Filip Paszko

Filip Paszko „Mikro władza w makro skali, czyli o nierealności państwa minimum”

Osoby o wolnorynkowych (nie mylić z wolnościowymi) poglądach, liberałowie klasyczni, konserwatywni i zwykli konserwatyści, raczą nas swoimi przemyśleniami, dotyczącymi państwa. Krytykując tzw. „anarchistyczną utopię”, przedstawiają koncepcję państwa minimalnego, zajmującego się wyłącznie ochroną obywateli i rozstrzyganiem sporów. Swoje tezy wyprowadzają z myśli hobbesowsko-locke’owskiej[1]. Ich kontraktowe koncepcje genezy państwa mają doprowadzić do wyłonienia spośród ludzi rządu – władzy, zapewniającej pokojową koegzystencję. Potrzeba powołania do życia tej instytucji wynika wprost od hobbesowskiego twierdzenia o ludzkiej naturze[2]. W hobbesowskim stanie anarchii panowałby nieustanny chaos, a ludzie walczyliby między sobą. Innymi słowy, panowałby nieustanny deficyt bezpieczeństwa. W celu naprawienia tego „błędu” powstaje państwo[3].

I. Państwo? Draństwo?

Zanim przejdziemy do omawiania idei państwa minimalnego, wartowałoby skupić uwagę na samej instytucji państwa. W świetle nauki o polityce klasyczną definicją państwa jest trójelementowa koncepcja Georga Jellinka. Twierdził on, ze państwo powinno posiadać trzy atrybuty (elementy): ludność, terytorium i rząd. O ile w naukach politycznych takie podejście jest, z grubsza rzecz biorąc, wystarczające, o tyle nie wyjaśnia nam samej istoty państwa. Możemy na jego podstawie wnioskować, że państwo (jako byt bliżej nieokreślony – jeszcze) sprawuje pieczę nad jakąś grupą ludzi, zebraną w ramy konkretnego terytorium. Dopiero głębsza analiza tego, czym jest rząd[4], da nam odpowiedź na pytanie o istotę państwa. Możemy zatem postarać się o definicję rządu. Najprostsze i najbardziej ogólne twierdzenie mówi o rządzie, jako o aparacie przymusu i przemocy[5]. Mamy już więc pojęcie, czym jest państwo. Bazując na koncepcji Jellinka możemy wywnioskować, że państwo jest przymusową organizacją, mającą monopol na stosowanie (inicjowanie) przymusu i przemocy względem ludności w granicach określonego terytorium. Dla większej jasności powinniśmy jeszcze doprecyzować, czym objawia się ten monopol? Innymi słowy: co jest w rzeczywistości zadaniem państwa? Do zadań, wynikających z samej istoty państwa, możemy zaliczyć zapewnianie bezpieczeństwa i bycie ostatecznym rozjemcą w sporach międzyludzkich. Te zadania państwa, czy regalia, jak powiedzielibyśmy kilkaset lat temu, są obecne w każdym z państw. W mniejszym, bądź większym stopniu państwa zajmują się jeszcze innymi sprawami: ingerencją w rynek (w tym zagwarantowaniem sobie monopolu na bicie monety), w instytucje prywatne, takie jak rodzina, przedsiębiorstwa, czy inne takie. Nie jest to już jednak pole naszych rozważań. Każde jednak państwo jest monopolistą, jeśli chodzi o zapewnianie bezpieczeństwa i usług sądowniczych na swoim terenie. Swoim – gdyż państwo jest ostatecznym właścicielem wszystkich ziem (i innych dóbr), znajdujących się w jego granicach. Do funkcji, spełnianych przez państwo możemy zaliczyć m.in.: dostarczanie unitarnego systemu prawnego, zapewnienie bezpieczeństwa, osądzanie przestępstw i wiele, wiele innych.

Gdy już wiemy, czym państwo się zajmuje, warto zastanowić się, skąd państwo bierze na to pieniądze? I tutaj o odpowiedź nie jest trudno – oczywiście z podatków[6]. Innymi słowy: następnym polem, gdzie państwo zapewnia sobie wyłączność, jest pobieranie podatków. Nie sposób jest stworzyć definicji podatku, nie ukazując jej złodziejskiego charakteru. Państwo zapewnia legalny, uporządkowany, usystematyzowany kanał dla grabieży prywatnej własności[7]. Nie będziemy tutaj się wgłębiać w rozważania nad skutkami opodatkowania, musimy tylko stwierdzić, że państwo, zakazując prywatnej grabieży dokonuje tego samego, tylko na nieporównywalnie większą skalę. Zakazując morderstw – zabija. Zakazując porwań – dopuszcza się ich.

Wyłania się z tego obraz nader ponury – państwo jest organizacją destrukcyjną, która stara się zapewnić swoim obywatelom względnie pokojowe warunki, samo jednak dokonując nieustannie aktów agresji.

Na pytanie, czy rząd jest w takim razie konieczny i potrzebny, powinniśmy spojrzeć nie z punktu wyidealizowanego i odizolowanego od rzeczywistości , a z czysto pragmatycznego. Powinniśmy dostrzec, że jeśli działania państwa – parafrazując małżeństwo Tannehill – wymagają od obywateli działań, które i tak by podjęli, to są zbędne. Jeśli zaś zmuszają ich do działań wbrew ich upodobaniom, to szkodzą.[8] W świetle tych faktów, popieranie ograniczonego rządu oznacza ni mniej, ni więcej, jak popieranie ograniczonego niewolnictwa.

II. Kpiny z etyki, kpiny z logiki

Przejdźmy teraz do analizy interesującego nas tematu, mianowicie do umowy społecznej. Nie chcę się tutaj wgłębiać w jej wady i nieścisłości[9], warto jednak pochylić się nad jednym jej aspektem. Mam na myśli oczywiście milczącą zgodę obywateli. Hobbes uważał, że umowy, opartej na pactum subjectionis nie można już rozwiązać (ani renegocjować). Oznacza to ni mniej, ni więcej, a oddanie swojej osoby pod panowanie innych a więc zawoalowane niewolnictwo. John Locke z kolei dowodził, że dopóki obywatel mieszka na terytorium, należącym do państwa, milcząco zgadza się na panowanie nad sobą[10]. Nijak jednak tych twierdzeń nie można pogodzić z kontraktową koncepcją genezy państwa. Gdzie bowiem ma miejsce dobrowolne „założenie” tej instytucji, gdy rząd niejako wymusza posłuszeństwo wobec siebie[11]? Pozostaje jeszcze pytanie, co z osobami, które nie godzą się na oddanie władzy swoich praw? Czy mogą one pozostać niejako na uboczu, czy zostaną wciągnięte w wir zdarzeń państwowych? Oczywistym jest, że państwo nie może zostawić tych ludzi samych sobie – byłoby to sprzeczne z samą istotą państwa. Rząd zgodziłby się na wyjęcie spod jurysdykcji ludności zamieszkującej jego teren, co musiało by doprowadzić do mnożenia się takich małych jednostek administracyjnych. Taka nieograniczona secesja doprowadziłaby do upadku państwa. Już więc na samym wstępie tłamszone są podstawowe prawa człowieka[12]. Umowa społeczna zawierana jest grupowo, a nie – jak być powinno – indywidualnie. Przykład możemy pociągnąć dalej i spytać, co z przyszłymi pokoleniami? I tutaj musimy stwierdzić, że państwo odgórnie wciąga ich pod swoją jurysdykcję. Wymuszanie posłuszeństwa jest (a przynajmniej, jak wykazaliśmy, być powinno) absolutystycznym założeniem umowy społecznej. Widzimy więc, że powstające z jej mocy państwo – choćby było minimalne – jest nie do obrony pod względem etycznym.

Co więcej, umowa społeczna jest również sprzeczna na gruncie teoretyczno-logicznym. Nie jesteśmy w stanie empirycznie dowieść istnienia jakiejkolwiek umowy tego typu. Pozostają nam tylko i wyłącznie dywagacje logiczne na ten temat. Pomijając fakt, że niemożliwym byłoby zawarcie (nawet domniemanego!) kontraktu[13], warto zastanowić się nad samą ideą umów. Umowa ubezpieczeniowa, czy kontrakt na ochronę – bo tym miało by zajmować się mistyczne państwo minimalne – między prywatnymi podmiotami (umowy zindywidualizowane) w sposób istotny różni się od umowy społecznej. Przede wszystkim wymaga, by chroniony był właścicielem samego siebie i posiadał coś, co można by chronić. Tymczasem godząc się na przyjęcie państwowych praw i opodatkowanie swojej własności (opłaty za ochronę), de facto (a w zasadzie de iure też) oddałby władzy siebie i wszystkie swoje prawa[14]. Stoi to w oczywistej sprzeczności z poglądami Locke’a, dotyczącymi prawa własności (i innych praw naturalnych)[15].

W zasadzie na tym możemy zakończyć omawianie mistyczno-misternej umowy społecznej. Nie dość, że nie ma ona żadnego potwierdzenia w historii, sprzeczna jest i z etyką, i z logiką. Możemy stąd wysnuć wniosek o nierealności państwa minimalnego, które swój początek brało właśnie z idei społecznego kontraktu.

III. Wolność w wydaniu poddańczo-niewolniczym

Nawet jeśli założymy – nie przyjmując powyższej argumentacji – że państwo minimalne może istnieć i być skuteczne, musimy rozważyć kwestię typu władzy. Z definicji państwa, jak wykazaliśmy, wynika istnienie władzy centralnej. Zasadniczo możemy wyróżnić władzę monarchiczną i demokratyczną[16]. Istotą władzy demokratycznej jest jej powszechność – w zasadzie każdy może decydować i brać udział w jej sprawowaniu. Nie powinniśmy jednakowoż wyprowadzać wniosku o samorządności (rozumianej, jako stan, gdzie każdy rządzi sobą). Demokracja przedstawicielska – bezpośrednia zresztą też – oznacza de facto tyranię większości, gdzie mniejszość ma znikomy – o ile w ogóle – wpływ na stanowienie prawa. Konsekwencją tego jest tworzenie konfliktów w społeczeństwie i zmuszanie obywateli do życia niezgodnego z ich własnymi przekonaniami i upodobaniami. Nawet, jeśli gros obywateli będzie wyrażało zgodę na konkretne działania władz, a choćby jednak osoba była przeciwna, jesteśmy świadkami inicjowania agresji w postaci przymusu. Jeżeli osoby A i B dogadają się w celu odebrania własności C, to jest to kradzież. Dlaczego inaczej mamy patrzeć na sytuację, gdzie osoby A, B, D, …, Z się skrzyknęły i odebrały C jej własność? W którym momencie zasada prawidłowa dla 3 osób, miałaby być nieprawidłowa dla tysięcy? Odpowiedź powinna brzmieć: w żadnym. Wielkość wyrażanego poparcia nijak ma się do usprawiedliwienia zła. Demokracja musi więc być sprzeczna z ideą państwa minimalnego. Nie zmieni tego nawet naiwne założenie, że do władzy dojdą osoby ideowe i szlachetne. Cały czas pozostaje pytanie, co się stanie, gdy te osoby zakończą sprawowanie kadencyjnego urzędu, lub po prostu umrą?

W myśli idealistów państwa minimalnego zabezpieczeniem na taką kolej rzeczy ma być konstytucja, jasno i precyzyjnie określająca zadania władz. Już sam rzut oka na historię amerykańską[17] powinien nam uzmysłowić nierealność tego pomysłu. Skupię się więc na kilku aspektach tej tezy. Przede wszystkim idea rządów praw, a nie ludzi jest kompletnie oderwana od rzeczywistości. Po pierwsze, konstytucję ktoś musi ustanowić. Tym kimś muszą być ludzie, ze swoimi ambicjami, nadziejami, ego, superego i wieloma innymi cechami. Choćby najbardziej starali się oni ograniczyć władzę centralną (lub inaczej: choćby najbardziej starali się oni ograniczyć swoją władzę – sic!), ktoś musi tę konstytucję interpretować. Owszem, mogą to robić jej twórcy, nie są oni jednak wieczni. Wtedy inni ludzie będą dokonywać interpretacji. A nie będą to byle jacy ludzie – będą oni w składzie najwyższej formy władzy sądowniczej, czyli de facto ludzie związani z władzą! Wynika z tego, że to władza będzie miała dokonywać interpretacji konstytucyjnych kompetencji. Konia z rzędem temu, kto wierzy, że będzie ona zawężała wykładnię w celu ograniczenia władzy.[18] Nie możemy bowiem zapominać, że konstytucja i sądy to instytucje rządowe: ustanawiane przez rząd, utrzymywane przez rząd i finansowane (władza sądownicza) przez rząd. Na jakich przesłankach sędziowie mają odbierać władzę rządowi, wiedząc, że są od niego uzależnieni nie tylko finansowo – bo przecież to dzięki rządowi obejmują oni tak ważne stanowisko, co wiąże się z nobilitacją społeczną i powszechnym szanowaniem. Odpowiedź w tej sprawie jest bajecznie prosta – rząd nigdy, nieważne, jak bardzo ograniczony konstytucyjnie, nie pozostanie rządem minimalnym. Rząd ma naturalną skłonność do poszerzania zakresu swojej władzy.

Zwolennicy rządu minimalnego powołują się tutaj na koncepcję „konkurencji rządów”. Twierdzą niejako, że rządy, dążąc do powiększania zysków będą między sobą rywalizować o ludność, która może im zapewnić wyższe wpływy podatkowe. Jak absurdalne jest to twierdzenie, wystarczy przywołać dane, mówiące, że tylko w XX wieku z rąk rządu zginęło co najmniej 170 milionów ludzi[19]. Rządy wywołują wojny. Rządy wysyłają ludzi na śmierć. Rządy zabijają. Rządy uzbrajają się w coraz to bardziej śmiercionośne rodzaje broni. I robią to wszystko pod płaszczykiem walki o nasze prawa. W świetle tych słów doprawdy kuriozalnie musi brzmieć „kupowanie” od państwa usług ochrony[20]. Musimy tutaj dodać, że każdy, absolutnie każdy rząd, nieważne, jak bardzo ograniczany, ma skłonność do rozrastania się. Zdobywa on nowe terytoria i podporządkowuje sobie nowych ludzi. Jego ekspansja hamuje dopiero wtedy, gdy spotka się z innym, równie silnym rządem. Jednak w żaden sposób nie dochodzi między nimi do „pozytywnej rywalizacji”. W rzeczywistości rządy zaczynają rywalizować w kwestiach zbrojenia, aż do momentu, gdy jeden osiągnie przewagę nad drugim na tyle dużą, że może kontynuować ekspansję zbrodniczymi metodami. Abstrahując już od tego, warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób rządy bronią swoich obywateli? By nie zejść na manowce, musimy uświadomić sobie, że wszystko, czym dysponuje rząd, zostało odebrane jego obywatelom. Pieniądze, siłę roboczą, narzędzia… Rząd bez obywateli nie byłby w stanie nawet obronić sam siebie. Widzimy więc, że one „nigdy nie bronią swoich obywateli; nie są w stanie tego zrobić. Zmuszają tylko obywateli do obrony samych rządów, zwykle po tym, jak swoją głupią, imperialistyczną polityką rozdrażnią inny rząd, lub zagrożą mu w takim stopniu, że nieunikniony stanie się zbrojny konflikt. (…) W sprawach dotyczących agresji zewnętrznej rząd czyni więcej szkód, niż pożytku”[21]. Dodatkowo – każdy konflikt zbrojny zwiększa potęgę państwa – począwszy od kontroli gospodarki i siły roboczej, kończąc na drenażu swoich obywateli (czy raczej swoich poddanych) i wysyłaniu ich na front.

Co jednak ciekawe – warto zastanowić się, jak dochodzi do konfliktów między państwami i jak im zapobiegać? W idei państwa minimalnego zawiera się twierdzenie, że gdyby nie państwo, ludzie nieustannie by się mordowali. Innymi słowy: brak jednej instytucji sądowniczej, powszechnej dla wszystkich, powoduje, że ludzie będą tkwić w krwiożerczej anarchii. Przyjrzyjmy się więc, jak się ta sprawa ma na poziomie państw, lub nawet członków władzy. Przyjmując za poprawne logicznie i empirycznie założenie o tym, że w celu ustanowienia pokojowej współpracy między dwoma, lub więcej, osobami niezbędne jest powstanie państwa, które będzie nad tą współpracą czuwać, musimy też przyjąć, że w celu zapewnienia pokojowej współpracy między dwoma, lub więcej, państwami, również niezbędne jest powstanie jednego, powszechnego bytu, który by nad tym czuwał. Innymi słowy: niezbędne jest powstanie jednego, ogólnoświatowego rządu. Tego jednak nie ma. Państwa pozostają między sobą w anarchii. A jednak są w stanie trwale wypracować długoletnie okresy pokojowej współpracy. Ciągnąc ten przykład dalej, powinniśmy też zauważyć, że stosunki między obywatelami różnych państw, również pozostają w stanie anarchii. A jednak na widok Amerykanów nie budzi się w nas rządza krwi, nie dajemy upustu emocjom, przechodząc obok Japończyka. Dlaczego tak się dzieje? Czyż nie jest to ostateczny dowód, przeciwko twierdzeniu o potrzebie istnienia państwa, jako gwaranta pokojowej koegzystencji? Jest. Co więcej – nawet w obrębie jednego państwa, znajdziemy ludzi, żyjących w stanie anarchii! Gdzie? W miejscu, gdzie najmniej byśmy się tego spodziewali: wśród władz. Gdy ktoś mnie okradnie, a policja go złapie, natychmiast (albo i nie natychmiast) jest on oddawany pod osąd trzeciej władzy. „Jednakże taki społeczny układ, którego elementem jest „trzecia strona”, nie istnieje dla tych, którzy sami korzystają z władzy rządu. Innymi słowy, nie ma „trzeciej strony”, która czyniłaby i egzekwowała sądy wśród pojedynczych członków samej trzeciej strony. Władcy pozostają vis-à-vis innych nadal w stanie anarchii. Rozstrzygają spory pomiędzy sobą, bez zwracania uwagi na jakikolwiek rząd (byt poza nimi). Nadal istnieje anarchia. Lecz tam, gdzie pozbawieni rządu mamy do czynienia z naturalną rynkową anarchią, teraz mamy anarchię polityczną, anarchię wewnątrz władzy.[22]

I tak oto możemy stwierdzić, że państwo minimum nie dość, że nas nie chroni, to nie zapewnia nam życia w oderwaniu od anarchii[23]. Mało tego – państwo samo prowokuje konflikty i inicjuje użycie przemocy. Państwo minimalne. Państwo nierealne.

IV. Znaj proporcje, mocium panie!

Na koniec zostawiłem sobie gospodarcze aspekty państwa minimalnego. Dowodząc nierealności rozwiązań takiej instytucji, warto zastanowić się, czy choćby kwestie gospodarcze przemawiają na jej korzyść. Wykazaliśmy już, że jest ono nie do obrony z punktu widzenia logiki, etyki, czy nawet teorii politycznej. Może więc w dziedzinie ekonomii spróbuje się podnieść?

Przede wszystkim opłata w formie podatków w państwie minimalnym ma iść na cele związane z obroną wewnętrzną, zewnętrzną i organizowaniem systemu sprawiedliwości. Przymusowy monopolista zapewnia nam ochronę w zamian za naszą własność. Ale cóż znaczy „zapewnia nam ochronę”? Ile nam tej ochrony zapewnia? W jaki sposób władza ma określić, ile ochrony potrzebujemy i jakie są jej koszta? Ochroną może być jeden policjant na cały kraj, Warszawę, lub jeden policjant, na każdego obywatela. A na jakiej podstawie władza ma określić, ile pieniędzy pójdzie na siły ludzkie, ile na detektywów, ile na szeregowych policjantów, a ile na samochody, czołgi, sprzęt? W rzeczywistości władza nie może tego obliczyć. Wynika to wprost z samej istoty władzy, jako przymusowego monopolu. Brak cen rynkowych powoduje niezdolność kalkulacji ekonomicznej, co z kolei prowadzi do nieefektywnej alokacji zasobów gotówkowych, co powoduje marnotrawstwo środków, co powoduje… I tak dalej. Już więc w przedbiegach okazuje się, że państwo minimalne nie dość, że nie potrafi być obronione na gruncie logiczno-etycznym, to kompletnie nie jest w stanie sobie poradzić również na polu gospodarczym. Gdyby jednak ktoś miał jeszcze wątpliwości, to pociągnijmy sprawę dalej.

Dlaczego państwo ma się zajmować tylko sprawami bezpieczeństwa i tylko w tym celu pozbawiać własności obywateli? Niższe podatki nie mogą być bronione z punktu widzenia etyki[24]. Nie mogąc obronić swoich tez na gruncie moralnym, leseferyści muszą skupić się na sprawach gospodarczych, czyli na analizie zysków i strat. Nie są jednak w stanie tego zrobić, w związku z niemożliwością kalkulacji ekonomicznej! Dlaczego rząd ma nie pobierać podatków, by produkować buty, albo kapelusze? Jeżeli odpowiedź na takie pytanie brzmi: ponieważ jest to nieefektywne ekonomiczne, to taki sam zarzut można postawić usługom ochrony. Jeżeli ktoś odpowie, że rząd nie powinien tego robić, ponieważ te podatki są przymusowo odbierane ludziom, to można zarzucić mu niekonsekwencję.[25] Granice się rozmywają – państwo się rozrasta, a zwolennik rządu minimalnego nie ma żadnych argumentów przeciw temu. Co więcej, pozycja przymusowego monopolisty musi doprowadzić do podwyższania cen i obniżania jakości produktów. Państwo minimalnie nie jest w stanie zapobiec temu procesowi.

Skupmy się teraz na innym aspekcie. Chodzi mi o palący problem, czy państwo minimalne będzie się zajmowało tylko tym, czy czymś jeszcze? W pobieżnej analizie można stwierdzić, że tylko tym, ja natomiast dostrzegam jeszcze kilka aspektów działań. Przede wszystkim państwo zawsze prowadzi redystrybucję dochodów. Przekazuje pieniądze od „klas” posiadających, do nieposiadających. W tym wypadku władza (jako ludzie, sprawujący rządy) są nieposiadającymi, a obywatele, czyli poddani – posiadającymi. Każde państwo, niezależnie od jego wielkości i centralizacji, będzie prowadziło redystrybucję. Politycy żyją za to, co zabiorą innym. By sobie to uzmysłowić, warto sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby zlikwidować wszystkie podatki? Niewątpliwie znaczna część płac wzrosła by blisko dwukrotnie. Jednak do zera spadłyby zarobki polityków, urzędników, czy pracowników państwowych (w postaci pracowników państwowych instytucji i przedsiębiorstw). Decydenci bowiem wybierają tylko trudniejsze – mniej bezpośrednie – pobieranie pensji, przez co starają się ukryć stan faktyczny. Spowoduje to napływanie do polityki osób nastawionych na własny zysk, a nie na „dobro kraju”. I tak koncepcję państwa, rządzonego przez ludzi szlachetnych trafia szlag.

Przejdźmy teraz do sfery opodatkowania, jako jednej z kluczowych, jeśli idzie o sytuację wewnętrzną państwa. Powiedzieliśmy już, że, jeśli usprawiedliwiamy podatki, to nie jesteśmy w stanie wykazać moralnej wyższości niższych podatków. Możemy co najwyżej pokusić się o twierdzenie, że im niższe podatki, tym wyższa jest produktywność społeczeństwa, czy „prywaciarzy”, co jest tańsze i lepsze. Tu jednak napotykamy problem kalkulacji ekonomicznej. W jaki sposób możemy stwierdzić, że usługi prywatne są lepsze, niż państwowe? Jedynie na podstawie konkurencji i cen rynkowych. Po dogłębnej analizie jesteśmy w stanie empirycznie dowieść, że prywatna przedsiębiorczość lepiej służy ludziom, niż działalność państwowa. Powstaje w takim razie pytanie, co z usługami ochrony i sądownictwa? Na jakiej podstawie twierdzimy, że są one ważniejsze, od reszty? Równie ważna jest dla człowieka edukacja i własne zdrowie. Ważny jest dla człowieka dach nad głową, ubranie i coś do jedzenia. W zasadzie od jedzenia powinniśmy zacząć. Dlaczego tego państwo nie może zapewniać? Jeżeli otwieramy furtkę dla usprawiedliwienia instytucji przymusu i przemocy, nie jesteśmy w stanie utrzymać jej tylko uchylonej. Nie mamy żadnych argumentów, w związku z czym furtka szybko otworzy się na oścież. I tak też się dzieje.

Załóżmy jednak, że jesteśmy w stanie niskie podatki usprawiedliwić. Powstaje kwestia wysokości tych danin i ich rodzaju. Czy będzie to podatek dochodowy, pogłówny, obrotowy, czy opodatkowanie towarów i usług, czyli tzw. „wartości dodanej”. Nie chcę tutaj wnikać, co przemawia za danym typem opodatkowania, interesuje mnie jednak inna kwestia. Przyjmijmy na początek, że obowiązuje podatek dochodowy. Płacimy go od uzyskanego dochodu. W związku z tym musimy przemyśleć, w jaki sposób państwo będzie się orientować w wysokości naszych dochodów? Nie ulega wątpliwości, że będzie ono musiało wprowadzić kontrolę pracowników. Będzie musiało wiedzieć kto i ile zarabia, by mogło pobrać odpowiednią ilość podatków. Będzie musiało ono też sprawdzać ile osób nie pracuje, ponieważ nie osiągając dochodów, państwo nie będzie miało czego im odebrać. Te działania są niezbędne – gdyby nie one, nie powinno ulegać wątpliwości, że ludzie będą albo ukrywać całkowicie, albo zaniżać swoje dochody, by nie oddawać państwu swojej własności. Z twierdzeniem powyższym zgodziliby się nawet zwolennicy państwa minimalnego. Logicznym więc byłoby, gdyby i z taką kontrolą ze strony państwa, część ludzi[26] nadal będzie ukrywać swoje zarobki. Rząd ma w tej sytuacji następujące wyjścia: zostawić sprawę w spokoju, co spowoduje rozszerzanie się tego zjawiska, lub zorganizować służby mundurowe (policję podatkową), które zajmą się zwalczaniem tego zjawiska. Pobieranie podatków zresztą, o czym nie wspomnieliśmy, prowadzi do rozrostu biurokracji i konkretnych urzędów. Czyli dalszym wydawaniem pieniędzy podatników.

Weźmy jednak pod lupę podatek pogłówny. W tym wypadku państwo musi wziąć na siebie kontrolę zgonów i urodzeń, utworzenie wielkiej bazy danych. Musi kontrolować migrację i inne tego typu rzeczy. Oczywiście – na koszt obywateli. I następna sprawa – od kogo pobierać te podatki? Od wszystkich – od niemowlaka do umierającego -, czy od wybranych – cenzus wieku, majątku, płci? Jeżeli od wybranych, przyjmując cenzus wieku, sprawy się komplikują. Jaki wiek będzie granicą, którą państwo ustali? I na jakiej podstawie? Państwo więc po raz kolejny rozszerza swoje minimalne kompetencje, wnikając w prywatne sprawy. Pozostaje więc pobierać podatki od wszystkich. Ale tutaj rodzą się kolejne problemy. W jaki sposób, czy raczej z jakich zasobów, niemowlę ma opłacić państwu haradż? Czy w takiej sytuacji ten obowiązek nie spadnie na rodziców? A jeśli tak, to czy nie będzie to silnym czynnikiem, wpływającym na znaczący spadek liczby urodzeń? Co się stanie z rodzinami wielopokoleniowymi, gdzie dzieci opiekują się rodzicami i dziadkami[27]? Z drugiej strony, dlaczego umierający też mają płacić? Oni z ochrony policji już raczej nie będą korzystać, sądy nie będą im też do niczego potrzebne? Drenaż dla drenażu? Niestety, ale tak to właśnie wygląda.

Tak właśnie wygląda rzeczywistość rządu minimalnego. Piętrzące się problemy, a rozwiązanie jednego jest z kolei początkiem kilku następnych. Państwo minimalne, jak zresztą żadne inne, nie będzie w stanie sobie z tym poradzić.

Pozostaje nam jeszcze do omówienia kwestia systemu penitencjarnego. Nie jest to jednak tylko sprawa organizacji więziennictwa. W grę wchodzi jeszcze sprawa kary i naprawiania niesprawiedliwości. Jakie kary stosować i za jakie wykroczenia? Co będzie wykroczeniem i na jakiej podstawie? W jaki sposób wynagrodzić stratę ofierze, lub jej rodzinie? Państwo również na tym polu jest zmuszone do stosowania arbitralnych, etatystycznych decyzji. Co jednak znacznie ważniejsze, gdy ktoś nas, dajmy na to okradnie, rządowi stale nie zależy na tym, by złoczyńcę złapać. Nie wypłaca nam ono odszkodowania, a my płacimy na poszukiwanie go. Służbom mundurowym nie opłaca się być skutecznym, gdyż może to doprowadzić do takich efektów, które umożliwią obcięcie ich budżetu. A jeżeli już złoczyńca zostanie ujęty, to na koszt podatnika, czyli znowu nas, zostanie postawiony pod sąd, który, pracując za nasze pieniądze, wyda wyrok. I powinniśmy się modlić, by było to uniewinnienie. W przeciwnym razie zostanie wsadzony do państwowego więzienia, gdzie będzie miał dach nad głową, wodę, jedzenie i różne rozrywki. Oczywiście na nasz koszt.[28] To wszystko powinno uzmysławiać nam skalę problemów, istniejących w państwie minimalnym. Stety – niestety, nie do rozwiązania. W jakimkolwiek państwie.

V. Knockdown tytułem podsumowania

I tak oto możemy pokusić się o drobne podsumowanie. Wiem, że nie zostały tu omówione kwestie polityki monetarnej, czy choćby rozdętego aparatu administracyjnego (który również miał by miejsce w państwie minimum), ale w artykule powyższym chciałem tylko ukazać kilka podstawowych aspektów tematu. Jak, mam nadzieję, udało mi się udowodnić, istnienie państwa minimalnego jest nie mniejszą utopią, jak twierdzenie o istnieniu telefonii komórkowej w Starożytnym Rzymie. Wystarczyło dokonać tylko rozbioru idei na części i okazało się, że pod ładnym płaszczykiem kryją się marzenia i nadzieje. Złudne.

Ja tymczasem mam nadzieję, że tekst powyższy spowoduje, że idea państwa minimalnego nie podniesie się z łopatek.

_______________

Tekst powyższy stanowi fragment (dosyć skrótowy i zmodyfikowany) szykowanej przeze mnie pracy nt. „Idei państwa w myśli anarchistycznej”. Wszelkie sugestie i uwagi mile widziane.

Filip Paszko.

fpaszko@wp.pl


[1] Gwoli sprawiedliwości dodajmy tutaj, że idea umowy społecznej u Hobbesa różniła się od myśli Locke’a. Do głównych różnic możemy zaliczyć same umowy: podczas, gdy Hobbes przywoływał pactum subjectionis, kiedy to powstawać miało zarówno społeczeństwo, jak i rząd, Locke wyróżniał dwie umowy: pactum unions (na mocy której tworzyło się społeczeństwo) i pactum subjectionis (która dawała początek istnieniu państwa). Poglądy Locke’a jeszcze dobitniej (przynajmniej w sferze umowy społecznej i stanu natury) wyrażał Rousseau. Idea stanu natury również różniła obu myślicieli.

[2] Bellum omnia contra omnes, choć z czystym sumieniem mogli byśmy tutaj dorzucić jeszcze homo homini lapus est. Nie chcę twierdzić, że człowiek jest dobry, a pierwiastek zła nie istnieje. Człowiek jest z natury rzeczy interesowny i destruktywne oblicze natury ludzkiej ma również tutaj swój wpływ. Nie jest to zresztą dobre miejsce na rozważania, dotyczące natury człowieka.

[3] Koncepcje genezy państwa wg Hobbesa (Leviathan i De cive) i Locke’a (Dwa traktaty o rządzie, Warszawa, 1992) w języku angielskim dostępne są na stronie The Online Library of Liberty (http://oll.libertyfund.org)

[4] W dalszej części pracy będę używał zamiennie zwrotów „państwo”, „władza”, czy „rząd”, chyba, że zaznaczę inaczej.

[5] Porównaj choćby definicję rządu wyłożoną przez Ludwiga von Misesa w Ludzkim działaniu.

[6] Dawniej mówiono na to „daniny”. Zresztą, nawet w polskiej konstytucji występuje ten termin.

[7] M.N. Rothbard, Anatomia państwa, tekst dostępny na stronie http://www.mises.pl/.

[8] W oryginale fragment ten brzmiał: Jeśli regulacje wymagają od przedsiębiorców działań, które i tak by podjęli ze względu na potrzeby konsumentów, to są zbędne. Jeśli zmuszają ich do działań wbrew oczekiwaniom konsumentów (co ma miejsce najczęściej), to szkodzą przedsiębiorcom, irytują konsumentów i osłabiają gospodarkę. Por. L. i M. Tannehill, Rynek i Wolność, Fijoł Pub., Warszawa-Chicago, str. 48.

[9] Inni zrobili to znacznie lepiej, że wspomnę tylko o pracach Williamsona M. Eversa (http://mises.org/journals/jls/1_3/1_3_3.pdf), czy Josepha Knighta (http://www.miasik.net/articles/umowa.html).

[10] J. Locke, Dwa…, par. 119.

[11] By ubrać to w ramy przykładu, możemy stwierdzić, że 20 mieszkańców wioski zakłada własne państwo i zmusza pozostałych 10 mieszkańców (którzy nie chcieli państwa) do pozostawania w jego obrębie do czasu opuszczenia wioski. To tak, jakby te 20 osób mówiły reszcie: „nie musicie podpisywać z nami umowy, ale nasze państwo będzie też na was żerować. Jeżeli tu zostaniecie, to znaczy, że się zgadzacie, jeżeli nie, szukajcie sobie innego miejsca”. I co z tego, że umowę między sobą pozawierało 20 osób, skoro 10 osób, które nie chciały jej zawrzeć, są zmuszone do jej przestrzegania?

[12] Zwrotu „prawa człowieka” używam tutaj dla innego określenia praw naturalnych.

[13] Jeżeli bowiem jednostki w stanie natury są na tyle egoistyczne, że między sobą walczą, a nie współpracują, to na jakiej podstawie możemy wywieść, że osiągną kompromis i zrzekną się swoich praw na rzecz wyłanialny rząd? Locke też zresztą zauważał egoizm ludzki, jednak zwracał uwagę, że współdziałanie jest efektywniejsze i w związku z tym ma miejsce w stanie natury. Nijak jednak nie wybrnął z kłopotów, jakie podsuwało samo życie – ludzie wolą żyć na czyjś koszt, niż swój. Doprowadziłoby to do sytuacji, gdzie część z ludzi by finansowała rząd, a część tylko korzystała z beneficjów tegoż. Jak więc można by skłonić osoby, by utworzyły państwo, wiedząc, że będzie istniała klasa pasożytnicza?

[14] Cassirer twierdzi, że umowa dotycząca rządzenia, stanowiąca legalną podstawę wszystkich uprawnień obywatelskich, ma naturalne ograniczenia. Nie istnieje pactum subjectionis, akt poddaństwa, na mocy którego jedna osoba zrzekałaby się statusu wolnego podmiotu i oddawała w niewolę drugiej. Taki akt oznaczałby rezygnację człowieka z tego, co konstytuuje jego naturę i istotę: powodowałby utratę człowieczeństwa. Cytat za: Hans-Hermann Hoppe, Demokracja – bóg, który zawiódł, Warszawa, 2006, str. 297 i nast. Szerzej zostanie to omówione w części czwartej.

[15] Locke prawo własności stawia na pierwszym miejscu spośród praw naturalnych, wywodząc je z prawa do (czy raczej aksjomatu) samoposiadania (podobny zresztą pogląd wyznają Rothbard i Hoppe). Locke pisze, że każdy człowiek dysponuje własnością swojej osoby. Nikt nie ma do niej żadnego uprawnienia, poza nim samym. Możemy więc powiedzieć, że praca jego ciała i dzieło jego rąk słusznie należą do niego. Cokolwiek zatem wydobył on ze stanu ustanowionego i pozostawionego przez naturę, uczynił swoją własnością. Do tego, co zostało przez niego wydobyte ze wspólnego stanu, w jakim zostało umieszczone przez naturę, jego praca dołączyła coś, co wyklucza już do tego powszechne uprawnienie innych. Praca jest bezsprzecznie własnością pracownika, stąd żaden człowiek, poza nim samym, nie może być uprawniony do tego, co raz już zostało przez niego zawłaszczone. Zob. J. Locke, Dwa…, str. 181.

[16] Nie zaliczamy do władzy demokratycznej misesowskiej idei państwa demokratycznego, gdyż w wielu punktach przekracza ona zakres państwa, a dociera do punktu, w którym możemy ją nazwać już ideą anarchistyczną. Demokracja Misesa opierała się na „samostanowieniu, autonomii i samorządności” (Nation, state, and economy: Contributions to the politics and history of our time, str. 46). Z kolei „zastosowanie zasady większości prowadzi nie do powszechnej wolności, ale do panowania większości nad mniejszością” (ibidem, str. 55). Mises doskonale zdawał sobie sprawę, że demokracja w naszym współczesnym wydaniu nie jest niczym innym, jak tyranią większości. Doktryna liberalna, zdaniem Misesa, „nie wymusza na nikim przynależności do państwa. (…) Jeśli jakaś grupa obywateli pragnie odłączyć się od unii, liberalizm w żaden sposób jej nie powstrzymuje.” (ibidem, str. 39 i nast.). Ponadto, „Gdyby w jakiś sposób możliwe było przyznanie prawa samostanowienia każdej pojedynczej osobie, to należałoby to zrobić” (Liberalizm w tradycji klasycznej, str. 151). Na tej podstawie możemy stwierdzić, że koncepcje Misesa były niezmiernie bliskie anarchizmowi.

Krytykę ustroju monarchicznego również można znaleźć w Nation….

[17] Choćby: Thomas E. Woods, Jr., Niepoprawna politycznie historia Stanów Zjednoczonych, Warszawa, 2007, szczególnie rozdziały: 1-6, 11, 13, 15.

[18] Jak zauważa Murray N. Rothbard, „jeśli zaś ostatnie zdanie w kwestii interpretacji konstytucji ma rządowy sąd najwyższy, to ów sąd będzie się nieuchronnie skłaniał ku umieszczeniu swojego imprimatur pod każdą interpretacją poszerzającą kompetencje rządu”. (O nową wolność. Manifest libertariański, Warszawa, 2007, str. 74).

[19] H.H. Hoppe, Demokracja…, przypis na stronie 302, dane za: R. Rummel, Death by Government.

[20] Jak twierdzą Linda i Morris Tannehill (Rynek…, str. 74), „Zatrudnianie do ochrony przed przemocą agencji, która posługuje się zinstytucjonalizowaną przemocą, jest sprzecznością jeszcze bardziej lekkomyślną, niż kupowanie kota do ochrony papużek”.

[21] Ibidem, str. 207 i nast.

[22] A. Cuzán, Czy kiedykolwiek uciekniemy od anarchii?, tekst dostępny na stronie http://mises.pl.

[23] Ciekawy artykuł na podobny temat jest autorstwa Stefana Molyneux (Życie bez rządu – nie takie dalekie, jak się wydaje), dostępny na stronie http://liberalis.pl/.

[24] Popieranie rządu ograniczonego jest równe popieraniu ograniczonego niewolnictwa. Mianowicie: jeśli monopol jest uzasadniony, to również centralizacja jest uzasadniona. Jeśli podatki są usprawiedliwione, to tyczy się to również wyższych podatków.

[25] Murray N. Rothbard twierdzi nawet, że „rząd, który ograniczałby się do ochrony jest nie do utrzymania nawet wewnątrz ideologii leseferystycznej” (The ethics of liberty, str. 182).

[26] I nie jest tu istotne, czy najmniej, czy najwięcej zarabiających. Najwięcej zarabiający z reguły wolą zaniżać wysokość swoich dochodów, gdyż wiąże się to ze znacznym ubytkiem zarobków. Z kolei najmniej zarabiający będą starali się ukryć swoje dochody, gdyż państwo im zabierze relatywnie więcej, niż najbogatszym. To z kolei będzie powodowało relatywne ubożenie tej części społeczeństwa, której sytuacja materialna i tak nie jest godna pozazdroszczenia.

[27] Na temat procesu decywilizacyjnego zob.: H.H. Hoppe, Demokracja…, rozdz. 1 i 4, M.N. Rothbard, O nową wolność…, rozdz. 8, T. Sowell, Oni wiedzą lepiej, Warszawa, 2008, Allan Carlson, Co rząd zrobił z naszymi rodzinami? (dost. na http://www.mises.pl/).

[28] Sam znam ciekawą historię na ten temat. Otóż jeżdżąc co wakacje na wieś, mój wujek opowiedział mi o swoim znajomym, prowadzącym niewielki sklepik. Co lato zatrudniał na kilka miesięcy bezdomnego, który sobie dorabiał do życia. Na jesień z kolei ten bezdomny włamywał się gdzieś, po czym zostawał na miejscu przestępstwa, aż do przyjazdu policji. Zostawał aresztowany i postawiony przed sądem. Ten skazywał go na kilka miesięcy w więzieniu, w związku z czym nasz bezdomny spędzał zimę w lepszych, niż inni bezdomni, warunkach. Oczywiście na nasz koszt. Nie wiem, na ile ta historia jest prawdziwa, gdyż nie znam funkcjonowania prawa w Polsce, jednakże sama opowieść uzmysławia nam, do czego może doprowadzić państwo ze swoimi „rozwiązaniami problemów”.

5 comments

  1. Maciej Piechotka

    1. Państwo będzie chciało złapać złodzieja bo kradzieź nie jest opodatkowana 😉 Co złodziej ukradnie państwo nie może wziąść.
    2. Monopol jest bardzo skutecznym sposobem ograniczenia dostępności danego towaru. Dlatego wolałbym monopol na przemoc niż obecny monopol na ochronę. Pierwszy powodowałby niedobór przemocy (ujemna ilość?) a drugi powoduje niedobór ochrony (wojny, przestępczość).

  2. Czytelnik

    problemy z jakimi miałoby się zmierzyć państwo minimalne są wyolbrzymiane przez autora – rozumiem że względy natury logicznej optują za anarchią , ale nie da się jej osiągnąć robiąc skok z jednej przepaści ( obecne państwo opiekuńcze i jego skutki ) na drugą ( anarchokapitalizm ) , tylko drogą małych kroczków można urzeczywistnić wolnościową utopię ( gdzie każde słowo i znaczenie jest egzekwowane w rzeczywisty sposób a nie tylko w małej części ) . Na pewno bliżej jest do wolnościowej anarchii z punktu państwa minarchicznego niż z państwa opiekuńczego !!! oczywiście to nie daje gwarancji że ten ustrój zaistnieje ale przybliży jego nastanie – a co będzie dalej to już zależy od ludzi , bo trzeba pamiętać że bez wolnościowego społeczeństwa nic się nie osiągnie !!!

  3. Czytelnik

    Pisząc przez „rewolucję” miałem na myśli radykalne zmiany , a nie jakieś rzezie czy przewroty !!!
    jeżeli kolega twierdzi że rewolucyjne zmiany nie są drogą , a z drugiej strony krytykuje państwo minimum , z którego przecież bliżej do anarchii jak żadnemu innemu ustrojowi – to ja się pytam , jak w takim razie ma ta anarchia zaistnieć ???

  4. smootnyclown

    Gdy usłyszałem „rewolucja” dokładnie o tym znaczeniu pomyślałem.
    Moja krytyka państwa minimum nie dotyczy „drogi” do anarchii, a ideii państwa minimalnego, jako alternatywy dla anarchii. W tekście chciałem ukazać, mam nadzieję, że się udało, że istnienie państwa mnimalnego jest w dłuższej perspektywie nierealne.
    A już teza, że od państwa minimalnego bliżej do anarchii, niż z jakiegokolwiek innego, jest niezmiernie kontrowersyjna…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *