Lachlan Markay

Lachlan Markay: Podatkowy wandalizm

Wyobraźcie sobie małe miasteczko, w którym istnieje kilka niewielkich firm. Najlepiej prosperuje rzecz jasna sklep spożywczy, zaopatrujący mieszkańców w podstawowe artykuły codziennego użytku. Zaraz obok ma siedzibę firma sprzedająca i instalująca okna. W odróżnieniu od sąsiada, ten zakład nie radzi już sobie aż tak dobrze. Nad bezpieczeństwem miasta czuwa oczywiście szeryf, człowiek wysokich ideałów, który głęboko wierzy, że ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek by zapewnić, nie szczędząc przy tym sił, bezpieczeństwo i szczęście wszystkim bez wyjątku członkom powierzonej sobie wspólnoty.

Pewnego dnia, podczas rutynowego patrolu, wspomniany szeryf mijając sklep spożywczy i położony obok zakład szklarski zauważa, że właściciel pierwszego wyraźnie prosperuje, podczas gdy drugi ledwo wiąże koniec z końcem. Sytuacja ta wydaje mu się rażąco niesprawiedliwa. Dlaczego, pyta sam siebie, dwaj przedsiębiorcy, którzy (jak mniema) wkładają w prowadzenie biznesu po tyle samo czasu i pieniędzy, muszą się tak znacząco różnić gdy chodzi o poziom zysków, a co za tym idzie także warunków, w których żyją?

Szeryf-idealista podejmuje decyzję: uzdrowienie sytuacji weźmie na siebie i sam wyrówna boisko, na którym toczy się rywalizacja. W tym celu wybija cegłówkami, jedno po drugim, wszystkie okna w markecie. W następstwie jego działania, szklarz natychmiast otrzymuje lukratywne zamówienie, polegające na wymianie zniszczonej własności sąsiada. Szeryf jest usatysfakcjonowany. W końcu pomógł podupadającemu przedsiębiorcy. W jego mieście znów zagościła harmonia.

Miesiąc lub dwa później, szeryf idzie tą samą trasą i zauważa, że sklep spożywczy, po zaleczeniu ran spowodowanych wandalizmem sprzed kilku tygodni, znów świetnie prosperuje, natomiast biznesmen od okien ponownie jest w tarapatach. Decyduje się na powtórkę swojej akcji i tak jak poprzednio metodycznie wybija cegłami wszystkie okna w markecie. Następnie historia się powtarza: zakład szklarski dostaje zamówienie, szkli na nowo wszystkie okna sąsiada i staje dzięki temu na nogi.

Niestety, szeryf zdaje sobie sprawę z faktu, że pozostawiony sam sobie biznes znów podniesie się z upadku i będzie świetnie prosperował. Nie ma rady: podejmuje decyzję, że będzie powtarzał swoją okienną akcję tak często, jak się tylko da. Czyniąc to – rozumuje – będzie wspomagał przedsiębiorstwo, które w przeciwnym wypadku niechybnie upadnie. Przemyka co prawda przez jego głowę myśl, że zapłaci za to właściciel sąsiedniego sklepu, ale zaraz uspokaja się, że tak doskonale radzącego sobie na rynku przedsiębiorcę na pewno stać na wymianę co jakiś czas wszystkich okien.

Zanim lokalny stróż prawa rozpoczął swoją zgoła odmienną od powinności sługi społeczności akcję, właściciel marketu rozmyślał nad przeznaczeniem zysków, które czerpał ze swojego przedsiębiorstwa. W wyniku tych rozważań zarysowały się przed nim dwie opcje. Po pierwsze, mógł poszerzyć listę oferowanych produktów. Biznes szedł tak świetnie, że mógł pomyśleć o sprowadzaniu coraz to nowych towarów, i w związku z tym potrzebował dodatkowej powierzchni handlowej. Z drugiej strony, mając na uwadze fakt, że swój sukces zawdzięcza w dużej mierze oddanym pracownikom, wydaje mu się, iż należałaby im się podwyżka.

Niestety, zanim właściciel zdążył podjąć decyzję którą z możliwości wybierze, ktoś zaczął regularnie wybijać wszystkie szyby w jego sklepie. I choć nie można było jeszcze mówić o groźbie bankructwa, koszta związane z ciągłą wymianą okien stały się uciążliwą pozycją w budżecie. W rezultacie, z planów rozwoju firmy czy alternatywnego podniesienia pensji pracowników, nic nie wyszło (tu kłania się Frederic Bastiat ze swoją słynną metaforą zbitej szyby”.

Po licznych wypadkach wybijania okien w jego sklepie, nieszczęsny właściciel interesu udaje się do szeryfa, któremu opowiada o regularnym procederze uszczuplającym jego zyski i prosi o wszczęcie śledztwa. Ku jego ogromnemu zdziwieniu, przedstawiciel prawa bez ogródek informuje go, że to nie kto inny, a on sam prowadzi tę akcję, bowiem, gdyby tego nie czynił, to, wedle jego logiki, biznes pobliskiego szklarza musiałby upaść. Jako stróż prawa, kontynuuje szeryf, ma on święty obowiązek dbać nie tylko o fizyczne, ale także ekonomiczne bezpieczeństwo mieszkańców. Dodaje, że po prostu nie mógłby spokojnie siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak niektórzy członkowie społeczności, którzy złożyli swój los w jego ręce, są wypychani z rynku i stają w obliczu ubóstwa.

Biznesmen, który odwiedził szeryfa protestuje, ale tak naprawdę co może zrobić? Pod groźbą użycia siły (siły prawa w tym wypadku) słyszy, że ze względu na dobro całej lokalnej wspólnoty jego obowiązkiem jest cierpliwie znosić dokonujące się co jakiś czas gwałcenie
i niszczenie jego prywatnej własności. I tak, szeryf co jakiś czas powtarza, już jawnie, swoją akcję wybijania okien w sklepie, a właściciel z czasem uczy się żyć z tą uciążliwością. Tylko, że zamiast rozwijać swój interes – prowadzony również dla wspólnego dobra – lub więcej płacić zatrudnionym w nim ludziom, musi, bo tego wymaga odeń przedstawiciel prawa grożący represjami, poświęcać się dla interesu sąsiada, który sam sobie nie radzi.

Tak wygląda przestępstwo popełniane przez państwo. Ujmując rzecz pragmatycznie, każde opodatkowanie jest wrogiem zmian na lepsze, takim wybitym oknem w sklepie. Z punktu widzenia filozoficznego zaś – podatki są w sensie moralnym, na poziomie ogólnoświatowym bądź krajowym, dokładnym odpowiednikiem wandalizmu naszego szeryfa. Państwo uważa bowiem, że wypełniając swoją służebną misję, musi po to, by komuś wiodło się lepiej, gwałcić prawo własności osób trzecich.

Nie trzeba być zwolennikiem anarchizmu żeby dostrzec problemy, które wynikają z takiej polityki państwa. Fiskalizm jest wątpliwą metodą zapewniania usług ludności. Gdyby szeryf ograniczył się do ochrony wyłącznie fizycznego bezpieczeństwa współobywateli, pełniłby swoją służbę właściwie. Podobnie rola rządu powinna być ograniczona do zapewnienia ochrony życia ludzi, ich wolności i własności. Kiedy państwo łamie jedno z trzech wymienionych praw – tak jak to uczynił szeryf i tak jak czyni to rząd federalny Stanów Zjednoczonych – niezależnie od faktu, że chodzi o dobro innych ludzi, przekracza swoje kompetencje.

Gdyby szeryf nie postanowił wziąć sprawy razem z kamieniem w swoje ręce, właściciel zakładu szklarskiego mógłby sam dojść do wniosku, że lokalna społeczność nie przejawia takiego zainteresowania jego ofertą, które pozwoliłoby mu na spokojne kontynuowanie tego biznesu. Mógłby w konsekwencji otworzyć drugi sklep spożywczy i konkurować z sąsiadem. Mógłby też zamknąć zakład i wynająć opróżniony lokal temu ostatniemu, który potrzebował dodatkowej powierzchni. Tymczasem, pogwałcenie przez szeryfa prawa własności uświadamia nam, że dążenie do wyrównywania szans za wszelką cenę w odniesieniu do kwestii ekonomicznych, popierane przez tak wielu członków naszego rządu, nie może być w żaden sposób usprawiedliwione.

Nasz kraj, Stany Zjednoczone Ameryki, zdają się niebezpiecznie dryfować w stronę systemu (a może ten moment już nastąpił), w którym ludzie władzy, mający obowiązek honorowania i ochrony słusznych praw obywateli, konsekwentnie te prawa naruszają w imię bezmyślnej, sztucznie skonstruowanej utopii, której głównym elementem jest osiągnięcie przez wszystkich poziomu wszechobecnej, egalitarnej miernoty.

Lachlan Markay
***
tłum. Piotr Toboła-Pertkiewicz

Artykuł ukazał się w styczniowym numerze miesięcznika „The Freeman”.
Autor jest 21-letnim studentem politologii w Hamilton College w stanie Nowy Jork.
**
Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *