cynik9

cynik9 „Modalski i Wuj Sam”

czyli obarczanie długiem dzieci

„No generation has a right to contract debts greater than can be paid off during the course of its own existence.” – George Washington.

Policzmy sobie coś na marginesie. Niech nasz stary znajomy Modalski zarabia 3 tys. złotych brutto obecnie. Czyli 36 tys. rocznie, minus podatki i inne nonsensy, niech ma na czysto 27 tys. Zgadza się z grubsza? Niech teraz ma dług do spłacenia wysokości przeszło 4,5 raza większej, czyli zaokraglając w dół 120 tys. złotych. Dług jest na 10 lat.

W warunkach obecnych stóp procentowych oznacza to same odsetki rzędu 8 tys. złotych, plus spłatę roczną powiedzmy 12 tys., czyli obciążenie roczne rzędu 20 tys. Czy mając do dyspozycji 27 tys. Modalski może spłacić tą pożyczkę? Tylko w sytuacji gdyby wraz z rodziną nie jadł, nie pił, nie posyłał dzieci do szkoły i mieszkał na Dworcu Centralnym w Wwie. Chyba że… pociąłby starą Gazetę Wyborczą na kawałki wielkości banknotu 200 zł i przekonał swojego wierzyciela że makulatura ta równoważna jest rzeczywistym banknotom.

Rys.1 GDP wobec zobowiązań rządowych w USA
Śmieszna rzecz… Wuj Sam jest w podobnej sytuacji. Zobowiązań rządowych USA jest też 4.5 raza więcej niż wynosi krajowy GDP (~$13.8 bilionów). Składają się na nie obecny dług federalny (rzędu $9.7 bilionów, część brązowa) oraz cała góra „unfunded liabilities” oznaczona kolorem czerwonym. Są to poobiecywane już na sztywno przyszłym emerytom, i nie tylko, świadczenia na których finansowanie nie ma obecnie żadnych prowizji. Szacunki tej części faktycznego długu są trudne i ich wyniki mogą się sporo różnić. Wszystkie wskazują jednak na gigantyczne sumy w przedziale $55 bilionów do $65 bilionów, z czego grafik na rys.1 przyjmuje ostrożnie najbardziej optymistyczny wariant. W dodatku zabiegi Bernanke z obniżaniem stóp procentowych w obliczu dwucyfrowej inflacji (realne stopy są poniżej zera) powoli dobiegają końca. Kiedyś będzie musiał zacząć je podnosić. Jaką szansę mają zatem USA na spłacenie swojego długu, w tej mniej więcej wysokości, bez oszukiwania? Odpowiedź – niewielką.

Wystarczy jednak porozdymać, i raz jeszcze trochę porozdymać podaż pieniądza a spłacenie co starszych długów coraz nowszymi banknotami stawać się będzie coraz łatwiejsze. Oczywiście znajdzie się zawsze paru malkontentów którzy będą drzeć gardła że dzieje im się krzywda. Tych uciszyć trzeba będzie małą podwyżką tu czy tam. Ale oczywiście ani się wszyscy nie będą darli na raz, ani się też wielu kapnie i zarząda pełnej rekompensaty. Dopóki więc różnica jest na naszą korzyść, a zawsze jest, no to do dzieła chłopcy! Tylko inflacja może nas uratować!

Sam pomysł spłacenia długu kiedykolwiek jest też kwestionowany jako herezja przez szermierzy innej idei – wzrostu. Hej, brzmi ich argument, przestańmy się martwić o dług państwowy bo jest to myślenie statyczne. A myśleć, jak wiadomo, trzeba dynamicznie. W odróżnieniu od długu Modalskiego który musi być spłacony, dług państwa spłacony nigdy być nie musi. Wystarczy że zostaje bez końca rolowany nowym długiem. Czyli coś jak w karcie kredytowej – czort z długiem, byle by spłacać miesięczne raty. Zamiast zatem zatrzymać się w rozwoju opodatkowując się na śmierć aby spłacić obecny dług, należy robić wszystko aby rosnąć, rosnąć, i jeszcze raz rosnąć. Rosnący GDP pozwoli obsłużyć rosnący dług i nas zbawi. W sposób naturalny rozedmie podaż pieniądza co pozwoli dodatkowo przeszmuglować zdrową porcję inflacji, a ta stare długi znakomicie zmniejszy.

Oczywiście że jest to oszukiwanie starych dłużników którym stare obietnice wypłacimy w nowych dolarach, wartych o połowę mniej. Ale nie bądźmy małostkowi. Kto to w końcu zauważy po tych latach? Emeryci? Ci przecież zawsze marudzą. Poza tym gdy GDP będzie rósł, wzrosną także ceny wszystkich aktywów na około i każdy będzie happy, nawet emeryci..

Tu niestety kończy się analogia Modalskiego z Wujem Samem. Jeżeli Modalski zacznie przekonywać swój bank że pocięte kawałki gazety Wyborczej są równie dobre jak banknoty 200 zł. to skończy w kaftanie bezpieczeństwa. Natomiast Wuj Sam nie musi się kłopotać z ciachaniem New York Timesa na kawałki bo może nadrukować sobie tyle oryginałów ile zapragnie, i nimi zapłacić. I to właśnie czyni z wielkim sukcesem, nie narażając się na przykre konsekwencje. Bank natomiast nigdy nie kupi pomysłów Modalskiego na permanentny dług, ani jego opowiastek o swoim osobistym wzroście i o chęci „ucieczki do przodu”.

Inną różnicą jest to że w bankiera niechcącego przyjąć kawałków Gazety Wyborczej w charakterze spłaty pożyczki Modalski w desperacji może co najwyżej rzucić popielniczką. Natomiast Wuj Sam do rzucenia ma ciężki młot w postaci USArmy oraz szereg innych rekwizytów o dużej sile perswazji. Pomaga to znacznie w przekonaniu wielu zagranicznych wierzycieli powątpiewających w wartość dolara czy w wiarygodność dolarowych obligacji.

Rys.2 GDP i zobowiązania państwa. Źródło: Casey Research i Bud Conrad
Młot jednak czy popielniczka, ale nawet gumę naciągnąć można tylko do pewnej granicy. Potem pęka. Argument o wzroście gospodarczym jest istotny ale ma pewne granice. Jest mianowicie mała szansa aby w przybliżeniu liniowo rosnący GDP (linia czerwona w grafiku powyżej) nadążył w przyszłości za eksponencjalnie rosnącym długiem federalnym (linia zielona). Wprawdzie obecnie dług federalny stanowi tylko 70% GDP, ale o dramatyczne zmiany zatroszczy się wkrótce zmieniająca się demografia. Sfinansowanie na sztywno ustalonych “zdobyczy socjalnych” wymusi wówczas zadłużenie grubo przewyższające GDP, nawet zakładając optymistyczne prognozy rozwoju. Dynamika tych linii, jak widać z grafika, jest nieubłagana. Spierać się można tylko o to kiedy się one przetną i jak szybko długi zaczną przeważać.

Oczywiście sytuacja taka na dłuższą metę jest nie do utrzymania. W pewnym momencie będzie musiało dojść do przesilenia. Jedną możliwością będzie wtedy wielki kaboom i kolektywne dojście do rozumu. Czyli najpewniej odejście od demokracji i od jej nieodłącznego atrybutu jakim jest grupowe “deficit spending”. Jest to jak wiadomo objaw zbiorowej schizofrenii objawiającej się tym że demokratycznie ze wspólnej portmonetki zawsze wydaje się więcej niż jest tam funduszy, spodziewajać się że ją czas cudownie napełni (no bo nie nowe podatki, którym mówimy nie!… ;-)).

Przy drugiej możliwości – zachowaniu “zdobyczy socjalnych” – wygląda na to że demokracja może się wprawdzie utrzymać ale bez oszukiwania się jednak nie obejdzie. Emerytury (social security) zostaną wszystkim dzielnie wypłacone w obiecanej wysokości. Tyle tylko że w pociętych kawałkach starego New York Timesa lub, do wyboru, Gazety Wyborczej.

Postscriptum: Dane amerykańskie do tego wpisu nie powinny sugerować jakoby długofalowe perspektywy w wielu krajach europejskich były materialnie lepsze. Jest prędzej odwrotnie.

cynik9
7 wrzesień 2008

***

Tekst był wcześniej opublikowany na blogu dwagrosze

Zezwolenie na przedruk dotyczy wyłącznie witryny liberalis.pl.
Ogólne zasady przedruku można odnaleźć bezpośrednio na blogu dwagrosze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *