Filip Paszko

Filip Paszko: Miscellaneous

W weekendy w Dzienniku pojawia się dodatek „Europa”, który to bardzo lubię czytać, bo znajdzie się tam zawsze parę ambitniejszych tekstów, tylko pośrednio nawiązującej do bieżączki politycznej. I tak przez ostatnie dwa weekendy Maciej Nowicki (ten sam, co napisał swego czasu felieton pt. „Libertarianizm, czyli ekonomia lenistwa”) przeprowadzał wywiady z postaciami światowej (europejskiej?) lewicy: Ernesto Laclau, Chantal Mouffe, Jacques Ranciere i Daniel Bensaid. Dodatkowo Cezary Michalski uraczył nas wywiadem ze Sławomirem Sierakowskim, Maciej Nowicki napisał felieton o znamiennym tytule: „Czy Trocki zmartwychwstał?”, a Dariusz Kubacki napisał o trzech dniach, które (nie) wstrząsnęły światem. Bardzo żałuję, że nie znalazło się miejsca dla Slavoja Żiżka, czy Naomi Klein, lub chociaż Noama Chomsky’ego. Kontekstem tych wszystkich rozmów (co prawda wywiad Michalskiego z Sierakowskim jest troszkę „obok”) jest obecny kryzys i to, jak szeroko pojęta lewica swoją szansę wykorzystuje (czy raczej zaprzepaszcza).

Szczerze mówiąc i tak była to dla mnie wielka gratka, czytać te teksty. Pierwszym w kolejności jest wywiad z panią Mouffe, która już na wstępie zaznacza, że najlepszy opis kryzysu zaproponował wiele lat temu Antonio Gramsci, którego niektóre teksty można przeczytać w Internecie:

Używa on pojęcia kryzysu organicznego. Kryzys taki ma miejsce wtedy, gdy system wewnętrzny nie jest w stanie dłużej funkcjonować, a nowy system jeszcze nie powstał.

Można powiedzieć, że obecny kryzys jest więc swego rodzaju gospodarczo-polityczną implozją. Sentencja ta wydaje mi się kluczowa nie tylko w kontekście lewicowych prób reorganizacji świata, ale całego spectrum ruchów społeczno-politycznych. Znajdziemy tu też libertarianizm, który co prawda ma spójną wizję, jakkolwiek z wiadomych względów odrzucaną w przedbiegach. Niejeden ruch lewicowy również taką wizję jest w stanie zaprezentować. Problem leży w tym, że ta nowa rzeczywistość, by użyć zwrotu Chantal Mouffe, nie może się wybić ponad swój undergroundowy i w pewnym sensie elitarny charakter. Powodów może być wiele, począwszy od niechęci do gwałtownych zmian, przez apatię społeczną, aż po skrajnie odmienne zapatrywania na kondycję społeczną, polityczną, czy gospodarczą.

Lewica jest „neoliberalna”

Innymi słowy wszelkie ruchy radykalne rozbijają się, ponieważ wpływają do portu na rafie. Co jednak ciekawe, niemal każdy rozmówca zwraca uwagę na to, że lewica w obecnym stanie nie ma możliwości zaproponować niczego konkretnego, żadnej alternatywy, bo… sama odpowiada za ten system. Mouffe pisze, że

partie lewicowe przyczyniły się do powstania systemu, który rozpada się na naszych oczach. W pełni zaakceptowały tezę, zgodnie z którą dla neoliberalnej globalizacji nie istnieje żadna alternatywa. W najmniejszym stopniu nie przygotowały się do zwalczania tej hegemonii, chciały jedynie nadać jej bardziej ludzką twarz, wprowadzić do niej pewne elementy łagodzące.

Laclau dodaje:

Dwie główne matryce myślowe lewicy to socjaldemokracja i komunizm. Obydwie proponowały w gruncie rzeczy taką samą statyczną wizję polityki, na którą składały się biurokratyczna kontrola i państwowy nadzór. Gdy te modele upadły, na placu boju pozostał jedynie neoliberalizm.

Jest to zresztą bardzo ważna wypowiedź, do której wrócimy w dalszej części naszych rozważań. Argentyński filozof nie poprzestaje na tym i dalej mówi, że obecny kryzys jest kryzysem neoliberalizmu. Ale to nie wszystko – jest on także kryzysem lewicy, która zaakceptowała neoliberalizm. Jacques Ranciere, który zrobił na mnie w przytaczanym wywiadzie ogromne wrażenie, powiedział wprost:

w chwili, gdy kryzys kapitalizmu zaczął być rzeczywiście odczuwalny, niemal nie było lewicowych reakcji. Nie mogło być inaczej, skoro większość lewicy nawróciła się na ideologię, która właśnie zaczynała się rozpadać.

I ze smutkiem dodaje, że można dziś mówić o całkowitym przyzwoleniu na dominację kapitalizmu ze strony lewicy. W podobnym tonie wypowiada się Piotr Ciszewski w przedmowie do polskiego wydania książki Michaela Alberta „Ekonomia uczestnicząca”:

Być może właśnie dlatego ich teoria [zwolenników ekonomii uczestniczącej – FP] jest w dużej mierze ignorowana. Nie pasuje ani do neoliberalnej, ani socjaldemokratycznej wizji świata. Nie po drodze z nią jest też dużej części radykalnej lewicy, cechującej się zarówno hurrarewolucjonizmem, jak i przywiązaniem do hierarchii.

Droga do zniewolenia

Można więc z całą powagą stwierdzić, że coś, co mainstreamowe media uznają za nawrót populizmu, niegodny wzmianki, jest próbą dostosowania się do nowej rzeczywistości przez coraz to większe grupy radykałów z różnych stron barykady ideologicznej. Ranciere dowodzi, że obóz władzy, czy grupy z władzą związane nie będą dopuszczać do głosu idei, które zagrażają hegemonicznemu konsensusowi. Dotyczy to w oczywisty sposób tak radykalnych lewicowców (spadkobierców albo Marksa, albo Lenina i Trockiego), jak i libertarian. I choć żaden z rozmówców Nowickiego nie przedstawia alternatywnego wyjaśnienia tego zjawiska, wszyscy oni, jak jeden mąż (za wyjątkiem Ranciere’a właśnie) dowodzą, że jedynym wyjściem z sytuacji jest działalność polityczna. Chantal Mouffe mówi, że najlepszym rozwiązaniem byłby protekcjonizm europejski, Laclau wspomina, że sytuacja wymaga rozbudowy mechanizmów państwowych oraz zwiększonej kontroli instytucji finansowych przez państwo. Bensaid jest współtwórcą Nowej Partii Antykapitalistycznej, która na sztandarach ma m.in. nacjonalizację banków, podniesienie wszystkich płac 0 300 euro, zakazanie zwolnień i umów na czas określony, czy rekwizycję wszystkich pustych mieszkań. Sierakowski snuje wizję wystawienia przez Krytykę Polityczną kandydata na prezydenta w następnych wyborach, który to miałby osiągnąć trzeci wynik.

Wydaje mi się, choć może być to oczywiście całkiem nieuprawniona opinia, że to właśnie w tym miejscu tkwi główny problem wszelkich radykałów lewicowych. Nieuzasadniona wiara w to, że państwo siłą swojego autorytetu i armii (dosłownie i w przenośni: intelektualistów, mediów, biurokratów, urzędników) jest w stanie zapewnić wyjście z sytuacji rozbija się już na samym starcie. Radykalne ruchy polityczne muszą się przede wszystkim przebić do mass mediów, którym wybitnie nie jest to na rękę; muszą wykazać się przy tym na tyle szerokim spectrum poglądowym, by osiągnąć wynik wyborczy, umożliwiający im jakikolwiek wpływ na władzę, muszą zachować przy tym „czystość ideologiczną”, by nie rozmyły się, jak zdominowana przez byłych trockistów Partia Socjalistyczna we Francji, czy inne radykalne ruchy we Włoszech (Rifondazione Comunista), czy Niemczech (Die Linke), no i oczywiście – determinację do refolucji. To tylko kilka z wielu problemów, z którymi muszą się zmierzyć radykalne partie polityczne, czy to z lewej, czy z prawej strony.

Ciekawy jest w tym kontekście casus libertariański: odwieczny dylemat, czy głosować i legitymować, czy stawiać bierny opór wyborom dotyczy jak widać wielu ruchów społecznych. Jacques Ranciere stara się dowieźć, że aktywne uczestnictwo polityczne jest złą drogą:

Żiżek twierdzi, że domagam się polityki bez polityki, bo pogardzam państwem i logiką instytucjonalną. Więc ja odwracam pytanie: jeśli ktoś mówi: „Potrzebna jest władza”, trzeba zapytać: „Jaka władza i po co”? Na świecie jest pełno władzy i niewiele z tego wynika.

Globalizacja regulacji

Wróćmy teraz do tezy Laclau’a, że po autodestrukcji socjaldemokracji i komunizmu, lewicy pozostał tylko jeden bożek: neoliberalizm. Odrzućmy na razie cokolwiek mętny termin „neoliberalizm”, który każdy definiuje w sobie wygodny sposób i zastąpmy go innym. Wydaje mi się, że użytecznym będzie tu wspomnienie Naomi Klein, która w swojej Doktrynie szoku analizuje obecny system pod kątem definicji. Prawie na całym świecie ideologia ta znana jest pod nazwą „neoliberalizmu” – pisze Klein i dalej dodaje:

Ani zatem „liberalizm”, ani „konserwatyzm”, ani tym ardziej „kapitalizm” nie są właściwą nazwą dla systemu, którego celem jest zatarcie granicy pomiędzy światem wielkiego biznesu a najważniejszymi kręgami rządowymi. Ja system ten nazywam „korporacjonizmem”.

A czym konkretnie jest ten korporacjonizm? Naomi Klein powołuje się na słowa Petera Swire’a, który stwierdził: „Z jednej strony macie rząd, którego świętą misją jest gromadzenie informacji, z drugiej przemysł technologii informacyjnych, desperacko potrzebujący nowych rynków”. Innymi słowy – konkluduje najbardziej znana lewicowa działaczka współczesnego świata – oto korporacjonizm: wielki biznes i wielki rząd łączą swe potężne siły, aby podporządkować sobie i kontrolować obywateli.

Jeżeli więc w słowo „neoliberalizm” podstawimy „korporacjonizm”, sens nie ulegnie żadnej zmianie, a termin będzie bardziej przejrzysty na potrzeby dalszych rozważań. Korporacjonizm, system wspierania przez państwo wybranych gałęzi gospodarki (zawsze kosztem innych) jest więc systemem, który mainstream’owa lewica uznała za pożądany. Lewica już dawno zarzuciła marksowskie schematy walki klas, ucisku, czy antykapitalizmu systemowego. Wydaje się, że tezy te na sztandarach niesie tylko grupka radykałów, gotowa bronić swoich racji tak na ulicach, jak i na sejmowej mównicy. To oni odwołują się do Marksa, do materializmu historycznego, do teorii wyzysku i innych jego tez. A jednak to oni najbardziej ukazują słabość marksistowskiej teorii społeczno-politycznej. Dowodzą, że lewica winna być przeciwna korporacjonizmowi, a zarazem domagają się kontroli państwa, państwowych regulacji, zakazów, nakazów i dyrektyw. Domagają się wszystkiego tego, czego domagał się Lenin, zaprzedając marksistowskie ideały w imię rewolucji. W imię wolności żądają władzy. Do czego to doprowadzi? Chantal Mouffe prognozuje: jeszcze bardziej represyjny styl regulacji…To dziedzictwo Marksa zostało zepchnięte przez lewicę na dalszy plan, państwo stało się sojusznikiem, a nie wrogiem. Lewica straciła swój pierwotny wydźwięk: antyhierarchiczny, przeciwny ancien regime’owi, liberalny. Lewica przejęła kontrrewolucyjne ideały. Rothbard wspomina, że jeszcze w 1848 roku tak wojowniczy leseferysta jak Frederic Bastiat siedział w Zgromadzeniu Narodowym po lewej stronie. Klasyczni liberałowie pojawili się na Zachodzie jako partia radykalna, rewolucyjna, partia nadziei i zmian w imię wolności, pokoju i postępu.

Warto zauważyć w tym kontekście, że pomysły samej Chantal się do tego sprowadzają: protekcjonizm europejski nijak nie doprowadzi do społecznego „uwolnienia”. O dziwo aktywistka z 1968 roku sama o tym dobrze wie i przypomina o złudzeniu, że mamy więcej wolności i uczestnictwa. Niestety jest to li tylko złudzenie: w gruncie rzeczy cała ta elastyczność jest tylko inną formą „samowyzysku” […], wcale nie jesteśmy mniej wyzyskiwani, lecz uwewnętrzniliśmy wyzysk i czynnie w nim uczestniczymy.

Trzeba nam tutaj zwrócić uwagę na dwa aspekty. Jeden, dotyczący protekcjonizmu, a drugi – stosunku państwa do obywatela. Chantal Mouffe twierdzi, że narodowy protekcjonizm byłby czymś złym, natomiast europejski protekcjonizm byłby w porządku. Wyobraźmy sobie 3 miasta: Warszawę, Kraków i Poznań. Piekarze z Warszawy domagają się nałożenia ceł importowych na pieczywo sprowadzane z Poznania, bo jest tańsze, wliczając w to nawet koszty transportu. Zwyczajnie, pracownicy piekarni w Poznaniu pracują za mniejsze stawki i są bardziej pracowici. Jakie aspekty przemawiają za tym, by zastosować restrykcje celne? Niewątpliwie włodarzom Warszawy zależy na tym, by piekarze z tego miasta mieli pracę i zbyt dla swoich towarów. Jednak wprowadzenie ceł i równanie cen w górę będzie uderzało w konsumentów. Takie cło miastowe (analogicznie: narodowy protekcjonizm) będzie wspierał jedną grupę społeczną kosztem innej (a nawet dwóch: piekarzy z innego miasta i konsumentów miejscowych). Wyobraźmy sobie teraz, że w Krakowie zaistniała identyczna sytuacja. Władze Krakowa dogadały się z władzami Warszawy i ustanowiły wspólne cło na towary z Poznania, przy czym pozostawiły bezcłowy handel między sobą. Czy w jakiś sposób taka umowa dwóch miast (analogicznie: protekcjonizm europejski) będzie miała jakieś pozytywne skutki? Znowu mamy tutaj beneficjentów (producenci miejscowi) i poszkodowanych (producenci zamiejscowi, konsumenci). Sytuacja taka nie będzie się niczym różniła od wcześniejszej – skutki dalej będą opłakane. Chantal Mouffe, a wraz z nią bardzo wielu ideologów radykalnej lewicy, nie dostrzega, że protekcjonizm i interwencjonizm zawsze przynosi skutki niezamierzone i zawsze poszkodowanych jest więcej, niż beneficjentów. Nie zauważa, że protekcjonizm i interwencjonizm jest najczystszą formą korporacjonizmu.

Ale jest jeszcze drugi aspekt powyższej wypowiedzi, na który winniśmy zwrócić uwagę. Mouffe pokazuje to, czego żadne mainstreamowe ruchy polityczne, nie mogą ukazać. Zwrócił na to uwagę również Rothbard i przyjęła to cała ideologia libertariańska. Murray Rothbard pisze o tezie, że to „my jesteśmy rządem” w ten sposób:

rząd nie jest „nami”. Rząd w żadnym ścisłym sensie nie „reprezentuje” większości ludzi. Ale nawet jeśli by tak było, nawet jeśli 70 procent ludzi zdecydowało się zamordować pozostałe 30 procent, nadal byłoby to morderstwo, nie zaś dobrowolne samobójstwo ze strony wymordowanej mniejszości.

A w innym miejscu dodaje:

To, że większość ludzi może wspierać lub dokonać kradzieży nie zmywa jego kryminalnej natury i jego poważnej niesprawiedliwości. W przeciwnym wypadku będziemy musieli przyznać, powiedzmy, że jakikolwiek Żyd zamordowany przez demokratycznie wybrany rząd III Rzeszy nie został zamordowany, tylko „dobrowolnie popełnił samobójstwo” – bez wątpienia to groteskowa, ale logiczna implikacja doktryny „demokracja jako dobrowolność”. Po drugie, w systemie republikańskim, w odróżnieniu od demokracji bezpośredniej, lud nie głosuje za konkretnymi sprawami, ale wybiera, na zasadzie umowy wiązanej, swoich „reprezentantów”; reprezentanci dają upust swej woli na określony okres czasu. Oczywiście, w żadnym formalnym sensie nie są prawdziwymi przedstawicielami, ponieważ, w wolnym społeczeństwie, zleceniodawca wynajmuje swojego pośrednika
czy reprezentanta indywidualnie i może, jeśli taka jest jego wola, zwolnić go.

Myśl Rothbarda możemy kontynuować dostarczając tu wielu argumentów za twierdzeniem, że państwo, to jednak nie my: że „my” nie wyrażamy zgody na przeróżne działania państwa. Skoro zaś one nas obejmują, absurdalne wydaje się twierdzenie, jakobyśmy robili to dobrowolnie. W podobnym duchu pisze Henry David Thoreau w „Obywatelskim nieposłuszeństwie”:

Kiedy stoję przed rządem, który do mnie mówi: „Pieniądze albo życie”, dlaczegoż miałbym mu pospiesznie oddawać pieniądze? […] Ja mu nie pomogę. Sam sobie musi radzić, podobnie, jak ja. Nie warto się nad nim rozczulać. Nie ja odpowiadam za pomyślne działanie społecznej machiny. Nie jestem synem inżyniera.

Całym problemem radykalnej lewicy jest niedostrzeganie, że socjalizm i interwencjonizm jest de facto lewicową formą nacjonalizmu. Jest etatystyczną odpowiedzią na represyjny system. Proponuje jeszcze bardziej represyjny system. Powstała więc pewna „nisza na rynku idei” – odkąd lewica stała się tak systemowa, jak cały mainstream, prawdziwą alternatywę mogą zaproponować tylko radykalne ruchy społeczne. Radykalna lewica jest undergroundowa tak samo, jak libertarianizm – tak samo antysystemowa i antyinstytucjonalna. Dlatego zbliżenie Rothbarda i tzw. Nowej Lewicy mogło przynieść skutek. Niestety nie przyniosło. Istnieje jednak pewna frakcja lewicowego libertarianizmu, która kontynuuje antykapitalistyczne tradycje Marksa i tradycyjne wolnościowe ideały. Mutualiści odgrywają niemałą rolę w kształtowaniu ideałów libertariańskich i przyczyniają się do zbliżenia między libertarianizmem a antysystemową lewicą. Warto w tym kontekście wspomnieć o polskich autorach, którzy starają się kontynuować antykapitalistyczne tradycje libertariańskie, zwłaszcza o Zbigniewie Jankowskim i Jędrzeju Kuskowskim.

Demokracja kontrekonomiczna i libertarianizm radykalny

Niewielu myślicieli radykalnej lewicy domaga się odrzucenia politycznej drogi. Mouffe wspomina tutaj Antonio Negri’ego, (autora Goodbye, Mr. Socialism”), który kładzie nacisk na projekt exodusu, dezercji z systemu: nie należy próbować przekształcać istniejących instytucji, trzeba pozostawić je własnemu losowi. Dlatego [zwolennicy tej opcji – FP] nie chcą mieć do czynienia z partiami i nie chcą współpracować ze związkami zawodowymi. Dariusz Kubacki we wspomnianym już tekście, w którym opisuje konferencję na temat „idei komunizmu”, która odbyła się w londyńskim Birkbeck College, przywołuje jedną z konkluzji spotkania (słowo „konkluzji” wydaje się być tutaj nie na miejscu, zważywszy, że pogląd taki prezentowała znaczna mniejszość obecnych na konferencji):

Kryzys finansowy zabił wprawdzie liberalną utopię, ale jego jedynym efektem może być to, że rządy światowe wprowadzą więcej rozwiązań opierających się na regulacji państwowej i koordynacji globalnej, co w konsekwencji wzmocni tylko system kapitalistyczny.

Jaskółką na spotkaniu był Alain Badiou, który dowodził, że państwo nie jest już partnerem dla lewicy. Lewica musi wyjść poza nie i budować struktury alternatywne: antyetatystyczne i antysystemowe. W tym kontekście Ranciere mówi o zdolności do samoorganizacji wspólnoty w wyraźny sposób niezależnej od logiki państwa i globalnej logiki kapitalizmu. Po czym dodaje już z większą pewnością:

Ja uważam, że trzeba walczyć po to, by narzucić naszym państwom nasze reguły, trzeba walczyć o poszerzanie demokracji. I odwrócić pojęcia: stwierdzić, że demokracja nie jest formą państwowości, lecz rzeczywistością władzy należącej do wszystkich.

A cóż oznacza to nowo-nietzscheańskie przewartościowanie wszystkich wartości? Demokracja z pewnością nie polega na tym, – dowodzi Ranciere – by wybierać sobie najwyższego przywódcę. Demokracja jest prawdziwa wtedy, gdy daje możliwość bezpośredniego wpływania na problemy, a po drugie – gdy nie redukuje wszystkiego do aktu wybrania takiej, czy innej jednostki. Ranciere proponuje więc zamiast partycypacji politycznej, dalszą demokratyzację, poliarchizację.

Jest to również niezmiernie ciekawy temat w kontekście strategii libertariańskich, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę ostatnie zawirowania wokół pewnej inicjatywy. Najogólniej mówiąc ścierały się dwie opcje: jedna, uznająca za najskuteczniejszy sposób do osiągnięcia celu kontrekonomię i tworzenie alternatywnych, oddolnych struktur, demonopolizujących państwowe instytucje i druga, zakładająca, że osiągnięcie celu winno się odbywać poprzez secesję. Osobiście, nie uważam by droga secesji gdziekolwiek prowadziła – mało tego, uważam, że jest kompletnie absurdalna. Musi się ona zmierzyć z wieloma przeciwnościami: począwszy od spraw organizacyjnych, a kończąc na sprawach… organizacyjnych. Secesja nie prowadzi do zaniku struktur państwowych – prowadzi do ich rozdrobnienia.

Spróbujmy to pobieżnie naszkicować. Najpierw na odpowiednio dużym (ale nie nazbyt) musi się znaleźć grupa osób, które będą chciały dokonać secesji (jedna osoba, która się sprzeciwia i nie chce się wynieść niemożliwie wręcz komplikuje sytuację). Ale nawet, gdy te osoby uzgodnią między sobą stanowisko wspólne (secesja), muszą dogadać jeszcze wiele innych spraw: organizację społeczną, służby porządkowe, sądownictwo, wiele, wiele innych spraw i wcale nie jest powiedziane, że wszystkie osoby będą miały podobne koncepcje w tych kwestiach – przeciwnie, mogą się diametralnie różnić). Secesjoniści zdają się nie brać pod uwagę, że bez oddolnej organizacji społecznej wszelkie konstruktywne teorie społeczeństwa legną w gruzach kałuży krwi. Nie można dawać dziecku, które dopiero się nauczyło chodzić deskorolki, bo wyrządzi sobie nią więcej szkód, niż będzie miało pożytku. Tak i nie można tworzyć nowych organizacji społecznych bez przystosowania społeczeństwa do nich. Tego problemu secesjoniści nie przeskoczą bez pomocy kontrekonomii i demokracji radykalnej.

Kluczowe w odniesieniu do kontrekonomii wydaje się pytanie, czy ludzie muszą się przekonywać do libertarianizmu, czy nie, czy wystarczy tylko praktykowanie kontrekonomii? Odnoszę wrażenie, że libertarianie celnie punktują prosystemowe rozwiązania, niepotrzebnie jednak chcą przekonać ludzi bezpośrednio do libertarianizmu. W moim przekonaniu wynika to z przyjęcia logiki systemu (posługując się terminem Ranciere’a) – uznania, że ilość determinuje wszystko. Mimowolne przywiązanie do teorii większościowej demokracji liberalnej może jednak przynieść więcej szkód, niż pożytku. Oczywiście w ideach libertariańskich ilość nie ma takiego znaczenia, jakie nadaje się jej we współczesnych systemach politycznych (tj. jest wyróżnikiem czysto prestiżowym, a nie decydującym, gdy chodzi o decyzyjność), niemniej jednak jest to dosyć niebezpieczna podróż do granicy libertariańskiej tolerancji. Raz na zawsze trzeba zarzucić koncepcje większościowe i skupić się na innych – jakościowych (w szczególności etycznych).

Czym objawia się nastawienie na jakość, a nie ilość i jaki ma związek z libertariańską strategią? W całej teorii libertariańskiej etyka i moralność odgrywają niemałą rolę – to na nich opiera się cała baza teoretyczna. Zakładając niemoralność wszelkiego przymusu, libertarianizm kładzie nacisk na zrzeszenia dobrowolne, dobrowolną kooperację. Takie stawianie sprawy prowadzi prosto, choć niebezpośrednio do odrzucenia państwa, jako instytucji, w której ludzie winni pokładać nadzieję. Prosto, bo państwa jedynym argumentem jest siła. Państwo żyje z przymusu, dzięki przymusowi i dla przymusu. Wysługiwanie się państwem jest więc wykorzystywaniem siły przez jedną grupę społeczną wobec drugiej grupy społecznej. Wysługiwanie się państwem jest grą o sumie zerowej. Inaczej jednak rzecz się ma z dobrowolnym współżyciem społecznym, gdzie jednostki angażują się tylko w te akcje, w które chcą i nie są poddawane arbitralnej woli innych ludzi. Można więc powiedzieć, że libertarianizm w tym względzie dąży do urzeczywistnienia społeczeństwa obywatelskiego (postrzeganie społeczeństwa obywatelskiego przez pryzmat partycypacji politycznej jest jednym z większych błędów współczesnej socjologii i politologii).

Ale czy to wystarczy, by określić taką strategię walki o libertariański topos, jako kontrekonomiczną? Kontrekonomię można rozumieć dwojako. Rozumienie węższe uznaje, że praktyka kontrekonomiczna odnosi się do sfery gospodarki – do czarnych i szarych rynków, do odrzucenia państwa, jako instytucji gwarantującej zabezpieczenie interesów. W takim rozumieniu możemy stwierdzić, że kontrekonomia prowadzić będzie do zastępowania państwa oddolnymi inicjatywami. Zwróciłbym jednak uwagę na szerszy kontekst: skoro kontrekonomia ma na celu zastępowanie państwa przez społeczne akcje/ruchy/organizacje/inicjatywy, wtedy każda forma społeczeństwa obywatelskiego będzie mogła być za taką uznana. Albert Jay Nock zauważa, że tak jak państwo nie posiada żadnych pieniędzy, tak samo nie ma własnej władzy. Wszelka posiadana przez państwo władza składa się z tych uprawnień, jakie dało mu społeczeństwo, oraz z tych, jakie od czasu do czasu samo konfiskuje społeczeństwu pod takim, czy innym pretekstem. W podobnym tonie pisze Frank Chodorov: Kiedy polityczna władza rośnie, władza społeczeństwa maleje. Rozwiązanie może być jedno: odebranie przez społeczeństwo tej władzy, z której korzysta państwo. I w tym właśnie rozumieniu tworzenie społeczeństwa obywatelskiego jest kontrekonomiczne.

Warto w tym miejscu przytoczyć badania, przeprowadzone przez Roberta Putnama (Demokracja w działaniu i Samotna gra w kręgle – niestety tej drugiej pozycji nie miałem jeszcze przyjemności czytać), czy Edwarda C. Banfielda (Unheavenly City Revisited i The Moral Basis of a Backward Society). Putnam w pierwszej przywoływanej książce analizuje społeczeństwa północnych i południowych miast włoskich (w drugiej zastanawia się nad aktywnością obywatelską współczesnych Stanów Zjednoczonych), Banfield z kolei w The moral basis… porównuje amerykańskie Utah z południowowłoskim Montegrano. Obaj autorzy w wyjaśnianiu zachodzących zjawisk, które są zaskakująco zgodne, doszukują się różnic historycznych – sięgających aż okresu renesansu. Podstawowa różnica między różnymi regionami Włoch, czy Stanami Zjednoczonymi wynika – zdaniem obu autorów – z historycznego ukształtowania kultury politycznej (nie znajduję w tym momencie innego określenia na nazwanie tego zjawiska): zarówno północ Włoch, jak i Stany Zjednoczone nastawione były na współpracę, samoorganizację i niejako „obrotność”. Inaczej sprawa się miała na południu, które przechodziło z rąk do rąk i nie miało większego wpływu na swój los. Władza sprawująca polityczną i ekonomiczną kontrolę nad tym regionem nie zostawiała wiele miejsca na społeczeństwo obywatelskie, brak jakiejkolwiek reformy rolnej, upalny klimat – te wszystkie aspekty doprowadziły do utrwalenia się postawy amoralnego familizmu (określenie Banfielda). Jan Sowa w swojej świetnej książce pt. „Ciesz się późny wnuku! Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna” konkluduje:

Ze względu na brak poziomej solidarności między obywatelami na Południu intensywnie rozwijał się patronaż – sieć nieformalnych zależności patron-klient. Człowiek, który nie mógł liczyć, że jego interesy zostaną zrealizowane dzięki zbiorowemu działaniu, przyczyniającemu się do dobra wszystkich, dążył do znalezienia sobie protektora; było to jedyną gwarancją załatwienia najważniejszych spraw.
Patronaż istnieje do dzisiaj. Towarzyszy mu zdiagnozowane przez Banfielda przekonanie, że za realizację projektów o charakterze publicznym odpowiada rząd.

Społeczeństwo obywatelskie, samoorganizacja może więc być niezmiernie skutecznym działaniem antysystemowym, choć nie bezpośrednio, to jednak skutecznie. Większa ilość stowarzyszeń oddolnych, inicjatyw grupowych (przypomnijmy sobie znane z filmów patrole sąsiedzkie, czy kilka przykładów, które podaje choćby Boaz w swoim „Libertarianizmie”) to nie tylko „wyręczanie państwa”. Ostatecznym skutkiem może być mentalna rewolucja – uzmysłowienie sobie przez społeczeństwo, że samo może zadbać o swoje sprawy dużo lepiej, skuteczniej, mniejszym nakładem sił, a przy okazji integrując się ze sobą, niż zrobi to jakakolwiek organizacja odgórna.

Nie trzeba więc wcale przekonywać ludzi do ideałów libertariańskich (choć niewątpliwie ma to wiele zalet) – wystarczy zasiać w ludziach ziarno samorządności, pielęgnować i podlewać, aż wykiełkuje i rozsadzi państwową donicę. Mam wielką nadzieję, że właśnie w tę stronę pójdzie warszawskie Stowarzyszenie Liberalis i wspomniana już wcześniej inicjatywa. A co ma do tego wspominana przez Ranciere’a „dalsza demokratyzacja”? Współczesny nurt radykalnej lewicy często posługuje się zwrotem „demokracja radykalna”, który wydaje mi się analogiczny do tego szerszego rozumienia libertariańskiej kontrekonomii. Wychodzi jednak naprzeciw libertarianom o zapatrywaniach konserwatywnych, czy nawet monarchistycznych. Oto bowiem okazuje się, że libertarianizm musi być w pewnym sensie demokratyczny, by mógł określać się mianem wolnościowego. A czym właściwie jest ta demokracja radykalna? Oddajmy głos wspomnianemu już Janowi Sowie:

Dryfowanie elit w stronę oligarchizacji, a mas w stronę populizmu jest efektem – częściowo niezamierzonym, a częściowo wpisanym w naturę systemu – procedur liberalno-parlamentarnych. Lekarstwo na kryzys demokracji, z jakim mamy obecnie do czynienia, można znaleźć, sięgając do demokracji jako takiej, a nie do jej liberalnej [nowożytnej – FP] odmiany, co proponują Mouffe, lub Ost. Nie chodzi o to, aby wykluczone grupy i jednostki lepiej, lub inaczej reprezentować, ale o to, aby je u p o d m i o t o w i ć . Nie chodzi o to, aby poprawniej, lub głośniej wypowiadać się w ich imieniu, ale aby to o n e s a m e mogły się wypowiedzieć.

I dalej mówi: Dlatego ogólną zasadą demokratyzacji powinna być likwidacja liberalnego systemu reprezentacji tam, gdzie to tylko możliwe. Konkluzja może być tylko jedna:

możemy przystąpić w takim stopniu, jak to jest możliwe do ograniczania jego [modelu liberalno-demokratycznego – FP] kompetencji i przenoszenia ośrodków decyzyjnych na jak najniższy poziom, aby możliwość podejmowania decyzji leżała bezpośrednio w rękach ludzi, których te decyzje dotyczą.

Wnioskiem lewicy spod znaku demokracji radykalnej musi być więc odrzucenie państwa, jako instytucji sojuszniczej w walce z systemem oligarchizacji polityczno-gospodarczej. Widać więc jasno, że jest to stanowisko analogiczne do stanowiska przynajmniej części środowiska libertariańskiego. Pozostaje jednak pytanie, co zrobić z taką ideą na skalę światową. I tutaj Jan Sowa przychodzi nam z pomocą i prezentuje teorię radykalnej demokracji (wydaje się, że równie analogiczną do libertariańskiej, co w powyższych fragmentach):

Globalnym wyzwaniom można sprostać tylko dzięki globalnym strukturom politycznym. Z tego powodu ogólnoplanetarna demokracja nie jest tylko marzeniem pięknoducha, ale czymś koniecznym, jeśli nie chcemy, by nasze istnienie zakończyło się atomowym terroryzmem i rządami korporacji podobnymi do takich, jakie Leopold II sprawował na swoim kongijskim ranczu. Czy powinien w związku z tym powstać globalny rząd? Moim zdaniem, zdecydowanie nie. Globalny rząd byłby najbardziej skorumpowanym, zmilitaryzowanym i nieefektywnym reżimem, jaki kiedykolwiek istniał na Ziemi. Jedynym rozwiązaniem jest g l o b a l n y s a m o r z ą d . Demokracja kosmopolityczna musi być oparta nie na idei delegowania przedstawicieli, ale na partycypacji.

Dobrowolna współpraca

Jak więc widać, istnieje dziś na lewicy spora grupa myślicieli z niechęcią odnoszących się do zasad etatyzmu, liberalnej demokracji i kapitalizmu, rozumianemu jako sojusz wielkiego biznesu z gronem decydentów politycznych. Domagają się oni odrzucenia współczesnego reżimu politycznego i proponują na jego miejsce dobrowolne, oddolne stowarzyszenia. Odcinają się od mainstreamowej lewicy, która stała się częścią tego systemu polityczno-gospodarczego, na sztandarach niosą hasła antyetatystyczne, antykapitalistyczne i antysystemowe. Hasła wolności i partycypacji. Hasła, które w całości mógłby dzierżyć libertarianizm.

Co to oznacza? Otóż logiczną konsekwencją takiego stanu rzeczy wydaje się współpraca tą częścią lewicy, która odrzuca państwo i system. Oznacza to, że libertarianizm powinien pójść drogą Rothbarda (oby z lepszym skutkiem), Hess’a, czy Longa i Carsona. Stworzyć sojusz poza polityką.

13.04.2009
Filip Paszko
***
Tekst równolegle ukazał się na blogu autora.

23 comments

  1. butters

    Bardzo dobry tekst. Naprawdę, cholernie mi się podobał, aż nie mam pytań.
    Oby więcej było takich libertarian, to może kiedyś wspólną demonstrację zorganizujemy.

    9 maja obrona Rozbratu 😉

  2. butters

    To może na jeden dzień do Poznania? 🙂
    Tak czy inaczej pozostałych libertarian zapraszamy. Toć hasło, „praca czyni własność” nie jest wam obce?

  3. Dobrze Urodzony

    >Jedynym rozwiązaniem jest g l o b a l n y s a m o r z ą d .

    Rozumiem, że różniłby się od rządu tym, że miałby możliwość podejmowania decyzji ograniczoną do tych spraw, które dotyczą w takim samym stopniu całego świata – czyli problemów środowiska, ewentualnie kontaktów z kosmitami. Legitymizacja jego władzy ograniczona byłaby tylko do tych konkretnych tematów, co do których międzynarodowe, dobrowolne społeczności zdecydowały się na wspólne działanie. Jak dla mnie w porządku, ale chyba nie do końca tak widzą tą demokrację uczestniczącą anarchiści społeczni…

  4. butters

    „LOL, najpierw się pluje, obraża i bije, żeby potem prosić o pomoc!? Żałosne..”

    Krytyka to nie bicie, obrażanie i opluwanie.

    „Jak dla mnie w porządku, ale chyba nie do końca tak widzą tą demokrację uczestniczącą anarchiści społeczni…”

    Anarchizm „społeczny” to nie jedna zamknięta doktryna, a raczej pogląd filozoficzny (moim zdaniem znacznie głębszy i o większym potencjale krytycznym niż libertarianizm), dlatego siłą rzeczy jedni będą widzieli tę demokrację tak, drudzy inaczej. Co zaś do samej demokracji uczestniczącej to, przynajmniej tak jak ja sądzę (i chyba większość lewicowych anarchistów), te małe komórki demokratyczne mają dotyczyć spraw, które bezpośrednio* dotyczą ich samych. Poza tym, będą się dobrowolnie wiązały w federacje (ale mogą się nie wiązać) i na szczeblu federacyjnym podejmować decyzje dotyczące federacji i tak dalej do federacji federacji, więc jest to chyba zgodne z tym, co tu przedstawiłeś, Dobrze Urodzony.

    *Zdaję sobie, że bezpośredniość to pojęcie dość intuicyjne, zresztą jak wszystkie pojęcia używane w potocznych dyskursach. Jeżeli wielu członków społeczeństwa uzna, że np. bezpośrednio dotyczy ich to, co się dzieje, powiedzmy w Iraku, to nikt ich nie powstrzyma, mimo, że raczej żaden anarchista nie będzie tego pochwalał. Podobnie w libertarianizmie, jeżeli ludzie jednak zorganizują się w mafie, a przemoc stanie się czymś fajnym, to też nikt ich nie powstrzyma, choć nie będzie to zbyt libertariańskie.
    Myślę, że jeden z większych problemów, gdy idzie o dyskusje światopoglądowe, to taki, że myli się przekonania ideologiczne z ustrojowymi. Ja sam jestem za jak najpełniejszą demokracją, ale wcale nie sądzę, żeby już sam ustrój gwarantował, że wszystko będzie cacy. Do tego trzeba rozszerzenia określonej ideologii. Każdy ustrój, czy brak ustroju może stać się zamordyzmem.

  5. smootnyclown Post author

    „Każdy ustrój, czy brak ustroju może stać się zamordyzmem.”

    dokładnie, stąd staram się kłaść nacisk na „pracę u podstaw”:)

  6. butters

    Aaa… chciałem jeszcze napisać, że w moim poście jest kilka stylistycznych byków. Najmocniej przepraszam, to tak naprawdę nie moja wina 😉

  7. Kamil

    „Anarchizm “społeczny” to nie jedna zamknięta doktryna, a raczej pogląd filozoficzny (moim zdaniem znacznie głębszy i o większym potencjale krytycznym niż libertarianizm), dlatego siłą rzeczy jedni będą widzieli tę demokrację tak, drudzy inaczej.”

    Filozofia to dążenie do P R A W D Y, więc z faktu, iż jakaś myśl jest filozoficzna nie wynika bynajmniej żaden pluralizm, o jakim mówisz.

    Co więcej, dana myśl może być zarówno „zamknięta” jak i „otwarta”, bo to akurat są przymioty stricte ludzkie, a nie filozoficzne, zależne od charakteru lub psychiki danego myśliciela.

    „Anarchizm społeczny” pasuje raczej jako po prostu ruch społeczny, organizacja, środowisko, zbiór ludzi o podobnych światopoglądach.

    Ku gwoli ścisłości. 😉

    „Co zaś do samej demokracji uczestniczącej to, przynajmniej tak jak ja sądzę (i chyba większość lewicowych anarchistów), te małe komórki demokratyczne mają dotyczyć spraw, które bezpośrednio* dotyczą ich samych. Poza tym, będą się dobrowolnie wiązały w federacje (ale mogą się nie wiązać) i na szczeblu federacyjnym podejmować decyzje dotyczące federacji i tak dalej ..”

    A proszę uprzejmie. Kto chce, ten niech się łączy, ja wolę raczej pracę indywidualną niż grupowe współdziałanie, choć zależy jeszcze z jakimi ludźmi.

  8. butters

    „Filozofia to dążenie do P R A W D Y”

    Co sprawia, że jesteś tak absolutnie pewny tych bzdur, które wypisujesz? ;D

    „Co więcej, dana myśl może być zarówno “zamknięta” jak i “otwarta”, bo to akurat są przymioty stricte ludzkie, a nie filozoficzne, zależne od charakteru lub psychiki danego myśliciela.”

    ;D Wiesz, jak tak sobie myślę, to pudełko może być otwarte lub zamknięte; niekiedy książka może być otwarta lub zamknięta, a nawet sprawa… też można zamknąć jakąś sprawę, Kamilku. Anarchizm zaś jest otwartą doktryną z tego powodu, że jest zróżnicowany, a to w sensie jak najbardziej intuicyjnym otwiera go na różne inne doktryny: socjalizm, komunizm, feminizm, liberalizm… właściwie mam zupełnie gdzieś, co rozumiesz pod słowem: „otwarty” i „zamknięty”.

    Acha, no i z tego, że anarchizm jest filozofią rzeczywiście nic nie wynika. Źle złożyłem zdanie i tyle. Z braku merytorycznych argumentów w innych dyskusjach, Kamilek usiłuje teraz stworzyć pewną bardzo irytującą iluzję.

    „“Anarchizm społeczny” pasuje raczej jako po prostu ruch społeczny, organizacja, środowisko, zbiór ludzi o podobnych światopoglądach.”

    Tak i nie. Bo ja mówiłem o sferze teoretycznej, a ty już pieprzysz o ruchu społecznym. Masz rację, że AS pasuje jako…, ale też pasuje jako otwarta rzeczywistość myślowa.

    „A proszę uprzejmie. Kto chce, ten niech się łączy, ja wolę raczej pracę indywidualną niż grupowe współdziałanie, choć zależy jeszcze z jakimi ludźmi.”

    No i nikt ci nie zabroni.

  9. Kamil

    „Acha, no i z tego, że anarchizm jest filozofią rzeczywiście nic nie wynika. Źle złożyłem zdanie i tyle. Z braku merytorycznych argumentów w innych dyskusjach, Kamilek usiłuje teraz stworzyć pewną bardzo irytującą iluzję.”

    Kpisz sobie?

  10. Kamil

    Więc użyj opcji kopiuj/wklej i udowodnij swoją hipoteskę.

    I tak, jestem lekko zboczony na punkcie „filozofii” stąd moja powyższa próba korekty.

  11. butters

    „Anarchizm “społeczny” to nie jedna zamknięta doktryna, a raczej zbiór poglądów o pewnym wspólnym podłożu filozoficznym (moim zdaniem znacznie głębszy i o większym potencjale krytycznym niż libertarianizm), dlatego siłą rzeczy jedni będą widzieli tę demokrację tak, drudzy inaczej.”

    O:)

  12. Pingback: Filip Paszko: MindFuck #3 | Liberalis

  13. butters

    Poprzez demokrację właśnie. Zabawny paradoks, prawda? Dlatego właśnie tak ważną pozycję zajmuje w anarchizmie problem rewolucji.
    Btw. nowy tekst na blogu opublikowałem, jak co, to zapraszam.
    Elo.

  14. Joker

    >. Zabawny paradoks, prawda?

    Może powtórzę pytanie: jak tego dokonać, jak wprowadzić tą demokratyzacje i jak miało by to wyglądać???

  15. smootnyclown

    butters,
    zajrzę do Ciebie wieczorem. Akurat czytuję „nadzorować i karać”, więc może coś z tego będzie:)
    A Twoje notki pokazują mi się na bierząco na blogu, więc wiem:D

  16. butters

    „Może powtórzę pytanie: jak tego dokonać, jak wprowadzić tą demokratyzacje i jak miało by to wyglądać???”

    No, jak dla mnie to jedynym rozwiązaniem jest stworzenie struktur równoległych do obecnego systemu. Ja się kumpluję z tobą, ty z kimś i robimy kolektyw, przejmujemy zakład itd.

    smootny,
    wciąż jesteś libertarianinem? 😉 To tak odnośnie aktualnej lektury…

  17. smootnyclown Post author

    butters,
    wciąż jesteś libertarianinem? To tak odnośnie aktualnej lektury…

    hm… a czemu miałbym nie być? Jeśli uznajemy, a nie widzę raczej przeciwskazań, za konstytutywne dla libertarianizmu uznanie aksjomatu nieagresji, to raczej cały czas libertarianinem jestem. No, chyba że dla Ciebie wyznacznikiem libertarianizmu jest wiara w smoki, prawo naturalne* i cowieczorne modlitwy o lepszy świat do wujka Rothbiego. No ale tak chyba nie jest, nie?;>

    Nie wiem, dlaczego miałbym nie być libertarianinem, czytając Nadzorować i karać, czy Słowa i rzeczy. Dlaczego gdy czytam takich autorów, jak Chomsky, Albert, Rorty, Harvey, Fromm, Sowa, Laskowski, Engels, Tittenbrun, Silver, mam być nie-libertarianinem?:)

    *przy okazji, zdaje mi się, że Rorty nie bierze pod uwagę jednej rzeczy, ale o tym jeszcze kiedyś się wypowiem:D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *