Frank Shostak

Frank Shostak „Czy naprawdę potrzebujemy teraz więcej Keynesa?”

Kiedy rządy i banki centralne poddają się coraz poważniejszym zabiegom stymulacji monetarnej i fiskalnej (a tak dzieje się właśnie teraz), mówi się, że idee Keynesa powróciły do łask. Ogłasza się, że keynesowskie recepty mogą uchronić światowe gospodarki przed popadnięciem w głęboką recesję. Przykładowo, w Stanach Zjednoczonych republikanie i demokraci przelicytowują się w coraz to nowych pomysłach na wprowadzenie pakietów mających stymulować gospodarkę. Financial Times pisał o tym niedawno, że

Nawroty keynesizmu mogą przybierać różnorakie postaci. Republikanie twierdzą, że nadszedł czas nowych cięć podatkowych dla small businessu, szczególnie w formie zwolnień od podatku od zysków kapitałowych, co – zdaniem wielu – pomogłoby ożywić gospodarkę. Demokraci uznają, że najlepiej rozszerzyć zakres udzielania zasiłków dla bezrobotnych, wprowadzić kartki na jedzenie, czy też wspomóc mających kłopoty posiadaczy domów.

Pomimo bilionów dolarów, które banki centralne wpompowały w system, część znanych komentatorów wciąż utrzymuje, że to nie wystarczy. Na przykład Martin Wolf pisze:

Lecz w zaistniałych okolicznościach nie możemy spocząć na laurach polityki monetarnej. Oto stoimy przed keynesowską sytuacją, która wymaga keynesowskich reakcji. Deficyty budżetowe osiądą na poziomach dotychczas uznawanych za niewyobrażalne – i dobrze!

Sugestia, że pomysły Keynesa budzą się z letargu, aby ocalić świat, jest cokolwiek osobliwa. Przecież idee keynesizmu nigdy nie przestały kołatać się po głowach decydentów z rządu i z banków centralnych. Keynesizm zdominował sposób myślenia najbardziej wpływowych ekonomistów. Wprowadzane obecnie pakiety, które w założeniach mają stymulować gospodarkę, są w istocie kontynuacją tych samych strategii keynesowskich, które musimy znosić już od dziesiątków lat. Obecny kryzys jest skutkiem olbrzymiej dawki keynesizmu, którą przyjęła przez te lata gospodarka.

John Maynard Keynes, mówiąc skrótowo, utrzymywał, że nie należy do końca ufać rynkowi, gdyż jest on z założenia niestabilny. Jeśli puścić ją samopas, gospodarka będzie zmierzać do upadku. Trzeba nam więc rządów oraz banków centralnych, które wezmą ją pod swe przepełnione troską przewodnictwo.

W tym celu używa się najskuteczniejszego narzędzia zarządzania w systemie keynesowskim – wpływu na ogólne wydatki w gospodarce. Keynes uważał, że wydatki generują dochód, bo dochód jednej osoby stanowią wydatki innej. Dlatego im więcej wydajemy, tym lepiej nam się żyje. Wydatki są motorem gospodarki.

Konsumpcja i produkcja

W systemie keynesowskim największą częścią wydatków w gospodarce są ceny płacone przez konsumentów. To właśnie te opłaty uważa się tu za główną siłę napędzającą gospodarkę – to konsumpcja stoi za prawdziwym wzrostem gospodarczym.

Ale czy naprawdę? Uważamy, że aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wpierw rozróżnić konsumpcję produktywną i bezproduktywną. Podczas gdy ta produktywna jest zalążkiem wzrostu, ta bezproduktywna prowadzi do ubóstwa.

Konsumpcja produktywna

Powiedzmy, że piekarz sprzedaje dziesięć zaoszczędzonych bochenków chleba za dziesięć ziemniaków. Ziemniaki te służą utrzymaniu piekarza, gdy zajęty jest pieczeniem. Podobnie chleb wykorzystany zostaje przez rolnika uprawiającego ziemniaki. Dzięki swoim towarom obaj producenci mogą wzajemnie zapewnić sobie dobra konsumpcyjne.

W tym przykładzie konsumpcja staje się produktywna dzięki temu, że obaj producenci konsumują po to, aby móc produkować. Konsumpcja służy tu ich wyżywieniu i dobrobytowi. Jest to jedyne jej uzasadnienie.

Wprowadzenie do tego modelu pieniądza nie zmienia tej sytuacji. Dla przykładu, piekarz może sprzedać wspomniane bochenki chleba za 10 dolarów, a te posłużą mu do zdobycia dziesięciu ziemniaków. Analogicznie postąpić może rolnik. Zauważmy, iż pieniądz do produkcji chleba i ziemniaków nie wniósł nic ponad to, że był środkiem wymiany.

Konsumpcja bezproduktywna

Wiemy, że piekarz, aby zdobyć ziemniaki, musiał wymienić chleb na pieniądze, za które następnie kupił produkt pracy rolnika. Coś wymieniono na pieniądze, które z kolei zamieniono na coś innego – coś za coś przy użyciu pieniądza.

Problemy zaczynają się wtedy, gdy pieniądze kreuje się wprost „z powietrza”. Takie środki zwiększają konsumpcję, za którą nie stoi żadna produkcja, co prowadzi do wymiany coś za nic.

Na przykład weźmy fałszerza, który wydrukował doskonały banknot dwudziestodolarowy. Skoro uzyskał pieniądze nie za pomocą produkcji czy usług, które byłyby dla kogoś użyteczne, to zdobył te 20 dolarów za nic ich nie wymieniając.

Fałszerz korzysta z pachnących jeszcze farbą pieniędzy, kupując za nie chleb. Mamy tu do czynienia ze zmianą przeznaczenia realnych funduszy – dziesięciu bochenków chleba – od rolnika do fałszerza. Nota bene, owej zmianie towarzyszy zwiększenie ceny chleba, gdyż fałszerz kupuje chleb nie po dolarze za bochenek, lecz płacąc zań dwa dolary. Warto też zauważyć, że fałszerz nic nie produkuje, więc jego produkcja jest bezproduktywna.

I tak oto rolnik nie może zdobyć chleba, którego potrzebuje, aby przetrwać do najbliższych zbiorów. Oczywiście zaburzona zostanie struktura produkcji ziemniaków, wskutek czego na rynku znajdzie się ich mniej. To z kolei oznaczać będzie spadek konsumpcji piekarza, zmniejszając jego zdolności produkcyjne.

Jak widać, produktywna konsumpcja pozwala przetrwać twórcom dobrobytu i jednocześnie promuje zwiększenie realnego bogactwa. Natomiast jedynym możliwym skutkiem konsumpcji bezproduktywnej jest bieda.

Skutki dodrukowywania pieniądza przez bank centralny są równie destrukcyjne jak robota fałszerza – i ten sam efekt ma kreacja pieniądza przy użyciu systemu rezerw cząstkowych w bankowości. Ekspansja kredytowa stanowi idealne podłoże dla siewcy zniszczenia, jakim bez wątpienia jest bezproduktywna konsumpcja.

Zgodnie z założeniami keynesizmu, w razie recesji, gdy konsumenci obniżają swoje wydatki konsumpcyjne, świętym obowiązkiem rządu jest interweniować, rozkręcając wydatki. Rząd może zatrudnić bezrobotnych choćby do kopania dziur w ziemi.

Najważniejsze, że za otrzymane od rządu pieniądze robotnicy ci będą mogli konsumować, dzięki czemu wzrośnie ogólny dochód w gospodarce. Nie będzie też specjalnie ważne, czy wspomniane dziury w ziemi sprawią, że komukolwiek będzie się lepiej żyło. Najważniejsze, że jacyś ludzie dostają pieniądze i dzięki nim zwiększają konsumpcję.

Rząd jako taki nie zarabia, nie tworzy bogactwa. Jak zatem może oferować płace wszystkim ludziom zatrudnionym przy bezproduktywnych projektach? Pieniądze zdobywa dzięki podatkom, dodrukowywaniu pieniądza przez bank centralny i zapożyczając się. Gdy pominiemy pożyczki z zagranicy, okaże się, że rząd zmienia przeznaczenie środków, odbierając je producentom dobrobytu, a oddając w ręce protegowanych rządu. Ten sam skutek daje druk pieniądza, przyczyniając się do bezproduktywnej konsumpcji.

Zdaniem Misesa,

należy podkreślić, że rząd może wydać lub zainwestować wyłącznie to, co zabierze obywatelom, a każde zwiększenie jego wydatków i inwestycji jest równoznaczne ze zmniejszeniem o tę samą kwotę wydatków i inwestycji obywateli.

Zatem, skoro rząd nie jest producentem dobrobytu, to nie może też dopomóc gospodarce takimi metodami. Wbrew powszechnemu przekonaniu, im więcej wydaje rząd, tym gorzej ma się gospodarka, a przez to i wzrost gospodarczy.

Pakiety ratunkowe, które mają rzekomo uratować światową gospodarkę, mogą tylko sprawić, że za kilka miesięcy znajdziemy się w jeszcze gorszej sytuacji. Komentatorzy i eksperci, którzy radzą zwiększyć państwową pomoc, jakoś nigdy nie zawracają sobie głowy pytaniem, jak właściwie te środki zostaną sfinansowane – i mamy na uwadze prawdziwe koszty: realne, nadające się do konsumpcji towary, takie jak chleb czy ziemniaki.

Sympatycy keynesizmu nie dostrzegają, że polityki fiskalna i monetarna, jakie obowiązywały w ostatnich latach, doprowadziły do wzrostu bezproduktywnej konsumpcji, która to spowodowała powstanie licznych rynkowych baniek. Jak więc może ocalić gospodarkę dodatkowy zastrzyk keynesowskich polityk, gdy uczynił, wydawałoby się, dostatecznie wiele szkody producentom dobrobytu?

Nie potrzebujemy keynesizmu. Pozwólmy producentom dobrobytu ruszyć do przodu i tworzyć prawdziwy dobrobyt. Potrzebujemy większej produktywnej konsumpcji, a wydatki państwowe i kreacja kredytu sprawiają tylko, że musimy dźwigać coraz większy ciężar bezproduktywnej konsumpcji, oddalając w czasie nadzieje na rzeczywistą restaurację gospodarki.

Frank Shostak

Tłumaczenie: Jan Lewiński

Tytuł oryginału: Do We Need More of Keynes Now?

***

Tekst pochodzi ze strony Instytutu Misesa

***

17 comments

  1. Mac

    W zasadzie zgoda – jednak wydaje mi się (IMO), że została zignorowana pewna rola państwa, którą nie bardzo może (chce?) przejąć prywatna inicjatywa – zapewnianie podstawowej infrastruktury i bezpieczeństwa oraz ciągłości działania rozmaitych służb publicznych. Niekoniecznie więc państwo jest całkowicie bezproduktywne, chociaż faktycznie większość pieniądza wypuszczanego przez państwo jest warte mniej więcej tyle, co zawarty w banknotach papier + farba.
    Innymi słowy, jeśli państwo stymuluje konsumpcję wypuszczając dodatkowy pieniądz, to ostateczny efekt jest niszczycielski. Jeśli jednak skłania ludzi do wykonywania realnej pracy, na którą w danej chwili nie byłoby popytu (albo środków do jej zrealizowania), a która jednak przyniesie korzystne efekty w przyszłości, to ostateczny efekt jest pozytywny. Przykładem takiej pracy może być budowa dróg, konserwacja i utrzymanie istniejącej infrastruktury.

  2. Kamil

    >Innymi słowy, jeśli państwo stymuluje konsumpcję wypuszczając dodatkowy pieniądz, to ostateczny efekt jest niszczycielski. Jeśli jednak skłania ludzi do wykonywania realnej pracy, na którą w danej chwili nie byłoby popytu (albo środków do jej zrealizowania), a która jednak przyniesie korzystne efekty w przyszłości, to ostateczny efekt jest pozytywny. Przykładem takiej pracy może być budowa dróg, konserwacja i utrzymanie istniejącej infrastruktury.

    Gdyby to działało tak samo dla innych sektorów, w które rząd pompuje wirtualną kasę, to nie byłoby dzisiejszego ‚kryzysu’..

  3. Kamil

    Ale to tak nie działa, tzn. prawa rynku nie znają rozróżnienia na sektory gospodarki.

  4. Czytelnik

    „Jeśli jednak skłania ludzi do wykonywania realnej pracy, na którą w danej chwili nie byłoby popytu (albo środków do jej zrealizowania), a która jednak przyniesie korzystne efekty w przyszłości, to ostateczny efekt jest pozytywny. Przykładem takiej pracy może być budowa dróg, konserwacja i utrzymanie istniejącej infrastruktury.”

    A niby skąd bierze pieniądze na te działania ???

  5. Mac

    >prawa rynku nie znają rozróżnienia na sektory gospodarki…
    > A niby skąd bierze pieniądze na te działania ???…

    Jak to skąd? Z podatków. Wiem, że na liberalis.pl to niepopularne, ale według mnie całkowita rezygnacja z podatków jest równie niezdrowa, jak zbyt wysokie podatki. Jest pewna (stosunkowo niewielka) część działalności człowieka, w której ciągłość istnienia i bezpieczeństwo są dużo ważniejsze niż bieżący zysk.
    Prawa rynku nie mają najwyższego priorytetu w każdej dziedzinie. Jak sobie np. wyobrażasz działanie praw rynku tam, gdzie chodzi np. o ratowanie ludzkiego życia (mówię o sytuacji nagłego kryzysu, nie zwykłej ochronie zdrowia)? W sytuacji kataklizmu czy nagłego wypadku będziemy może przeprowadzać przetarg, kto uratuje nas za najniższe pieniądze? W takich sytuacjach instytucje nastawione na zysk nie sprawdzają się. Przeważnie najskuteczniejszą pomoc świadczą instytucje religijne albo grupy zapaleńców, którzy nie zważają ani na zysk ani nawet na własne zagrożenie. GOPR czy OSP – to przykłady oddolnych służb ratowniczych, które z pewnością nie mają motywacji zarobkowej. Jednak przy pewnej skali problemu organizacje ochotnicze już nie wystarczają – i tu właśnie jest rola państwa. Nie wyobrażam sobie, żeby w aglomeracjach miejskich straż pożarna miała charakter ochotniczy, ani też były to rywalizujące ze sobą firmy strażackie (chyba, że chcemy mieć taką sytuację jak w „Gangach Nowego Jorku”).

    Podobnie jest np. z budową dróg czy mostów. Oczywiście można podawać przykłady typowo komercyjnego podejścia do jednego i drugiego, jednak faktem jest, że większość dróg i mostów powstała z powodów społecznych, politycznych lub militarnych, a nie dla bezpośredniego zysku właściciela tej drogi. A nawet, gdyby wszystkie drogi budowano z powodów czysto ekonomicznych (w sensie chęci uzyskania bezpośredniego zarobku), to czy aby na pewno myto płacone bezpośrednio w momencie korzystania z drogi jest w praktyce wygodniejszym rozwiązaniem niż podatek drogowy, nalepki itp.? Spróbuj sobie wyobrazić sytuację, gdy za każdym razem wjeżdżając na drogę nie będącą twoją własnością musiałbyś płacić myto…
    Tak, czy inaczej – podatki powinny mieć charakter celowy, być swego rodzaju składką na potrzeby takie jak podstawowa sieć dróg oraz zapewnienie bezpieczeństwa. Częścią takiego zabezpieczenia jest jakiś kapitał rezerwowy, który można uruchomić natychmiast w chwili nieprzewidzianego zdarzenia oraz odpowiedni zasób sprzętu i ludzi, gotowych do podjęcia akcji w chwili zaistnienia problemu.
    Zresztą – konkretny przykład. Powiedzmy, że dana miejscowość leży w pobliżu rzeki. Rzeka jest stosunkowo przewidywalna, jednak raz na kilkadziesiąt lat zdarza się duża powódź. Według przewidywań naukowców jest duże prawdopodobieństwo, że zdarzy się w tym lub następnym roku. Wały przeciwpowodziowe są w katastrofalnym stanie. Jednak jest kryzys, ludzie oszczędzają, firmy nie mają środków na długofalowe inwestycje. Kto w takiej sytuacji ma zadbać o naprawę wałów? Prywatny inwestor? Co z tego będzie miał? Czy raczej nie jest normalne, że zadba o to stosowna władza (w tym przypadku lokalna). Jeśli do tej pory nie było podatku na cele przeciwpowodziowe, to władza musi taki podatek wprowadzić albo też ująć pieniędzy z ogólnej puli finansów zgromadzonych do tej pory z podatków. Ostatecznie może też wprowadzić przymusowe prace przy naprawie wałów; wydajność takich prac jest jednak zazwyczaj najniższa z możliwych.
    Podsumowując, zgadzam się z ogólną tezą artykułu, że interwencjonizm państwowy jest szkodliwy – przynajmniej jeśli dotyczy sztucznego pobudzania konsumpcji. Jednak widzę także sytuacje, w których zastosowanie modelu „jeden chleb za jeden ziemniak” byłoby absurdalne. W takich sytuacjach potrzebne jest zaangażowanie zupełnie innych modeli – uwzględniających nie tylko indywidualny zysk wytwórcy/usługodawcy, ale także i przestrzeń życia społecznego, w której potrzebne jest wspólne zaangażowanie i w której trudno kierować się przede wszystkim kryterium opłacalności ekonomicznej.

  6. Kamil

    Tyle głupot i mitów za jednym razem, a ja nie mam aktualnie czasu, bo jestem w pracy do 18.

  7. smootnyclown

    Przeczytałem tylko ten fragmencik o ratowaniu życia i robienia przetargu. I mam takie pytanie: jak wiadomo, istnieje coś takiego, jak obowiązkowe ubezpieczenia. Czy gdyby nie było przymusu ubezpieczeń, to czy ludzie by się ubezpieczali, czy nie?
    Dla ułatwienia dodam, że w 2006 roku na ubezpieczenia dobrowolne ludzie wydali niemal 10 mld złotych.

  8. DysKordian

    @Mac

    „Jest pewna (stosunkowo niewielka) część działalności człowieka, w której ciągłość istnienia i bezpieczeństwo są dużo ważniejsze niż bieżący zysk.”

    Zacznijmy może od tego, że bieżąca, pieniężna gratyfikacja nie wyczerpuje pojęcia „zysku” w wolnorynkowej ekonomii. Równie dobrze, zyskiem dla kogoś może być zapewnienie ciągłości istnienia i bezpieczeństwa dla siebie, rodziny i wspólnoty, w której żyje. Sam zresztą podałeś przykłady takich oddolnych inicjatyw.

    „Jednak przy pewnej skali problemu organizacje ochotnicze już nie wystarczają – i tu właśnie jest rola państwa.”

    Zazwyczaj te problemy mają swoje źródło właśnie w przeszłych ingerencjach państwa. Można się w związku z tym spodziewać, że „naprawcze” ingerencje, nawet jeśli rozwiążą ten jeden problem, zrodzą w przyszłości szereg kolejnych.

    „Nie wyobrażam sobie, żeby w aglomeracjach miejskich straż pożarna miała charakter ochotniczy, ani też były to rywalizujące ze sobą firmy strażackie”

    Odkąd państwa przejęły na tym polu niemal całkowicie pałeczkę, to rzeczywiście słabe są szanse, żeby pojawiła się jakaś konkurencyjna, oddolna alternatywa. Trudno z dobrowolnych składek zmontować inicjatywy, zdolne konkurować z podmiotami finansowanymi z państwowej grabieży. Każde wzmocnienie władzy państwa osłabia władzę społeczeństwa, trawestując Nocka.

  9. Mac

    Ależ ja nie jestem za wzmacnianiem władzy państwa! W bieżącym stanie rzeczy władza państwa jest wręcz morderstwem dla inicjatywy prywatnej i inicjatyw lokalnych!
    Chcę tylko zwrócić uwagę, że istnieje pewna przestrzeń, w której państwo także może mieć swoją rolę. Tyle, że musiałoby to być państwo bardziej w modelu szwajcarskim niż to, co obecnie prezentuje Europa albo USA, coraz bardziej przesuwające się na lewo.

  10. Kamil

    Wiesz, idąc twoim rozumowania, to w każdej praktycznie dziedzinia państwo ‚ma swoją rolę’. Nic nie stoi na przeszkodzie, by rząd zajmował się wszystkimi sferami naszego życia. Etyka? A chuj ją! Ekonomia? A chuj! ;)))

  11. Mac

    @Kamil:
    „Ma ktoś ochotę zaorac tego lewaka?”
    „Tyle głupot i mitów za jednym razem, a ja nie mam aktualnie czasu”
    „Etyka? A chuj ją! Ekonomia? A chuj!”

    Człowieku, przypatrz się na spokojnie, co ty w ogóle piszesz. Jaki ty masz stosunek do ludzi i do tego, co piszą? Czy to, co ty prezentujesz, to w ogóle można nazwać argumentacją? A czy może ja ciebie obrażam? To dlaczego traktujesz mnie jak śmiecia? Jeśli twoja postawa miałaby być wizytówką liberalizmu, to nie dziwię się, że lewica ma tylu zwolenników 🙁

    A z tego, że państwo może mieć rolę w jakiejś dziedzinie w żaden sposób nie wynika, że ma się zajmować wszystkimi dziedzinami życia. To zwyczajne non sequitur. Nie znam takiego sylogizmu, który pozwalałby ze zdania szczegółowo-twierdzącego przejść do ogólno-twierdzącego.

    Istnieje zresztą prosta zasada (znana np. w społecznej nauce Kościoła), zwana zasadą pomocniczości, która precyzuje, kiedy dozwolona jest interwencja państwa. Instytucja wyższego szczebla (np. państwo) nie może wyręczać instytucji niższego szczebla (np. społeczności lokalnej, rodziny czy jednostki) w tym, co ta może sama zdziałać; jeśli jednak z jakiegoś powodu instytucja niższego szczebla nie jest w stanie spełnić swojej roli, wtedy jej rolę może (tymczasowo) przejąć instytucja wyższego poziomu.

    Nie bronię nikomu wyznawania absolutnego leseferyzmu. Wypada jednak przyznać w takim przypadku, że twierdzenie, iż interwencja państwowa jest zła wynika z samego założenia, a nie prowadzić błędną argumentację, jakoby z tego, że w danym przypadku państwo może interweniować, wynikało, że może interweniować we wszystkich.

  12. Kamil

    Nie, ale z tego, że państwo powinno interweniować w jednej dziedzinie, gdyż rzekomo rynek sobie z nią nie radzi, można wywieść, iż państwo powinno interweniować także w innych dziedzinach, w którym rzekomo rynek nie daje rady, ale to twierdzenie opiera się na fałszywej przesłance co do istoty samego rządu, który nie jest z natury instytucją społeczną, czyli dobrowolną ani nie stoi ponad społeczeństwem (że czerpie fundusze z powietrza). Państwo może tylko zabrać innym, by dać drugim. Ot cała ‚pomoc’.

    „Istnieje zresztą prosta zasada (znana np. w społecznej nauce Kościoła), zwana zasadą pomocniczości”

    No i co? Znam tą i także wiele innych religijnych zasadach o życiu społecznym. Kwestia wiary, ale nie nauki.

  13. Kamil

    Więcej, taka zasada miała sens w sztucznie zhierarchizowanym społeczeństwie feudalnym…

  14. Kamil

    Człowieku, przypatrz się na spokojnie, co ty w ogóle piszesz. Jaki ty masz stosunek do ludzi i do tego, co piszą? Czy to, co ty prezentujesz, to w ogóle można nazwać argumentacją? A czy może ja ciebie obrażam? To dlaczego traktujesz mnie jak śmiecia? Jeśli twoja postawa miałaby być wizytówką liberalizmu, to nie dziwię się, że lewica ma tylu zwolenników ”

    Nie jęcz jak jakaś baba, której złamał się paznokieć. Nie przytulę Cię i nie pocieszę.
    Dorośniesz, dojrzejesz, nabierzesz doświadczenia, a wraz z nim dystansu do takich jak moje eufemizmów. Owijanie w bawełnę wymaga cierpliwości i czasu, którego ja nie posiadam.

  15. Karoll

    >>Instytucja wyższego szczebla (np. państwo) nie może wyręczać instytucji niższego szczebla (np. społeczności lokalnej, rodziny czy jednostki) w tym, co ta może sama zdziałać; jeśli jednak z jakiegoś powodu instytucja niższego szczebla nie jest w stanie spełnić swojej roli, wtedy jej rolę może (tymczasowo) przejąć instytucja wyższego poziomu.

    A to wynika z założenia, że istnieje jakaś konkretna rola, jaką ma pełnić jednostka, rodzina, czy społeczność lokalna. Gdyby tylko Kościół tak uważał, byłoby wspaniale. Ale myślenie w tych kategoriach zostało odziedziczone również przez ateistów europejskich.

    To jest właściwie sprawa najzupełniej podstawowa. I dlatego zmiana poglądu na ten temat prowadzi ku sporemu radykalizmowi. Właściwie to jest to zupełnie niezależne od tego, czy uznajemy, że możemy ustalić jakieś konkretne normy etyczne. Bo jeśli nawet tak jest, to nie znaczy to, że jakiś konkretny kościół, polityk, związek zawodowy czy autorytet moralny ma rację. Co więcej, racja ta nie może być poważana bardziej z uwagi na to, jak wiele ludzi uważa ją za słuszną, jak wysoko sytuowani społecznie są ludzie ją popierający bądź też od tego, jakie ma wykształcenie człowiek ją głoszący. Dlaczego? Dlatego, że proces podejmowania decyzji oparty jest na subiektywnych preferencjach. Jeżeli masz jakieś lepsze zasady życiowe niż kto inny, to możesz je zastosować tylko do siebie. Jeśli będziesz próbował kogoś do nich zmusić, nic z tego nie wyjdzie, wręcz przeciwnie, tym bardziej będą dla niego wstrętne twoje wartości. Tak naprawdę zasady libertarianizmu nie różnią się od zasad, które stosujemy na co dzień w naszych osobistych sprawach, jednak zdecydowana większość ludzi uważa, że nie mają zastosowania w polityce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *