Przemysław Krupa

Przemysław Krupa: Monopole a wolny rynek

„A co będzie, jeśli ktoś wykupi całą polską kolej i będzie żądał horrendalnie wysokich cen za transport?”
„Jak wolny rynek zareaguje na gigantyczny kartel firm komputerowych?”

Zapewne każdy z was musiał niegdyś odpowiadać na podobne pytania w wielu forumowych, czy koleżeńskich dyskusjach. Monopole to jedna z największych obaw początkujących wolnorynkowców. Plasuje się gdzieś obok higieny w restauracjach (brak Sanepidu) i przyszłości dzieci z biednych rodzin. Samo logiczne myślenie laika ukazuje jedynie skutki istnienia monopoli, do wykazanie przyczyn ich istnienia (albo niemożności istnienia na wolnym rynku) potrzeba większej wiedzy, głębszego wgłębienia i dłuższego kontaktu z wolnościową ekonomią.

A zatem, jak wolny rynek radzi sobie ze szkodliwymi monopolami? Satysfakcjonującej odpowiedzi udziela nam Szkoła Austriacka i prakseologia.

Zadajmy sobie podstawowe pytanie: czy monopole mogą powstawać na wolnym rynku? Oczywiście, że tak. Znamy wiele przypadków z historii, gdzie prywatne przedsiębiorstwa zdobywały niemal 100% danego rynku bez żadnej pomocy państwa. Po prostu oferowały najlepsze towary za najniższą cenę. Zdobywały zaufanie, szacunek oraz stale powiększały własne wpływy i sprzedaż. Pozostawiały daleko w tyle niewydolną konkurencję, stając się monopolistami.

Czy istnienie takiego monopolu należy uznać za złe? Jeśli istnieje firma, która ma „monopol” (tzn. praktycznie nie ma konkurencji) i klienci są z jej usług i cen zadowoleni – problemu nie ma.

Komplikacje pojawiają się przy próbach wykorzystania pozycji monopolisty. Najczęściej przejawia się to staraniami ustanowienia ceny monopolowej.

Ceny konkurencyjne są wynikiem dostosowania się sprzedających do popytu konsumentów. Jeżeli ceny są konkurencyjne, cała dostępna podaż zostaje sprzedana. Cały proces gospodarczy funkcjonuje dla dobra konsumentów. Nie istnieje konflikt interesów między kupującymi a sprzedającymi. Jednakże w określonych warunkach ograniczenie podaży i podwyższenie cen przynosi im korzyści. W taki sposób ustalone ceny naruszają interesy konsumentów. Są to ceny monopolowe.

Wyobraźmy sobie taki przykład: Mała firma produkująca najlepsze i najtańsze zabawki na rynku, osiągnęła status monopolisty. Posiada 100% rynku. Właściciele przedsiębiorstwa czują pokusę, aby wykorzystać własną pozycję ustanawiając cenę monopolową (ograniczenie podaży i sprzedaż dobra po wyższej cenie jednostkowej). Jednakże nie są w stanie oszacować, jaka cena monopolowa będzie przynosić im zysk. Czy zbytnio podwyższając ceny nie narażą się na gwałtowny odpływ klientów i powstanie silnej konkurencji? Nie są wszechwiedzący, aby znać indywidualne skale wartości ludzi. Czy klienci, którzy kupowali zabawkę za 5 zł, kupią ją teraz za 15? Czy raczej przeznaczą fundusze na inny produkt?

Przypuśćmy, że tak wygląda indywidualna skala wartości jednego z klientów.

1. 15 zł
2. Książka
3. 10 zł
4. Zabawka
5. 5 zł

Widzimy, że póki zabawka kosztuje poniżej 10 zł klient jest gotów ją zakupić. Gdy jednak monopolista podwyższy cenę do przykładowych 15 zł klient zrezygnuje z nabycia zabawki, gdyż 15 zł w kieszeni jest dla niego więcej warte niż sam produkt. Sprzedawca nie jest w stanie ocenić ilu ludzi zareaguje podobnie.
Jak widzimy próba ustanowienia ceny monopolowej niesie za sobą ogromne ryzyko: straty klientów i zysku, oraz możliwość powstania silnej konkurencji, chcącej zaspokoić powstały popyt.

Przypuśćmy teraz, że dana firma osiągnęła monopol w bardziej specyficznej branży. Jako przykład weźmy koleje. Za każdy przejazd żądają bardzo wysokiej kwoty (dla dobra analizy – udało im się ustalić cenę monopolową), ludzie muszą korzystać z ich usług, gdyż nie mają wyboru (również dla dobra analizy, bo wybór oczywiście mają, ale o tym później). Jak się potoczy tego typu sprawa?

Na wolnym rynku, jeśli dana branża jest opłacalna (utrzymują się wysokie ceny), to przyciąga to natychmiast wielu innych przedsiębiorców – a wówczas ci inwestują duże pieniądze w zbudowanie konkurencyjnej infrastruktury kolejowej, co zmusza monopolistę do obniżenia cen.

Oprócz tego, istnieje tzw. Konkurencja produktów. Jeżeli cena kolei jest zbyt wysoka – pożyczam samochód. Gdy samochód staje się zbyt drogi – jadę autobusem.

Jak widać na wolnym rynku monopolista ma naprawdę ciężko. Nie może pozwolić sobie na branie cen z kosmosu. Cały czas obowiązują go prawa ekonomii: prawo popytu i podaży. A ustalenie ceny monopolowej zawsze wiąże się z ryzykiem utraty klientów. Dlatego będzie starał się maksymalizować jakość i ofertę, aniżeli próbować grabić konsumentów.

Przemysław Krupa
17.11.2008

20 comments

  1. smootnyclown Post author

    Przemku,
    napisałeś: Znamy wiele przypadków z historii, gdzie prywatne przedsiębiorstwa zdobywały niemal 100% danego rynku bez żadnej pomocy państwa.

    Więc ja proszę o te wiele przypadków:)

  2. ignorant

    To ja pozwolę sobie zagrać rolę adwokata diabła 🙂
    Uważam, że sprawa nie jest taka prosta. Jeżeli dany produkt ma swój substytut to popyt nie jest taki sztywny ale jeżeli nie ma to monopolista ma duże pole do popisu – zwłaszcza jeżeli do mógł działać przez dłuższy czas i zgromadzić znaczny kapitał.
    Ojciec kiedyś mi opowiedział o takim zdarzeniu w okresie międzywojennym (nie znam szczegółów – ale nie ma to znaczenia, możecie nawet przyjąć to za fikcyjne zdarzenie).
    Podobno rynek skupu zboża opanowali wtedy Żydzi (albo z małej? – czort wie, chodzi mi o to, że była to grupa blisko współpracujących ze sobą ludzi, którzy akurat byli narodowości żydowskiej). Jacyś Polacy uznali, że są w stanie z nimi konkurować cenowo. I faktycznie przez jakiś czas dawali ceny niższe i mieli chętnych rolników. Ale nie spodobało się to „monopolowi”, więc postanowili wykończyć konkurencję. Mieli na tyle duże zasoby pieniężne, że przez dłuższy czas zastosowali ceny „dumpingowe” (czy poniżej kosztów czy nie to nie wiem) i w efekcie puścili konkurencję z torbami. Następcy się nie pojawili.

    Ja bym dopuścił stosowanie jakiś regulacji antymonopolowych. Tak jak w przypadku M$. Gdyby nie zmuszono ich do otwarcia standardów OpenOffice nie miałby szansy przebicia się – podobnie zadziałało zarządzenie że administracja w UE (chyba to jest na terenie całej wspólnoty) musi przyjmować wnioski/dokumenty nie tylko w M$ Office ale też w OpenOffice. Przy czym zdaję sobie sprawę, że powoływanie się na UE tutaj to jest bardzo grząski grunt (osobiście jestem wybitnie sceptyczny do tej koncepcji jednego państwa i tego co ta cała biurokracja prezentuje).
    Jak byście się czuli gdyby wszystkie prywatne policje w okolicy i sądy przyjmowały tylko wnioski w MS Wordzie, zmuszając Was w efekcie do kupienia czegoś czego nie chcecie? Przypominam, że urzędnik jest tylko człowiekiem – a taki monopolista jest bardzo bogatym człowiekiem, który może poświęcić skromną (dla niego) fortunę na to by dalej być monopolistą :), więc argument, że któryś z nich zacznie przyjmować w innych formatach by przyciągnąć więcej klientów może nie do końca działać.

  3. ignorant

    Niepełne zdanie powyżej. Powinno być „Następcy się nie pojawili a ceny wróciły do tego co było na początku”.

  4. Doktor

    Smootnyclown, najbardziej znanym przypadkiem NATURALNEGO monopolu był monopol w USA na produkcję glinu (aluminium). Sorry, ale nie pamiętam/podaję ani nazwy tej firmy, ani okresu tego ,,monopolu” (coś mi świta, ze było to 11 lat). Poszukaj, poczytaj. Najdziwniejsze było to, że ceny w okresie tego aluminiowego monopolu były bardzo niskie. Być może dlatego, że były za niskie, monopol ten został przełamany?

    Moje zdanie jest takie:
    Monopole naturalne (wolnorynkowe) – tak! (w każdej chwili moga upaść!).
    Monopole państwowe – NIE!!! (państwo WYMUSZA takie monopole administracyjnie, czyli takie monopole trwają wbrew prawom wolnego rynku).

  5. smootnyclown Post author

    Doktor,
    Mówisz o przykładzie ALCOA. Sęk w tym, że ten „monopol” to było ok. 70% rynku w produkcji bardziej szmelcu, niż aluminium i tylko na niewielkim terenie* Ale Rothbard wspomniał tylko, że było coś takiego, jak ALCOA i nic więcej:)

    *Przynajmniej tyle usłyszałem od osoby, która skądinąd tematem monopoli się interesuje. Ale jeżeli masz jakieś źródła, to chętnie poznam.

  6. Kamil

    Największy znany mi i chyba w ogóle uznawany powszechnie ‚monopolista’, czyli Standard Oil, nie zdobył coś około 80 % rynku, a trzeba pamiętać dodatkowo, że tylko jednej wąskiej branży (już nie pamiętam jakiej).

  7. Kamil

    Ignorancie, nie wchodząc w sprawę rynku komputerowego bardziej szczegółowo, musisz sobie dać sprawę z faktu istnienia czegoś takiego jak ‚patenty’ i ‚własność intelektualna’, które są niemoralnymi przywilejami zagwarantowanymi i podtrzymywanymi tylko i wyłącznie przez państwo.

  8. Kamil

    Przez i dzięki. Bez państwa, albo bez jego ingerencji w tej dziedzinie, nie było by ‚monopolu’ Microsoftu czy innych..

  9. DysKordian

    ALCOA „naturalnym, wolnorynkowym monopolem”? No bez jaj. Mam przez to rozumieć, że w 1888 roku nie było w USA patentów, rządowej ochrony „wątpliwej” (niepochodzącej z zadomowienia) własności ziemskiej, subwencji dla kolei, ceł itp?

  10. ignorant

    @Kamil
    Nie jestem świadomy tego w jaki sposób MS wykorzystał państwo – więc proszę rozwiń to.
    Mój obraz tego w jaki sposób MS doszedł do swojej pozycji jest bardziej po linii: znalazł lukę, wypełnił ją, ludzie się do tego przekonali (co by nie mówić przez dłuuugi czas MS Office nie miał konkurencji na odpowiednim poziomie) zaczęli tego używać i teraz jest bardzo trudno zmienić ich przyzwyczajenia. I nie mam zamiaru zmieniać tych przyzwyczajeń na siłę – tylko chcę mieć możliwość używania tego co ja chcę (LaTeX/OpenOffice) w wymianie z jakąś administracją/redakcją/…
    Dla przykładu – jak ciężko jest zwalczyć przyzwyczajenia – znajomy zrobił kartę pomiarową i napisał sterowniki pod Linux’a. Karta ma świetne parametry ale … nikt nie chciał jej kupować bo wszelkie laboratoria mają poinstalowane Windows’y (niektóre jeszcze używają DOS’a) i musiał napisać jakieś sterowniki pod Windows. Działa to o jakiś rząd wielkości gorzej niż pod Linuksem ale … karty zaczęły się sprzedawać.

    Co do patentów to akurat się tutaj zgodzę z Tobą – zresztą podpisywałem petycję przeciwko ich wprowadzeniu. Uważam, że jeżeli jest coś świetnego to pomysł (lub bardziej implementację) na to autor powinien trzymać w tajemnicy i będzie w stanie zarobić na tym grube pieniądze. A jak jest do bani to nie ma po co to chronić – pojawią się lepsze rozwiązania.

  11. DysKordian

    Nie przestaje zdumiewać mnie optyka niektórych libertarian. Niby tacy racjonalni, a nie potrafią spojrzeć na zależności państwowo-biznesowe inaczej, niż przez pryzmat podejrzanego „wykorzystywania” (korupcji, nepotyzmu itd) struktur państwa.

    Drogi ignorancie, Gates nie musiał uciekać się do tak drastycznych, nielegalnych środków. Państwa od dawna na setki sposobów umożliwiają biznesowi eksternalizację kosztów i „prywatyzację” zysków z technologii, na rozwój których wszyscy – chcąc nie chcąc – składaliśmy się z własnych kieszeni. Gdyby nie państwowe lub silnie dotowane przez państwo projekty R&D, stworzone głównie z myślą o armii, nie byłby możliwy rozwój technologii informatycznych w sposób, jaki znamy. Gates jedynie rozwinął wspomniane technologie i – dzięki gwarantowanej przez państwo ochronie patentów – skierował strumień zysków tak, żeby płynęły do jego kieszeni.

    Rozpatrując problem „słuszności” monopolu, jakim cieszył się Microsoft należałoby właśnie zacząć od historyczno-prawnych uwarunkowań i związanej z nimi kultury biznesowej (uchwycić szerszy kontekst sprawy, innymi słowy) a nie skupiać się wyłącznie na relacjach na linii „firma-konsumenci” (od postawienia pytania, czy bez „państwowej gwarancji przywilejów” MS byłby w ogóle w stanie zdobyć pozycję na rynku, jaką zdobył). Takie „wąskie” rozumowanie wiąże się z niebezpieczeństwem poważnego przekłamania opisywanej rzeczywistości, wszak rzadko kiedy możliwość wyboru jest drastycznie zawężona do jednej tylko opcji, z pistoletem przystawionym do głowy (a nawet wówczas istnieje druga opcja pt. śmierć). Nawet państwa dopuszczają – ograniczoną, ale jednak – migrację ludności z jednego kraju do drugiego, a więc wybór pomiędzy grabieżcami; ale czy można uznać, że jest w pełni „dobrowolny”? Śmiem wątpić…

  12. Czytelnik

    „Gdyby nie państwowe lub silnie dotowane przez państwo projekty R&D, stworzone głównie z myślą o armii, nie byłby możliwy rozwój technologii informatycznych w sposób, jaki znamy.”

    Czyli nie było by internetu ??? Widzę że utopia libertariańska nie była by taka wspaniała , skoro nie było by całej tej elektronicznej rewolucji.

  13. DysKordian

    Czytelniku, zwracam uwagę na sformułowanie „w sposób, jaki znamy”. Myślę, że tłumaczy wystarczająco wiele i nie muszę rozwijać, co miałem na myśli…

  14. Ona

    W DDR od samego początku obowiązywał monopol w zakresie produkcji pieczywa mieszanego (pszenno-żytniego). Państwowe piekarnie wypiekały pieczywo pełną parą, co pozwalało na podstawowe zaopatrzenie wszystkich obywateli we wspomniane pieczywo mieszane, ciemny chleb oraz coś, co mniej lub bardziej było bułkami. Obywatele DDR grzecznie stali w kolejkach przed państwowymi piekarniami i konsumowali to, co owe piekarnie były w stanie im zaoferować. Ostatecznie nie było przecież nic innego. W połowie lat 80-tych ubiegłego wieku biuro polityczne SED podjęło jednak decyzję o „liberalizacji” rynku piekarniczego i wydało licencje na pieczenie chleba również prywatnym piekarzom. Ci wytwarzali wspomniane już wypieki, okazało się jednak, iż nie mają żadnych szans na konkurowanie z ofertą piekarni państwowych subwencjonowanych przez państwo. W związku z tym wpadli na pomysł zaoferowania kilku pysznych nowości, których w ofercie nie miały piekarnie państwowe. I tak na rynku pojawiły się bułki z rodzynkami, wypieki z orzechami oraz amerykany.
    Oferta prywatnych piekarni została świetnie przyjęta przez społeczeństwo i już wkrótce wszystkie pyszności oferowane przez prywatne piekarnie zaliczono do „kulinarnego dobra kultury” DDR. I cóż się dzieje? Ponieważ to, co większość społeczeństwa uznaje za dobre, zdaniem partii należało do „zaopatrzenia podstawowego”, bułki z rodzynkami, pieczywo z orzechami oraz amerykany rząd DDR włączył do oferty piekarni państwowych, nakazując ich produkcję. Rozszerzona oferta asortymentowa finansowała się samodzielnie, albowiem większość tego co obywatele legalnie produkowali i wykonywali, należała i tak do wszystkich.
    Państwo musiało tylko owoce pracy swoich obywateli odpowiednio sterować oraz dokonywać redystrybucji tych dóbr.
    Dodatkowo partia wprowadziła pobór specjalnego podatku na pieczywo mieszane i ciemne, który musiał opłacać każdy obywatel, posiadający zęby – czyli teoretycznie osoba, mogąca jeść zarówno chleb jak i owe bułki. Również obywatele „posiadający uzębienie”, nie konsumujący jednak pieczywa państwowego, lecz tylko prywatne wypieki, bądź też ci, którzy pieczywa wcale nie konsumowali, musieli opłacać ten podatek.
    Państwowe pieczywo wprawdzie nie smakowało tak dobrze jak prywatne, ale obywatele kupowali jednak chętniej quasi „darmowe” pieczywo państwowe, za które praktycznie już wcześniej zapłacili. I prywatni piekarze ponownie zostali zmuszeni do rozejrzenia się za nowym źródłem dochodu i „wynaleźli” nowe pyszności. Na rynku pojawił się m.in. tort grylażowy oraz inne piekarnicze „wynalazki“.
    W tym momencie Wielki Brat – Związek Radziecki Gorbaczowa postanowił interweniować i poprosił rząd DDR o nie włączenie owych nowości do oferty piekarni państwowych, aby piekarze prywatni „chociaż trochę” pozostali konkurencyjni i zaraz nie zbankrutowali. Partia znalazła jednak wytłumaczenie, argumentując, iż prywatni piekarze nie potrafią wytwarzać zaopatrzenia podstawowego tak efektywnie jak piekarnie państwowe, albowiem prywatnym piekarzom nigdy nie uda się wyprodukować pieczywa mieszanego, ciemnego oraz bułek w wystarczającej ilości. Tym samym udowodniono, iż sektor prywatny nie jest w stanie zabezpieczyć obywatelom zaopatrzenia podstawowego.
    Nadto, biorąc pod uwagę zadania wychowawcze, prezentowano rozważania, iż obywatele powinni odżywiać się głównie zdrowym chlebem, a nie tylko bułkami z rodzynkami czy też tortem grylażowym.
    Gorbaczow nie przebił się ze swoimi argumentami, a partia zacierała ręce. Planowano nawet wprowadzenie dalszych specjalnych podatków dla tych obywateli, którzy wprawdzie już nie posiadali uzębienia, ale przy pomocy nowych technik – dożylnie – mogliby „wprowadzać” chleb do organizmu.
    Uczyć się od DDR oznacza uczyć się wygrywać.
    „Źli ludzie” przypuszczają, iż cała ta historia wyssana jest z palca, albowiem tak bezczelnie głupie DDR nie było. Może i tak, albowiem inaczej odkroiłoby sobie kawałek od swojego ideologicznego przeciwnika czyli BRD (Republiki Federalnej Niemiec) i dokładnie tę sama historię chętniej sfinalizowało w obszarze telewizyjnym.

    W taki oto sposób państwo skazuje rynek na porażkę.

    Źródło: eigentumlich frei, David Schah

  15. Karoll

    >>Takie “wąskie” rozumowanie wiąże się z niebezpieczeństwem poważnego przekłamania opisywanej rzeczywistości, wszak rzadko kiedy możliwość wyboru jest drastycznie zawężona do jednej tylko opcji, z pistoletem przystawionym do głowy (a nawet wówczas istnieje druga opcja pt. śmierć). Nawet państwa dopuszczają – ograniczoną, ale jednak – migrację ludności z jednego kraju do drugiego, a więc wybór pomiędzy grabieżcami; ale czy można uznać, że jest w pełni “dobrowolny”? Śmiem wątpić…

    Cała różnica tkwi w tym, czy zdobywa się coś siłą, czy dobrowolnie. I to jest zdecydowanie istotne. Ale niezależnie od tego celem ludzkiego działania jest zysk. Możemy sobie marzyć, że polityk czy lobbysta z nim współpracujący będą kierować się jakimiś lepszymi wartościami, ale prawda jest taka, że skierowanie się ku takim wartościom sprawia, że są oni mniej efektywni, i to nie tylko w działaniach, które możemy uznać za niemoralne. Świat rządzi się logiką własnego interesu – to jest zasada, z której libertarianie nie chcą rezygnować, mimo tego, że wydaje się ciągle, że ten własny interes zbyt często służy złemu niż dobremu. Dostrzegać trzeba jednak również dobrą stronę całego tego kapitalizmu, niezależnie od tego, że tak wiele w nim przemocy. Chociażby po to, by samemu się nie pogubić.

    Złym czynem jest więc samo uchwalanie praw sprzyjających monopolom i egzekwowanie ich. Poza tym jest dobrowolna współpraca. Również z politykami, którzy złe prawa ustalają. Bo jeżeli Microsoft ma monopol, to najprostszym sposobem na zmianę tego jest stworzenie mu konkurencji. A tworząc konkurencyjną do Microsoftu firmę musimy, chcąc nie chcąc, pójść na jakąś współpracę z państwem. Przecież dla wolnego oprogramowania stworzono General Public License – nową gwarantowaną przez państwo umowę, opartą jednak na zupełnie innych zasadach niż normalne prawo autorskie. Gdyby twórcy wolnych systemów operacyjnych nie zdecydowali się na to, ktoś mógłby przyznać sobie prawo do ich pracy.

  16. Ona

    DDR ???
    inaczej NRD czyli Niemiecka Republika Demokratyczna … czyli twór, którego już nie ma (1949 – 1990)

  17. Pingback: Przemysław Krupa: Monopole a wolny rynek | sportowefaktywpplkibice103378blog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *