“Never let your schooling interfere with your education.” – Mark Twain
Wstęp
Niniejszy artykuł pretenduje do miana rzetelnej i wielowymiarowej analizy związku polityki ze stanem szkolnictwa w świecie kultury zachodniej. Stanowi również głos w debacie, do wzięcia udziału, w której namawia Jan Hartman w swoim tekście opublikowanym w Gazecie Wyborczej z 9 kwietnia 2009 roku [1] . Autor diagnozuje kondycję umysłową 19-letnich, studiujących absolwentów polskich szkół średnich, głównie w oparciu o własne obserwacje nauczyciela akademickiego prestiżowej uczelni. Jako że ja, jako podmiot, spełniam kryteria bycia przedmiotem diagnozy, poczułem się wywołany do tablicy, by wyrazić swoje stanowisko w sprawie. Streszczę teraz poglądy Hartmana, wynikające z jego artykułu.
Szkoła buja w obłokach
Już na samym wstępie okazuje sceptycyzm wobec rozwiązań systemowych, obejmujących polski system szkolnictwa. Ba, nawet wyraźnie daje do zrozumienia, że czuje pogardę dla jego groteskowych założeń i z góry szydzi z ich zmian zapowiadanych przez oficjeli rządowych. Pisze, że z biegiem czasu studenci dysponują coraz niklejszą wiedzą(przez co należy ich uczyć wszystkiego od podstaw), którą rzekomo powinni nabyć na drodze wieloletniej edukacji opartej o wymogi programowe. Następnie wykazuje, że większość z nich, ze względu na braki w gramatyce, ortografii i interpunkcji, nie potrafi się poprawnie wysłowić, a ponad 10% to kompletni analfabeci nie będący w stanie napisać zdania z sensem. Nawet ci, którzy nie należą do grup opisanych w poprzednim zdaniu, gdy przychodzi oddać pracę pisemną, uciekają się do plagiatu. Nie jest to, według niego, jedyny przejaw nieuczciwości. Wskazuje on również na to, że wcześniejsza przygoda ze szkołą świetnie uczy ściągania i oszustwa. Wszystko to, co jest także udziałem innych państw kultury zachodniej, wydaje mu się być wynikiem procesów cywilizacyjnych.
W części normatywnej proponuje test z wiedzy ogólnej, który mógłby być zdany przez osobę, nawet, ociężałą umysłowo, a którego zaliczenie dawałoby prawo do pisania matury. Na sam koniec, do podjęcia narodowej debaty na temat ratowania polskiej szkoły wzywa min. polityków.
Tym samym, czar z pierwszych zdań artykułu pryska, bowiem jawnie obnaża niekonsekwencję autora w podejściu do zdolności i możliwości urzędników państwowych. Na początku ich wykpiwa, do czego bym się przyłączył, a następnie pragnie z nimi podjąć dialog, za co jego prymitywne i opresyjne demoliberalne idee dostaną wkrótce po głowie.
Koń jaki jest, każdy widzi
System regulowanej przez państwo edukacji publicznej zawsze był powszechnie uznawany za niewydolny, a z biegiem lat, pomimo, a może właśnie dzięki jego zmianom, ulegał stopniowej degradacji. Z tym się chyba zgodzi każdy. W każdym bądź razie ten fakt stanowi płaszczyznę dyskusji, którą rozpoczął Hartman. Przybliżmy teraz pokrótce stanowiska dotyczące tematu, pochodzące z różnych stron sceny politycznej.
Prawica, czyli: tradycjonaliści, monarchiści, konserwatywni liberałowie i neoliberałowie, upatruje ratunku systemu w jego częściowej prywatyzacji i poddaniu jego działania regułom gospodarki państwowego kapitalizmu, opartego na zamordystycznych regulacjach rządowych. Pierwsza grupa postuluje ponadto odejście od koedukacyjnej, a szerzej, postępowej metody nauczania, wprowadzając do szkół większą dawkę dyscypliny.
Nowocześnie pojęta lewica, czyli spadkobiercy idei sekt chrześcijańskich, rozwiniętych przez komunistów i socjaldemokratów, domaga się przymusowej i identycznej edukacji dla wszystkich dzieci, za złupione przez aparat państwowy owoce pracy z uczciwych i produktywnych jednostek. Uważa także, że i na naukę dorosłych powinne one pracować, vide „darmowe” szkolenia dla bezrobotnych. Sprawi to, że, jak głosił Trocki, w robotniczym raju „przeciętny człowiek będzie dorównywał poziomem Arystotelesowi, Goethemu lub Marksowi. A ponad tym poziomem wyłonią się kolejne szczyty” [2] .
Rozpatrywania stanowiska wyznawców terceryzmu pominę, gdyż pokrywają się one z grubsza z wyżej wymienionymi.
Nadzorować i karać
Cechą wspólną tych grup jest chęć nakazywania, zakazywania i regulowania systemów szkolnictwa oraz całej organizacji życia społecznego, co się ściśle i dobitnie przekłada na funkcjonowanie usług edukacyjnych. Jest to nierozerwalnie związane ze stosowaniem przymusu, ergo z pogwałceniem aksjomatu o nieagresji i powinno być przez sądy zakazane i surowo karane. W zasadzie, już na tym stwierdzeniu można by zamknąć całą dyskusję, jednak chciałbym pokazać więcej wymiarów działania systemu edukacyjnego w warunkach opresji państwowej, której narzędziem jest właśnie przymus, będący niesłusznie bagatelizowany przy analizie wszelkich sfer życia.
Państwo nakładając obowiązek edukacyjny, pozbawia rodziców praw rodzicielskich, czyni z placówki edukacyjnej de facto więzienie [3], bądź obóz koncentracyjny, czy nawet pracy, a indoktrynując – pralnię mózgów. Od najmłodszych lat kształtuje w dziecku wrogie nastawienie do wszystkiego, co jest związane z edukacją [4] (na zasadzie tożsamości: nauka, książki = męczarnie, kara), zabijając jego naturalną ciekawość(niemal każde, zanim pójdzie do takiej szkoły, zadaje pytania o charakterze epistemologicznym, etycznym, metafizycznym czy astronomicznym). Ponadto skutecznie wywołuje u młodego człowieka obrzydzenie do nauki(a także do np. beletrystyki, o czym wiem z autopsji), czym sprawia, że zmniejsza się ryzyko, że w późniejszych fazach życia będzie się edukowało, a tym samym mogło dostrzec, co mu ta kapilarna władza zrobiła. Słowem, mottem zawodowym non nocere lekarze powinni podzielić się z nauczycielami i w tym kontekście oznaczać ono winno, że szkody, które preceptor może dziecku wyrządzić, zniechęcając je do nauki, mogą przeważyć o fakcie, że, bez względu na to jak bardzo by się on i jego następcy starali, edukacja dziecka nie zakończy się sukcesem. W końcu rodzina, jej znajomi i otoczenie sąsiedzkie zna je w większym stopniu, niż rzekomo omniscjentny minister edukacji i to one powinny decydować gdzie i kiedy, o ile w ogóle, posłać dziecko do szkoły(ciekawe czy rodzice chętnie puszczają swoje dziecko do szkoły, w której nauczyciel opowiada ciekawe historie, np. o tym, że Krzysztof Kolumb był Polakiem, a takie słowa zostały zarejestrowane na ukrytej kamerze, a następnie wyemitowane w programie Uwaga telewizji TVN). Przecież nawet w miarę ograniczeń rządowych można je uczyć w domu. W końcu home-schooling, jak pokazują statystyki, jest w wymiarze edukacyjnym znaczenie skuteczniejszą metodą zapoznawania dziecka ze światem niż klasyczna szkoła. W niektórych wypadkach pozostaje również kształcenie pociechy od małego w kierunku, w którym się do tego najlepiej nadaje, czyli np. handlarza czy chłoporobotnika. W końcu wbrew antynaukowym twierdzeniom komunistów, wszyscy nie rodzą się równi genetycznie. Żadna z tych opcji nie wyklucza również umożliwienia dziecku warunków do pracy [5], która jest rządowo zabroniona.
Mimo że w państwowych placówkach można się wiele nasłuchać o uczciwości, w praktyce nie jest ona egzekwowana, czy to karą, czy adekwatną, zachęcającą nagrodą. W Polsce ściąganie, zaniżające poziom i wyrabiające umiejętności oszukiwania, jest na porządku dziennym na każdym etapie edukacji, nawet na uczelniach wyższych. Pozwolę teraz sobie dać przykład, pokazujący jak ta praktyka jest tolerowana przez tych, którzy winni ją karać. Na egzaminie, który mam za sobą od dwóch miesięcy, profesor od lat dający te same pytania wiedział, że pełna studentów sala ściąga, egzaminowani wiedzieli, że on wie, a co więcej on miał świadomość, że oni wiedzą, że on wie. Interesującym faktem jest to, że ta kreatura, której nazwiska, ze względu na litość, nie podam, startuje w wyborach do europarlamentu. Ciekawe ile pięknych frazesów na temat edukacji będzie z jej ust wypływać.
Prywatne znaczy państwowe
Takie i inne praktyki, bazujące na nieuczciwości i przymusie, stanowiące trzon i naturę instytucjonalnych warunków, w których obecnie funkcjonujemy powodują systematyczny spadek jakości świadczonych usług [6] (o ile w ogóle, na etapie przymusowej wczesnej edukacji możemy mówić o usługach, które z definicji powinny być serwowane na podstawie dobrowolnych kontraktów) przez państwowe placówki oświatowe, a także te prywatne, które siłą państwowego ustawodawstwa działają w podobny sposób, w różnych krajach inaczej od państwowych, w zależności od stopnia tej siły. O ile o szkołach prywatnych w Unii Europejskiej możemy powiedzieć, że są jak państwowe, bo podlegają ministerialnej akredytacji i muszą realizować ministerialny program, a także nie mogą przyjmować kandydatów, których uznają za odpowiednich, a jedynie tych arbitralnie odpowiadających kryteriom państwa, ergo posiadających państwowy dyplom ukończenia szkoły niższego szczebla, o tyle np. w Stanach Zjednoczonych Ameryki prywatne placówki edukacyjne zachowują większą niezależność od państwa. Jednak w dalszym ciągu tworzą one kartele, których narzędziem jest ustawodawstwo państwowe, a celem niedopuszczenie do wejścia na rynek nowych podmiotów świadczących po niższej cenie usługi na wyższym poziomie [7]. Zatem tak, jak w przypadku każdego sektora gospodarki, np. usług medycznych – prywatyzacja nie oznacza urynkowienia, bowiem tak długo, jak istnieje państwo, rynek par excellence po prostu nie istnieje, a funkcjonowanie podmiotów, za sprawą państwowych regulacji, opiera się o barbarzyńską zasadę żelaznej pięści [8], podnoszącej ceny i zaniżającej jakość [9], a nie niewidzialnej ręki, jakby niektórzy tego chcieli.
Pomimo istniejącej sytuacji, szkoły prywatne w dalszym ciągu są generalnie lepsze od tych państwowych(tajne komplety za okupacji hitlerowskiej cechowały się znacznie wyższym poziomem niż szkoły międzywojenne, które z kolei dysponowały bogatszym programem niż te po wojnie stopniowo go zawężające, chyba asymptotycznie do zera). Różnią się jednak między sobą warunkiem, jaki musi być spełniony, by do nich uczęszczać, a mianowicie czesnym, które jest na tyle wysokie, że ludzie wpędzeni przez państwo w biedę [10], nie są w stanie go samodzielnie pokryć. Najdobitniejszym wskaźnikiem pokazującym istnienie przepaści między typami szkół jest fakt, że politycy, ciągle wychwalający państwową edukację, tak jej się sami boją, że swoich pociech jej bynajmniej nie powierzają. Dotyczy to min. prezydentów Roosevelta, Clintona i Obamy. Będąc nawet w Waszyngtonie na świeczniku opinii publicznej, posłali swoje dzieci do prywatnej szkoły Sidewell Friends School, która, przecząc ich wizji szkoły wolnej światopoglądowo, jest sekciarska, prowadzona bowiem przez purytański odłam – Kwakrów. Na polskim podwórku znany jest pewien polityk, który wyjątkowo wiele zamieszał w sferze edukacji. Występował nawet w reklamówce telewizyjnej, w której dawał do zrozumienia, że dzięki niemu polski system oświatowy jest wspaniały. Jednak w dalszym ciągu, jego córka chodziła do szkoły prywatnej. Nazywa się Roman Giertych.
Zależność między typami placówek oświatowych istnieje również, a może nawet dobitniej na szczeblu szkół wyższych. Od lat, niezmiennie najlepsze na świecie są uczelnie prywatne [11]. Żaden etatysta nie będzie potrafił odpowiedzieć czemu najwyżej w rankingach wypada Uniwersytet Harvarda, który nie dość, że nie dostaje milionowych subwencji od państwa, tak jak tysiące innych uczelni na świecie, to w dodatku nie ma nawet akredytacji federalnej, która jest w posiadaniu wielu amerykańskich uczelni prywatnych. Ponadto nie może się pochwalić tradycją akademicką sięgającą średniowiecza, tak jak mnóstwo uniwersytetów europejskich.
Niektórzy miłośnicy kontynentalnoeuropejskiego systemu kształcenia na pewno powiedzą, że te rankingi nie są miarodajne, ponieważ w świecie anglosaskim uczelnie są płatne, a przez to tworzą barierę nie do przejścia dla ubogich, zapominając, że tak jak nie ma darmowych obiadów, tak samo nie ma darmowych uczelni i ktoś musi koszty ich funkcjonowania pokryć. Nie zapłaci za nie bynajmniej zdolny student, czy tym bardziej ministerialny stypendysta, studiów dziennych. Za to jego rówieśnik, który nie dość, że jest skąpiej obdarzony bystrością przez naturę i środowisko, o ile uda się gdzieś na studia (wieczorowe, zaoczne czy prywatne), oprócz płacenia czesnego za siebie samego, będzie musiał również oddawać haracz mafii państwowej w postaci podatków, by opłacić zbijanie bąków jego zdolniejszego rówieśnika. Ten patologiczny stan rzeczy podoba się tym, jeszcze trzymającym się Ziemi, etatystom. Ci bowiem, którzy akurat się wcześniej od niej oderwali – socjaliści, wierzą, że uczelnia może być bezpłatna dla wszystkich bez wyjątku, a umożliwią ją chyba tylko krasnoludki, albo dzięki progresywnemu opodatkowaniu, mityczni posiadacze wielkiego kapitału, którzy już dawno odlecieliby do rajów podatkowych. Fakt ten dobrze oddaje sposób (nie)myślenia uczestników szczytu G20, tak zajadle chcących zwalczyć owe raje.
W każdym bądź razie owi etatystyczni besserwisserzy nie pojmują czemu, mimo że uczelnia np. w Szwecji jest bezpłatna, niewielu pragnie się na nią dostać. Zapominają, że tak, jak jakiś czas temu donosiły szwedzkie gazety, inżynier w Sztokholmie ma mniejszą siłę nabywczą niż śmieciarz w Nowym Jorku. Mówi to nam, że w krajach z rozbudowanym systemem socjalnym i wysokimi obciążeniami podatkowymi po prostu nie opłaca się pobierać nauki. Nasz kraj spełnia na pewno to drugie kryterium [12], dlatego Polacy wyjeżdżają po zatrudnienie, min. do już względnie bogatych krajów starej Unii Europejskiej, w których bynajmniej nie istnieje popyt na wykształconych bezrobotnych darmozjadów, czyli np. magistrów socjologii, filozofii i nauk politycznych, tylko na specjalistów, jak np. hydraulików czy lekarzy, których fach został nabyty często kosztem wyrzeczeń w postaci rosnącej krańcowej przykrości z pracy ekstrawersyjnej [13], nieznanej wielu obecnym mieszkańcom Starej Piętnastki, tak rozpieszczonym przez państwo.
Do tego, cała natura społeczeństwa dyscyplinarnego i homogeniczność demokracji stwarzają na uczelniach terror poprawności politycznej, który na sile przybrał właśnie zwłaszcza w Szwecji [14]. Mając to na uwadze, część prawicy lamentuje nad procesami cywilizacyjnymi(podobnie zresztą jak Hartman), zupełnie nie dostrzegając, że problem nie tkwi w samej naturze politycznej poprawności, lecz może się on przejawiać jedynie w konkretnych warunkach instytucjonalnych stworzonych przez agencje rządowe regulujące metody działań uczelni i monopol państwowego sądownictwa. Jedynie mechanizm rynkowy będzie skutecznie potrafił wyłonić placówki prowadzące najsprawiedliwszą politykę wewnętrzną. Tzn. jeśli szkoła bez wyraźnego powodu wyrzuca dobrego wykładowcę (jak np. Anthonyego Hopkinsa w filmie Human Stain), to na dłuższą metę zapewne straci ona sama. Dywersyfikacja sprawi, że jeśli pojawi się odpowiedni popyt na szkoły o profilu szowinistycznym czy homoterrorystycznym, to znajdzie się również i podaż.
One, two, three, Anarchy
Wraz z eliminacją państwowych regulacji skończą się również jałowe debaty np. o tym jak ma wyglądać kanon lektur, czy 6-latki mają pójść do szkół, czy powinno się zachować system boloński i czy może zlikwidować habilitację. Na własne uszy miałem nieprzyjemność przekonania się, jak kazuistycznie mogą takie dyskusje [15] brzmieć. Etatyści, by rozwiązać etatystyczne problemy, chcą używać etatystycznych środków, ergo gasić pożar benzyną.
Oprócz poszerzenia gamy wyboru w sferze usług edukacyjnych, realnego spadku cen i podniesienia jakości, wynikających z upadku struktur państwowych, nastąpi wielka zmiana. Obalona zostanie bowiem zadekretowana przez władzę tyrania monopolu tzw. „własności intelektualnej”. O jej bezsensowności i sprzeczności z prawami własności nie będę pisał [16][17][18] . Chciałbym natomiast abyśmy skupili się na jej szkodliwości na wymiar edukacji. Przejawia się ona w wielkim ograniczeniu, a może nawet uniemożliwieniu dostępu do różnych źródeł wiedzy. Obejmują one min. podręczniki w wersji elektronicznej, zapisy audio, czy audiowizualne wykładów chronione przed rozpowszechnianiem tzw. „prawami autorskimi”. Ten bandycki zakaz przyczynia się do procesu polegającego na tym, że ludzie chcący się uczyć sami, skazani są na państwowe, czy półpaństwowe, placówki, czym owo państwo usprawiedliwia swoje łupieżcze działania fiskalne i szuka legitymizacji ze strony ludu. A należy pamiętać, że czasy rzadkości wiedzy rozbrzmiewającej w uniwersyteckich aulach i spoczywającej w księgach bibliotek tych instytucji, trwające do pojawienia się urządzenia kserokopiującego, a następnie Internetu, dawno się skończyły i nauka coraz szerszej palety wiedzy, staje się, dzięki podaży kapitału, wraz z rozwojem technologicznym i spadkiem cen, coraz bardziej dostępna z zacisza domowego. Na przeszkodzie w postępowaniu tego zjawiska stają właśnie zamordystyczne państwowe regulacje, które, by przyczynić się do postępu gospodarczego i technologicznego oraz udostępnienia wiedzy najuboższym, powinno się niezwłocznie usunąć.
Byłby to prawdziwy krok milowy w historii ludzkości, która od wieków jest nękana władzą, której legitymizującą podstawę stanowią placówki składające się z ludzi mówiących jak społeczeństwo powinno funkcjonować. Byli oni, albo z natury nieuczciwymi kapłanami, filozofami, a ostatnio ekonomistami [19], albo po prostu zostali zaślepieni fałszywą ideologią.
Należy się przeciwstawić nurtowi, którym płyniemy, dzięki czemu kaganek oświaty, będzie rzucał blask nauki, zamiast emitować promieniowanie państwowych uprawnień.
Wybierasz wolność czy niewolę? Pamiętaj: tertium non datur.
Piotr Pieniążek
12.04.2009 r.
***
[1] Jan Hartman, Szkoła buja w obłokach, Gazeta Wyborcza 09.04.2009 http://wyborcza.pl/1,75515,6485258,Szkola_buja_w_oblokach.html
[2] Lew Trocki, Literatura i rewolucja, Moskwa 1991 (reprint wyd. z 1923), s. 197.
[3] Murray N. Rothbard, O nową wolność. Manifest libertariański, przeł. Witold Falkowski http://www.mises.pl/o-nowa-wolnosc-manifest-libertarianski/rozdzial-7/
[4] Przemyślenia antypaństwowca(z zawodu będącego nauczycielem) na temat edukacji http://www.youtube.com/view_play_list?p=E67E71438D456348
[5] Karl Hess, Kapitalizm dla dzieci, czyli jak stać się panem własnego losu http://wgogloza.com/wolnosciowa-biblioteka/karl-hess-kapitalizm-dla-dzieci-czyli-jak-stac-sie-panem-wlasnego-losu/
[6] Bogusław Wolniewicz o szkolnictwie wyższym http://www.youtube.com/watch?v=SmW5pMpcZz0
[7] Gary North, The Coming Breakdown of the Academic Cartel http://www.lewrockwell.com/north/north8.html
[8] Kevin Carson, Niewidzialna ręka czy żelazna pięść, przeł. Jędrzej Kuskowski https://liberalis.pl/2007/04/04/kevin-carson-niewidzialna-reka-czy-zelazna-piesc/
[9]John Stossel – Stupid In America http://www.youtube.com/watch?v=1AoHBl5MeXI
[10] jasno opisany jest tu mechanizm generowania ubóstwa przez agencje rządowe http://www.youtube.com/watch?v=IcDt5cAJdIk&feature=channel_page
[11] ranking uczelni wyższych Szanghajskiego Uniwersytetu Jiao Tong http://www.arwu.org/rank2008/ARWU2008_A(EN).htm
[12] indeks wolności gospodarczej http://www.heritage.org/index/pdf/Index09_ExecSum.pdf
[13] Ludwig von Mises, Działanie Ludzkie, str. 499, przeł. Witold Falkowski
[14] Maciej Zaremba, Rzecznik obrażonych – szwedzki eksperyment http://wyborcza.pl/1,97738,6096200,Rzecznik_obrazonych___szwedzki_eksperyment.html
[15] http://www.krytykapolityczna.pl/Lodz/Lodz-Uniwersytet-zaangazowany-czy-edukacja-urynkowiona/menu-id-174.html
[16] Stephan Kinsella, Przeciwko własności intelektualnej http://www.mises.pl/255/ przeł. Anna Gruhn, Marcin Zieliński
[17] Mateusz Machaj, O własności intelektualnej http://nczas.com/publicystyka/o-wlasnosci-intelektualnej/
[18] Krzysztof Śledziński, Własność intelektualna to kradzież https://liberalis.pl/2009/02/18/krzysztof-sledzinski-wlasnosc-intelektualna-to-kradziez/
[19] Ludwig von Mises, Działanie Ludzkie, str. 737, przeł. Witold Falkowski