10 września 2026

Piotr Pieniążek: Kaganiec oświaty

“Never let your schooling interfere with your education.” – Mark Twain

Wstęp

Niniejszy artykuł pretenduje do miana rzetelnej i wielowymiarowej analizy związku polityki ze stanem szkolnictwa w świecie kultury zachodniej. Stanowi również głos w debacie, do wzięcia udziału, w której namawia Jan Hartman w swoim tekście opublikowanym w Gazecie Wyborczej z 9 kwietnia 2009 roku [1] . Autor diagnozuje kondycję umysłową 19-letnich, studiujących absolwentów polskich szkół średnich, głównie w oparciu o własne obserwacje nauczyciela akademickiego prestiżowej uczelni. Jako że ja, jako podmiot, spełniam kryteria bycia przedmiotem diagnozy, poczułem się wywołany do tablicy, by wyrazić swoje stanowisko w sprawie. Streszczę teraz poglądy Hartmana, wynikające z jego artykułu.

Szkoła buja w obłokach

Już na samym wstępie okazuje sceptycyzm wobec rozwiązań systemowych, obejmujących polski system szkolnictwa. Ba, nawet wyraźnie daje do zrozumienia, że czuje pogardę dla jego groteskowych założeń i z góry szydzi z ich zmian zapowiadanych przez oficjeli rządowych. Pisze, że z biegiem czasu studenci dysponują coraz niklejszą wiedzą(przez co należy ich uczyć wszystkiego od podstaw), którą rzekomo powinni nabyć na drodze wieloletniej edukacji opartej o wymogi programowe. Następnie wykazuje, że większość z nich, ze względu na braki w gramatyce, ortografii i interpunkcji, nie potrafi się poprawnie wysłowić, a ponad 10% to kompletni analfabeci nie będący w stanie napisać zdania z sensem. Nawet ci, którzy nie należą do grup opisanych w poprzednim zdaniu, gdy przychodzi oddać pracę pisemną, uciekają się do plagiatu. Nie jest to, według niego, jedyny przejaw nieuczciwości. Wskazuje on również na to, że wcześniejsza przygoda ze szkołą świetnie uczy ściągania i oszustwa. Wszystko to, co jest także udziałem innych państw kultury zachodniej, wydaje mu się być wynikiem procesów cywilizacyjnych.

W części normatywnej proponuje test z wiedzy ogólnej, który mógłby być zdany przez osobę, nawet, ociężałą umysłowo, a którego zaliczenie dawałoby prawo do pisania matury. Na sam koniec, do podjęcia narodowej debaty na temat ratowania polskiej szkoły wzywa min. polityków.

Tym samym, czar z pierwszych zdań artykułu pryska, bowiem jawnie obnaża niekonsekwencję autora w podejściu do zdolności i możliwości urzędników państwowych. Na początku ich wykpiwa, do czego bym się przyłączył, a następnie pragnie z nimi podjąć dialog, za co jego prymitywne i opresyjne demoliberalne idee dostaną wkrótce po głowie.

Koń jaki jest, każdy widzi

System regulowanej przez państwo edukacji publicznej zawsze był powszechnie uznawany za niewydolny, a z biegiem lat, pomimo, a może właśnie dzięki jego zmianom, ulegał stopniowej degradacji. Z tym się chyba zgodzi każdy. W każdym bądź razie ten fakt stanowi płaszczyznę dyskusji, którą rozpoczął Hartman. Przybliżmy teraz pokrótce stanowiska dotyczące tematu, pochodzące z różnych stron sceny politycznej.

Prawica, czyli: tradycjonaliści, monarchiści, konserwatywni liberałowie i neoliberałowie, upatruje ratunku systemu w jego częściowej prywatyzacji i poddaniu jego działania regułom gospodarki państwowego kapitalizmu, opartego na zamordystycznych regulacjach rządowych. Pierwsza grupa postuluje ponadto odejście od koedukacyjnej, a szerzej, postępowej metody nauczania, wprowadzając do szkół większą dawkę dyscypliny.

Nowocześnie pojęta lewica, czyli spadkobiercy idei sekt chrześcijańskich, rozwiniętych przez komunistów i socjaldemokratów, domaga się przymusowej i identycznej edukacji dla wszystkich dzieci, za złupione przez aparat państwowy owoce pracy z uczciwych i produktywnych jednostek. Uważa także, że i na naukę dorosłych powinne one pracować, vide „darmowe” szkolenia dla bezrobotnych. Sprawi to, że, jak głosił Trocki, w robotniczym raju „przeciętny człowiek będzie dorównywał poziomem Arystotelesowi, Goethemu lub Marksowi. A ponad tym poziomem wyłonią się kolejne szczyty” [2] .

Rozpatrywania stanowiska wyznawców terceryzmu pominę, gdyż pokrywają się one z grubsza z wyżej wymienionymi.

Nadzorować i karać

Cechą wspólną tych grup jest chęć nakazywania, zakazywania i regulowania systemów szkolnictwa oraz całej organizacji życia społecznego, co się ściśle i dobitnie przekłada na funkcjonowanie usług edukacyjnych. Jest to nierozerwalnie związane ze stosowaniem przymusu, ergo z pogwałceniem aksjomatu o nieagresji i powinno być przez sądy zakazane i surowo karane. W zasadzie, już na tym stwierdzeniu można by zamknąć całą dyskusję, jednak chciałbym pokazać więcej wymiarów działania systemu edukacyjnego w warunkach opresji państwowej, której narzędziem jest właśnie przymus, będący niesłusznie bagatelizowany przy analizie wszelkich sfer życia.

Państwo nakładając obowiązek edukacyjny, pozbawia rodziców praw rodzicielskich, czyni z placówki edukacyjnej de facto więzienie [3], bądź obóz koncentracyjny, czy nawet pracy, a indoktrynując – pralnię mózgów. Od najmłodszych lat kształtuje w dziecku wrogie nastawienie do wszystkiego, co jest związane z edukacją [4] (na zasadzie tożsamości: nauka, książki = męczarnie, kara), zabijając jego naturalną ciekawość(niemal każde, zanim pójdzie do takiej szkoły, zadaje pytania o charakterze epistemologicznym, etycznym, metafizycznym czy astronomicznym). Ponadto skutecznie wywołuje u młodego człowieka obrzydzenie do nauki(a także do np. beletrystyki, o czym wiem z autopsji), czym sprawia, że zmniejsza się ryzyko, że w późniejszych fazach życia będzie się edukowało, a tym samym mogło dostrzec, co mu ta kapilarna władza zrobiła. Słowem, mottem zawodowym non nocere lekarze powinni podzielić się z nauczycielami i w tym kontekście oznaczać ono winno, że szkody, które preceptor może dziecku wyrządzić, zniechęcając je do nauki, mogą przeważyć o fakcie, że, bez względu na to jak bardzo by się on i jego następcy starali, edukacja dziecka nie zakończy się sukcesem. W końcu rodzina, jej znajomi i otoczenie sąsiedzkie zna je w większym stopniu, niż rzekomo omniscjentny minister edukacji i to one powinny decydować gdzie i kiedy, o ile w ogóle, posłać dziecko do szkoły(ciekawe czy rodzice chętnie puszczają swoje dziecko do szkoły, w której nauczyciel opowiada ciekawe historie, np. o tym, że Krzysztof Kolumb był Polakiem, a takie słowa zostały zarejestrowane na ukrytej kamerze, a następnie wyemitowane w programie Uwaga telewizji TVN). Przecież nawet w miarę ograniczeń rządowych można je uczyć w domu. W końcu home-schooling, jak pokazują statystyki, jest w wymiarze edukacyjnym znaczenie skuteczniejszą metodą zapoznawania dziecka ze światem niż klasyczna szkoła. W niektórych wypadkach pozostaje również kształcenie pociechy od małego w kierunku, w którym się do tego najlepiej nadaje, czyli np. handlarza czy chłoporobotnika. W końcu wbrew antynaukowym twierdzeniom komunistów, wszyscy nie rodzą się równi genetycznie. Żadna z tych opcji nie wyklucza również umożliwienia dziecku warunków do pracy [5], która jest rządowo zabroniona.

Mimo że w państwowych placówkach można się wiele nasłuchać o uczciwości, w praktyce nie jest ona egzekwowana, czy to karą, czy adekwatną, zachęcającą nagrodą. W Polsce ściąganie, zaniżające poziom i wyrabiające umiejętności oszukiwania, jest na porządku dziennym na każdym etapie edukacji, nawet na uczelniach wyższych. Pozwolę teraz sobie dać przykład, pokazujący jak ta praktyka jest tolerowana przez tych, którzy winni ją karać. Na egzaminie, który mam za sobą od dwóch miesięcy, profesor od lat dający te same pytania wiedział, że pełna studentów sala ściąga, egzaminowani wiedzieli, że on wie, a co więcej on miał świadomość, że oni wiedzą, że on wie. Interesującym faktem jest to, że ta kreatura, której nazwiska, ze względu na litość, nie podam, startuje w wyborach do europarlamentu. Ciekawe ile pięknych frazesów na temat edukacji będzie z jej ust wypływać.

Prywatne znaczy państwowe

Takie i inne praktyki, bazujące na nieuczciwości i przymusie, stanowiące trzon i naturę instytucjonalnych warunków, w których obecnie funkcjonujemy powodują systematyczny spadek jakości świadczonych usług [6] (o ile w ogóle, na etapie przymusowej wczesnej edukacji możemy mówić o usługach, które z definicji powinny być serwowane na podstawie dobrowolnych kontraktów) przez państwowe placówki oświatowe, a także te prywatne, które siłą państwowego ustawodawstwa działają w podobny sposób, w różnych krajach inaczej od państwowych, w zależności od stopnia tej siły. O ile o szkołach prywatnych w Unii Europejskiej możemy powiedzieć, że są jak państwowe, bo podlegają ministerialnej akredytacji i muszą realizować ministerialny program, a także nie mogą przyjmować kandydatów, których uznają za odpowiednich, a jedynie tych arbitralnie odpowiadających kryteriom państwa, ergo posiadających państwowy dyplom ukończenia szkoły niższego szczebla, o tyle np. w Stanach Zjednoczonych Ameryki prywatne placówki edukacyjne zachowują większą niezależność od państwa. Jednak w dalszym ciągu tworzą one kartele, których narzędziem jest ustawodawstwo państwowe, a celem niedopuszczenie do wejścia na rynek nowych podmiotów świadczących po niższej cenie usługi na wyższym poziomie [7]. Zatem tak, jak w przypadku każdego sektora gospodarki, np. usług medycznych – prywatyzacja nie oznacza urynkowienia, bowiem tak długo, jak istnieje państwo, rynek par excellence po prostu nie istnieje, a funkcjonowanie podmiotów, za sprawą państwowych regulacji, opiera się o barbarzyńską zasadę żelaznej pięści [8], podnoszącej ceny i zaniżającej jakość [9], a nie niewidzialnej ręki, jakby niektórzy tego chcieli.

Pomimo istniejącej sytuacji, szkoły prywatne w dalszym ciągu są generalnie lepsze od tych państwowych(tajne komplety za okupacji hitlerowskiej cechowały się znacznie wyższym poziomem niż szkoły międzywojenne, które z kolei dysponowały bogatszym programem niż te po wojnie stopniowo go zawężające, chyba asymptotycznie do zera). Różnią się jednak między sobą warunkiem, jaki musi być spełniony, by do nich uczęszczać, a mianowicie czesnym, które jest na tyle wysokie, że ludzie wpędzeni przez państwo w biedę [10], nie są w stanie go samodzielnie pokryć. Najdobitniejszym wskaźnikiem pokazującym istnienie przepaści między typami szkół jest fakt, że politycy, ciągle wychwalający państwową edukację, tak jej się sami boją, że swoich pociech jej bynajmniej nie powierzają. Dotyczy to min. prezydentów Roosevelta, Clintona i Obamy. Będąc nawet w Waszyngtonie na świeczniku opinii publicznej, posłali swoje dzieci do prywatnej szkoły Sidewell Friends School, która, przecząc ich wizji szkoły wolnej światopoglądowo, jest sekciarska, prowadzona bowiem przez purytański odłam – Kwakrów. Na polskim podwórku znany jest pewien polityk, który wyjątkowo wiele zamieszał w sferze edukacji. Występował nawet w reklamówce telewizyjnej, w której dawał do zrozumienia, że dzięki niemu polski system oświatowy jest wspaniały. Jednak w dalszym ciągu, jego córka chodziła do szkoły prywatnej. Nazywa się Roman Giertych.

Zależność między typami placówek oświatowych istnieje również, a może nawet dobitniej na szczeblu szkół wyższych. Od lat, niezmiennie najlepsze na świecie są uczelnie prywatne [11]. Żaden etatysta nie będzie potrafił odpowiedzieć czemu najwyżej w rankingach wypada Uniwersytet Harvarda, który nie dość, że nie dostaje milionowych subwencji od państwa, tak jak tysiące innych uczelni na świecie, to w dodatku nie ma nawet akredytacji federalnej, która jest w posiadaniu wielu amerykańskich uczelni prywatnych. Ponadto nie może się pochwalić tradycją akademicką sięgającą średniowiecza, tak jak mnóstwo uniwersytetów europejskich.

Niektórzy miłośnicy kontynentalnoeuropejskiego systemu kształcenia na pewno powiedzą, że te rankingi nie są miarodajne, ponieważ w świecie anglosaskim uczelnie są płatne, a przez to tworzą barierę nie do przejścia dla ubogich, zapominając, że tak jak nie ma darmowych obiadów, tak samo nie ma darmowych uczelni i ktoś musi koszty ich funkcjonowania pokryć. Nie zapłaci za nie bynajmniej zdolny student, czy tym bardziej ministerialny stypendysta, studiów dziennych. Za to jego rówieśnik, który nie dość, że jest skąpiej obdarzony bystrością przez naturę i środowisko, o ile uda się gdzieś na studia (wieczorowe, zaoczne czy prywatne), oprócz płacenia czesnego za siebie samego, będzie musiał również oddawać haracz mafii państwowej w postaci podatków, by opłacić zbijanie bąków jego zdolniejszego rówieśnika. Ten patologiczny stan rzeczy podoba się tym, jeszcze trzymającym się Ziemi, etatystom. Ci bowiem, którzy akurat się wcześniej od niej oderwali – socjaliści, wierzą, że uczelnia może być bezpłatna dla wszystkich bez wyjątku, a umożliwią ją chyba tylko krasnoludki, albo dzięki progresywnemu opodatkowaniu, mityczni posiadacze wielkiego kapitału, którzy już dawno odlecieliby do rajów podatkowych. Fakt ten dobrze oddaje sposób (nie)myślenia uczestników szczytu G20, tak zajadle chcących zwalczyć owe raje.

W każdym bądź razie owi etatystyczni besserwisserzy nie pojmują czemu, mimo że uczelnia np. w Szwecji jest bezpłatna, niewielu pragnie się na nią dostać. Zapominają, że tak, jak jakiś czas temu donosiły szwedzkie gazety, inżynier w Sztokholmie ma mniejszą siłę nabywczą niż śmieciarz w Nowym Jorku. Mówi to nam, że w krajach z rozbudowanym systemem socjalnym i wysokimi obciążeniami podatkowymi po prostu nie opłaca się pobierać nauki. Nasz kraj spełnia na pewno to drugie kryterium [12], dlatego Polacy wyjeżdżają po zatrudnienie, min. do już względnie bogatych krajów starej Unii Europejskiej, w których bynajmniej nie istnieje popyt na wykształconych bezrobotnych darmozjadów, czyli np. magistrów socjologii, filozofii i nauk politycznych, tylko na specjalistów, jak np. hydraulików czy lekarzy, których fach został nabyty często kosztem wyrzeczeń w postaci rosnącej krańcowej przykrości z pracy ekstrawersyjnej [13], nieznanej wielu obecnym mieszkańcom Starej Piętnastki, tak rozpieszczonym przez państwo.

Do tego, cała natura społeczeństwa dyscyplinarnego i homogeniczność demokracji stwarzają na uczelniach terror poprawności politycznej, który na sile przybrał właśnie zwłaszcza w Szwecji [14]. Mając to na uwadze, część prawicy lamentuje nad procesami cywilizacyjnymi(podobnie zresztą jak Hartman), zupełnie nie dostrzegając, że problem nie tkwi w samej naturze politycznej poprawności, lecz może się on przejawiać jedynie w konkretnych warunkach instytucjonalnych stworzonych przez agencje rządowe regulujące metody działań uczelni i monopol państwowego sądownictwa. Jedynie mechanizm rynkowy będzie skutecznie potrafił wyłonić placówki prowadzące najsprawiedliwszą politykę wewnętrzną. Tzn. jeśli szkoła bez wyraźnego powodu wyrzuca dobrego wykładowcę (jak np. Anthonyego Hopkinsa w filmie Human Stain), to na dłuższą metę zapewne straci ona sama. Dywersyfikacja sprawi, że jeśli pojawi się odpowiedni popyt na szkoły o profilu szowinistycznym czy homoterrorystycznym, to znajdzie się również i podaż.

One, two, three, Anarchy

Wraz z eliminacją państwowych regulacji skończą się również jałowe debaty np. o tym jak ma wyglądać kanon lektur, czy 6-latki mają pójść do szkół, czy powinno się zachować system boloński i czy może zlikwidować habilitację. Na własne uszy miałem nieprzyjemność przekonania się, jak kazuistycznie mogą takie dyskusje [15] brzmieć. Etatyści, by rozwiązać etatystyczne problemy, chcą używać etatystycznych środków, ergo gasić pożar benzyną.

Oprócz poszerzenia gamy wyboru w sferze usług edukacyjnych, realnego spadku cen i podniesienia jakości, wynikających z upadku struktur państwowych, nastąpi wielka zmiana. Obalona zostanie bowiem zadekretowana przez władzę tyrania monopolu tzw. „własności intelektualnej”. O jej bezsensowności i sprzeczności z prawami własności nie będę pisał [16][17][18] . Chciałbym natomiast abyśmy skupili się na jej szkodliwości na wymiar edukacji. Przejawia się ona w wielkim ograniczeniu, a może nawet uniemożliwieniu dostępu do różnych źródeł wiedzy. Obejmują one min. podręczniki w wersji elektronicznej, zapisy audio, czy audiowizualne wykładów chronione przed rozpowszechnianiem tzw. „prawami autorskimi”. Ten bandycki zakaz przyczynia się do procesu polegającego na tym, że ludzie chcący się uczyć sami, skazani są na państwowe, czy półpaństwowe, placówki, czym owo państwo usprawiedliwia swoje łupieżcze działania fiskalne i szuka legitymizacji ze strony ludu. A należy pamiętać, że czasy rzadkości wiedzy rozbrzmiewającej w uniwersyteckich aulach i spoczywającej w księgach bibliotek tych instytucji, trwające do pojawienia się urządzenia kserokopiującego, a następnie Internetu, dawno się skończyły i nauka coraz szerszej palety wiedzy, staje się, dzięki podaży kapitału, wraz z rozwojem technologicznym i spadkiem cen, coraz bardziej dostępna z zacisza domowego. Na przeszkodzie w postępowaniu tego zjawiska stają właśnie zamordystyczne państwowe regulacje, które, by przyczynić się do postępu gospodarczego i technologicznego oraz udostępnienia wiedzy najuboższym, powinno się niezwłocznie usunąć.

Byłby to prawdziwy krok milowy w historii ludzkości, która od wieków jest nękana władzą, której legitymizującą podstawę stanowią placówki składające się z ludzi mówiących jak społeczeństwo powinno funkcjonować. Byli oni, albo z natury nieuczciwymi kapłanami, filozofami, a ostatnio ekonomistami [19], albo po prostu zostali zaślepieni fałszywą ideologią.

Należy się przeciwstawić nurtowi, którym płyniemy, dzięki czemu kaganek oświaty, będzie rzucał blask nauki, zamiast emitować promieniowanie państwowych uprawnień.

Wybierasz wolność czy niewolę? Pamiętaj: tertium non datur.

Piotr Pieniążek
12.04.2009 r.
***
[1] Jan Hartman, Szkoła buja w obłokach, Gazeta Wyborcza 09.04.2009 http://wyborcza.pl/1,75515,6485258,Szkola_buja_w_oblokach.html
[2] Lew Trocki, Literatura i rewolucja, Moskwa 1991 (reprint wyd. z 1923), s. 197.
[3] Murray N. Rothbard, O nową wolność. Manifest libertariański, przeł. Witold Falkowski http://www.mises.pl/o-nowa-wolnosc-manifest-libertarianski/rozdzial-7/
[4] Przemyślenia antypaństwowca(z zawodu będącego nauczycielem) na temat edukacji http://www.youtube.com/view_play_list?p=E67E71438D456348
[5] Karl Hess, Kapitalizm dla dzieci, czyli jak stać się panem własnego losu http://wgogloza.com/wolnosciowa-biblioteka/karl-hess-kapitalizm-dla-dzieci-czyli-jak-stac-sie-panem-wlasnego-losu/
[6] Bogusław Wolniewicz o szkolnictwie wyższym http://www.youtube.com/watch?v=SmW5pMpcZz0
[7] Gary North, The Coming Breakdown of the Academic Cartel http://www.lewrockwell.com/north/north8.html
[8] Kevin Carson, Niewidzialna ręka czy żelazna pięść, przeł. Jędrzej Kuskowski http://liberalis.pl/2007/04/04/kevin-carson-niewidzialna-reka-czy-zelazna-piesc/
[9]John Stossel – Stupid In America http://www.youtube.com/watch?v=1AoHBl5MeXI
[10] jasno opisany jest tu mechanizm generowania ubóstwa przez agencje rządowe http://www.youtube.com/watch?v=IcDt5cAJdIk&feature=channel_page
[11] ranking uczelni wyższych Szanghajskiego Uniwersytetu Jiao Tong http://www.arwu.org/rank2008/ARWU2008_A(EN).htm
[12] indeks wolności gospodarczej http://www.heritage.org/index/pdf/Index09_ExecSum.pdf
[13] Ludwig von Mises, Działanie Ludzkie, str. 499, przeł. Witold Falkowski
[14] Maciej Zaremba, Rzecznik obrażonych – szwedzki eksperyment http://wyborcza.pl/1,97738,6096200,Rzecznik_obrazonych___szwedzki_eksperyment.html
[15] http://www.krytykapolityczna.pl/Lodz/Lodz-Uniwersytet-zaangazowany-czy-edukacja-urynkowiona/menu-id-174.html
[16] Stephan Kinsella, Przeciwko własności intelektualnej http://www.mises.pl/255/ przeł. Anna Gruhn, Marcin Zieliński
[17] Mateusz Machaj, O własności intelektualnej http://nczas.com/publicystyka/o-wlasnosci-intelektualnej/
[18] Krzysztof Śledziński, Własność intelektualna to kradzież http://liberalis.pl/2009/02/18/krzysztof-sledzinski-wlasnosc-intelektualna-to-kradziez/
[19] Ludwig von Mises, Działanie Ludzkie, str. 737, przeł. Witold Falkowski

Piotr Pieniążek

O autorze

Piotr Pieniążek

Zobacz wszystkie teksty tego autora w archiwum Liberalis.

Wszystkie teksty autora: Piotr Pieniążek

Dyskusja

219 odpowiedzi do „Piotr Pieniążek: Kaganiec oświaty”

  1. gorąco polecam to co ma do powiedzenia Ken Robinson, w temacie szkół oczywiście, jest zabawnie 😉

  2. Ehhh…

    „W niektórych wypadkach pozostaje również kształcenie pociechy od małego w kierunku, w którym się do tego najlepiej nadaje, czyli np. handlarza czy chłoporobotnika. W końcu wbrew antynaukowym twierdzeniom komunistów, wszyscy nie rodzą się równi genetycznie.”

    Raz, autor nie rozumie, czym jest idea równości. Dwa, rozumiem, że z tymi komunistami to jest żart, tak? Bo raczej żaden prawdziwy komunista nie twierdzi, że ludzie są równi genetycznie. Trzy, kto ma stwierdzać, do czego dziecko się bardziej nadaje? Jak? Co to jest kształcenie pociechy w kierunku, w którym się do tego najlepiej nadaje? Niby skąd, u licha, ktoś ma wiedzieć, do czego się jaki człowiek nadaje? Rozmawiamy o rzeczywistości?
    Postulowanie czegoś takiego jest cholernie niebezpieczne, proszę to brać pod uwagę.

    „Za to jego rówieśnik, który nie dość, że jest skąpiej obdarzony bystrością przez naturę i środowisko, o ile uda się gdzieś na studia (wieczorowe, zaoczne czy prywatne), oprócz płacenia czesnego za siebie samego, będzie musiał również oddawać haracz mafii państwowej w postaci podatków, by opłacić zbijanie bąków jego zdolniejszego rówieśnika”

    Nie jest to bardziej patologiczna sytuacja niż ta proponowana przez skrajny kapitalizm. To znaczy – uzdolniony musi albo zapierdalać na czesne, albo zwyczajnie go na nie nie stać, gdy głupawy synalek Szefa Wielkiej Firmy dostaje się do zajebistej szkoły z pieniędzy tatusia.
    Nie mówię już o nierównym dostępie do edukacji (w przypadku ustanowienia kompletnej prywatyzacji szkolnictwa), bo to oczywistość.

    Rozumiem, że państwowe szkoły to gówno i też jestem jak najbardziej przeciw narzucanym z góry programom, indoktrynacji, głupawym maturom, testom itd., ale, na Boga, to jeszcze nie powód, żeby krytykować ich publiczny charakter.

  3. PRECZ Z KOMUNĄ, PRECZ Z KOMUNĄ!

    EGALITARYSTYCZNE BUTTERSY NA MADAGASKAR!

    „na Boga,”

    Wierzysz?

    „to jeszcze nie powód, żeby krytykować ich publiczny charakter.”

    Student „dzienny”? Pasożyt, leń, obibok,.. !

  4. „albo zwyczajnie go na nie nie stać,”

    Albo jakiś przedsiębiorca, w ramach zdobywania nowych pracowników, finansuje mu studia, albo uczelnia udziela mu pożyczki zwrotnej za kilka lat. W końcu zdolny student, pracownik to same korzyści, większy prestiż i poziom.

  5. Myślę, że zwiększyłyby się różnice w poziomie poszczególnych szkół. Co sprawiłoby, że te lepsze będą starały się przyciągać raczej lepszych studentów, a te gorsze – bogatszych. Poza tym, jeżeli obecni wielcy kapitaliści zostaliby pozbawieni przywilejów, a ich nieuczciwie zdobyte majątki skonfiskowane, wyłoniliby się nowi bogaci, którzy naprawdę zasłużyli na swoje bogactwo i na lepszą szkołę dla swoich dzieci.

  6. „autor nie rozumie, czym jest idea równości.”
    autor pewnie z przyjemnością ją pozna. słuchamy.

    „rozumiem, że z tymi komunistami to jest żart, tak? Bo raczej żaden prawdziwy komunista nie twierdzi, że ludzie są równi genetycznie.”
    nie znam żadnego komunisty i nie wiem co oni dzisiaj tam twierdzą, natomiast mainstream komunistyczny nawet długo po wojnie nie wierzył w istnienie zależności genetycznych.
    http://niniwa2.cba.pl/martin_gardner_burzuazyjny_idealizm_w_radzieckiej_fizyce_nuklearnej.htm

    „kto ma stwierdzać, do czego dziecko się bardziej nadaje? Jak? Co to jest kształcenie pociechy w kierunku, w którym się do tego najlepiej nadaje? Niby skąd, u licha, ktoś ma wiedzieć, do czego się jaki człowiek nadaje? ”
    wiedzy doskonałej chyba nikt nie posiada i to jest punkt wyjścia. w tekście stoi jak byk, że „W końcu rodzina, jej znajomi i otoczenie sąsiedzkie zna je[dziecko] w większym stopniu, niż rzekomo omniscjentny minister edukacji i to one powinny decydować gdzie i kiedy, o ile w ogóle, posłać dziecko do szkoły”. dziecko jest predestynowane do robienia czegoś, do czego się najlepiej nadaje, w takiej mierze
    w jakiej ono, jej rodzice i otoczenie jest o tym przekonane.

    „Nie jest to bardziej patologiczna sytuacja niż ta proponowana przez skrajny kapitalizm.”
    lepiej jeśli nie będziemy się pojęciem kapitalizmu posługiwali, tak długo jak nie zostanie ono zdefiniowane. Marx i Mises rozumieli je zupełnie inaczej. Carson i Pius XI również. Skrajny kapitalizm to już zupełnie dziwny stwór. W celu zrozumienia o czym mówię polecam ostatni tekst Bożydara Wiśniewskiego. Chodzi Ci może o wolny rynek, czy co?

    „To znaczy – uzdolniony musi albo zapierdalać na czesne, albo zwyczajnie go na nie nie stać, gdy głupawy synalek Szefa Wielkiej Firmy dostaje się do zajebistej szkoły z pieniędzy tatusia.”
    no i co jest w tej sytuacji patologicznego? a tym bardziej równie patologicznego co w tej, o której jest mowa w tekście, którą zresztą zacytowałeś. ktoś zarabia uczciwie pieniądze i przeznacza je w celu nauczenia czegoś swojego głupiego syna, coś w tym złego? a zdolny pracuje, by pokryć koszty edukacji. skoro jest taki zdolny, to chyba nie sprawi mu to większego kłopotu. jak on tych kosztów nie pokryje, to w Twojej wizji będzie musiał to zrobić ktoś ograbiony. i co tu jest bardziej patologiczne?

    „Nie mówię już o nierównym dostępie do edukacji (w przypadku ustanowienia kompletnej prywatyzacji szkolnictwa), bo to oczywistość. ”
    jasne, oczywista oczywistość. sytuacja nierówności dostępu do edukacji może wystąpić jedynie, gdy państwo swoimi restrykcjami ten dostęp uniemożliwia.

    „Rozumiem, że państwowe szkoły to gówno i też jestem jak najbardziej przeciw narzucanym z góry programom, indoktrynacji, głupawym maturom, testom itd., ale, na Boga, to jeszcze nie powód, żeby krytykować ich publiczny charakter.”
    choć dokładają się do tego inne powody, to ten jeden, sam w sobie, jest już w zupełności wystarczający, żeby zniszczyć publiczne placówki. o ogólnym charakterze dóbr publicznych zwięźle wyraził się w poprzednim artykule wspomniany Wiśniewski, polecam.

  7. „dziecko jest predestynowane do robienia czegoś, do czego się najlepiej nadaje, w takiej mierze w jakiej ono, jej rodzice i otoczenie jest o tym przekonane.”

    Po pierwsze, jak sam zauważasz nie ma w tym stwierdzeniu niczego obiektywnego. Dokładnie to samo odnieść można do niewolników na przestrzeni dziejów, którzy według otoczenia i często rodziców (a nawet według samych siebie) byli predestynowani do bycia niewolnikami. Z tego powodu, że nie mieli nawet szansy na wybór. W dupie mam taką wolność, panowie. Publiczne szkolnictwo ma tę wielką zaletę, że umożliwia WYBÓR (z ogólnej wiedzy wybieramy to, co nas najbardziej interesuje), że przynajmniej jakąś edukację masz zagwarantowaną i żaden ojciec-idiota nie ma prawa zakazywać ci chodzenia do szkoły. Nikt, łącznie z samym zainteresowanym NIE WIE DO CZEGO SIĘ NAJLEPIEJ NADAJE.

    Ach, skrajny kapitalizm = rynek bez społecznej kontroli, z twardą własnością… róbta, co chceta itd. Tyle wyjaśnienia, niczego więcej nie potrzebujemy. Nawet nie mam zamiaru się wdawać w dyskusję o tym, czy z natury kapitalizm dąży do nierówności, bo to też oczywistość.

    „no i co jest w tej sytuacji patologicznego?”

    A tak, w sumie złe słowo, bo sytuacja w naszym super-kapitalizmie jest całkiem normalna. Lepiej będzie jak powiem wprost, taka sytuacja jest po prostu chujowa. Ktoś nieuzdolniony ma większe możliwości od uzdolnionego. Trzeba być idiotą, żeby nie widzieć, że coś jest nie tak.

    „a zdolny pracuje, by pokryć koszty edukacji. skoro jest taki zdolny, to chyba nie sprawi mu to większego kłopotu.”

    Ostatecznie przekonałeś mnie, że nie ma sensu z Tobą rozmawiać, bo do pewnego poziomu dyskusji po prostu zniżyć się nie potrafię.

    „jak on tych kosztów nie pokryje, to w Twojej wizji będzie musiał to zrobić ktoś ograbiony”
    No, zdecydowanie. Zamiast np. budować nowy basen, powinien oddać pieniądze na edukację zdolnego. Własność wcale nie musi być sprzymierzeńcem wolności, dlatego nie można wyrażać wolności przez własność – wniosek: głodujący ma pełne moralne prawo do ograbienia obżerającego się grubasa.

    „choć dokładają się do tego inne powody, to ten jeden, sam w sobie, jest już w zupełności wystarczający, żeby zniszczyć publiczne placówki. o ogólnym charakterze dóbr publicznych zwięźle wyraził się w poprzednim artykule wspomniany Wiśniewski, polecam.”

    Gówniany ten artykuł, naprawdę. Nic fajnego.

    @Dobrze urodzony:
    No tu jest niestety problem, że siłą rzeczy z biednych środowisk będzie pochodziło najwyżej 2% tych stypendystów. Raz – te najlepsze szkoły muszą na czymś zarabiać (co oznacza, że muszą przyjmować bogatych idiotów i musi to być większość), dwa – że stratyfikacja zaczyna się od najmłodszych lat. Biedniejsze dzieci od początku chodzą do gorszych szkół niż te bogatsze, zdobywają mniej wiedzy i umiejętności, więc gdy przychodzi do rozdania stypendium i tak okazuje się, że najwięcej przypadnie ich czemuś w rodzaju klasy średniej. Przed biednymi od początku do końca wyrastają przeszkody, co prowadzi do postępującego wykluczenia itd., itd.
    A potem jakiś totalny imbecyl zaczadzony socjologią ewolucyjną wysnuje teorię o tym, że biedota jest z natury głupsza, tak jak to Kurwin i wielu mu podobnych usiłuje udowodnić w przypadku czarnoskórych.

    Oczywiście nie każdy bogaty jest idiotą, to jasne. Natomiast podstawowa różnica między biednym, a bogatym jest taka, że ten drugi w którymś momencie życia miał więcej szczęścia.

    „Albo jakiś przedsiębiorca, w ramach zdobywania nowych pracowników, finansuje mu studia, albo uczelnia udziela mu pożyczki zwrotnej za kilka lat. W końcu zdolny student, pracownik to same korzyści, większy prestiż i poziom.”

    Do pożyczki i stypendiów było już wyżej. Co do przedsiębiorców to naprawdę mnie rozbawiłeś. Ehh… ta młodzieńcza naiwność.

  8. „No, zdecydowanie. Zamiast np. budować nowy basen, powinien oddać pieniądze na edukację zdolnego. ”

    Przepraszam, że sie wpierdzielam.

    Jestem w takiej sytuacji , że ledwo starcza mi na paczke fajek dziennie, ale gdybym mial masę kasy to zdecydowanie wolałbym kupić se nowy basen niż łożyć na edukacje nieswojej dzieciarni, niezależnie od tego jak bylaby ona zdolna.

    „Własność wcale nie musi być sprzymierzeńcem wolności, dlatego nie można wyrażać wolności przez własność ”

    Jezeli usiłujesz mnie zmusić bym oddał Ci część swojej wlasności, nastajesz w ten sposób na moją wolność. Używasz przymusu.

    „wniosek: głodujący ma pełne moralne prawo do ograbienia obżerającego się grubasa.”

    Żarcie jest dobrem pierwszej potrzeby. Edukacja- nie.

  9. „Jezeli usiłujesz mnie zmusić bym oddał Ci część swojej wlasności, nastajesz w ten sposób na moją wolność. Używasz przymusu.”

    Ależ to można odwrócić, jak tylko się chce. Jak jest bułka i ja chcę ją zabrać, to jeżeli jest „twoja” (co znaczy ni mniej ni więcej, że masz na nią wyłączność w wyniku niejasnej umowy z aparatem przemocy) będziesz mnie powstrzymywał SIŁĄ. I to ty, nie ja, będziesz stosował przemoc.
    Inaczej – będziesz mnie zmuszał, bym zaniechał jakiejś czynności.
    Bo zrozumcie, żadna rzecz nie jest do nikogo przyrośnięta i nie jest ze swojej istoty czyjaś; nadajemy jej czyjość w wyniku jakiejś umowy. Bułka po prostu jest. W najbardziej obiektywnym znaczeniu, kradzież bułki jest po prostu wyciągnięciem ręki po przedmiot zawieszony w próżni. I w tej optyce własność jest najbardziej jaskrawą formą przymusu i przemocy – zwłaszcza, gdy przedmiot mogący służyć wielu zawłaszcza jeden.
    Cóż, jak łatwo zauważyć, mam pewne zastrzeżenia do wolności negatywnej, która wydaje mi się kolejną strategią dyskursu neoliberalnego. Tzn. tam gdzie wolność negatywna nie wiąże się z własnością, często z powodzeniem można ją przełożyć na wolność pozytywną. Wydaje się więc, że Berlin ukuł swoje pojęcia, by legitymizować własność, awansować ją do rangi romantycznego ideału.

    „Jestem w takiej sytuacji , że ledwo starcza mi na paczke fajek dziennie, ale gdybym mial masę kasy to zdecydowanie wolałbym kupić se nowy basen niż łożyć na edukacje nieswojej dzieciarni, niezależnie od tego jak bylaby ona zdolna.”

    I dlatego wiele osób nadal wspiera państwo i progresywny podatek od dochodów.

  10. Ale bredzisz od rzeczy..

    Co to jest „wolność pozytywna”? Jak to możliwe, żeby istniała?

    „I w tej optyce własność jest najbardziej jaskrawą formą przymusu i przemocy – zwłaszcza, gdy przedmiot mogący służyć wielu zawłaszcza jeden.”

    Twoje życie jest zawieszone w próżni analogicznie do mojej bułki, więc wystarczy, że tylko wyciągnę po nie rękę i je zawłaszczę. Dlaczego masz być właścicielem samego siebie, skoro będąc moim (społeczeństwa) prywatnym niewolnikiem mógłbyś zdziałać znacznie więcej dobrego dla ogółu niż jak jesteś w swej obecnej sytuacji, „wolnego człowieka”?

    „Bo zrozumcie, żadna rzecz nie jest do nikogo przyrośnięta i nie jest ze swojej istoty czyjaś; nadajemy jej czyjość w wyniku jakiejś umowy.”

    Znowu argument, który NIC, ale to NIC głębokiego i odkrywczego nie wnosi. 😛

  11. butters, nic nie zrozumiałeś, co się do ciebie napisało. w związku z tym, dalsze wystukiwanie liter nie ma sensu. zresztą niepotrzebnie nawet tamtą odpowiedź pisałem, skoro wydalasz takie kwiatki: „Ostatecznie przekonałeś mnie, że nie ma sensu z Tobą rozmawiać, bo do pewnego poziomu dyskusji po prostu zniżyć się nie potrafię.”

  12. „Co to jest “wolność pozytywna”? Jak to możliwe, żeby istniała?”

    Wikipedia. Wolność pozytywna istnieje.
    (swoją drogą, to dopiero ciekawe, że studentowi filozofii – na dodatek obeznanemu w tematyce wolnościowej – trzeba to tłumaczyć)

    „Twoje życie jest zawieszone w próżni analogicznie do mojej bułki, więc wystarczy, że tylko wyciągnę po nie rękę i je zawłaszczę.”

    Jeśli będziesz rozpatrywał ludzkie życie w kategoriach własności to oczywiście. Ale nie muszę chyba pisać, że to absurd? Wolność nie wynika z własności – nawet jako prawo naturalne (o ile dobrze pamiętam, kiedyś libertarianie się oburzali, jak jakiś marksista im to zarzucił). Życie to nie bułka, Kamilku 🙂

    „Znowu argument, który NIC, ale to NIC głębokiego i odkrywczego nie wnosi. ”

    No wiesz, ja rozumiem, że to jest oczywistość i też się dziwię, że libertarianie tego nie biorą pod uwagę ;D Natomiast wnosi do rozważań o własności bardzo wiele:
    raz – własność nie jest w tym wypadku niczym koniecznym
    dwa – wobec tego nie jest niczym świętym
    trzy – (co będzie powtórzeniem w pewnym sensie, ale waznym) nie jest niczym przyrodzonym rzeczom, co znaczy tyle, że z wyprodukowanego przez firmę silnika nie wynika w żaden sposób, że jest on tej firmy (w sensie ontologicznym). Taką cechę nadaje mu dopiero jakiś papierek, zmienna kulturowa itp. itd.
    cztery – można ją zatem usprawiedliwiać tylko na drodze argumentów z efektywności.
    Ten argument, Kamilku, eliminuje z rozważań o własności jakikolwiek aspekt esencjalny i niestety w struktury myśli libertariańskiej wprowadza pewien zamęt.

    @fender
    Pozwól, że wyjaśnię, bo widzę, że sam do tego nie dojdziesz. Jeżeli wyskakujesz z argumentami w rodzaju: „facet sobie zarobi, skoro jest taki zdolny” to ja stwierdzam, że z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie zarabiałeś na życie, nie miałeś problemów dorosłego człowieka i w ogóle mówisz o świecie, o którym gówno wiesz. Jednocześnie uważasz, że w porządku jest sytuacja, w której ten, kto ma kupę kasy, a jest głupszy, może więcej niż ten, który jej nie ma, a jest mądrzejszy* Wyraźnie się nie dogadamy, bo to jest trochę inny zestaw wartości, kolego.

    *Oczywiście w libertariańskim super-świecie mądrość ocenia rynek (wg pradawnej neoliberalnej mądrości, że wartość człowieka mierzy się przez to, co dał społeczeństwu (hehehehe), czyli wartość portfela). Neoliberałowie wymyślili sobie niefalsyfikowalne kółko, które teraz powielają co bardziej nierozgarnięci libertarianie. Obrzydliwe.

  13. „Wikipedia. Wolność pozytywna istnieje.”

    Czy Bóg istnieje? Biblia! :>

    „Jeśli będziesz rozpatrywał ludzkie życie w kategoriach własności to oczywiście. Ale nie muszę chyba pisać, że to absurd?”

    A nie zauważyłeś, że sparowałem twój argument przeciwko własności rzeczy (bułki) twoją własną koncepcją? Nie próbujesz jej obronić?

    „No wiesz, ja rozumiem, że to jest oczywistość i też się dziwię, że libertarianie tego nie biorą pod uwagę ;D Natomiast wnosi do rozważań o własności bardzo wiele:
    raz – własność nie jest w tym wypadku niczym koniecznym”

    A kto powiedział, że jest? Prawo naturalne to koncepcja etyczna, dzięki której ludziom – mówić kolokwialnie – powinno się żyć lepiej w społeczeństwie.

    „dwa – wobec tego nie jest niczym świętym”

    WoW! Nie wiedziałem. :>

    „trzy – (co będzie powtórzeniem w pewnym sensie, ale waznym) nie jest niczym przyrodzonym rzeczom, co znaczy tyle, że z wyprodukowanego przez firmę silnika nie wynika w żaden sposób, że jest on tej firmy (w sensie ontologicznym). Taką cechę nadaje mu dopiero jakiś papierek, zmienna kulturowa itp. itd.”

    Jesteś relatywistą oraz anarchistą jednocześnie? Jak udaje Ci się to pogodzić bez popadania w nielogiczność i irracjonalizm?

    „cztery – można ją zatem usprawiedliwiać tylko na drodze argumentów z efektywności.”

    Udowodnij.

  14. „Czy Bóg istnieje? Biblia! :>”

    Nie wiem, do czego zmierzasz takimi tekstami.
    Podałem źródło, z którego możesz wyczytać najszybciej, czym jest wolność pozytywna. A dalej, napisałem (co jest cholernie oczywiste), że wolność pozytywna istnieje. Np. ja teraz mogę sięgnąć po książkę na moim biurku, po notatki, mogę wyłączyć laptopa i to jest mój zakres wolności pozytywnej… heh…

    „A nie zauważyłeś, że sparowałem twój argument przeciwko własności rzeczy (bułki) twoją własną koncepcją? ”

    No właśnie gówno sparowałeś. Odniosłeś to, co dotyczyło bułki do człowieka i przyznałem ci rację. Człowiek jest zawieszony w próżni.
    Dalej tylko napisałem, że z tego nie wynika, że ktoś może rozporządzać twoim ciałem, bo wolność to zupełnie inna jakość niż własność.

    „A kto powiedział, że jest?”

    Masz schizofrenię, czy co?
    Raz „zbijasz argumenty” na to, że ta nieszczęsna bułka jest zawieszona w próżni, a drugi raz przyznajesz temu rację (bo do tego się sprowadza uznanie, że własność nie jest niczym koniecznym).

    „Jesteś relatywistą oraz anarchistą jednocześnie? Jak udaje Ci się to pogodzić bez popadania w nielogiczność i irracjonalizm?”

    Nie bardzo rozumiem. Krytyka absolutyzmu jest wpisana w tradycję anarchistyczną jak mało co (Stirner na przykład). Podejrzliwe podejście do dyskursów również (zaś etyka to dyskurs).
    Przypomnę jeszcze, że przed chwilą przyznałeś rację słowom, że własność nie jest niczym koniecznym, a to pociąga za sobą wyżej wymienione konsekwencje.

    „Udowodnij.”

    Nie muszę (wszystko wynika z poprzedniego postu). To i tak ustępstwo.

  15. >Raz – te najlepsze szkoły muszą na czymś zarabiać (co oznacza, że muszą przyjmować bogatych idiotów i musi to być większość), dwa – że stratyfikacja zaczyna się od najmłodszych lat. Biedniejsze dzieci od początku chodzą do gorszych szkół niż te bogatsze, zdobywają mniej wiedzy i umiejętności, więc gdy przychodzi do rozdania stypendium i tak okazuje się, że najwięcej przypadnie ich czemuś w rodzaju klasy średniej.

    1. Wydaje się, że dla dobrej szkoły poziom nauczania może się podwyższać nie z powodu większej ilości pieniędzy na techniczne bajery i wyższe pensje dla nauczycieli, ale z powodu wyższego poziomu samych uczniów.

    2. Skoro uważać za czynnik wartościujący przydatność do lepszej szkoły „mądrość”, to należy pozostać konsekwentnym. Skoro ludzie nie są uwarunkowani genetycznie do takiego czy innego poziomu intelektualnego, to coś te zmiany jednak powoduje. Próby wyeliminowania tych różnic są BARDZO kosztowne.

    >Ależ to można odwrócić, jak tylko się chce. Jak jest bułka i ja chcę ją zabrać, to jeżeli jest “twoja” (co znaczy ni mniej ni więcej, że masz na nią wyłączność w wyniku niejasnej umowy z aparatem przemocy) będziesz mnie powstrzymywał SIŁĄ. I to ty, nie ja, będziesz stosował przemoc.
    Inaczej – będziesz mnie zmuszał, bym zaniechał jakiejś czynności.
    *Oczywiście w libertariańskim super-świecie mądrość ocenia rynek (wg pradawnej neoliberalnej mądrości, że wartość człowieka mierzy się przez to, co dał społeczeństwu (hehehehe), czyli wartość portfela). Neoliberałowie wymyślili sobie niefalsyfikowalne kółko, które teraz powielają co bardziej nierozgarnięci libertarianie. Obrzydliwe.

    W libertarianizmie jest ważne, kto przemoc inicjuje. Z pewnością ma to odniesienie do kultury, bo jak najbardziej powinno być uzależnione od dobrowolnych umów. I tutaj mała refleksja: rzeczywiście nie można mówić o własności, gdy istnieje państwo – bo przecież nie zawieram żadnej umowy z mnóstwem chamów, wsioków i dresiarzy nie akceptujących w życiu żadnych wartości moralnych, że oni mi czegoś nie będą czy będą coś robić. Są do tego zmuszeni, co zwalnia z odpowiedzialności moralnej. I w ogóle zniechęca do zainteresowania się nią.

    Mądrość nie jest dla libertarianina żadną wartością mającą coś uzasadniać. Wartością jest wolność – możliwość do korzystania z własnego ciała i owoców aktywności tego ciała powstałych na skutek pracy lub dobrowolnych wymian. Istnieje pozytywny i negatywny aspekt tej wolności, ale jeden nie może zaprzeczać drugiemu. Mogę zrobić coś, co nie będzie się wiązało z możliwością zgromadzenia jeszcze większej ilości dóbr materialnych, ale musi to być dobrowolna decyzja. Czyżby to „nie działało”, „nie rozwiązywało problemów”? Musielibyśmy się dopiero przekonać.

  16. „Nie wiem, do czego zmierzasz takimi tekstami.
    Podałem źródło, z którego możesz wyczytać najszybciej, czym jest wolność pozytywna. A dalej, napisałem (co jest cholernie oczywiste), że wolność pozytywna istnieje. Np. ja teraz mogę sięgnąć po książkę na moim biurku, po notatki, mogę wyłączyć laptopa i to jest mój zakres wolności pozytywnej… heh…”

    To niczego nie udowadnia.

    „No właśnie gówno sparowałeś. Odniosłeś to, co dotyczyło bułki do człowieka i przyznałem ci rację. Człowiek jest zawieszony w próżni.
    Dalej tylko napisałem, że z tego nie wynika, że ktoś może rozporządzać twoim ciałem, bo wolność to zupełnie inna jakość niż własność.”

    Owszem wynika, gdyż bułka jest moją własnością, a własność jest niejako „przedłużeniem mojego ciała” (jak Tannehilowe ujęli), więc negując zasadność własności bułki, podważasz także mój aksjomat samoposiadania.

    „Masz schizofrenię, czy co?”

    Nie, pytam, kto tak powiedział.

    Raz “zbijasz argumenty” na to, że ta nieszczęsna bułka jest zawieszona w próżni, a drugi raz przyznajesz temu rację (bo do tego się sprowadza uznanie, że własność nie jest niczym koniecznym).

    No bo nie jest niczym „koniecznym” ani „ostatecznym”. Być może kiedyś jakiś filozof wymyśli lepszy system etyczny niż libertarianizm/anarchizm, może prawo naturalne zostanie odrzucone na rzecz lepszej teorii, dzięki której dobrobyt społeczny będzie mógł się lepiej rozwijać niż na wolnym rynku.

    “Jesteś relatywistą oraz anarchistą jednocześnie? Jak udaje Ci się to pogodzić bez popadania w nielogiczność i irracjonalizm?”

    „Nie bardzo rozumiem. Krytyka absolutyzmu jest wpisana w tradycję anarchistyczną jak mało co (Stirner na przykład). Podejrzliwe podejście do dyskursów również (zaś etyka to dyskurs).”

    Między skrajnym absolutyzmem a skrajnym relatywizmem jest jeszcze sporo innych stanowisk.

    „Przypomnę jeszcze, że przed chwilą przyznałeś rację słowom, że własność nie jest niczym koniecznym, a to pociąga za sobą wyżej wymienione konsekwencje.”

    Wcale nie.

    „Nie muszę (wszystko wynika z poprzedniego postu). To i tak ustępstwo.”

    Wykaż to proszę, bo przeoczyłem.

  17. Jeszcze jedno. Wyrównywanie szans sprawia, że konkurencja między jednostkami jest sprawiedliwsza i wyłania naprawdę najlepszego ucznia, a nie tego wspieranego przez swoją pozycję. Ale tak naprawdę sprzyjając tej tak doskonałej konkurencji eliminujemy zmagania rodzin, szkół, dzielnic, miast czy regionów o to, która z organizacji na każdym szczeblu realizuje swoje zadania lepiej. W końcu nawet i własne państwo można rozmontować i przyłączyć je do UE, potem dalej i dalej aż do rządu światowego i końca cywilizacji. Jacyś kosmici będą musieli przylecieć potem i posprzątać.

  18. „To niczego nie udowadnia. ”

    A co miało udowodnić? ;D

    „Owszem wynika, gdyż bułka jest moją własnością, a własność jest niejako “przedłużeniem mojego ciała” ”

    Nie, nie jest.
    Jeszcze raz. Bardzo ważne zdanie: własność nie jest własnością rzeczy. Z samej bułki nie wynika, że jest czyjąś własnością. I znów przydaje się rozróżnienie na „jest” i „istnieje”, gdzie „jest” wyraża własność ontologiczną, a „istnieje” wyraża epistemologiczną (czyli jak coś jest postrzegane). No, więc własność jedynie istnieje. Jeśli twierdzisz, że bułka jest przedłużeniem ciała, to mam poważne powody, by twierdzić, iż jesteś na kwasie.

    „No bo nie jest niczym “koniecznym” ani “ostatecznym”.”

    Nie, nie. Chodziło o znaczenia słowa „konieczny” w opozycji do „przygodny”. Cóż, własność jest przygodna. Z samej rzeczy nie wynika własność. Własność to coś, co człowiek może nadać. Bardzo proste.

    „Między skrajnym absolutyzmem a skrajnym relatywizmem jest jeszcze sporo innych stanowisk.”

    No i ja też nie jestem ani skrajnym relatywistą, ani skrajnym absolutystą. Piszę po prostu, że własność przyznajemy na mocy zmiennych kulturowych (np. w jednej kulturze robotnik będzie miał wytwór swojej pracy na własność, a w drugiej ów wytwór będzie własnością szefa)

    „Wykaż to proszę, bo przeoczyłem.”

    Heh… samo stwierdzenie, że własność nie jest zawarta w rzeczy, ale w postrzeganiu tej rzeczy pociąga za sobą dwie możliwości, z których jedna jest kompletnie nie do przyjęcia.
    Można udowadniać na drodze argumentów z moralności, że komuś się jakaś własność należy. To znaczy, np. że ktoś, kto wyprodukował kosiarkę ma być jej właścicielem. Ale ponieważ doszliśmy do tego, że własność nie jest zawarta w rzeczy, nie możemy dojść, komu właściwie się ona najbardziej należy… no, bo własność przyznano na zasadzie pewnej umowy kulturowej, która nie powołuje się na jakąkolwiek wyższą instancję. Albo inaczej: nie ma wyższej instancji niż kultura, która mogłaby orzec, kto miałby mieć wyłączność na używanie kosiarki. Dlatego, zawsze w orzekaniu, czyja powinna być kosiarka, będziemy się odwoływać do tego, jak to widzi kultura. A, że różne kultury różnie w różnych czasach widziały własność, to i, nawet zakładając, że któraś „ma rację”, musielibyśmy mieć niezwykłe szczęście, by dobrze trafić.
    No i druga możliwość, która też ma swoje słabości (które myślę, że znasz i łatwo rozpoznasz). Jest związana z utylitaryzmem po prostu. Tylko jakimś oświeconym najlepiej, a nie, że temu wyburzymy dom, bo musimy drogę zbudować…

    @Dobrze urodzony:
    Nie rozumiem 🙂

  19. Jeśli chodzi o wolność „do” (inaczej: „prawo do”) edukacji, dobrego wychowania, wyżywienia i tak dalej, to nie może ona, według mnie, wchodzić w konflikt z wolnością „od” pomagania komuś, kogo nie lubię, a może nie znam. Niektórzy z nas mogą żebrać, inni mogą przejść obok. I żyć w pokoju.

  20. No i ja jestem raczej tego samego zdania. Różnica polega na tym, że według mnie wolność nie może się wyrażać przez własność. Dlatego biedny, który nie może sobie pozwolić na edukację, ma pełne prawo okraść bogatego, by zdobyć wolność do edukacji. Żeby nie było, w rzeczywistości zabrania tego w takim samym stopniu „socjalizm” państwowy jak państwo neoliberalne. Procentowo mało podatków idzie na edukację i służbę zdrowia, za to strasznie dużo na wojsko i policję.

  21. >Dlatego biedny, który nie może sobie pozwolić na edukację, ma pełne prawo okraść bogatego, by zdobyć wolność do edukacji.

    Jak napisał Molyneaux w pierwszym tekście opublikowanym na tej stronie: Czy mogę się z tobą nie zgodzić? Jeśli uznaje się swoje prawo do kradzieży, to trzeba uznać również czyjeś prawo do obrony przed tą kradzieżą. Stanowiąc tylko pierwsze, ustanawia się dominację własnego poglądu etycznego nad czyimś. A obydwa mogą być przecież częściowo poprawne.

  22. Co do budżetu: na opiekę zdrowotną i edukację idzie tylko 75 miliardów, a na wojsko i policję aż 42. Czy lewicowi anarchiści nie zauważają, że państwowe finansowanie potrzeb zdrowotnych i edukacyjnych czyni obywateli uzależnionymi od chorych ideologii i podatnymi na choroby cywilizacyjne, którym nie opłaca się zapobiegać, kiedy nawet najgorszy zawał można przeżyć i „cieszyć się” życiem, pomimo niezdrowych przyzwyczajeń i zabójczych nałogów?

  23. @9
    „Bo zrozumcie, żadna rzecz nie jest do nikogo przyrośnięta i nie jest ze swojej istoty czyjaś; nadajemy jej czyjość w wyniku jakiejś umowy. Bułka po prostu jest. W najbardziej obiektywnym znaczeniu, kradzież bułki jest po prostu wyciągnięciem ręki po przedmiot zawieszony w próżni.”

    @20
    „Dlatego biedny, który nie może sobie pozwolić na edukację, ma pełne prawo okraść bogatego, by zdobyć wolność do edukacji.”

    A mógłbyś mi podać swój adres? Bo właśnie uświadomiłem sobie, że jestem biedny i przydałoby mi się trochę kasy na edukację (chcę się nauczyć grać w golfa), więc chyba nie będziesz miał nic przeciwko temu, że zabiorę z twojego mieszkania najbardziej wartościowe „zawieszone w próżni” rzeczy?

  24. Ja też, ja też..! xD

    >>Dlatego biedny, który nie może sobie pozwolić na edukację, ma pełne prawo okraść bogatego, by zdobyć wolność do edukacji.

    W ten nikczemny sposób możesz se co najwyżej poszerzyć lub ułatwić WYBÓR edukacji, a nie zdobyć wolność, która wynika ze struktury tego, kim jesteś – czyli człowieka jako bytu rozumnego. Ale to mniejsza, bo nie jesteś realistą, tak jak ja, więc uznaj choć pierwszą część zdania.
    A sprowadzając twoje rozumowanie do absurdu – czyli mam także prawo go zabić, jeśli będzie się bronił twoim aktem agresji na niego?

  25. „A mógłbyś mi podać swój adres? Bo właśnie uświadomiłem sobie, że jestem biedny i przydałoby mi się trochę kasy na edukację (chcę się nauczyć grać w golfa), więc chyba nie będziesz miał nic przeciwko temu, że zabiorę z twojego mieszkania najbardziej wartościowe “zawieszone w próżni” rzeczy?”

    Bardzo wazna kwestia. Czy jest jakaś obiektywna przesłanka pozwalająca stwierdzić, ze edukacja jest ważniejsza, niz np. piwo ? Tak tylko pytam. Czy jak nie stać mnie na piwo to mogę okraść kogoś bardziej majętnego ode mnie ? Nie atakuje nikogo, po prostu interesuje mnie jak to dziala.

  26. W sumie, ludzie zawiazuja blizsze relacje przy trunkach, dzieki czemu pozniej maja niekiedy lepsza pozycje startowa w zyciu, bo moga na przyklad „zdobyc znajomosci”,tak jak jest z lepsza edukacja. 😀

  27. Zamiast cieszyć się, że znalazło się kogoś, na kim można się powyżywać, zwróćmy uwagę, że z powyższym zdaniem zgodziłoby się ponad 90% mieszkańców naszego kraju. Więc może to z nami jest coś nie tak? Rozróżnienie między piwem a edukacją jest też w miarę jasne dla kogoś nie zagłębiającego się w szczegóły: edukacja jest przecież „dobra”. W żargonie naukowym: jest uznawana za dobro publiczne. Piwo na razie nie. Wręcz przeciwnie. Dlaczego powszechna, uznawana przez prawie wszystkich moralność jest tak płytka i schematyczna? Bo takie jest i całe podłe, prymitywne, dyskotekowe życie ludzi, którzy tę moralność wyznają. Składa się ona z kolorowych filmików poskładanych ze specjalnie spreparowanych przez speców kliszy. Sami spece też wierzą w to, że mają rację. Rzeczywistość jest jednak brutalna i coraz częściej przypomina o sobie – tak jak wtedy, kiedy molestowana uczennica popełniła samobójstwo. Dopóki plastykowa mentalność współczesnego człowieka będzie uciekać od trzeźwej obserwacji faktów do fajnych muzyczek, wystrzałowych ciuchów, wielkich spektakli, oszałamiających uczuć religijnych, nie widzę na świecie miejsca na libertarianizm.

  28. „Dopóki plastykowa mentalność współczesnego człowieka będzie uciekać od trzeźwej obserwacji faktów do fajnych muzyczek, wystrzałowych ciuchów, wielkich spektakli, oszałamiających uczuć religijnych, nie widzę na świecie miejsca na libertarianizm.”
    Właśnie wydałeś polityczny wyrok śmierci na ten zespół poglądów :>

    Butters, nie chce mi się do ciebie jeździć ale mogę dać numer konta, żebyś mi oddał trochę kasy. Po dobroci, oczywiście.