariańskich pozycji. Z racji przypadającego wówczas Dnia Niepodległości, Amerykanie uświetnili całe wydarzenie fajerwerkami. Nie wszystkim jednak obchodzenie tej rocznicy przypadło do gustu. Mój somalijski przyjaciel Hassan Fasad był wręcz całym tym zamieszaniem zdegustowany – „Nie sądzisz, że jest w tej celebrze zbyt wiele hipokryzji? Zamiast świętować czyny swych pradziadów Amerykanie powinni obalić swój rząd, który wszak uważają za dużo bardziej opresywny niż ten brytyjski„.

Pomimo, iż zabawa trwała aż do świtu, na ranną prelekcję stawiła się pokaźna część uczestników konferencji. I nie sadzę aby żałowali oni (kolejnej) zarwanej nocy, gdyż wykład Michela i Fleury Van Nottenów wspomaganych przez Hassana nt. życia w bezpaństwowym społeczeństwie somalijskim był bardzo interesujący. Choć o biedzie w Somalii krążą już w Polsce niewybredne dowcipy, kraj ten od czasu całkowitego upadku aparatu państwowego radzi sobie coraz lepiej, co dostrzegli nawet unijni urzędnicy z Brukseli, którzy w swym raporcie „Somalia: A Country Report” (APC-EC Courier Commission of the European Communities in Brussels No. 162) stwierdzili: „Wizja Somalii jaka krąży po świecie jest w dużej mierze zniekształcona przez naturalna tendencję mediów do koncentrowania się na tragicznych wydarzeniach. (…) Z braku władzy centralnej Somalia podzieliła się na kilkanaście regionów zarządzanych przez konkurujące ze sobą klany. Na większości terenów pomiędzy grupami tymi nie dochodzi do konfliktów. W wielu rejonach kraju odrodziła się administracja o minimalnych kompetencjach. (…) Na lokalnych rynkach można znaleźć pokaźną liczbę importowanych towarów. Spotkaliśmy wielu przedsiębiorców prowadzących interesy, zaopatrujących sklepy w dobra konsumpcyjne i zapewniających potrzebne zatrudnienie. Dostarczają oni wielu usług kojarzonych z rządem. Brak struktur państwowych pociąga za sobą brak urzędniczych interwencji. Somalijczycy wydają się być szczególnie dobrze przystosowanymi do działania w takich warunkach. (…) Brytyjski podróżnik Richard Burton przedstawił w 1850 roku Somalijczyków jako „zapalczywych i buntowniczych republikanów”. Tradycja klanowa znacznie utrudnia powołanie na tych terenach jakiejkolwiek formy rządu centralnego. Lider, który nie nawiązuje do tej tradycji jest z góry skazany na porażkę. (…) Dominującą postacią na somalijskiej scenie politycznej był niewątpliwie prezydent Siad Barre, który doszedł do władzy po przewrocie wojskowym w 1969. Zmarł on na wygnaniu, ale pamięć o nim niż żyje nadal wśród Somalijczyków, objawiając się ekstremalną niechęcią jaką żywią oni do władzy centralnej. Somalijczycy uważają się za wolnych ludzi. Dla nich państwo jest równoznaczne z niepotrzebnymi zgłoszeniami, regulacjami i ograniczeniami. Niektórzy mogą uznać to za herezję, ale wielu przedsiębiorców z którymi rozmawialiśmy uznaje brak rządu za sytuację pożądaną Nie ma tu żadnych państwowych podatków, formularzy do wypełniania w trzech egzemplarzach, ani żadnego nękania przez państwowych inspektorów.(…)

Po tej charakterystyce dokonanej przez unijnych biurokratów (których trudno podejrzewać o anarchistyczne sympatie) informacja o tym, że niektórzy wolnościowcy zdecydowali się na porzucenie swoich domostw i emigrację do Somalii nie powinna być dla nikogo zaskakująca. Tym którzy są bardziej przywiązani do wielkomiejskich wygód państwo van Nottenowie i Jim Davison (były konsultant NASA, obecnie prowadzący międzynarodowe interesy) zaproponowali udział finansowy w Awdal Roads Company, konsorcjum, które zamierza w Somalii wybudować płatne drogi łączące główne somalijskie miasta i wolny port Bull’ado.

Doskonałym uzupełnieniem wykładu van Nottenów było wystąpienie profesora Jana Narvesona. Wykładowca filozofii na University of Waterloo, który swój tytuł profesorski zdobył na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie – uniwersytecie harwardzkim, przedstawił teoretyczny model bezpaństwowego wymiaru sprawiedliwości oparty w dużej mierze właśnie na somalijskich doświadczeniach z prywatnym sądownictwem.

Ostatnim wystąpieniem była prezentacja Rigoberto Stewarta, który w kostarykańskiej prowincji Limon usiłuje stworzyć autonomiczną wolnościową strefę. Mając w pamięci podobne próby zakończone niepowodzeniem (np. Oceania i Laissez Faire City), do tego rodzaju projektów podchodzę z dużą rezerwą, tym razem jednak wszystko wskazuje na to, że może im się udać. Libertarianie z Kostaryki dysponują doskonałym zapleczem, poparciem społecznym i przychylnym stanowiskiem prezydenta kraju Miguela Angela Rodrigueza (nie kryjącego się ze swoimi wolnościowymi sympatiami). Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z przedstawionym na konferencji planem, to za dziesięć lat w Ameryce Środkowej powstanie terytorium będące ucieleśnieniem marzeń rothbardiańskich anarchistów.

Na prezentacji Limon Real Project skończyła się oficjalna część spotkania. Po pożegnalnym obiedzie część uczestników wybrała się na pokonferencyjną wycieczkę po Pirenejach, ja zaś w międzynarodowym towarzystwie libertarian z USA, Litwy, Białorusi i Polski udałem się najpierw do Amsterdamu, a później „w to miejsce w środku Europy, gdzie zimno i pada…”

Osobiście uważam imprezę za niezwykle udaną. W końcu miałem okazję spotkać się z osobami, które wywarły przemożny wpływ na ukształtowanie mojego światopoglądu (Anthony de Jasay, Jan Narveson, Christian Michel), zawrzeć nowe znajomości z wolnościowcami z najodleglejszych zakątków świata (RPA, Mongolii, Kostaryki), wymienić się uwagami z najwybitniejszymi przedstawicielami libertarianizmu (Ken Schoolland, Leon Louw, Don Boudreaux) i poszaleć trochę w najsympatyczniejszym towarzystwie jakie miałem okazję poznać. W przyszłym roku konferencja ISIL odbędzie się w Peru, już zacząłem zbierać pieniądze na podróż…

Liberté!

Włodzimierz Gogłoza
30 VII 2001 r.
***
Tekst był wcześniej opublikowany na stronie http://libertarianizm.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *